czwartek, 30 czerwca 2011

Stosik ;-)

Uwielbiam oglądać Wasze stosiki, sama rzadko mam okazję takowy sporządzić, ale ostatnio trochę przybyło mi nowości, więc skorzystam z okazji i pokażę nabytki.

Od dołu:
  1.  "Samotny mężczyzna" Ch. Isherwood - od Jusssi- jak przeczytam,  podam  dalej w świat ( jakiś konkursik urządzę);
  2.  "Historia prawdziwa o Petrku Właście..." J. Kraszewski - nabyłam za 1zł - przyda się do Projektu JIK ;-)
  3. "Akademia Pana Kleksa" J. Brzechwa - kupiłam, bo nie miałam.
  4. "Sekretny język kwiatów" V. Diffenbaugh - nabyłam pod wpływem impulsu i recenzji Leny (o ile dobrze pamiętam, bo myli mi się kto o czym pisał);
  5. za stosikiem stoi "Duże różowe słońce" - śpiewnik z piosenkami dla dzieci z 2 płytami CD - zakup tak jak i poprzednie książki - w Matrasie.
  6. ."Poniedziałek zaczyna się z sobotę" Strugaccy  - do recenzji od Księgarni Matras (dziękuję);
  7.  "Pływająca wyspa" E. Hayden - jak wyżej  (już przeczytałam, świetnie się bawiłam)
  8. R. Chandler "Żegnaj , laleczko" (klasyka kryminału jakby...)
  9. W. Tiendriakow, "Trójka, siódemka, as" (opowiadania radzieckie)
  10. F. S. Fitzgerald "Ostatni z wielkich" (klasyka amerykańska, lubię)
  11. A. Wiśniewski -Snerg  "Nagi cel" (polska s-f nie tylko Lem )
Ostatnią czwórkę przygarnęłam na portalu gratyzchaty.pl.  
Mam jeszcze jedną książkę biblioteczną do przeczytania i ze 3 recenzje do napisania... muszę zawrzeć pakt z niemowlęciem moim, aby dłuuuugo spało ;-) Cóż, różnie to bywa. I tak nie jest żle, skoro mam czas poczytać sobie blogi, napisać słówko i do książki zajrzeć. Tu odpoczywam. 





wtorek, 28 czerwca 2011

Śpij, kochanie, śpij

To nie o piosence duetu Kayah & Bregović będzie mowa, ale o książce Joanne Harris, zatytułowanej oryginalnie "Sleep, pale sister". Inwencję tłumacza/wydawcy, czy kto tam decydował o brzmieniu polskiej wersji tytułu, można tłumaczyć tym, że "blada siostra" zbyt kojarzyłaby się z "bladą twarzą", a tu o żadnych Indianach nie ma mowy.... ;-) Żarty żartami, ale do rzeczy...


Powieść, podobnie jak "Nasienie zła" należy do najwcześniejszych utworów autorki słynnej "Czekolady", ponownie wydanych po latach ze względu na zainteresowanie czytelników. Według mnie te późniejsze teksty są o niebo lepsze od "juweniliów", widać, że Harris przeszła pewną drogę literacką, dochodząc od prób  (średnio udanych i nieco dziwnych) do szczytu popularności (wciągających magicznych powieści). Mam jako takie porównanie, bo przeczytałam prawie wszystkie jej publikacje.

