piątek, 29 kwietnia 2011

Gdybym miała ...naście lat..... (Szeptem)

... to zapewne byłabym zachwycona "Szeptem" B. Fitzpatrick, pochłonęłabym tę książkę jednym tchem, w jeden wieczór, nawet zarywając noc. Tymczasem mam nieco więcej wiosen i mieszane wrażenia  po lekturze. Nie było tak źle , ale daleka jestem od entuzjastycznego podziwu. 
Podobnie rzecz miała się z cyklem "Zmierzch" S. Meyer. Co prawda nie czytałam, ale kiedyś kolega przyniósł pożyczone od kogoś filmy na podstawie kolejnych 2 części książki. Wraz ze znajomymi obejrzeliśmy je z ciekawości raczej niż z potrzeby (potrzeby w sensie "czuję, że muszę to zobaczyć", intuicji widza), w końcu tak było głośno o tych wszystkich Bellach i Pattinsonach ;-) - no wypadałoby wiedzieć, o co chodzi.  Stwierdziliśmy "ups, my nie ten target", wyrośliśmy z tego typu opowieści, nie kręci nas to zbytnio, jednakowoż kilkanaście lat wczesniej pewnie bardzo by nam się mogło spodobać. Tak, są książki/filmy, które trzeba poznać w odpowiednim czasie, będąc we "właściwym" wieku, inaczej odbiór będzie wypaczony.
Wracam do "Szeptem".
Zacznę od tego, że raczej nie interesują mnie popularne ostatnio historie o wampirach, aniołach, demonach, wilkołakach oraz inszych wiedźminach... Nie dla mnie fantastyka, nawet w takiej |"obyczajowo- romantycznej" otoczce. Sceptycznie podchodzę do powieści o nastolatkach z amerykańskich szkół i ich uczuciowych problemach. Nie wiem, z czego to wynika, ale zazwyczaj ich sprawy przedstawione są płytko, autorzy zarysowują ciekawe problemy (np. relacje z rodzicami, ambicje, poczucie własnej wartości  itp.), ale realizują je dość pobieżnie."Szeptem" jednak chciałam przeczytać, odkąd tylko się o tym dowiedziałam,  ale dopiero teraz trafiło mi się na bibliotecznej półce.
Tu mamy właściwie jeden wątek. 16- letnia Nora staje w obliczu dziwnego uczucia. Nowo przybyły do szkoły kolega, z którym zmuszona została pracować w parze na lekcjach biologii, z jednej strony ją irytuje, z drugiej - intryguje. Unika chłopaka, ale on ciągle zjawia się na jej drodze. Pożądanie miesza się z lękiem. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Nora czuje się zagrożona. Wcale jej się nie dziwię, że uległa urokowi przystojniaka otoczonego aurą tajemniczości. W końcu ma tylko 16 lat i (nawet podświadomie) dąży do tego, by się zakochać, przeżyć romantyczną wielką miłość, poczuć się kochaną.... Tajemnice i pozorna niedostępność, a także poczucie grozy przyciągają ją do Patcha jeszcze bardziej. Na przekór przecież często dążymy do tego, czego powinniśmy unikać.
W całej historii, jak na amerykańską powieść przystało, nie zabrakło wiernej, gotowej na wszystko , nieco ekscentrycznej przyjaciółki (Vee). Pojawiają się też indywidua, o których długo nie wiadomo kim właściwie są i jakie mają zamiary (Elliot i Jules),  rolę odegra też szkolny psycholog, pani Green. 
Wyobraźnia, sfera psychiki, granica między wyobrażeniami a rzeczywistością, zależność między umysłem a zmysłami, wpływ innych na naszą percepcję - wyznaczają przestrzeń tej opowieści, nie potrafię tego trafnie ująć, chodzi mi oto, że są ważne, kluczowe dla odczytania powieści.
Czyta się dobrze, choć nie jest to zbyt ambitna proza, nie ma kunsztownych opisów, czy ciekawych zabiegów literackich. Treści zawarte w prologu mogłyby być później nieco rozwinięte, na zasadzie retrospekcji  - pomogłoby to jaśniej przedstawić relacje współczesnych bohaterów. 
Czasem miałam wrażenie, że to opisany film. Być może autorka ma właśnie taka filmową wyobraźnię, pisze scenami. 
Podobała mi się okładka. Przyciąga wzrok.   Fabuła może nie porywająca, ale też całkiem znośna, nie nużyła. Do końca nie wiadomo kto kogo (i czy na pewno) chce usidlić/pokonać/zabić...
Powtarzam, gdybym miała ok. 16 lat. byłabym zachwycona. Tymczasem jestem zadowolona, że miałam okazję poznać sama tę popularną (wręcz modną) poczytną  książkę. Jak wpadnie mi w pazurki "Crescendo" (dalsze dzieje)- też chętnie przeczytam. 

