wtorek, 29 marca 2011

Wiosenne okazje

W Matrasie szaleją, przeceniają, dają rabaty.... Wiosna!!! ;-)

poniedziałek, 28 marca 2011

Goniąc króliczka na końcu tęczy, czyli wiosenne niespodzianki

Wiosna coraz bardziej pokazuje swoje pazurki- w postaci maleńkich szafirków tuż przy ziemi wypuszczających swe pączki i nieśmiało wyglądających z listków pierwiosnków. Słoneczne promyki głaskają nas po nosach, a ptasie ćwierkanie miłą nutką wpada nam w uszy. 
Na osiedlu wre praca przy ocieplaniu bloków - wrażenia akustyczne zapewnione, no ale nie sposób nie otworzyć okna.
Wczoraj spotkała mnie niespodzianka - wygrałam zestaw szklanek w konkursie kulinarnym. Szczegóły TUTAJ
Natomiast na portalu, gdzie można oddać i przygarnąć niepotrzebne rzeczy, zdobyłam "Lamparta" G. Lampedusy. Zawsze chciałam to przeczytać, ale nigdy jakoś nie miałam okazji, teraz mi się trafiła, i to tylko za cenę przesyłki, czyli naprawdę drobiazg, bo listem zwykłym
A teraz o tych króliczkach i tęczy....
"Gonić króliczka" M. Zaczyńskiej. 
 Niby schemat: on ją porzuca, ona rozpacza, potem wpada w tarapaty, pojawia się książę na białym koniu, a do happy endu prowadzi kręta droga. Można jednak ten schemat fajnie zrealizować i to właśnie zrobiła Zaczyńska. Czytając tę powieść naprawdę dobrze się bawiłam.
Polubiłam Jagodę, młodą pisarkę, która - jak to bywa w powieściach "kobiecych" - ma problemy z mężczyznami, uczuciami... Pozostawiona przez  partnera, traci chęć do życia,  ciągle otacza ją atmosfera skandalu ( choć często prasowe rewelacje nijak mają się do rzeczywistości), przypadkiem ląduje na zjeździe  anarchofeministek i niechcący staje się ikoną tego zgromadzenia. Poznaje prawdziwego hrabiego( na białym rumaku, dosłownie!), który byłby ideałem, gdyby nie był... kłamcą.Cichcem wzdycha do niej poczciwy pracownik wydawnictwa, a wraz z dziennikarskim sępem powraca "narzeczony". Do kompletu mamy starszą panią na hulajnodze, arabskiego szejka, demoniczną matkę - miłośniczkę polowań na safari, angielskiego lokaja i jeszcze kilka równie barwnych postaci. Do końca nie wiadomo, kto kogo goni, a kogo w końcu złapie - tak powiem w nawiązaniu do tytułowego króliczka. 
Bardzo przyjemna, zabawna książka.

"Na końcu tęczy" C. Ahern. 
Sięgając po tę książkę spodziewałam się lekkiego czytadła,  pisanego prostym językiem, takie też było, ale... mogło być krótsze. Niemal 50lat z życia bohaterów ujęte w postaci maili, listów, smsów i zapisów rozmów na komunikatorze internetowym to trochę za dużo.  Śmiałam się, że to taki współczesny odpowiednik powieści epistolograficznej. Oprócz korespondencji między głównymi protagonistami Rosie i Alexem ( przyjaciele z dzieciństwa, którzy czasem są jak "żuraw i czapla", sami nie wiedzą, co do siebie czują), mamy zapis ich kontaktów z innymi postaciami np. siostrą, matką, przyjaciółką, bratem, córką itp, jak również tychże osób między sobą. Na końcu jest taka scena, w której Rosie siedzi nad stertami wydruków, które czytała całą noc (niby to, co czytelnik właśnie przeczytał). Niewiarygodne jest dla mnie, że zbierała zapisy maili i rozmów internetowych przez całe życie (no kto prowadzi takie archiwum....), a tym bardziej, że wśród tych wydruków są też np. listy innych bohaterów między sobą, np. rozmowy Alexa z bratem, czy listy do niego od Katie...
Takie sobie czytadło, są o wiele lepsze.

"Maria i Magdalena"M. Samozwaniec - przepyszna lektura! Klimat krakowskiej bohemy, satyryczne spojrzenie młodszej Kossakówny, niesamowita i mało znana postać Lilki, czyli Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej. Dwa urocze tomiki nietypowej biografii, cudne postaci, smakowite zdania. Książka z typu tych, do których się chętnie powraca - co pewnie uczynię kiedyś. Tymczasem polecam!