"Śpij, kochanie..." jak dla mnie - takie sobie. Czytałam bardziej z przyzwyczajenia (bo to Joanne Harris!), a pod koniec niemal na siłę. Na okładce widnieje hasło "Mroczna, gotycka powieść, która wciąga nas w grzeszny światek artystów epoki wiktoriańskiej". Cóż, mnie fabuła nie wciągnęła....
Nie lubię pisać o treści, więc tylko parę słów. 
Henry Chester, malarz o perwersyjnych upodobaniach i i hipokryckim usposobieniu, boryka się ze wspomnieniami. W swojej młodziutkiej żonie - muzie i modelce jego płócien-  upatruje wcielenia  niewinności, ideału dziecięcej czystości i subtelnej miłości. Tymczasem pod bladym licem Effie pulsuje gorąca krew, wrze burza namiętności, aż dziewczę wychodzi z siebie (dosłownie! Jej dusza lata ponad ciałem), wpada w szpony kobieciarza - cwanego Mose'a. Romans ( z jego strony będący tylko igraszką) trwa.... Nie dane jednak Effie wyrwać się tak szybko w okowów małżeństwa z panem Chesterem Oboje kochankowie stają się bowiem narzędziem w ręku Fanny, kokoty szukającej zemsty na Henrym. Ze względu na to, co się stało w przeszłości, mściwość ta jest uzasadniona. Pojawi się na scenie wydarzeń także Marta (która jest duchem?) oraz Szeherezada (która jest wymysłem/wyobrażeniem?). 
Co my tu mamy: miłość i nienawiść, zbrodnia i zemsta, różne żądze, romans, intrygi, obłęd...wizje, sny, zjawy, duchy.... Wieje grozą.
Sceneria: pracownia malarska, ponure domostwo,  wesołe miasteczko, cmentarz, dom publiczny....
Bohaterowie pod wpływem środków odurzających: Chester łyka chloral, poi Effie laudanum,  a Mose, za kołnierz nie wylewa...
Ciekawa narracja- autorka oddaje głos na przemian poszczególnym bohaterom. Rozdziały tytułowane są od nazw kart tarota, które w jakiś sposób odpowiadają zdarzeniom.  Mroczna okładka, przyciąga, kusi...
Czyta się dość szybko, ale trzeba mieć nastrój odpowiedni akurat na takie klimaty....

Dziwna powieść, takie w niej wszystko pomieszane, splątane.... Nie pasuje mi do literackiego wizerunku pisarki, raczej do współczesnych modnych powieści o wszelkich wampirach, duchach, zmorach wszelakich.... Może komuś się spodobać bardziej. Dla mnie żadna rewelacja. Jednakowoż każdą pozycję pióra Harris przeczytam bez wahania.

Joanne Harris, Śpij , kochanie, śpij, Wyd. Prószyński i S-ka, 2009, s. 398.

sobota, 25 czerwca 2011

Przełamałam się

Zawsze miałam dwie fobie. Panicznie bałam się pająków i.... twórczości Kraszewskiego. Trzeba jednak pokonywać własne słabości. Z pająkami za żadne skarby się nie zaprzyjaźnię, natomiast do Kraszewskiego może uda mi się przekonać...
Muszę przyznać, że moja niechęć do prozy tego pisarza jest zupełnie irracjonalna i całkowicie nieuzasadniona. Żadnej jego książki nie czytałam; "Starej baśni" w lekturach nie miałam ("za moich czasów" nie było). Przerażała mnie ogromna ilość dzieł J. I. K. na bibliotecznych półkach i ich objętość, choć tzw. "cegły" skądinąd mi nie straszne ( to, że księga gruba i  przestarzałym językiem pisana nie stanowiło dla mnie problemu w przypadku innych twórców) Odstraszała także wątpliwa estetyka starych wydań. 
Najbardziej zaś na moim podejściu zaważył nabyty nie wiadomo skąd stereotyp, że Kraszewski jest nudny, staroświecki, smętny, taki "porośnięty mchem" (jego twórczość, nie on oczywiście ;-) ) Poza tym nigdy nie przepadałam za powieściami historycznymi, a z takimi głównie go  kojarzyłam.
Tak oto, omijając utwory Kraszewskiego szerokim łukiem, żyłam do obecnych czasów. Tymczasem w "blogosferze" powstał Projekt Kraszewski, mający na celu popularyzację twórczości autora "Starej baśni", czytanie jego książek i  napisanie 200 recenzji na 200-lecie. Dzięki tekstom zamieszczanym tam przez "ochotników" będzie można zebrać informacje o poszczególnych utworach J.I. K, przekonać się, co warto "ocalić od zapomnienia", odświeżyć w lekturze. Także wyrobić/ ugruntować sobie zdanie o pisarstwie K. - zazwyczaj przecież go krytykujemy i odrzucamy, a tak naprawdę nie czytamy i bazujemy na być może błędnym przesłaniu.
Krążyłam wokół tego wyzwania jak ćma wokół lampy....W końcu przełamałam się. Przyłączyłam. Wezmę byka za rogi - książkę/-i Kraszewskiego do ręki. Kto wie, może nie taki diabeł straszny jak go malują..... ;-)


piątek, 24 czerwca 2011

Przystanek i "graty"

Tak zastój dziwny się uczynił.... Utknęłam pod koniec "Więźnia" (J. Adalidy), zarzuciłam "Cokolwiek to znaczy" (Aleksandry Nowak), z bibliotecznych 2 mam za sobą, jedna przede mną, a "męczę" J. Harris "Śpij, kochanie,śpij", jakoś mi ostatnio nie idzie wcale czytanie.... Włóczykijkowy "Efekt kobiety" czeka.
Czeka też "Sekretny język kwiatów". Chyba to po recenzji Leny tak mnie wzięło....i mam!

