czwartek, 28 października 2010

Magia czyrzewistości

Wczoraj w bibliotece wpadła mi w szpony pewna książka w twardej różowej okładce. Nie, nie, bez obaw, żaden harlequin! To właściwie pozycja z literatury  dziecięco-młodzieżowej, ale z gatunku tych uniwersalnych. Powieść w listach. Elementarz dla początkującego bibliofila i bibliotekoznawcy. Opowieść z dreszczykiem i humorem. Norweska proza. Czy ktoś już zgadł?
To "Magiczna biblioteka Bibbi Bokken" pióra Josteina Gaardnera (tak, tego od "Świata Zofii") i  Klausa Hagerupa. Kuzyni Berit i Nils- dwójka inteligentnych pomysłowych nastolatków- piszą do siebie listy w książce-pamiętniku, którą przesyłają  pocztą. Nie tylko dzielą się ze sobą nawzajem sprawami życia codziennego, szkolnego, ale przede wszystkim, niczym spółka detektywistyczna, rozwiązują zagadkę pewnej tajemniczej kobiety. Przypadkiem przeczytany list staje się zawiązkiem lawiny zdarzeń. Dzieciaki prowadzą śledztwo dotyczące tytułowej magicznej biblioteki i książek napisanych w przyszłości, a już wydanych! Poznają, kim był niejaki Dewey  i co to jest inkunabuł.  Gaardner i Hagerup sprytnie przemycili wiele treści poznawczych w pasjonującej fabule. Przygoda, tajemnica, sensacja, humor i ....intertekstulaność!
Lektura obowiązkowa dla wszystkich moli książkowo- bibliotecznych!

poniedziałek, 25 października 2010

Solidarni!

Niedawno na drzwiach wejściowych do klatek schodowych na naszym osiedlu pojawiły się ogłoszenia.
"Usługi remontowo- budowlane. Gwarancja solidarności.".  Ciekawie, z kim się owi fachowcy  solidaryzują.... 