Becca Fiztpatrick, Szeptem, Wyd. Otwarte 2010.

PS. A tu macie   fragmencik.








środa, 27 kwietnia 2011

Cień wschodzącej gwiazdy

Z najnowszych lektur czynię dopiero przemyślenia i zapiski,  tymczasem gdyby ktoś chciał poczytać nowy wpis, wygrzebałam z zapasów taką oto recenzyjkę, dla odmiany negatywną w ocenie.

 M. Pearl "Cień Poego" 
 
Pokaźnych rozmiarów księga o przepięknej okładce zapowiadała się interesująco, jednak bardzo mnie rozczarowała. Według opinii z „Publishers Weekly” miał to być „pasjonujący thriller”, tymczasem zdarzyło mi się kilka razy zasnąć nad tą powieścią i często ją odkładać ze znużeniem po uprzednim żmudnym pokonywaniu kolejnych stron. Dobrnęłam jednak do końca lektury.
         Przyznaję, że nie jestem entuzjastką literatury sensacyjnej, ale zdarzało mi się „zaczytać” np. w którymś tomie H. Cobena, H. Mankella czy D. Browna. Kiedyś „pochłonęłam” w jeden wieczór „Mroczny tunel” Iris Johansen. Owe teksty po prostu „dobrze się czytało”- szybko, w napięciu, z zainteresowaniem. Takiego odbioru spodziewałam się sięgając po książkę Pearla. Dodatkową zachętą do jej lektury było to, iż dotyczy tajemniczej śmierci Edgara Allana Poe, mistrza literatury grozy, oparta jest na oryginalnych materiałach, źródłach z epoki (listach, artykułach, pismach sądowych itp.) – stanowi więc jakby „zbeletryzowaną biografię” (czy raczej „śmierciografię”) pisarza. Nie sugerowałam się rewelacyjnymi rekomendacjami z okładki, ale nawet traktując je z dystansem odniosłam wrażenie, że są zdecydowanie „na wyrost”.
Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma tak złej książki, żeby nie zawierała czegoś dobrego. Trudno mi jednak znaleźć tu coś pozytywnego. Bohater Quentin Clark, moim zdaniem, jest niemrawy i pajacowaty, przypomina mi swą kreacją bohatera romantycznego, ale nie sposób traktować go jak Wertera czy Kordiana, nie ma w nim za grosz tragizmu. Narracja pierwszoosobowa z perspektywy Clarka nie wydaje mi się najlepszym pomysłem, wolałabym tu standardowego wszechwiedzącego narratora zewnętrznego, aczkolwiek to nie jest zarzut wobec Pearla. Kolejny bohater – tajemniczy Duponte, rzekomy geniusz kryminalistyki, dziwak i arogant – również nie wzbudził mojej sympatii, a zazwyczaj czytelnik „lubi” wszelkich „jamesów bondów i sherloków holmesów”. To najzupełniej subiektywna opinia, ale mnie ani nie bawiła postać sprytnej oszustki zwanej Bonjour, ani nie przerażał motyw dostarczania świeżych zwłok w celu przeprowadzania badań naukowych. Wątek miłosny też godny pożałowania. Ach, jaka wspaniałomyślna była Hattie! (Ciężko mi powstrzymać się od ironii) Clark traktował ją jak sztuczny kwiatek, którego nie trzeba podlewać, a ona po wielu perypetiach jednak wybrała właśnie jego, mimo( a może z powodu?) szargania uczuć, zatargów z prawem, kłopotów. Scena uwolnienia bohatera  z więzienia dzięki gigantycznej powodzi, która przebiła ściany celi, też „woła o pomstę do nieba”, choć zapewne w niebie mają ważniejsze sprawy niż kiczowate fragmenty á la przygody supermana.
 Fabuła wlecze się jak makaron. Dokładniej – zimne kluski, niesłone, bez sosu i w ogóle bez smaku. Nijak nie mogłam zrozumieć, co w końcu (około 300-ej strony powieści!) udało się odkryć, czy chociaż ustalić, tym „detektywom z Bożej łaski”, jaką wiedzę mają na danym etapie swojego dziwnego śledztwa? Wszystko takie niejasne, rozmyte, nie ma mowy o układaniu jak puzzle kolejnych faktów, to raczej irytuje niż intryguje. Wszystko jest „zaśniedziałe, zamglone, zardzewiałe”, a fakt, że w czasie akcji powieści prawie nonstop pada deszcz, jest zimno, mokro i ponuro, wcale nie stanowi usprawiedliwienia.
O ile Poe potrafił, jak na swoje czasy, stworzyć atmosferę grozy i makabry, to Pearl tego nie potrafi. Nie wiem, dlaczego okrzyknięto go „jednym z najbardziej utalentowanych pisarzy amerykańskich”. Trudno jest mi odnieść się do debiutu tego autora – „Klubu Dantego”, nie znam tej powieści, krytyka wypowiada się niezwykle pochlebnie, a liczba sprzedanych egzemplarzy świadczy o popularności wśród czytelników. Zakładam więc, że rzeczywiście jest to świetna książka, aczkolwiek „jedna jaskółka wiosny nie czyni”, jak głosi przysłowie. Doskonały debiut to chyba za mało, żeby pisarza okrzyknąć geniuszem, a każdą jego następną publikację z góry przyjmować z zachwytem i czcią. Owszem, możliwe, że Mathew Pearl to „wschodząca gwiazda literatury”, jak określił go Dan Brown. Dajmy mu szansę. Pozwólmy mu rozbłysnąć na literackim firmamencie, stopniowo ukazać talent i kunszt pisarski, aby nie stał się spadającą gwiazdą, gwiazdą jednego sezonu.



