czwartek, 28 lipca 2011

A było tak pięknie....

... słonecznie i ciepło... Dzień przeciągał się leniwie jak rozespane kocisko...
Elwi nie płakała na szczepieniu... po południu odsypiała wrażenia, a ja czytałam "Żonę Beduina". Zrobiłam pranie pralkowe, a wieczorem przeprałam ręcznie ciuszki małej. No i co?
No i LEJE! Dawno deszczu nie było!!! Na wyścigi zbierałam to prawie wyschnięte i to całkiem mokre ze sznurków na balkonie. Się nacieszyłam poprawą pogody, żeby to gęś kopnęła!

I miałam mniej buszować w sieci....no ale jak nie zajrzeć... a tu stosik , a tam ciekawy tytuł, a tam jeszcze coś kusi... Mimo wszystko, wprowadzę sobie limit chyba...
A na gratach napatoczyła mi się fajna książeczka, ciekawe czy uda się zdobyć...

Miłego weekendu!
PS. Paradoksalnie ja więcej czytam na tygodniu ( w weekendy nie mogę z przyczyn niezależnych - no chyba że zostaniemy w domu, co nie należy do reguły, a wolałabym... Brakuje mi niedziel po swojemu. ale nie wytłumaczę tego tutaj)

wtorek, 26 lipca 2011

Diabelskie sztuczki

Półdiablę Weneckie. Powieść od Adriatyku. J.I. Kraszewski
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.


Zdecydowanie bardziej podoba mi się Kraszewski w odsłonie obyczajowej niż historycznej. Stwierdziłam to po wycieczce nad Adriatyk, którą odbyłam za sprawą niewielkiej objętościowo ( co u Kraszewskiego nie często się zdarza) powieści. Skusił mnie „diabelski” tytuł i ochoczo zabrałam się za lekturę utworu datowanego Drezno 1865 r.
Przywitał mnie cytat z ludowej piosnki włoskiej, ale od czegóż słowniczek zamieszczony na końcu!
Miłość zaczyna się muzyką i śpiewem,
I później kończy się bólem i płaczem”
Oto więc motto zapowiada, że o nieszczęśliwym uczuciu będzie mowa, że w romansowe wkraczamy treści. Włoska sceneria wzbudza ciekawość, co też tam się wydarzy....
Oczywiście autor nie byłby sobą, gdyby nie sięgnął do przeszłości, gdzie według niego łatwiej było o oryginalność charakterów ludzkich i malowniczość wątków, bo „teraźniejszość staje ledwie za materiał do rachunku i na temat do karykatury”. Bardzo mi się spodobała refleksja:
Człowiek w gruncie jeden od początku świata, ale po wierzchu wygląda dziś jak migdał cukrem oblany, i trudno zgadnąć, czy słodki czy gorzki, świeży czy nadgniły, a nawet czy to migdał tam siedzi, czy kawałek suchej skorupki bez smaku.”|
Można te słowa odnieść również do kondycji współczesnych ludzi, o których przecież już śpiewano, że „coraz więcej przebierańców, coraz trudniej o oryginał”.Wracając do powieści: mamy wzmiankę, iż z ziemi włoskiej do Polski przybyli niegdyś tamtejsi obywatele i szlachectwo polskie oraz indygenat otrzymali. Stąd właśnie wywodzi się ród Lippi de Buccellis, którego potomkiem jest Konrad, główny bohater. Jego dziad, Bernatem zwany, choć już z Polki urodzony i z Polką ożeniony, z lubością praktykował tradycję o weneckim rodowodzie, stroił się z włoska, jeździł pstrą karetą, a na wysepce urządził małą Wenecję, gdzie gondolami gości na biesiady woził. Miał wiele dziwactw, majątek znacznie uszczuplił, zadłużył, a dorobił się przezwiska „Półdiablę Weneckie”. To miano przechodziło potem z ojca na syna. Otrzymał je również Konrad, który po powrocie z konfederacji barskiej, miejsca w rodzinnym gnieździe zagrzać nie umiał i w apatię popadłszy, wyjazd do swojej „drugiej ojczyzny” sobie umyślił, a także dalej- do Ziemi Świętej, co mu na każdym kroku odradzano, bo niebezpieczeństw po drodze czyhało krocie. Martwił się poczciwy stary rządca Pukało, ale „półdiablę” się uparło. I jak rycerz giermka, a książę pazia, tak on swego węgrzynka na wyprawę zabrał. Ów węgrzynek, czyli na węgierską modłę ubrany sługa, był to prosty chłopak, Maciek, o dobrym sercu, ale szaławiła. No i napytał sobie biedy w tej Wenecji, chłopaczyna.... Konrad też wpadł w sidła, albowiem już na statku wpadła mu w oko córka kapitana, piękna młodziuchna Cazita. Szczegółów ich perypetii wyjawiać nie będę. Dość powiem, że na włoskiej ziemi „półdiabląt” nie brakowało, a zgodnie z przysłowiem, gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Zabawnie było, ale i potem wcale niewesoło, gdy młodzi usychali z tęsknoty za swoją ojczyzną, Maciek cierpiał z miłości, a poczciwy kapitan Zeno zaginął na morzu.
Romans podszyty patriotyzmem – tak bym określiła ten utwór. Patriotyzm nie jest nachalny, ale jednak widoczny i sentymentalny. O czymże dumać na weneckim bruku, kiedy „tęskno za naszymi bory i zapachem świeżej roli, podobnym do woni świeżo upieczonego chleba...”, a wspomnienie naszej ziemi łzę wyciska.... Tak jak Konrad tęsknił za szumem polskich lasów i pluskiem jeziora w rodzinnym Robninie, tak Cazita za głosem Adriatyku i uliczkami ojczystej Wenecji. Każde ciągnęło do swego. Jedno z nich przegrało tę „rozgrywkę”. Kto? Przeczytajcie.