czwartek, 21 października 2010

Wahania temperatury uczuć- "39,9" Moniki Rakusy

Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tak szerokiego spektrum wrażeń. Najpierw – ciekawość. Wydawnictwo i seria ( „z miotłą”) znajome, ale nazwisko autorki i tytuł zupełnie nic mi nie mówiły. Omyłkowo sądziłam, że to książkowa wersja pewnego serialu z Tomaszem Karolakiem w roli głównej. Okazało się, że nie. (Zresztą to dla mnie bez różnicy, jako że i tak nie oglądałam żadnego odcinka.) Potem nastąpiła feeria wrażeń estetycznych. Rzut oka na okładkę… a tam… oko. Wielkie błękitne oko zdobiące twarz w stylu kubistycznym. Nieomal Picasso. Nad okiem – błękitny mózg przypominający chmurę, albo chmura przypominająca mózg. Może to symbol bujania w obłokach i myślenia o niebieskich migdałach? A może to ilustracja uzewnętrzniania myśli? Coś w tym musi być, albowiem nawet w kubistycznym portrecie raczej nie pokazuje się wnętrza czaszki. Gratulacje za intrygującą okładkę należą się Joannie Szachowskiej- Tarkowskiej.
 Początek książki przyniósł mi nadzieję i … rozczarowanie. „1 stycznia. Dzień postanowień. Do moich czterdziestych urodzin powinnam schudnąć znacznie…”- zapachniało miłym czytadełkiem w stylu Bridget Jones. Już się ucieszyłam na relaksujące czytanie do poduszki o perypetiach czterdziestolatki „we współczesnym świecie pełnym wyidealizowanych kształtów”( cytuję notę z okładki), a tu wraz z kolejnymi stronami rzedła mi mina. Nie tego się spodziewałam. A oto, co znalazłam: strumień świadomości
(akurat dobry pomysł na oddanie gonitwy myśli, zwłaszcza w kobiecym pamiętniku), zapiski i wstawki rozmaitego kształtu: wspomnienia z dzieciństwa, przemyślenia, notatki z codziennego życia rodziny, ale też np. wykaz przeczytanych i nieprzeczytanych książek, wiersz o wiośnie i miesięczną statystykę snów. Drażnił mnie dziwny zabieg narracyjny: w typowej dla dziennika pierwszoosobowej formie wypowiedzi bohaterka nagle mówiła o sobie w trzeciej osobie (np. zapisek z datą 26 lutego). Podejrzewam, że chodziło tu o spojrzenie na siebie z zewnątrz, z dystansu. Niezbyt podobało mi się też żonglowanie czasem. Pod płaszczem bieżących dat snuły się wspomnienia z dzieciństwa przeplatane refleksjami. Zbyt wiele w tym bałaganu, pośpiechu, gorączkowości opowiadania. Stąd może też to tytułowe „ 39.9”. W gorączce trudno, bowiem o klarowność myśli. Nie mogłam też przekonać się do „podmiotu mówiącego”. Bohaterka zmaga się z traumą z dzieciństwa- samotnością, trudnymi relacjami z matką inwalidką, drąży kwestię swej tożsamości i żydowskiego pochodzenia, dręczą ją wojenne losy przodków. Czytając o jej histerycznej reakcji, gdy z powodu objazdu drogowego znalazła się w pobliżu Oświęcimia, miałam ochotę definitywnie odłożyć tę książkę. Z premedytacją zrobiłam sobie przerwę i sięgnęłam po inną powieść- też o kobietach tuż przed czterdziestką, borykających się z rozmaitymi problemami, ale napisaną w zupełnie inny sposób, tradycyjną narracją odautorską - a mianowicie po „Klub mało używanych dziewic” Moniki Szwai. Po tej porcji uśmiechów i wzruszeń powróciłam do debiutu Rakusy. I o ile na początku byłam skłonna twierdzić, że „Rakusa mnie nie wzrusa”, tak im dalej w las, mniej więcej po 140 stronie, zmieniłam zdanie. Zapiski stały się bardziej uporządkowane, zaczęły przypominać małe felietoniki (np. „8 czerwca, praktyczne skutki kobiecej bezwzględności”, czy „9 czerwca. Domniemanie winy”. Czytając „39,9” nie byłam w nastroju na filozoficzno- psychologiczne rozważania z depresją i echem Holokaustu w tle. Może dlatego ta książka do mnie nie trafiła.
 Zastanawiało mnie, na ile ta powieść jest autobiograficzna, a na ile jest wytworem wyobraźni literackiej psychologa społecznego i dziennikarki w jednej osobie, czyli Moniki Rakusy. Dzięki temu, że nie poddałam się w lekturze, znalazłam wyjaśnienie- w zapisku z 30 czerwca:
„Przeczytałam dzisiaj całość dziennika. (…)Czy ta zimna i sentymentalna neurotyczka to ja, a jeśli ja, to w jakim stopniu? Gdybym ją na przykład uśmierciła pod koniec, rodzina zaczęłaby mnie pilnować.(…)Niepotrzebnie. Bo jestem od niej daleko i tylko ze względu na znaczne biograficzne podobieństwo chciałabym jej zbyt surowo nie oceniać.”
Rodzi się tu pytanie, czy autorką dziennika jest autorka publikacji, czyli pani Rakusa, czy bohaterka? Gdzie jest ta delikatna granica autor- narrator- bohater? Czy to trzy różne byty, a może trzy wersje tego samego? Nawet nie przypuszczałam, że lektura „39,9” doprowadzi mnie do rozważań teoretyczno literackich, a także do dylematu - polecać, czy odradzać, oto jest pytanie….

środa, 20 października 2010

Jak żyć?

Nawet w najmądrzejszych księgach ani w najlepszych poradnikach nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie i na próżno będziemy pytać mędrców o receptę. Trzeba samemu przemyśleć tę kwestię, oto kilka moich refleksji.