wtorek, 26 kwietnia 2011

Stosik powielkanocny

Witajcie!
Zapasów po świętach tyle, że chyba do końca tygodnia nie będę obiadów gotować ;-) Przybyło nie tylko w lodówce, ale i na książkowych półkach. Nie wiem, kiedy ja to wszystko przeczytam i opiszę, albowiem tempus fugit... i to nieubłaganie...
Tymczasem przedstawiam stosik:
M. Skwarnicki "Mój Miłosz" - prezent od Zajączka w ramach obchodów Roku Miłosza, ładne fotografie, duże litery, to nie jest biografia, a opowieść o relacjach Skwarnickiego z Noblistą, oparta na ich korespondencji;
W. Bartoszewski "Pod prąd" - egzemplarz recenzyjny od Księgarni  Matras;
D. Castagno "Osteria w Chianti" - jak wyżej, dziękuję ;-)
J. Cortazar "Ostatnia runda" - ze zbiorów własnych, tak mnie jakoś wzięło na ibero...
M. i E. Gardasiewiczowie "Opowieści Druida"- takie kocie sprawy..., nabyte na przecenie w Matrasie przez Zajączka z Krakowa ;-), fajne, już trochę podczytałam.

Tło do książek to takie krzesło  składane wyciągnięte  z kąta, odkurzone,  by na balkonie się na nim usadowić i poczytać a powietrzu. Dziś nie dało rady, bo chodnik robią na ścieżce akurat pod balkonem.

Jestem w trakcie czytania "Szeptem" B. Fitzpatrick, średnio mi idzie, przyznam szczerze...;
"Biała gorączka" Hugo - Badera odłożona tymczasowo z zakładką....

czwartek, 21 kwietnia 2011

wtorek, 19 kwietnia 2011

Pitawal, czyli "Gdzie jest głowa Emily Kaye?" Manuli Kalickiej

Ni pies, ni wydra...
M. Kalicka, Gdzie jest głowa Emily Kaye?,Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010.