Z bibliotecznych zapasów została mi już jeno "Plebejka", czas napocząć własną książkową spiżarnię.





piątek, 25 marca 2011

Dzień Sukienki! Książki z sukienką.

Podobno dziś mamy Dzień Sukienki! Niestety, ja świętuję w fioletowych spodniach dresowych z racji wygody i tymczasowych ograniczeń w garderobie. Poszukam natomiast tytułów książek z sukienką właśnie.

"Błękitna sukienka" Tracy Chevalier (czytałam, brrr - nie w sensie, że zła, tylko , że... przerażająca)
"Suknia Dejaniry" Zofia Kossak (nie czytałam)
"Biała suknia" Diana Palmer (nie czytałam)


Eeee, coś mi słabo idzie...

czwartek, 24 marca 2011

Kwitną kwiaty i rabaty...

Zobaczcie, w ogródkach pierwsze krokusy i inne oznaki wiosny (zerknijcie na blog Sabinki - jest na liście poniżej), a w księgarniach kwitną rabaty! Może ktoś skorzysta, zapraszamy ;-)

wtorek, 22 marca 2011

Światowy Dzień Wody - ksiażki z wodą w tytule

Codziennie mamy jakieś święto, wczoraj obchodziliśmy Dzień Poezji, dziś świętujemy Dzień Wody. Przyszło mi do głowy, żeby z tej okazji sporządzić listę książek z szeroko rozumianą wodą w tytule, czyli w grę wchodzą wszystkie nazwy cieków i zbiorników wodnych, np. rzeka, jezioro, morze, a także określenia typu "mokry", "wodny" itp. i inne skojarzenia z wodą.
Taka lista może stać się zaczątkiem czytelniczego wyzwania, zazwyczaj czytamy różne rzeczy, a może by taki właśnie "wodny "wyznacznik przyjąć? Czemu nie...

Oto tytuły, które tak na szybko przyszły mi do głowy. Dopisujcie pomysły w komentarzach!

- "Jezioro osobliwości" K. Siesicka
- "Wierna rzeka" S. Żeromski
- "Potop" H. Sienkiewicz
- "Być jak płynąca rzeka" P. Coelho
- "Panna z mokrą głową" K. Makuszyński
- "Stary człowiek i morze" E. Hemingway

Będę dopisywać, co jeszcze wpadnie mi do głowy:

- "Jezioro bodeńskie" S. Dygat
- "Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam" P. Coelho
- "Pani Jeziora" (Saga o Wiedzminie) A. Sapkowski
- "Dom nad rozlewiskiem" M. Kalicińska