Nie jest to może rewelacyjne dzieło, ale czyta się je przyjemnie i z zainteresowaniem ( i całkiem szybko, co tylko u mnie z przyczyn osobistych wolniejszym znacznie było). Wiele dobrego przydają tu kreacje postaci drugoplanowych, np. poczciwego rządcy, z racji ulubionego powiedzonka Dalifurem zwanego, prostej klucznicy Murzynowskiej, pracowitego polsko-włoskiego szewca Nani czy chytrego na pieniądze oberżysty Zanaro, statecznej ciotki Anunziaty, porywczego Sabrone. No i nie można zapomnieć o węgrzynku Maćku, który przebijał wszystkich swoim chłopskim rozumem, gadulstwem i przyjacielskim przywiązaniem. Na ich tle Konrad i Cazita wypadają blado, ale bez nich nie byłoby przecież całej opowieści.

Zapraszam na last minute nad Adriatyk z tomikiem Kraszewskiego pod pachą.


niedziela, 24 lipca 2011

Przyjechały "Rafały"

Sobota minęła pod znakiem rodzinnego "zjazdu", ale nie będę opisywać, co było na obiad i innych szczegółów  ;-).  Elwi miała tyle wrażeń, że zasnąć nie mogła, a  na mojej półce zagościły dwie książki M. Grabskiego o księdzu Rafale, pożyczone od Mamy. Automatycznie wskoczyły w kolejkę zaraz po "Dziewczynie, która pływała z delfinami", czyli po bieżącej lekturze. Przeczytałam na okładce, że autor jest miłośnikiem kotów- już go lubię!
Skończyłam  wreszcie "Półdiablę..."Kraszewskiego, miałam dziś pisać recenzję, ale chyba już jutro to uczynię, bo dziś za dużo czasu zeszło mi na buszowanie po blogach, pocztach i fejsbukach ;-)