Taka niewielka książeczka, około 150 stron, duże litery, do połknięcia za jednym zamachem, albo jak ktoś woli  na raty - po jednym kawałku. Składa się bowiem z 12 odrębnych króciutkich historyjek o zbrodniach - jak głosi napis na okładce- "z wyższych sfer", wśród hrabiów, lordów itp., które zdarzyły się na  gruncie angielskim, francuskim i polskim. Momentami makabryczne (zasługa pomysłowych morderców), gdzieniegdzie zabawne (zasługa autorki, stylu, języka).
Fragment noty z okładki: "Manula Kalicka kontynuuje dobre tradycje dawnych pitawali i oto daje nam "zbrodnie w sferach wyższych" , gdzie groza przeplata się z czarnym humorem". Ale co to, do licha są te "pitawale"?
Oto, co głosi na ten temat Wikipedia:
Pitawal, przest. pitaval – ogólna nazwa publikacji wydanej drukiem, zawierającej publicystycznie opracowany zbiór sprawozdań z głośnych rozpraw sądowych w sprawach kryminalnych, rzadziej innych, np. cywilnych. Z czasem zakres pojęcia rozszerzył się na opisy samych przestępstw (bez rozpraw) Pitawal opisuje wydarzenia stanowiące pewną całość tematyczną, np. najważniejsze wydarzenia na danym terenie, w określonym czasie, dotyczące konkretnych sprawców lub poszkodowanych, rodzajów przestępstw itp.
Nazwa pochodzi od nazwiska pierwszego autora takiego zbioru – francuskiego adwokata F. G. de Pitavala, żyjącego w latach 1673-1743, który wydał swoje opracowanie Causes célèbres et intéressantes w 1734 r.
 Znanymi polskimi publikacjami tego typu są "Pitaval warszawski" Stanisława Szenica wydany w 1958 r. (z wieloma późniejszymi wznowieniami) czy "Pitaval krakowski" Stanisława Salmonowicza, Janusza Szwai i Stanisława Waltosia z 1962 roku, również wielokrotnie wznawiany. 
W 2009 r. wydano książkę "Pierwszy pitawal gdański, czyli zbrodnia nad Motławą" autorstwa Pawła Pizuńskiego.


Ha, człowiek uczy się całe życie... Pitawal, no proszę! Mniemam, ze wszystkie opisy z tomiku są oparte na rzeczywistych zdarzeniach, choć tylko przy jednym podano źródło: "Opracowano na podstawie Pitawala Wielkopolskiego Stanisława Szenica".
Napisałam "ni pies, ni wydra", bo to taka dziwna książeczka, szczerze mówiąc, wolałabym konkretny kryminał oparty na  którejś historii, a nie takie "notatki kryminalne". Tytuł sugeruje jakąś całość, a tymczasem jest zapożyczony od jednego z opowiadań. 
Niezbyt mi się podobało. 

PS. Dziś wymieniłam przeczytaną Kalicką i Gutowską na:

Arto Paasilinna "Wyjący młynarz"; 

Fanny Flagg"Daisy Fay i cudotwórca".




poniedziałek, 18 kwietnia 2011

"Serenada" M. Gutowska- Adamczyk

Jejku, jak mi się podobało!!!



 Książka "Serenada, czyli moje życie niecodzienne" ukazała się w 2007 roku w Wydawnictwie Dolnośląskim w serii DO TOREBKI. Wtedy chyba jeszcze mało kto znał twórczość Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk. Dziś większość czytelników (czytelniczek) wręcz szaleje za "Cukiernią pod Amorem " i "Mariolą..." ;-). Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam te powieści. Tymczasem jak tylko zobaczyłam na bibliotecznej półce "Serenadę", wiedziałam, że kategorycznie MUSZĘ ją przeczytać. Chciałam spróbować, czy proza Gutowskiej- Adamczyk przypadnie mi do gustu. Oj, przypadła, przypadła... Dawno tak dobrze się nie bawiłam podczas lektury, zaczytałam się po prostu. 
Oczywiście nie będę streszczać fabuły, ale  jakiś zarys wypadałoby napisać. Kaśka Zalewska, aktorka białostockiego teatru lalek, grająca przeważnie "ogony", dalszoplanowe rólki, staje przed ogromną życiową szansą. Ma zastąpić słynną gwiazdę popularnego serialu, dublować ją nie tylko na planie filmowym, ale i w życiu. Wielki świat bankietów, premier, pokazów mody staje przed nią otworem. No i wpadła nasza Kasia  (kobieta z zasadami) jak śliwka w kompot, ale na szczęście ona nie z tych, co to dają sobie dmuchać w kaszę. Narozrabiała nieźle. Co się działo i jak się skończyło - przeczytajcie sami. Na scenie (skoro już jesteśmy w tematyce teatralnej) pojawi się cała plejada mężczyzn, pies oraz serek tofu. Jest zabawnie, a przy tym niegłupio. 
Książkę polecam wszystkim, a szczególnie tym, którym się wydaje, że życie aktorów, gwiazd filmowych jest cudowne, łatwe i usłane różami. Nie zdajemy sobie sprawy, jak często są oni niewolnikami kontraktów i układów z producentami. Nie do końca jest tak różowo. Gutowska pozwala nam zajrzeć nieco za kulisy, poznać grę pozorów i świat ułudy.
Bardzo mi się podobało, a na ostatniej stronie poczułam straszny niedosyt... 
Zanim zdobędę (wypożyczę raczej ) kolejne książki pani Małgorzaty, zerknę czasem na jej  blog .
O, a tu macie link do serii  "Do torebki" , całkiem spora lista rozmaitych książek. Żadnej (oprócz "Serenady") jeszcze nie czytałam. A Wy? ;-)



sobota, 16 kwietnia 2011

Palma

Odbiła mi palma,
niesie mnie po lesie,
chwytam słońce garściami
jak mech.
Tak złoto i sennie,
promiennie,
wiosennie,
ech!