piątek, 18 marca 2011

"Gdy nadejdzie czas" Susane Colasanti



Mam wrażenie, że książka amerykańskiej pisarki Susane Colasanti  „Gdy nadejdzie czas” stanowi bardzo dobry materiał na film obyczajowy. To nie tylko, jak głosi napis na okładce, „zabawna  i romantyczna historia”, to także szeroki obraz problemów nastolatków, wspólnych dla młodzieży na całym świecie, nie tylko na gruncie amerykańskim. Uczucia, marzenia, ambicje, rozczarowania, pragnienia i obawy, sukcesy i porażki, relacje w grupie, kłopoty rodzinne i sprawy szkolne – tymi hasłami mogłabym ogólnie określić treść powieści.
W dużej mierze mamy tu do czynienia z wątkiem uczuciowym. Sara, świetna uczennica, marzy o przeżyciu prawdziwej miłości. Gdy szkolny przystojniak Dave wreszcie się z nią umawia, do głosu dochodzą obawy, czy spełni on wymogi wyśnionego ideału, czy naprawdę zależy mu niej,  czy też potraktuje ją przedmiotowo. Tobey jest leserem, jeśli chodzi o naukę, jego pasją jest muzyka. Gra z kolegami w zespole muzycznym, ćwiczy bicepsy, martwi się pryszczami, pisze piosenki, ot, typowy nastolatek. Sara bardzo mu się podoba, czuje, że uczucie wobec niej to „coś na serio”, ale nie ma śmiałości zaprosić ją do kina. Próbuje różnych sposobów, żeby się do niej zbliżyć, boi się wygłupić.
Rzecz rozgrywa się w środowisku szkolnym. Tu mamy ciekawie zarysowany obraz amerykańskiej szkoły, gdzie uczniowie mają indywidualny plan lekcji; poziom zajęć, w których uczestniczą, dostosowany jest do ich  zdolności i zainteresowań; pracują metodą projektów, zwierzają się nauczycielom z osobistych problemów; ciekawostką jest, że aby przebywać na korytarzu po dzwonku, trzeba mieć przepustkę. Szkolna stołówka to mikrokosmos relacji panujących w grupie. Panuje tam określona hierarchia, są „towarzystwa stolikowe”, szkolne „gwiazdy” nie zadają się z „plebsem”, rozgrywa się tam swoisty festiwal popularności,  „stołówkowy surviwal”.
A propos relacji w szkolnej społeczności  – pojawiają się pytania, czy naprawdę warto zabiegać o sympatię i towarzystwo „szkolnych gwiazd” ? Może świecą sztucznym blaskiem? Czy chodzenie z kimś przekreśla kontakt z przyjaciółkami? Sara doświadczy wielu dylematów. Na szczęście jest na tyle rozsądna, że umie oddzielić ziarno od plew.
Kolejny aspekt, ma który zwróciłam uwagę, to kwestia ambicji. Temat znakomity do podsunięcia nastolatkom. Bohaterowie starają się o jak najlepsze wyniki, by dostać się na wymarzone uczelnie. Laila chce być najlepsza w całej szkole. Maggie, która uważa się,  za mniej mądrą od innych, pracuje nad własnym rozwojem, sięga do słownika i wzbogaca swoje słownictwo. Tobey, któremu początkowo nie zależy na dalszej edukacji, poprawia oceny i nadrabia zaległości. Z czasem bowiem zrozumiał, że może pogodzić swoją pasję ze studiami, startując na Akademię Muzyczną.
Życie amerykańskich nastolatków nie jest wcale takie „różowe” jak się to może wydawać. Ich życie nie kręci się tylko wokół tego, jak poderwać  dziewczynę, zdobyć chłopaka i wylądować w łóżku. To również wiele problemów do rozwiązania i  decyzji do podjęcia, to szerokie spektrum emocji i przeżyć. Okazuje się, że ci z pozoru szczęśliwi, piękni  i bogaci, też mają kłopoty i problemy. Po szczegóły odsyłam do książki.
         Bohaterom towarzyszymy przez cały rok szkolny, aż do ukończenia ostatniej klasy i przyjęć na uczelnie. Historia opowiadana jest na przemian z perspektywy Sary i Tobeya, w narrację wplecione są elementy pamiętnika, czy raczej notatnika. Język jest prosty, trafiają się zabawne sformowania,  humor, nie ma zbędnych opisów. Oczywiście te same zdarzenia, ukazane oczami dziewczyny i chłopaka, wyglądają nieco inaczej. Takie przedstawienie z dwóch stron, dwugłos płci,  to niewątpliwie walor książki. Mimo to, nie sądzę, by sięgnęli po nią chłopcy. To raczej powieść z rodzaju tych, które lubią dziewczyny. Miłosne perypetie bohaterów kończą się szczęśliwie. Poza wątkiem uczuciowym, można wyróżnić  kilka kwestii dotyczących młodzieży. Mam pewien niedosyt, bo niektóre sprawy można było pogłębić, rozwinąć. Nie jest to jednak aż tak płytka amerykańska opowieść. Zdaje się, że jej przesłaniem jest to, że trzeba sobie stawiać cele, dążyć do ich zrealizowania, wizualizować swój ideał życia, a wtedy wszystko się uda. Optymistycznie. 
„Gdy nadejdzie czas” to nie jedyna powieść Susane Calasanti. Zainteresowanych zachęcam do odwiedzenia strony www.susanecolasanti.com, gdzie oprócz informacji o życiu i twórczości autorki, znajdziemy jej blog. 
Susane Colasanti, Gdy nadejdzie czas, Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.
Książkę do recenzji otrzymałam dzięki uprzejmości Księgarni MATRAS.

poniedziałek, 14 marca 2011

Biblioteczne zdobycze plus, czyli stosik w wersji płaskiej ;-)