Dziś cały dzień pogoda u nas okropna, leje od popołudnia. Małe odsypia widocznie wczorajszy dzień, bo śpi więcej niż zazwyczaj. Udało nam się zaliczyć krótki wyjazd na obiad do teściów i spacer w lesie, zdążyłyśmy przed deszczem. W południe oglądałam jakiś film na Dwójce, potem dowiedziałam się, że to 1 część "Klejnotów", takie niedzielne oglądadło, z wątkiem romansowym na wojennym tle. Nawet ładne.
 Wieczorem zaś na program kabaretowy patrzyłam,  to nic, że powtórka (akurat wielkanocny odcinek), ale skoro nie oglądałam wtedy, to dla mnie jak nowe;-) 
Szkoda mi Amy Winehouse,  nie to żebym była jakoś szczególnie fanką, ot gdzieś się przez radio przewinęło  "Rehab", czy inna piosenka, całkiem "bez szkody dla ucha".... Szkoda, że trochę na własne życzenie zmarnowała swoje życie i talent....ale już stała się muzyczną legendą. Szkoda, jak każdego, kto odszedł tak młodo i nagle...

Zmykam czytać dalej "Dziewczynę...".

piątek, 22 lipca 2011

Stosik konkursowy

Żeby wygrać, trzeba grać ;-)
Oto moje konkursowe zdobycze:











"Dziewczynę...."S. Berman to już chyba prawie każdy ma ;-)

czwartek, 21 lipca 2011

Miało być inaczej....

....miałam wrzucić zdjęcie stosiku, ale wysiadły baterie w aparacie...
....miałam czytać, ale skusiło mnie zajrzeć, co nowego na blogach i w ogóle...
....miałam wcześniej się położyć spać, ale mi się odechciało...
.... miałam napisac tekst na konkurs "Cztery wymiary", ale nie mam weny....
....miałam posłuchać muzyki, ale nie wiem sama czego bym chciała....

 Szukając sama nie wiem czego, znalazłam to:
 Miło powspominać dawne ulubione seriale animowane....;-)

środa, 20 lipca 2011

Strzeż się przed takimi książkami, czyli o „Strażniku marzeń” słów kilka


 
Włóczykijkowa paczka przyszła do mnie już dawno, wafelki zjedzone, herbatki wypite, zdjęcia niet, ale książka przeczytana i wypowiedź będzie. Z góry zaznaczam, że bardzo subiektywna i będę się czepiać.

Może i nie taka znowu ostatnia ta powieść, ale daleka jestem od zachwytu i żarliwego polecania. Przy takiej obfitości znakomitych książek tę akurat można sobie odpuścić. Zdążyłam też nabrać przekonania, że żadnej publikacji wydawnictwa Novae Res nigdy nie kupię, a i w bibliotece raczej omijać będę. Przeczytałam już 4 (szczerze mówiąc 3 i 1/3) ich książki i jak dotąd „szału nie było” (określenie zapożyczyłam z któregoś bloga, zapadło mi w pamięć). 
Mariusz Surmacz, Strażnik marzeń, Novae Res 2011, s. 288.

Odnośnie „Strażnika....”:
Bohaterem i zarazem narratorem jest Max, facet koło 40—tki, który przemierza trasę motorem, jadąc bez celu, przed siebie, uciekając przed sobą samym, swoimi wspomnieniami.... Odszedł był od ukochanej kobiety, dał jej wolność, choć ona była z nim szczęśliwa... Zostawił ją dla jej dobra (według niego), nadal ją kocha, tęskni za nią, snuje w myślach monolog skierowany do niej.
Podczas eskapady spotyka wiele ciekawych osób, każda z nich raczy go swoją opowieścią życia (zielarka Aniela, ksiądz – były rajdowiec, dziewczyna z bidula, Franek...) Natomiast on – jak o narrator- nie szczędzi czytelnikowi „pikantnych” szczegółów swoich spotkań z kobietami. Ta bezpośredniość bez zahamowań może wielu odbiorcom nie odpowiadać. Jednych odrzuci, ale drugich jednak przyciągnie.