W poniedziałek mają przyjść książki do recenzji z Matrasa, a dzięki serwisowi gratyzchaty.pl  będę mieć "Przyjaciela wesołego diabła" Makuszyńskiego oraz kilka niewielkich książeczek (np. "Żegnaj laleczko"Chandlera", coś z serii Koliber...). Dzięki "gratom" przygarnęłam już sporo książek, których ktoś się pozbywa. Super sprawa- jedni pozbywają się tego, co  im zbędne, drudzy nabywają (właściwie darmo, tylko koszt przesyłki) to, co ich interesuje. Można znaleźć książki z dzieciństwa, różności.

wtorek, 21 czerwca 2011

Ciasteczka, czyli witam kolejną Włóczykijkę ;-)

Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy dostaniesz kolejną przesyłkę w ramach akcji Włóczykijka. Święta prawda! Zupełnie się nie spodziewałam. A tu proszę!
Dostałam "Efekt kobiety".  Ze 3 dni temu akurat czytałam opinię o tej książce  na blogu u vivi22. Napisałam, że podoba mi się okładka. Teraz będę miała okazję przekonać się co do zawartości, albowiem" nie sądź książki po okładce" i "nie wszystko złoto, co się świeci" ;-)


 












Dziękuję vivi22/Anetko za słodką niespodziankę (pyszne ciasteczka!) - akurat trafiłaś, bo czekoladowe różności rozdaję (karmię i raczej nie jem czekolady, żeby małe nie dostało jakiejś wysypki), a te mogę zjeść. Herbatki - uwielbiam wszelkie! Zaskoczył mnie uroczy dodatek - kolczyki! Własnoręcznie robione?
Śliczne, takie skromne, a... jest efekt! Efekt kobiety!



czwartek, 16 czerwca 2011

Mam "KSIĄŻKI" !

Aż mi się oczy zaświeciły, gdy mąż przybył z zakupami w jednej i gazetą w drugiej ręce...W którymś z kolei kiosku dopiero dostał (bo tu raczej nie sprowadzają takich "specjalnych" pism, przeważa prasa codzienna , Życie na gorąco i Teletydzień).
Mam "Książki, Magazyn do czytania"!

Cieszę się, bo widzę już smakowite kąski do czytania. Na razie mam za sobą  świetny tekst J. Rudnickiego o lekturach szkolnych. Oczywiście to nie jest pisemko, które w kilka minut od deski do deski, jak jakąś "Panią Domu" czy inne tele-plotki. To raczej tak na raty sobie trzeba dawkować, artykulik do kawki/herbatki.
Trochę tylko papier mógłby być lepszej jakości  i format ciut mniejszy (za to ilość stron większa). Ale i tak mi się podoba!

środa, 15 czerwca 2011

Co przyniosłam, a czego nie dostałam.... - stosik płaski

 Oczywiście, że mam w domu sporo nieprzeczytanych książek, ale jakoś mam ochotę na inne....a te niech spokojnie czekają...Wpadłam więc na chwilę do biblioteki (na dłuższe buszowanie Elwira nie pozwala ;-) ) i znalazłam to, co widać na powyższym obrazku ;-) Harris - ta od "Czekolady" - czytam wszystko, lubię. Sowę też - lekkie, a dobre. Luanne Rice coś  już czytałam - z pozytywnymi wrażeniami, więc się skusiłam na kolejną. A książka Kornelii Stepan to tak z ciekawości, bo nie znam.
Mam co czytać przynajmniej na jakiś czas.... 