Dziś korzystając z niesamowicie pięknej pogody wybrałam się do biblioteki. Ależ się ucieszyłam, gdy pani bibliotekarka powiedziała, że już wróciła "Maria i Magdalena" M. Samozwaniec, o którą tyle razy pytałam, a ktoś ją przetrzymywał długo. Wreszcie poczytam o siostrach Kossakównach i wsiąknę w niezwykły klimat dwudziestolecia międzywojennego...  
Z półek wybrałam:
- "Gonić króliczka" Marioli Zaczyńskiej - o tej autorce czytałam bodajże na stronie "Czytajmy polskich autorów", książka wydała mi się w sam raz do poduszki, lekka taka na wiosnę ;-) a tu macie blog autorki:
- "Na końcu tęczy" C. Ahern. Kto czytał "P.S. Kocham cię" ten wie, dlaczego sięgnęłam po kolejną powieść młodej Irlandki.
- "Plebejka" J.B. Schwartz -kierowałam się intuicją, nie słyszałam o tej książce nic wcześniej,
z noty od wydawcy:
"Fascynująca historia niezwykłej kobiety, która weszła do japońskiej rodziny cesarskiej. Niepowtarzalna literacka przygoda, intymna i egzotyczna w swoim klimacie.Jest rok 1959. Haruko, młodziutka dziewczyna z dobrego domu, wychodzi za mąż za ...księcia Japonii.(...)"

Na zdjęciu umieściłam jeszcze "Fabrykę muchołapek" Andrzeja Barta-ze zbiorów własnych. Czytam to ostatnio nocami, jak nie mogę spać.  To dziwna książka, ciekawa i niebanalna, inne spojrzenie na sprawę Holokaustu, w klimacie "Procesu " Kafki, mieszanina czasów i postaci....Nielekka tematyka, ale dobrze się czyta. Dodam, że autor jest również scenarzystą "Rewersu".

Zatem mam co czytać przez najbliższe dni, a miałam robić wiosenne porządki... ech... ;-)

piątek, 11 marca 2011

Za mną i przede mną.....

Przeczytałam wczoraj dramat "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" Doroty Masłowskiej. Książka dosłownie na jeden ząbek ( bo to sztuka, tylko 3 akty), ale może od niej rozboleć cała szczęka. Język Masłowskiej jest specyficzny, nowoczesny, ale do mnie jakoś nie przemawia. Tytułowi "Rumuni", Parcha i Dżina zanurzeni w narkotykowo- absurdalnym świecie, pokazani  zostali w scenach z Kierowcą (któremu na siłę wepchnęli się do samochodu jako autostopowicze), Kobietą (pijaną piratką drogową), Barmanką i Dziadem. Wszyscy są dziwni, patologiczni. Parcha ( gra księdza w serialu)  i Dżina (w ciąży, zastanawiająca się czy odebrała dziecko z przedszkola) to przebrani imprezowicze, nieszczęśliwi w sumie, gotowi nawet popełnić przestępstwo, żyją bez skrupułów i bez celu...
Gorzki to obraz społeczeństwa.
Nie podobała mi się ani forma, ani treść, ani język... Nie mam nawet ochoty analizować tego dramatu, doszukiwać się przesłania... Może i nie zrozumiałam, trudno.
Z czystej ciekawości czytałam również "Wojnę polsko - ruską..." i "Pawia królowej". Przeczytałam - poznałam- podziękowałam. Nie moja bajka.

Teraz jestem w trakcie "Opowieści rodzinnych "Siesickiej (sentymentalnie tak).
Wczoraj przyszły( a raczej kurier je przyniósł) "Trucicielka" E.E. Schmitta i "Ogród wiecznej wiosny" C. L. Barrio. Kuszą.
Na półce też "Więzień" J. Adalida - wygrany w konkursie nakanapie.pl
Czekam na :"Jeźdźcy z piekieł: Hellequin" Cornwella (wygrany na blogu http://kalioczyta.blogspot.com/) oraz na książkę Janiny Bauman od czasopisma Bluszcz.

 No i co teraz? Im większy wybór, tym trudniej się zdecydować. W poniedziałek pójdę do biblioteki.... ;-)




czwartek, 10 marca 2011

"Pensjonat" Piotra Pazińskiego, czyli archeologia pamięci

Przyznam, ze dawno nie czytałam tak ładnej prozy. Ładnej, w sensie: literackiej, sugestywnej, poetyckiej, nawet powiedziałbym klasycznej. Czasem mam wrażenie, że literatura współczesna jest zbyt potoczna, a przecież otwierając książkę, chcemy chyba nieco innego języka niż słyszymy  na co dzień. Nie musi to być jednak jakiś szczególnie wyrafinowany dyskurs, można pisać prosto, zroumiale, a ładnie, "odświętnie"....