Drażnił mnie pewien schematyzm. Postaci mówią jednakowym językiem (czy może tylko mi się tak wydaje...), każda opowiada historię swojego życia – niemal brakowało, żeby uczynił to też przybłąkany pies... Kolczyk w pępku pojawia się u co najmniej dwóch z kobiet... Powtarzają się opisy czynności, np. bohater daje karmę psu ( jasne, że karmi go codziennie, ale nie musi za każdym razem informować o tym czytelnika). W ogóle ciągle jest jedzenie, picie, spanie, seks. Do tego sentymentalne rozkminki o porzuconej kobiecie.
Drażnił mnie Max. Łaskawca się znalazł! - „Tak, poświęciłem naszą miłość, ale zrobiłem to, by ratować ciebie, kochanie.” (s.7). Macho, któremu wszystkie napotkane kobiety włażą do łóżka. Superman i farciarz – za uratowanie życia chłopakowi dostał od jego matki dom nad jeziorem i nie tylko... Drażniła mnie jego przesadna uprzejmość, nic tylko proszę, dziękuję, przepraszam....
Dziękuję, Anielu za wszystko. Nigdy nie zapomnę tej wizyty i twojej opowieści. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy” (s. 42)
Dziękuję jeszcze raz i również życzę księdzu wszystkiego dobrego. Ten nocleg był dla mnie niesamowity. Kolacja i rozmowa były naprawdę wartościowym przeżyciem. Dziękuję za wszystko, życzę zdrowia i wszystkiego dobrego”(s. 72)
Wybaczcie mi, dziękuję za gościnę i przemiło spędzony czas. Nigdy was nie zapomnę...” (s. 128)
Chodząca laurka! Nie przypominam sobie, żeby przeklął... co trochę gryzie się z wizerunkiem faceta w skórze na motorze... w sumie to dobrze, że on taki kulturalny, ale przez to nienaturalny...

Drażniły mnie jeszcze takie kwiatki:
  • - Powoli, Reksiu, udławisz się i będzie problem – powiedziałem, rzucając ostatni kawałek.
    Zaszczekał radośnie, merdając ogonem (...)”- jasne, że z kontekstu wynika, że chodzi o psa, ale z tekstu wynika, że to kawałek (kiełbasy) szczekał i merdał....
  • Gdy Marek i Aga wrócili, wysiedli i podeszli do mnie” - skoro pojechali samochodem ( co autor wyraźnie podkreśla w następującym dialogu:
    -Dziękuję, pojadę po nią. Będziemy za godzinkę. Jest akurat w zajeździe, ale może się wyrwać.-
    - Jedź ostrożnie. Gdy przyjedziecie, kiełbaski będą już gotowe.
    -Oddzwonię, żeby była gotowa i jadę. Cześć.
    -Cześć.
    Pojechał. - s.242)
    ------> a więc skoro pojechali samochodem, to chyba oczywiste, że wysiedli zanim podeszli.... Takie tłumaczenie czytelnikowi jak krowie na rowie.... brrr!
  • Aga podeszła z tacą, na której stały filiżanki, cukiernica i półmisek z plasterkami cytryny.” (s. 243) – coś dużo chyba tych plasterków było, normalnie to spodek wystarczy.... ;-)
Powiecie, ze czepiam się szczegółów... Ano czepiam się, bo mi to przeszkadzało w czytaniu i nie podobało mi się. Plusem jest to, że naprawdę szybko się czyta. W sprzyjających warunkach (ja ich nie miałam) wystarczy jedno popołudnie/wieczór. Fragmenty dotyczące rozmyślań bohatera były znacznie lepiej napisane niż dialogi, czytało się je jednym ślizgiem oka, nawet ładne były. 