A myślałam, że będę czytać co innego... Któryś z poniższych tytułów:
Gwiazdy prowadzą do domu, Książnica
We własnym gronie, Bellona
W obronie zzwierząt, Czarna Owca
 Kobiety jego życia, Książnica 
Śmiejący się policjant, Amber 
Dom w Toskanii, Zysk
Wampiry wolą szatynki, Amber 
Sługa kości, Rebis  
Wezwanie, Zysk
  Na takie  książki bowiem reflektowałam z obszernej listy książek do recenzji z Matrasu ( oczywiście nie wszystkie hurtem, tylko dostałabym coś spośród nich).Odpisałam na maila z księgarni od razu, a było to w czwartek.
Czekałam na kuriera z utęsknieniem... Tymczasem dziś otrzymałam taką wiadomość:

"Książki, przygotowane dla naszych współpracowników "rozeszły się jak
świeże bułeczki":) z uwagi na tak liczne zainteresowanie najmocniej
przepraszamy ale w chwili obecnej nie możemy wysłać wskazanych przez
Ciebie tytułów :(
Już poprosiliśmy naszych sponsorów o dodatkowe egzemplarze, aby każdy
Współpracownik mógł otrzymac książki :)
Najpóźniej w przyszłym tygodniu prześlemy kolejną listę książek!!!
Prosimy o jeszcze chwilkę cierpliwości :)"

 Nie będę ukrywać, że jestem rozczarowana. 
Wiadomo, że co się odwlecze, to nie uciecze, ale jakoś się tak nastawiłam na TERAZ.  Czuję głód nowych książek.
A co jak na nowej liście będą same kryminały i książki o wampirach? 
...........................

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Reset

Jestem niewyspana, nienaczytana, nienajedzona....., nie mogę sobie znaleźć miejsca. Zamiast odpoczywać, pałętam się bez celu. Szukam swojego kawałka podłogi, czegoś innego, sama nie wiem czego......a jednocześnie nie mam czasu na to szukanie i znajdowanie i trwanie....
Nie znoszę jak coś muszę, a muszę....
Bu.

piątek, 10 czerwca 2011

Jestem fanką Fanny Flagg

Są tacy pisarze, których czytamy dosłownie wszystko i z niecierpliwością czekamy na kolejną książkę, szperamy w bibliotece/księgarni za kolejną pozycją.... U mnie do tej kategorii należą m.in. E. E. Schmitt, Joanne Harris, Haruki Murakami oraz Fanny Flagg. Z jej powieści zostało mi do "zaliczenia" jeszcze tylko "Dogonić tęczę" i "Witaj na świcie, maleńka". Szczerze mówiąc, to jeszcze "Smażone zielone pomidory", ale skoro już znam fabułę z filmu... 
Nie wiedziałam, że Fanny Flagg to pseudonim (naprawdę pisarka nazywa się Patricia Neal), ani że jest też aktorką. Lubię ją za poczucie humoru, niepowtarzalne oddanie klimatu południa Stanów zjednoczonych, ogromny ładunek optymizmu, umiejętność opowiadania w zabawny sposób nawet o trudnych sprawach, problemach, kreowanie barwnych postaci, wciąganie w fabułę, lekkość stylu.
Ostatnio czytałam "Boże Narodzenie w Lost River".  Śliczna, wzruszająca, magiczna. O przyjaźni, o marzeniach, o tym, jak silna potrafi być wiara w to, że się spełnią; o poszukiwaniu (i znalezieniu) sensu życia,  swojego miejsca na ziemi, o ludzkiej życzliwości....Poznamy chorego na płuca pana Oswalda, który zyskuje przyjaciół i odkrywa swoje nowe pasje- ornitologię i malarstwo; kaleką Patsy, którą los obdarzy szansą na odzyskanie zdrowia i  pełen ciepła dom, a także pewnego ptaszka z gatunku kardynałów, który odegra niebagatelną rolę w całej historii. Nie lubię streszczać książek, więc poprzestanę na tym. Dodam tylko refleksję: gdyby wszyscy mieszkańcy miast, miasteczek i wsi byli wobec siebie tacy serdeczni i życzliwi jak ci w Lost River,  to jakże piękny byłby świat...
A, zapomniałabym: na końcu są przepisy kulinarne pań z Lost River, ze względu na składniki trochę trudno będzie  z nich skorzystać, ale może komuś się uda, może kogoś zainspirują...
Niedawno też miałam przyjemność (ogromną) czytać powieść "Daisy Fay i cudotwórca". Uśmiech gwarantowany już od pierwszej strony. Tytułowa Daisy swoim pamiętniku opowiada o swoim życiu, śledzimy jej dorastanie, problemy, rozterki, emocje... Bohaterka jest niezwykle rezolutną, bystrą dziewczynką, ale los jej nie rozpieszcza. Ojciec za kołnierz nie wylewa, ciągle ma natomiast nowe pomysły na zarobienie fortuny, rodzice się rozwodzą, Daisy w pewien sposób staje się zamieszana w sprawę morderstwa...Dużo się dzieje. W tle problemy z segregacją rasową ( są to lata 50-60-te XX w.) Fanny Flagg potrafi  "przemycić" poważne problemy pod płaszczem humoru, dziecięcej naiwności i okrasić wszystko ogromną dawką optymizmu.