;-)
;-)
;-)


A poza tym wszyscy zdrowi.... ;-P

piątek, 15 kwietnia 2011

Stosiczek

Wszyscy pokazują stosiki, no to ja też chcę! Wiem, że nieostre to zdjęcie, ale jakoś mi nie wychodzą dzisiaj niestety. Pozwólcie, że przedstawię książki, które pozowały przed obiektywem:
"Białą gorączka " J. Hugo - Bader ( reportaż, zbiory własne) - jestem w trakcie czytania; ciekawy obraz Rosji.
Z biblioteki:
-"Jak to robią twardzielki" M. Zaczyńskiej - podobało mi się  "Gonić króliczka " tej autorki, stąd chętnie sięgnęłąm po kolejną;
-"Gdzie jest głowa Emilii Kaye?" M. Kalickiej - 12 krótkich tekstów, jakby kryminalnych notatek, zobaczymy co to takiego...
- "Nie tylko pomarańcze..." J. Wintersson (seria Salamadra ) - jakoś tak mnie przyciągnęło.
- "Szeptem" B. Fitzpatrick (tak o tym było głośno,  skoro stało na półce, to jak mogłabym przegapić..)
- "Serenada" M. Gutowskiej - Adamczyk - o tej autorce ostatnio jest głośno, jej książki są popularne i chwalone, o tym tytule akurat nie słyszałam, ale chciałam spróbować jak mi się będzie czytało twórczość tej pani... - już spróbowałam  no i nie mogę się oderwać ;-)
Wracam do lektury!


środa, 13 kwietnia 2011

Konkurs

Wiosna nas nie rozpieszcza, za to Matras...jak najbardziej! Zapraszam do spróbowania szczęścia w nowym
konkursie. Atrakcyjne nagrody kuszą....
 Żeby wygrać, trzeba grać  ;-) No więc staram się ;-) Biorę udział w licznych konkursach. Ostatnio miałam szczęście w losowaniu  - wygrałam film <"Pocałunek" Klimta> na dvd (bestfilm.pl) oraz książkę "Upadły anioł" M. Jungstedt (Wyd. Bellona).
Gramy dalej...
Powodzenia  wszystkim!

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Studnia życzeń


Katarzyna Leżeńska. Studnia życzeń, Wyd. Prószyński i S- ka, 2005.  

Wyszukując książki na bibliotecznych półkach staram się przeplatać literaturę tzw. ambitniejszą z tzw. czytadłami. Biorę i coś lżejszego i cięższego kalibru. Stąd obok "Białego zamku" Orhana Pamuka, tureckiego noblisty, sięgnęłam po powieść Katarzyny Leżeńskiej. 
Lubię, gdy książka- z założenia lekka - ma w sobie jednak pewien ładunek, coś niesie, nie umyka tak szybko z pamięci.  Tak było właśnie ze "Studnią życzeń".
Z pozoru schemat. Samotna kobieta przed 40-tką (tu: księgowa, wdowa z dorastającym synem), ma zwariowaną przyjaciółkę i kompleksy, z góry wiadomo, że w jej życiu coś się wydarzy, na horyzoncie pojawi się wymarzony mężczyzna... Podobnych opowieści jest na pęczki. 
U Leżeńskiej oprócz tego schematu jest ciekawa historia dotycząca 3 pokoleń kobiet, ich uczuć, rozterek i dramatycznych wydarzeń. Hanka po latach powraca do domu, który jej rodzina odziedziczyła po babci. Przypadkiem odkrywa tam pewien obraz i zeszyt. Powoli, po nitce do kłębka, dzięki wspomnieniom  sąsiadki  (takiej pozytywnie zakręconej staruszki) poznaje tajemnice życia Rozalii (zmarłej niedawno babci) i  jej siostry Juli, która od lat nie utrzymuje kontaktu z rodziną, z nikim w ogóle.  Dlaczego? Co takiego się wydarzyło?
W retrospektywnej narracji śledzimy kręte ścieżki losu  bohaterów (głownie bohaterek), którym nie wszystkie życzenia się spełniają, nawet te wypowiedziane do magicznej studni... Rzecz się dzieje w Narwi i okolicach, na Podlasiu. Obok wojennych dziejów rodziny Hordyńskich, obserwujemy współczesne perypetie Hanki.
Przyznam, że wciągnęła mnie fabuła. Wcale się nie zastawiałam nad rozwiązaniem zadzierzgniętego tajemniczego wątku, nie przewidywałam zakończenia, choć może i można było się  go domyślić (oczywiście mówię tu o rodzinnej tajemnicy, bo współczesny wątek romansowy - jako schemat- był z góry przesądzony). Po prostu dałam się ponieść opowieści. 