A, jeszcze coś mi się przypomniało... Alkohol tu leje się nieomalże strumieniami, a to naleweczka na plebanii, a to winko z Edytką, a to bimber u Bogdana....Po ostrej popijawie na drugi dzień bohater wsiada na motor....dobrze, że nie od razu rusza w trasę, ale "wczorajszy"chyba też nie powinien. To ma bardzo "niepedagogiczny" wydźwięk. Zwłaszcza przy współczesnej walce z plagą pijanych kierowców.

Wyszukałam z ciekawości informacje o autorze.  Jest nauczycielem w- f ze Zwolenia. Tu znalazłam artykuł na temat pana Surmacza i jego książki: 
  

Strażnika marzeń” przeczytałam w ramach akcji „Włóczykijka”.
Czy książka powinna dalej wędrować? Czytacie na własną odpowiedzialność.

One Lovely Blog Award

I ja wpadłam w tryby machiny łańcuszkowej....  a to za sprawą nominacji od toski82, 
Nominowałą mnie również hadzia
dziękuję ślicznie za nominację ;-*

Zasady gry:
- Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała.
- Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli.
- Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała),
- Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji.

Oto moja siódemka:
  1. Nigdy nie odkładam na jutro, tego, co mogę zrobić.... pojutrze!
  2. Nie umiem pływać, na basenie byłam raz... jak za karę.
  3. Nie znoszę oliwek i oscypków.
  4. Jestem niesystematyczna.
  5. Mam problem z kupnem butów, żeby pasowały na moją małą i wąską stopę.
  6. Robię pyszne śledzie w curry.
  7. Nie lubię prasować (niektóre rzeczy są bardziej pomięte po niż przed).

    To tak na szybko. Teraz jeszcze lista nominacji, ale sporo osób już było zaproszonych....nie wiem, czy uzbieram 16- tkę ( swoją drogą czemuz 16 , anie 15, 13, 9 , czy 17??), ale spróbujmy:
    - kasandra 85
    -MO
    - Agnieszka Tatera
    - vivi22
    -Ann/koloranki
    - jusssi
    - iza
    -archer
    - skarletka
    - bujaczek
     wybaczcie,ale dalej nie mam siły stukać w klawiaturę i linkować więc poprzestanę na 10 - ciu osobach.... jeszcze tylko komentarze z informacją im powrzucam...

    Wszystkim, do  których zaglądam przyznaję zbiorową Big Lovely Blog Award!

wtorek, 19 lipca 2011

Ciach i ciuch ;-)

Mówię niedawno do męża:
- Wiesz co, muszę sobie kupić jakąś bluzkę, bo nie mam w czym do ludzi wyjść, ta  poplamiona, ta rozwleczona, a tamta niefunkcjonalna.... Jak myślisz, tak za ile mogę kupić?
- Nie wiem.... tak 60 - 70 złotych ....
- !!!

Jaki mąż hojny! He, he... Tylko że po co mi taka droga bluzka,  planuję wydać w granicach 30 - 40 zł, sądzę że spokojnie znajdę coś odpowiedniego w tej cenie. Się zobaczy. Tymczasem zapraszam na skecz kabaretu Ciach.
Męskie podejście do babskich zakupów. jak widać bywa różne ;-)

piątek, 15 lipca 2011

Zabytkowe znaleziska

 Różne skarby można znaleźć na strychach, w piwnicach, garażach... wśród staroci, zniszczonych gratów, pozostałości po dobytku pradziadów... Ja w garażu u teściów wśród starych i raczej już nieaktualnych książek ( o ZSRR na przykład) wyszperałam prawdziwe zabytki. Wiedziałam, ze podobno są tam jakieś dzieła Kraszewskiego, ale że będą to publikacje z 1929 i 1930 roku to się nie spodziewałam. 
Są to 3 tomy "Starosty  warszawskiego" i 3 tomy (części) "Męczennicy na tronie" w dwa woluminy oprawione. Cyfry na grzbietach (69-71 i 72-74) świadczą, że książki pochodzą z obszernej kolekcji utworów Kraszewskiego wydanej przez  M. Arcta, gdzie każdy tom (rozumiany jako część powieści) numerowano osobno. Na początku czarno- czerwona ilustracja - to się pewnie jakoś fachowo nazywa, ale ja się nie znam....
Zobaczcie!