Gdybym spisywała wrażenia na świeżo, pewnie ta notatka wyglądałaby inaczej. Niestety, więcej czytam niż piszę, żałuję potem, że po lekturze nie został ślad, zatem postanowiłam, że chociaż tak krótko  i ogólnie dam wyraz swoich wrażeń.

Pisałam szerzej o "Wciąż o tobie śnię" ( kiedyś na konkurs w Matrasie)- tę książkę F. F. też gorąco polecam. Zaskakuje, podnosi na duchu, uczy optymizmu.


Miłego weekendu!








czwartek, 9 czerwca 2011

Opowieść o szczęściu ;-)

Zazwyczaj sceptycznie podchodzę do tego rodzaju książek, nie gustuję w "gorących" romansach, ale w "Opowieści o szczęściu " Maureen Child (notabene co za banalny tytuł!) znalazłam coś więcej niż emocje i pożądanie. Lektura skłoniła mnie do zadania pytań.
Kobieto, czy jeślibyś miała dziecko poczęte metodą in vitro i przypadkiem poznała dane anonimowego (z założenia) dawcy, to czy chciałabyś, żeby się on dowiedział o potomku? Czy wiązałabyś tę informację z dalszymi konsekwencjami? Chciałabyś od niego pomocy, udziału w wychowaniu dziecka?
Mężczyzno, co byś zrobił, gdybyś poznał  efekt szczeniackiego zakładu z kumplem -oddania materiału do banku nasienia? Czy wówczas nie liczyłeś się z tym, że ktoś kiedyś będzie miał twoje dziecko? Co byś zrobił, gdybyś nagle je poznał? Jak postąpiłbyś wobec jego matki? Czy zmieniłbyś życiowe plany?
Czy we współczesnym świecie nadal funkcjonują małżeństwa z rozsądku?

Mnóstwo problemów do refleksji. Tło oczywiście romansowe, ale to nie przeszkadza.
 Fajnie i szybko się czyta, cienka książeczka, w sam raz na leżaczek pod krzaczek.


Za książkę-  dostałam ją w paczce w ofercie powitalnej -dziękuję Pani Marcie -  z serwisu Harlequin
sklep.harlequin.pl
harlequin.pl

środa, 8 czerwca 2011

Spalona róża, Anna Walczak

Spalona róża, Anna Walczak, Wydawnictwo Novae Res 2010.


Spalona róża, spalona proza...

Szczerze mówiąc, nie przypadła mi ta książka do gustu. Podobnie jak w przypadku „Szeptem”, może gdybym miała o połowę mniej lat niż mam, moje wrażenia byłyby inne. Tymczasem zdecydowanie stwierdzam: nie moja półka. Zastanawiałam się w ogóle, do kogo skierowana jest ta książka? Do nastoletnich fanek cyklu „Zmierzch”? Bo chyba nie do entuzjastek Jane Austen, mimo wszystko...


Co mi się nie podobało? Lecimy po kolei przez cały „świat przedstawiony”. 
Czas. Bliżej nieokreślony. Sądząc np. po ubiorach i samochodach – współczesność, ale biorąc pod uwagę klimat, relacje między bohaterami, ich wypowiedzi równie dobrze mógłby to być wiek XIX (oczywiście gdyby zamiast aut dać powozy itp.) – chodzi mi o to, że wyczułam wpływ literatury dziewiętnastowiecznej, głównie Jane Austen ( „Duma i uprzedzenie” to ulubiona lektura autorki – czytamy w notce na okładce).

Miejsce. Niekonkretne. Oprócz wzmianek, że to się dzieje w północnej Anglii, nic na to nie wskazuje, z wyjątkiem może pogody. Wiemy, że to miasto, że jest tam Most Północny, ale nic mi to nie mówi. Zazwyczaj akcja umieszczana jest w konkretnej, nawet jeśli fikcyjnej, miejscowości – przynajmniej nazwanej. Tu zaś mamy takie „wszędzie i nigdzie”.