Później znalazłam stronę internetową autorki, gdzie można poznać fragmenty powieści (także w formie do posłuchania) i opinie.  Zapraszam  TUTAJ. 




sobota, 9 kwietnia 2011

„I weszła miłość” Marisa de los Santos,



„I weszła miłość” Marisy de los Santos, debiutancka powieść amerykańskiej poetki, już samym tytułem wpisuje się w pewien typ książek. Myli się jednak ten, kto myśli, że to typowy „harlequin”. Już bliższe byłoby określenie „komedia romantyczna”, chociaż i to nie do końca, gdyż zbyt wiele tu  poważnych i smutnych spraw. Pozostanę przy zaklasyfikowaniu tej książki  do prozy obyczajowej, zakończonej mimo wszystko happyendem.
Cornelia patrzy na świat przez pryzmat filmowych scen, jest niepoprawną marzycielką, ma już 31 lat i ciągle czeka na swojego księcia z bajki ( a raczej z ekranu). Pewnego dnia w jej kawiarni pojawia się właśnie on, ten wymarzony, wręcz idealny, ucieleśnienie pragnień, amant nad amantami. Nowy rozdział życia bohaterki okazuje się jednak nie aż tak sielankowy  jak by się mogło wydawać. Książę ma swoje wady i przeszłość, która w pewnym sensie staje się przyszłością dla Cornelii. Brzmi tajemniczo? Przeczytajcie sami.
Clare ma 11 lat i przypomina głodne pisklę, szukając uczuć u matki, z którą zaczyna się dziać coś niedobrego i u nieobecnego ojca. Potrzebuje pomocy, serdeczności, czułości, ciepła rodzinnego domu. Świat wali jej się na głowę. Na szczęście zjawi się ktoś, dla kogo dziewczynka stanie się „dzieckiem serca”.
Dwie historie splatają się ze sobą niczym warkocz. Nie zabraknie tam też trzeciej opowieści- okazuje się, że często to, o czym marzymy, mamy na wyciągnięcie ręki. Szukamy daleko tego, co jest blisko. Trzeba było wielu lat i wydarzeń, by Clare uświadomiła sobie, ile dla niej znaczy Teo.
Obok miłości między kobietą a mężczyzną- dodam, że w różnych odcieniach - Marisa del Santos w ciekawy sposób i z ogromną wrażliwością przedstawiła siłę rodzinnych uczuć, moc pączkującej miłości do obcego dziecka, rozkwitającą serdeczność i dobroć.
To książka o różnych obliczach miłości. Najchętniej narysowałabym mapę, na której poszczególnych bohaterów połączyłabym strzałkami w różnych kolorach, różne bowiem łączą ich relacje i uczucia. Miłość romantyczna, rodzicielska, między przyjaciółmi, pozorna, prawdziwa, ulotna,  wytrwała, cierpliwa, kapryśna, bezinteresowna... i wiele innych określeń można by przywołać.
„I weszła miłość” pozytywnie mnie zaskoczyła.  Spodziewałam się banalnego romansu, znalazłam piękną poruszającą opowieść, oczywiście o miłości. 