Jest takie powiedzenie: „Tak żyj, aby nikt przez ciebie nie płakał”. Zawiera ono pewną ważną wskazówkę: postępuj tak, aby innym nie sprawiać przykrości, nie przysparzać kłopotów i nie zadawać bólu. Niekiedy realizowanie tego pięknego przykazania nie udaje się, ale warto się starać i mieć zawsze w pamięci słowa Antoniego Słonimskiego „Jeżeli nie wiesz, człowieku, jak postąpić- na wszelki wypadek postąp uczciwie”.

„Życie powinno być odręczne, autentyczne – żadną fotokopią z cudzych marzeń” (Manuela Gretkowska). Od nas zależy, czym wypełnimy karty naszego życia. Nie powinniśmy żyć pod czyjeś dyktando, czy zgodnie z „obowiązującą” modą ślepo naśladować innych, ulegać owczemu pędowi, ani realizować cudzych planów. Często rodzice wybierają swojemu dziecku szkołę, kierują je na określone studia, aby według ich oczekiwań zostało lekarzem/ prawnikiem/ inżynierem/… nie licząc się z indywidualnymi pragnieniami i pasjami swej latorośli, która być może wolałaby zostać grafikiem komputerowym, albo fryzjerem. Spełnienie można znaleźć w każdym zawodzie, w każdej pracy, o ile nie jest ona nam narzucona, o ile wykonujemy ją z sercem i entuzjazmem.

Ważne jest, aby być sobą, szukać własnych ścieżek, nie przejmować się zbytnio „tym,co ludzie powiedzą”, przecież nie żyjemy na pokaz, ani dla innych, ale „na własne konto”.
Niedawno rozmawiałam z koleżanką z licealnych czasów - skończyła popularny kilka lat temu kierunek Zarządzanie i Marketing i doszła do wniosku, że właściwie to ją interesuje psychologia. Zamiast jak większość osób „robić karierę” i zakładać rodzinę podjęła kolejne studia, a po nich zamierza wyjechać do Hiszpanii i tam spróbować żyć z dala od „wyścigu szczurów”. Jest zadowolona ze swoich decyzji, czuje się szczęśliwa, gdyż kroczy własną drogą. Warto, tak jak ona, zastanowić się, jaki kształt nadać naszemu życiu, bo przecież mamy je tylko jedno.

Ważnym momentem w moim życiu, może nie „punktem zwrotnym”, ale „przystankiem”, który skłonił mnie do głębokiej refleksji, było zdarzenie sprzed dwóch lat. Dotarła do mnie wiadomość, że zmarł nagle brat mojej bliskiej koleżanki. Student, pełen energii i pogody ducha, radosny i dobry młody człowiek Nękała go padaczka. Dzielnie się z nią zmagał, niestety… przegrał jedną walkę, a tym samym całą bitwę. To tragiczne zdarzenie spowodowało, że nasze grono przyjaciół i znajomych z czasów studiów, obecnie rozproszone po kraju, zacieśniło swe więzy i umocniło kontakty. Zjednoczyliśmy się w żalu po zmarłym koledze, we wsparciu duchowym dla jego siostry i rodziny. Uświadomiliśmy sobie wszyscy, że ważna jest każda chwila, jaką spędzamy razem, każdy sms z banalnym, „co słychać”, każda kartka z urodzinowymi życzeniami, każde słowo i gest. Mimo natłoku spraw i codziennego zabiegania pamiętamy o sobie i cieszymy się tym, że mamy siebie nawzajem i możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Życie jest kruche i trzeba dobrze wykorzystać dany nam czas, a nikt z nas nie wie, ile ma tego czasu....

Chciałabym jeszcze przywołać kilka fragmentów z „Dezyderaty”, poematu Maksa Ehrmanna z 1927 roku, zawierającego wskazówki na temat dobrego życia. One mówią same za siebie.
Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.
O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.
Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoja opowieść. (…)
Niech twoje osiągnięcia zarówno jak plany będą dla Ciebie źródłem radości.
Wykonaj swą pracę z sercem - jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz
w zmiennych kolejach losu. (…)
Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia.
Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.(…)
Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.(…)
Bądź pogodny. Dąż do szczęścia.”