Bohaterowie. Może to moje „widzimisię”, wymysł i fanaberia, ale uważam, że polscy autorzy powinni pisać o polskich bohaterach. Tymczasem tu mamy taką parkę: Medison Carpen i Daniel Broginns. Jednak mniejsza o nazwiska... Są to postacie według mnie nierealne, sztuczne, nieludzkie – nawet oczekiwałam, że któreś z nich okaże się wampirem, demonem czy innym stworem, których ostatnio w popularnej literaturze na pęczki. Bohaterowie mają po 23 lata, a rozmawiają jak nastolatki, zachowują się też jakoś tak... Nie polubiłam ich.  Daniel jest wyidealizowany, taki piękny, bogaty, fascynujący swą tajemniczością i demonicznością...kreowany na wroga, w którym nie sposób się nie zakochać. Medison  - była ofiarą przemocy domowej, bita i poniewierana przez ojca alkoholika - rozumiem, ze chciała od tego uciec, uwolnić się. Nie rozumiem jednak jej motywacji – „poświęcenia” się – wyjścia za mąż za wroga, kogoś, kto ją też poniżał i dręczył psychicznie, tylko dlatego, by miała dach nad głową i pieniądze, a on wygrany zakład.  Jakby sama siebie zamknęła w klatce, sprzedała w niewolę, nie korzysta przecież z tej fortuny męża, sama o niczym nie decyduje, nawet ubrania jej kupiono. Dziwi mnie, że dorosła, jak by nie patrzeć, kobieta, zamiast poszukać pracy i pokoju do wynajęcia, wychodzi za mąż „z rozsądku” ( no jak w wiktoriańskiej powieści dosłownie). W pewnym momencie, gdy Carpen rozważa odejście od męża, stwierdza, że nie dostałaby pracy, bo nie ma wyższego wykształcenia. Co za bzdury! Coś by zawsze się znalazło. Ale widocznie autorka o tym nie pomyślała...
Akcja. Na początku jest drętwo, potem się rozkręca. Więcej jednak jest przegadane. Do wątku uczuciowego, emocjonalnego, dochodzi sensacyjny- Medison czuje się zagrożona, okazuje się, ze nie bezpodstawnie. Nie chcę wyjawiać szczegółów,  powiem tylko,  że morderstwa i scen jak z thrillera/horroru nie zabraknie.
Nastrój. Ponura to powieść mimo happy endu. Ponura sceneria: wielkie zimne apartamenty, ciemne ściany, czarne dywany, usychające drzewo, groby w ogrodzie, będzie też trumna i zakopywanie żywcem... gotyk pełna gębą.
 Nadmienię, że autorka jest fanką gotyckiego rocka, zapewne więc i gotyku w innych dziedzinach. Subkultura gotów mnie niestety (a raczej stety) nie interesuje.

Drażniły mnie też schematy: on bogaty- ona biedna, nienawiść przeradza się w miłość, przyjaciel z pozoru okazuje się zdrajcą, przypadkowo bohaterka podsłuchuje złoczyńców...no i taki przeskok – od scen rodem z thrillera do scen z romansu i zakończenia z „harlekina” ( typu rodzinna sielanka).

Plusy: szybko się czyta, proste zdania, klarowny układ (prolog, epilog, krótkie rozdziały z tytułami), gdzieś od X rozdziału powieść się rozkręca.

Nie mogę pominąć faktu, że autorka jest debiutantką i to 14- letnią. Świetnie, ze młodzież czyta i pisze, ale nie do końca świetnie, że wydaje. Mam na myśli, że czasem lepiej poczekać, dorosnąć i rozwinąć talent, uniknąć falstartu.

Czy książka powinna dalej wędrować? Mi się nie podobała, ale zapewne znajdzie swoich zwolenników. Moim zdaniem, są lepsze czytadła.Trzeba się samemu przekonać i wyrobić własną opinię.

Książkę przeczytałam w ramach akcji Włóczykijka.


PS . Całość tekstu była pisana jednakową czcionką, nie mam pojęcia dlaczego kawałek wyświetla się dużymi literami... próbowałam poprawić i nadal to samo... nie umiem tego zmienić, ki diabeł...