Powyższa recenzja powstała w lutym na walentynkowy konkurs księgarni  MATRAS. Wrzuciłam ją, bo na razie nie mam weny do pisania o bieżących lekturach.

wtorek, 5 kwietnia 2011

Plebejka, John Burnham Schwartz

 Niedawno brałam udział w dyskusji na temat literatury japońskiej, a w szczególności powieści "Kobieta z wydm" Kobo Abe. Pozostanę w tym japońskim kręgu, chcąc Wam przedstawić książkę co prawda amerykańskiego pisarza, ale dotyczącą Japonii - ściśle rzecz biorąc cesarskiego dworu. Nie jest to najnowsza publikacja, ale wydaje mi się, że jest mało znana. Przynajmniej ja o niej nie słyszałam, aż do dnia, gdy wpadła mi w ręce w bibliotece. Kierując się intuicją - wypożyczyłam i nie żałuję.
To "Plebejka" Johna Burnhama Schwartza, wyd. Sonia Draga 2009.

Historia fikcyjna, ale "jak żywa", z narracją w pierwszej osobie, bardzo emocjonalna, wciągająca, ciekawie ukazująca różne typy relacji międzyludzkich. Nie będę streszczać fabuły, bo nie o to chodzi. Zresztą  niżej podaję tekst z okładki. Co mnie w tej książce urzekło? Prostota opowiadania, ładunek emocjonalny,  poruszające zdarzenia i przeżycia bohaterki, pewna egzotyka - obca nam kultura, tradycja, inna mentalność. 
Haruko- inteligentna, ambitna, zdolna - sroce spod ogona nie wypadła, ale mimo wszystko jej  plebejskie pochodzenie z góry stawiało ją na straconej pozycji. Mimo najszczerszych uczuć księcia ,była tylko pionkiem w grze o nowy postępowy wizerunek dworu cesarskiego. To małżeństwo w pewnym sensie wyznaczało kierunek zmian, ale nadal silne były wpływy "starej" pary cesarskiej i  tradycji. Oprócz chłodu i dystansu, a nawet wrogości, jaką darzyli Haruko teściowie i ich dwór, jej własna rodzina zdystansowała się, odsunęła, czując się niegodna cesarskiego majestatu. Dramatu kobiety dopełniło to, że "cesarska tradycja  nie uwzględnia uczuć", liczy tylko się urodzenie dziedzica tronu, dziecko ma się wychowywać z dala od rodziców, jej zdanie, jej potrzeby, marzenia, plany są dyskryminowane. Nic dziwnego, że w takich warunkach, pod nieustanną presją, Haruko traci mowę. Nie traci jednak wytrwałości, swojego oporu wobec rzeczywistości. Już jako cesarzowa staje w sytuacji podobnej do swojej: synowa Kumiko poświęca swe marzenia, karierę, by zostać matką cesarskiego następcy - tylko tej roli od niej  wszyscy oczekują, tylko taką akceptują. Haruko, pomna swych przejść,  nie pozwala  zniszczyć psychicznie dziewczyny, pomaga jej zdobyć wolność...
Bardzo podobała mi się ta opowieść. Autor świetnie wczuł się w postać kobiety - narratorki..Tzn.  dobrze to napisał, czytając czułam prawdziwość tej historii, realność emocji.
Dodatkowym walorem jest uchylenie rąbka zwyczajów japońskiego cesarstwa- np. przedstawienie ślubnych ceremonii i rytuałów koronacyjnych. 

Polecam!

Z okładki:
Jest rok 1959. Haruko, młodziutka dziewczyna z dobrego domu, wychodzi za mąż za księcia Japonii. Jako pierwsza kobieta spoza arystokracji wchodzi tym samym do tajemniczej, niemal całkowicie zamkniętej i najdłużej panującej rodziny monarszej na świecie. Od samego początku jest kontrolowana na każdym kroku przez okrutną, podejrzliwą cesarzową, a dwór interesuje się jedynie jej zdolnością do wydania na świat następcy cesarskiego tronu. Gdy wreszcie rodzi syna, doznaje załamania nerwowego i traci mowę. Nie chcąc jednak dać się stłamsić cesarskim biurokratom, trwa w swoim oporze.

Nawet nie przypuszcza, że trzydzieści lat później, sama będąc cesarzową, odegra decydującą rolę w przekonaniu kolejnej młodej kobiety – wschodzącej gwiazdy japońskiej dyplomacji – do przyjęcia oświadczyn swojego syna, następcy tronu. Nie przypuszcza też, jak dramatyczne i tragiczne konsekwencje zrodzi jej decyzja.