Laureat Paszportu Polityki 2009  - Piotr Paziński (ur. 1973), filozof, redaktor pisma "Midrasz", autor monografii o "Ulissesie" J. Joyce'a - zadebiutował znakomitą prozą.
Chwali go profesor M. Głowiński: "jest to debiut wybitny, ze wszech miar godny uwagi. Proza przejmująca i niezwykle sugestywna (...)". 
Krytyk literacki J. Sobolewska podkreśla: "Paziński unika patosu, za to sprawnie operuje ironią i humorem. to powiastka filozoficzna o trwaniu, przemijaniu i rozpadzie, a zarazem literacki obrzęd wskrzeszania pamięci."
Tyle z okładki. Teraz czas na moje refleksje.
Bohater- młody mężczyzna - przyjeżdża do pensjonatu, gdzie jako dziecko pewnie co roku spędzał kilka miesięcy z babcią. Jak sam mówi, przyjeżdża "do siebie", "ja jestem stąd". Dom wczasowy to jego korzenie, miejsce szczęśliwego dzieciństwa. Teraz wszystko wygląda inaczej niż dawniej. Ścieżki w ogrodzie wydają się krótsze, a pokoje mniejsze... Przeszłość ożywa w postaci obrazów i głosów. Bohater wspomina dawnych mieszkańców, klimat tamtych dni... Pamięta smak landrynek, którymi częstował go doktor Kahn, łódki z kory, które robił mu pan Leon i model kosmosu układany z patyków, orzechów, jabłek... Słyszy echa dyskusji na tematy religii, filozofii, polityki, jakie snuli panowie Abram i Leon... Pudełko starych pocztówek i zdjęć, przechowywane prze wiele lat przez panią Tecię staje się akceleratorem wspomnień, podobnie rozmowy ze staruszkiem Jakubem i całe otoczenie. Powieść, a raczej dłuższe opowiadanie, dotyka w dużej mierze tematyki żydowskiej, ale generalnie porusza problem przemijania, pamięci, zatrzymywania przeszłości w kadrach wspomnień....
Bohater mówi:
"Zdaje mi się, że wszystko,co tutaj robię, to archeologia pamięci zapadłej w mroku, jak te drzewa i jak resztki drewnianych domów."(s. 73)
"Moja przeszłość tkwi we mnie głęboko, lecz kiedy staram się do niej dotrzeć, natrafiam na wydrążoną pustkę, jakbym urodził się wczoraj, a wszystko, co dawniej się wydarzyło, było tylko gąszczem cienistych obrazów, zetlałych i rozsypanych w drobiny atomów, o których opowiadał pan Leon." (s. 103) 
  Podobał mi się język i nastrój tej książki. Może zbyt mglisty i sentymentalny jak na wyczekiwanie wiosny, ale warto było poznać "Pensjonat".  Gdybym miała pokusić się o porównanie, to wyczułam jakby odrobinę B. Schulza, trochę J. Iwaszkiewicza....
Zapraszam do zagłębienia się w tę "archeologię pamięci", ciekawe materiały na temat tej książki (wywiady, recenzje, fragmenty...) znajdziecie na tej stronie:

Wpadłam na nią przypadkiem, szukając zdjęcia okładki, by wstawić do tego posta. 

P. Paziński, Pensjonat, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2010 (wyd. II)



środa, 9 marca 2011

Leniwiec

Jestem z natury leniwcem. Trudno mi się zebrać do pisania....Czytam "Pensjonat", spróbuję się zmobilizować do sporządzenia notatki o tej książce.
Dziś listonosz przyniósł mi "Więźnia" wygranego w konkursie na portali nakanapie.pl. Księga gruba, duże litery, zapowiada się ciekawie. Tymczasem jakoś tak mam, że własne książki (częściej wygrane niż kupione) odkładam na półkę, a czytam te biblioteczne... wychodzę z założenia, że własne będę czytać wtedy, gdy  nie będę mogła iść do biblioteki (co niedługo może okazać się rzeczywistością, z małym czytelnikiem) ;-)
Może wstawię tu jeszcze jakieś recenzje z zapasów (pisanych do szuflady albo na DKK), ale jakoś tak bez przekonania.... 
 Słonecznie pozdrawiam ;-)