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Włóczykijka nr 2

Często zerkam do  lokalizatora Włóczykijki, by sprawdzić, czy przypadkiem w którejś kolejce nie jestem zaznaczona na niebiesko (osoba oczekująca na książkę). Sprawdzałam, sprawdzałam i ... chyba przegapiłam, bo dziś przyszła do mnie paczuszka, a w niej... "Spalona róża" A. Walczak. Zatem miałam niespodziankę.


Przesyłka przybyła aż z Krościenka od Marty,czyli Soulmate. Dziękuję za dodatki, herbatkę zaraz wypiję. Książkę już zaczęłam, mam za sobą jakieś sto stron i na razie... nie podoba mi się. Jak skończę, wypowiem się szerzej.

sobota, 4 czerwca 2011

Nie dla mięczaków, Monika Szwaja

Niewielkich rozmiarów książeczka Moniki Szwai przygotowana przez Empik jako prezent dla klientów z okazji Światowego Tygodnia Książki (dodawali do zakupów) przypadła mi w udziale w drodze konkursu zorganizowanego na  ich stronie internetowej jeszcze przed Wielkanocą. Trochę trwało zanim dostałam przesyłkę, ale to z mojej winy, bo... nie wysłałam danych adresowych ( a byłam pewna, ze to uczyniłam). Gdy naprawiłam swój błąd, szybko listonosz obdarował mnie paczuszką. 

Dziś przeczytałam "Nie dla mięczaków". Szczerze mówiąc, to nie jest najlepsza książka Szwai. Przy innych znacznie lepiej się bawiłam, wpadałam jak śliwka w kompot w perypetie bohaterów, wręcz nie mogłam się oderwać. Tymczasem ta średnio mnie zajęła. Ot, taka sobie historyjka. Tym razem  opowiedziana z perspektywy mężczyzny...
Piotr świeżo odzyskawszy wolność po rozwodzie (nieudane małżeństwo, tym razem to ona była tą złą ) czuje się samotny, spotyka na swojej drodze  miłą panią ( taką szarą- na początku się mu zdawało) i jak to bywa w powieściach- coś zaczyna się między nimi dziać. Los ma jednak dla naszego bohatera niespodziankę. Romantyczną kolację przerywa niespodziewana wizyta pewnego młodzieńca... Kim on jest i czy Piotr ułoży sobie życie z Mają przekonacie się jak przeczytacie.Acha, jeśli zastanawiacie się co nie jest dla mięczaków, to odpowiedź znajdziecie na końcu. niespodzianka, he he...
Według mnie sporo tu schematów, no ale chyba tak są budowane powieści tego typu (ona i on - przygody/kłopoty- happy end). Z ciekawostek: bohater ma dość oryginalne hobby, a mianowicie śpiewa w chórze. Jego towarzyszka uwielbia lotniska i Beskidy. Wspólnie dzielą pasję do naleśników (oj, można zgłodnieć podczas lektury) ;-) Interesujący jest pewien motyw (którego nie zdradzę, w trakcie lektury można go przewidzieć),  zaskakująca (w pozytywnym sensie) reakcja bohatera na ową sytuację - Piotr powinien stać się wzorem tolerancji,  wyrozumiałości, uczciwości, szczerości, odpowiedzialności.

W sumie to nie jest zła opowieść, bo generalnie jest bardzo optymistyczna w swej wymowie, momentami zabawna, mądra. Tylko takie to jakieś "zbyt ładne", wyidealizowane...ale może się czepiam...
Zbyt krótki tekst -to zdecydowany minus, a kolejny za malutką czcionkę (niewygodnie się czyta zwłaszcza wieczorem). Mam też wrażenie, że całość została napisana na szybko, na zamówienie, tak trochę " na odczepne", a mogła być z tego po dopracowaniu i rozszerzeniu niezła powieść.
Bardzo lubię książki Szwai (prawie wszystkie przeczytałam) i samą autorkę, wolę jednak jej wcześniejsze powieści i czekam na kolejne.

piątek, 3 czerwca 2011

Nowy nabytek

Tak mnie dziś naszła ochota, żeby pójść do księgarni i kupić książkę... jakąkolwiek... byle "na żywo", dotykając kartek, głaszcząc po grzbiecie i podczytując tu i ówdzie... Odczuwam ostatnio niedosyt nowości. nie mam szczęścia w konkursach ostatnio.Biblioteka swoją drogą, zapasy na półkach (nadal nieprzeczytane)już się "odstały" . Czas na nowy nabytek.
Księgarni porządnych u nas brak, raczej przeważają w nich artykuły szkolno - papiernicze, podręczniki, albumy, takie tam...beletrystyki niewiele. Przynajmniej w tej księgarence, do której poszłam, wyboru dużego nie było. Albo coś co już czytałam, albo coś co mnie nie interesuje.
Wyboru jednak dokonałam: "Balladyny i romanse"Ignacego Karpowicza - nagrodzone Paszportem Polityki 2010,  576 stron współczesnej prozy. Przyznam, że byłam ciekawa tego autora i jego powieści. Teraz się przekonam o jego wartości.