Fascynująca, wzruszająca i zaskakująca zarazem opowieść o oderwanej od rzeczywistości i brutalnie kontrolowanej egzystencji, to historia skomplikowanych stosunków między dwoma osamotnionymi kobietami, które – choć są na oczach wszystkich – naprawdę znajdują zrozumienie tylko u siebie nawzajem. John Burnham Schwartz stworzył z precyzją znakomitego gawędziarza kolejną doskonałą powieść.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

"Tak nie wolno obchodzić się z książką"

Dziś w bibliotece zdobyłam "Ex libris. Wyznania czytelnika" Anny Fadiman, zbiór esejów o książkach, księgozbiorach, czytaniu i czytelnikach. Lektura obowiązkowa każdego bibliofila! Ciekawe, ładnie napisane, zaopatrzone w"dopowiedzenia" - przypisy wyjaśniające nam o jaką książkę, osobę, nazwę itp. chodzi ( świetny pomysł, no bo skąd polski czytelnik ma znać amerykański periodyk literacki, teleturniej, czy ichniejszego słynnego dziennikarza itp.)
W jednym z esejów Fadiman przytacza następującą anegdotę: podczas pobytu w hotelu w Kopenhadze jej brat zostawił na nocnym stoliku otwartą książkę grzbietem do góry. Nazajutrz zastał ją złożoną, stronę zaznaczoną kartką, a na niej liścik: "Sir, tak nie wolno obchodzić się z książką.". To zdarzenie stanowi punkt wyjścia do rozważań o tym jak różne osoby traktują książki, w jakie różne sposoby okazują im uczucia. Nie będę przytaczać opowieści Fadiman, ale skłoniły mnie one do refleksji. 

Generalnie wydaje mi się, że dobrze traktuję książki. Naprawdę rzadko (chwilowo) zostawiam je grzbietem do góry, używam zakładek. Nie są to jednak ręcznie haftowane, czy wyklejane dzieła sztuki zakładkowej,.Ot, zwykłe kartonowe prostokąty dołączane przez wydawnictwa do książek, reklamujące często inne książki. Czasem służy mi do tego złożona na pół ulotka, kupon totolotka, karteczka...
Nie piszę po książkach, nie robię notatek, nie zaznaczam cytatów. Czynię to jedynie w książkach typu podręcznik i to tylko, gdy to mój własny egzemplarz.
Niestety, zdarza mi się nie tyle czytać przy jedzeniu, ale jeść przy czytaniu. Jak dotąd- bez tragedii. Zadna książka przy tym nie ucierpiała. Chyba...
Nie używam książek jako podpórki, nie kładę do nich kwiatków i owadów (o owadach- czytajcie u Fadiman).
Nie trzymam ich w równych rządkach, nie zdmuchuję pyłków. 
Nie panikuję, gdy coś przypadkiem się zagnie, czy naderwie -co nie znaczy, że szanuję; czasem mimo starań coś się zdarzy. 
Nigdy w życiu nie wyrzuciłabym żadnej książki.

Ciekawa jestem, jakie jest Wasze zdanie na temat traktowania książek/"sposobów ich użytkowania"...





niedziela, 3 kwietnia 2011

Lamparty nie płaczą ;-)

Książki z biblioteki już dawno przeczytane, czekają cierpliwie na wymianę. W lekturach jakiś mam zastój. Przeczytałam na razie dwa (dawkuję sobie po trochu) opowiadania z tomu "Trucicielka" E.- E. Schmitta - tytułowe i "Powrót", świetne!
W ramach czytania własnych zapasów sięgnęłam do "Lamparta" G. T. di Lampedusy, podobno to niemal najlepsza włoska powieść w historii literatury. Na razie zaczęłam - jest nieźle, choć tło historyczne( lata 1860-62, okres walk o zjednoczenie Włoch) jest mi zupełnie obce; zmierzch arystokracji  i przemiany społeczne brzmią już bardziej znajomo. Trochę kojarzy mi się to z prozą Stendhala.
Dziś natomiast wśród staroci  w garażu u teściów znalazłam taką oto książeczkę: "Kiedy chcę płakać - nie płaczę", autor: Miguel Otero Silva (pisarz wenezuelski). Otworzyłam na chybił trafił, dziwne to jakieś...nawet ciężko określić o czym... pozwolę sobie skwitować to słowami klasyka - "Bardzo trudno jest mi orzec, czy to ptak, czy nosorożec". Spróbuję się z tym zmierzyć.

Mimo wszystko... jutro pójdę  w końcu do biblioteki, może trafi się coś fajnego, lekkiego, ot, na wiosnę.
 A dziś buszowałam po lesie i wygrzewałam się miło na słoneczku, czego i Wam, czytelnicy niniejszego bloga, życzę! Oby pogoda została taka ładna....

Follow by Email