poniedziałek, 7 marca 2011

Wio- sennie

Tak mi dziś sennie, choć lekko wiosennie. Pałętam się bez celu po stronach wielu. Kurs na konkurs. Dryf na gryf.
Wczoraj na długim spacerze zaobserwowałam, że krety ryją na potęgę. Czyli chyba wiosna ku nam zmierza.
W lekturze: "Fikołki na trzepaku" M. Kalicińskiej, wspomnienia z dzieciństwa, całkiem szybko się to czyta, ale wrażenia średnie.
W kolejce: "Opowieści rodzinne"K. Siesickiej (czyli Falbanki, Wachlarze, Woalki  razem wzięte). Mam ochotę na takie właśnie czytadła.
A jak mi się zmieni nastrój, to czeka "Pensjonat" laureata Paszportu Polityki- P. Pazińskiego i "Dwoje Rumunów...."D. Masłowskiej (skoro tę sztukę grają nawet na scenach NY- i chwalą-to warto ją poznać).

Oooo, galaretka! Agrestowa! Przypomniało mi się, że czeka na mnie w lodówce. To idę ;-)

czwartek, 3 marca 2011

Howard Jacobson „Wieczory kaluki”

Uwaga, uwaga: przed czytaniem wstrząsnąć ;-)

Nieczęsto zdarza się, żeby to, co znajdujemy na tylnej okładce – rekomendacje krytyków, fragmenty prasowych opinii, krótkie podsumowanie dzieła – idealnie odpowiadało zawartości książki, zwykle są to informacje „na wyrost”, mające na celu zachęcić nas do zakupu danej publikacji. Tymczasem „Wieczory kaluki” wydawnictwa Cyklady opatrzone są notą, która doskonale pokazuje, czego możemy się spodziewać po lekturze tego grubaśnego tomu. Cytaty z recenzji z pism Sunday Telegraph i The Observer również są niezwykle trafne. Rzeczywiście, utwór Jacobsona może śmiało pretendować do miana „najbardziej żydowskiej powieści, jaką kiedykolwiek napisano” oraz do wielu literackich nagród. 
Brytyjski pisarz zaskakuje czytelnika ogromną śmiałością w budowaniu nietypowego obrazu żydowskości, komizmem, ironią, poczuciem humoru. Ustami bohatera Maxa Glickmana opowiada o losach rozmaitych postaci, są wśród nich żydzi i goje, ateiści i religijni ortodoksi, konserwatywni starzy i postępowi młodzi, rodzice i dzieci, kobiety i mężczyźni… W tej pełnej dygresji gawędzie pojawia się mnóstwo tematów: zbrodnia, zakazany romans, echa Holokaustu, cierpienie, fascynacja, problematyka tożsamości i człowieczeństwa, rozmaitego typu konflikty (pokoleniowe, kulturowe, religijne…) i relacje międzyludzkie (rodzinne, koleżeńskie, międzynarodowościowe…itp.)
Zastanowił mnie tajemniczy tytuł. Co to, do licha, są kaluki? Okazało się, że nie jest to żadne żydowskie święto, ani egzotyczna potrawa, tylko… gra karciana! Ulubiona rozrywka matki Maxa i pretekst do towarzyskich spotkań. Wieczory kaluki to jedyny stały element w życiu pełnym ciągłych zmian, nic nie jest w stanie zmienić przyzwyczajeń pani Glickman i jej przyjaciółek, nawet śmierć męża, zapalonego ateisty i byłego boksera (warto zwrócić uwagę na tę postać). Kaluki to gra, w której trzeba umieć przewidywać, pamiętać, które karty już „zeszły”, a które są nadal w rozgrywce; oprócz szczęścia w rozdaniu trzeba nieźle główkować, aby wygrać. Może kaluki to metafora życia i międzyludzkich relacji?
Proza Jacobsona jest zabawna, ale i kontrowersyjna, czasem refleksyjna, czasem wulgarna. Mimo wszystko dobrze się ją czyta. Jedyny zarzut to obszerność, odnoszę wrażenie, że w nieco krótszej formie ta historia nie straciłaby na wartości, a może i zyskała więcej czytelników – obecnie odstraszonych rozmiarem książki. Generalnie rzecz biorąc: polecam, ale ostrzegam, bo to specyficzna lektura.

Follow by Email