Powyższy tekst  był opublikowany w Tygodniku Koneckim- jako praca konkursowa w konkursie pt. "Jak żyć"

czwartek, 14 października 2010

One way ticket

Odkąd sięgam pamięcią w przedpokoju stoi wielka dębowa szafa z szufladami u dołu. Kiedyś chciałam sprawdzić, jakie skarby w sobie skrywa. Chwyciłam za zaśniedziały mosiężny uchwyt i pociągnęłam. Wysypała się sterta książek i papierzysk, a szuflada z hukiem wypadła na podłogę i niestety, na moje nogi. Wrzasnęłam z bólu. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam dziwnego człowieczka z długą brodą  siedzącego przy biurku i piszącego coś zawzięcie w wielkiej oprawionej w skórę księdze.
- Witam w biurze podroży "Zaświaty Tour" - oznajmił basem.
- Zaświaty...? - chyba czegoś nie zrozumiałam.
- Tak, zapraszam na wycieczkę w Zaświaty. Mamy w ofercie m.in. wędrówkę do piekieł z Orfeuszem, który zapewnia dodatkowo atrakcje muzyczne, wczasy pod lipą, gdzie "Safo słowieńska" prowadzi wraz z ojcem warsztaty poetyckie, prawdziwym hitem jest rodzaj safari pt. "Boska Komedia" - zapewniamy profesjonalnych przewodników, Beatrycze, Wergiliusz... same asy branży turystycznej....
Ze zdumieniem słuchałam brodacza, a on nie przestawał mówić:
- Dla spragnionych wrażeń mamy wyprawę do Krainy Wiecznych Łowów z niezastąpionym  Winnetou. Są też niebiańskie wrzosowiska, niezmierzone otchłanie, raje w kilku rodzajach, bardzo popularny jest raj w postaci biblioteki.  Aaaa byłbym zapominał! Mamy last minute- Cmentarzysko Zaginionych  Książek, serdecznie zapraszam. To co, dokąd rezerwujemy bilecik?
- Bilecik? Eeee...tego... - zapomniałam języka w gębie. O czym on w ogóle do mnie mówi? Nagle dobiegł mnie zgrzyt klucza w zamku.
- Dziecko, a co ty tak leżysz na tej podłodze? Zaziębisz się jeszcze, wstawaj szybko! - mama była bardzo rzeczowa.  - I co ty wyprawiasz z tą szufladą? Jakieś stare książki powyciągałaś...

Cóż miałam zrobić... Posprzątałam i zamknęłam szufladę. Bilet wykupię innym razem.

 PS. Powyższy tekst napisałam na konkurs Księgarni Selkar, w którym trzeba było opisać, jak sobie wyobrażamy zaświaty. Trudno mi zakwalifikować ów utworek gatunkowo, na opowiadanie za krótki, może minatura? Aż tak istotne to nie jest, ważne, że spodobało się jury i zostałam nagrodzona. Otrzymam "Operację Dzień Wskrzeszenia"Andrzeja Pilipiuka. Hura, hura!
Co prawda współczesna fantastyka nie należy do tego, co tygrysy lubią najbardziej, ale darowanemu koniowi.... i tak miałam szczęście, że dostałam prawo wyboru, a ponieważ nazwiska autorów Przechrzta i Domagalski nic mi nie mówiły, zdecydowałam się na Pilipiuka. W końcu jak czytałam "Kroniki Jakuba Wędrowycza" całkiem nieźle się bawiłam....

środa, 13 października 2010

1, 2, 3 ...próba mikrofonu...

Najtrudniejszy pierwszy krok... Mam go już na szczęście za sobą. Założyłam blog.  Przede mną sprawdzian z wytrwałości i systematyczności w pisaniu. Na codzienne wpisy liczyć nie można, ale nie powinno być też pustek zionących ciszą w sieci.
O czym będzie? O wszystkim po trochu. Refleksje, wrażenia, recenzje książek.... Co mi w duszy zagra.
Raz, dwa, raz, dwa próba mikrofonu. Halo, odbiór!

Follow by Email