czwartek, 2 czerwca 2011

Krótki podręcznik przekraczania granic, Gazmed Kapllani,

Gazmed Kapllani, Krótki podręcznik przekraczania granic, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.
(tłum. z greckiego Ewa T. Szyler)

Całkiem niespodziewanie, ale szczęśliwie odkryłam serię SULINA, wydawaną przez Wydawnictwo Czarne. W jej ramach ukazują się książki historyczne i antropologiczne, proza podróżna, reportaże i eseje – szeroko pojęta literatura faktu. Autorzy (m.in. Martin Polack, Andrzej Stasiuk, Jurij Andruchowycz, Dubravka Ugresic, Krzysztof Varga...) – tu cytuję notę ze skrzydełka okładki- „przekraczają granice: geograficzne, kulturowe, mentalne, z antropologiczną dociekliwością badają pozornie znane lądy, prowadza literackie śledztwa, odkrywające przed czytelnikiem nieznane strony fenomenu zwanego Europą.”
Tego czytelniczego odkrycia dokonałam dzięki niewielkiej książeczce pt. „Krótki podręcznik przekraczania granic”. Świetna lekturaprzynajmniej  dla tych, którzy lubią reportaże, eseje, interesują się troszkę antropologią i  socjologią.

Gazmed Kapllani cierpi na syndrom granicy: „ ...przyzwyczaiłem się już, że granice odnoszą się do mnie z podejrzliwością. Ja patrzę na nie ze wzruszeniem i niecierpliwie czekam, by przejść na drugą stronę, one zaś prawie zawsze traktują mnie wrogo lub nieufnie. Ja próbuję je uspokoić i przekonać, że nie stanowię żadnego zagrożenia, ale one zawsze wynajdą jakiś pretekst, żeby mnie odepchnąć albo odmówić mi prawa do równości.” (s. 5)
Nie dziwi takie podejście, gdy wiemy, ze autor jest albańskim uchodźcą, który swoje imigranckie życie związał z Grecją. W „Krótkim podręczniku...” łączy wspomnienia z Albanii zgiętej pod jarzmem komunizmu z  reporterskimi opowieściami o losie uchodźców i refleksjami na temat różnorako pojętych granic, mentalności emigranta, nadziei i rozczarowań,  traktowania przybyszy przez lokalną społeczność, stosunku do ojczystego i nowego kraju. Pisze o pokoleniu zmywaka, nerwicy tymczasowości, płci granic i pamięci przesiedleńca. Miesza ironię z goryczą, czyni trafne spostrzeżenia. Ma do tego pełne prawo – sam doświadczył tego, co opisuje – w 1991 roku z grupą uchodźców przekroczył granicę z Grecją, jako imigrant parał się różnymi zajęciami (był budowlańcem, pomywaczem...), udało mu się „odbić od dna” – zrobił doktorat na Wydziale filozoficznym na uniwersytecie w Atenach, jest felietonistą.  Marzy o świecie bez emigrantów.
Podobał mi się język opowieści – prosty, ale błyskotliwy, oryginalne myślenie autora- mądre i trafne konkluzje, a przede wszystkim tematyka – jakże współczesna i aktualna  (przekraczanie granic geograficznych/kulturowych/mentalnych, emigracja – dziś głownie zarobkowa). Chciałabym mieć na własność tę książkę, móc do niej powracać. Polubiłam ją.
Także za te słowa:
„...niezależnie od tego, po której stronie granicy się znajdziemy, wszyscy jesteśmy na tym świecie emigrantami – z czasowym pozwoleniem pobytu na ziemi, nieuchronnie przejazdem...” (s. 151)



środa, 1 czerwca 2011

Dzień Dziecka

Chciałam coś napisać, ale... dziecię wzywa...
Wszystkiego najlepszego wszystkim dzieciom, dużym i małym ;-)

Follow by Email