Stosik z dodatkami

Jeszcze czekam na 2 książki z  i pakiet wygrany w konkursie harlekinowym na fb, ale już nie mogłam się powstrzymać ;-) Oto moje najnowsze zbiory:
  1.  Strażnik marzeń, M. Surmacz - z "Włóczykijki", dziś skończyłam czytać, wrażenia wkrótce.
  2. K. Makuszyński, Przyjaciel wesołego diabła - jak przez mgłę pamiętam serial na jej podstawie... - przygarnęłam na gratyzchaty.pl
  3. J. Carroll, Kraina Chichów-  bardzo mi się podobało i chciałam mieć, nabyłam w dziale antykwarycznym Księgarni Margarita.
  4. H. Krall, Trudności ze wstawaniem. Okna. - z antykwariatu Księgarni Margarita
  5. H. Krall, Hipnoza - jak wyżej;
  6. P. L. Travers, Mary Poppins na ulicy Czereśniowej - jak wyżej;
  7. J.I. Kraszewski, Stara baśń - z antykwariatu Vivarium
  8. P.L. Travers. Mary Poppins w parku - jak wyżej
  9. H. Lofting, Poczta doktora Dollitle -  jak wyżej
  10. L.M.M - Ania z Avonlea - jak wyżej.
  11. książka bez okładki to "Tajemniczy ogród" F. Burnett, znalazłam ją w starociach w garażu u teściów;
  12. Kraszewski , Starosta warszawski - znalezione w garażu
  13. Kraszewski , Męczennica na tronie - jak wyzej;
  14. Kraszewski, Półdiablę weneckie - nabytek na Allegro;
  15. K. Pisarzewska, Halo Wikta - przygarnęłam na   gratyzchaty.pl
  16. T. Parsons, Kroniki rodzinne - kupiłam za 9,99 zł w Biedronce
  17. Pierwszy słowniczek, 100 słów - jak wyżej
W stosiku wcale nie było ich widać... Bardzo lubiłam te książeczki, postanowiłam zebrać całą serię dla Elwirki, na razie znalazłam tylko te dwie. Zależy mi na starych wydaniach, jakby ktoś coś kiedyś wyszperał przypadkiem w jakimś antykwariacie- dajcie znać ;-)

Miałam  pokazać bliżej te stareńkie tomy Kraszewskiego,  ale o tym jednak będzie w osobnej notatce....

Teraz będzie stosik gościnny. Oto co ostatnio przydźwigała moja siostra z biblioteki (pozbywano się tego, to przygarnęła) plus jej nabytek "naukowy".Mam nadzieję, że się podzieli zdobyczami ;-)

 Najbardziej cieszymy się z Pratchetta, bo jakoś do tej pory nie było nam dane nic jego czytać, a jesteśmy tego ciekawe. "W oparach absurdu"  też bardzo smakowite. A tak się przedstawia zawartość czasopisma "Pismo" z 1981r.:

Na koniec zaś zobaczcie malutką czytelniczkę:

 Elwi i "Pierwszy słowniczek"
;-)
Teraz czytam "Półdiablę...", potem chyba "Sekretny język kwiatów", a potem... ?? Za duży wybór ;-)

wtorek, 12 lipca 2011

Fantastyczne zamieszanie

Arkadij i Borys Strugaccy, Poniedziałek zaczyna się w sobotę, Prószyński i S-ka, 2009.


 
Jedni nie lubią poniedziałków, dla drugich poniedziałek zaczyna się w sobotę, a dla innych każdego dnia może być niedziela, zwłaszcza, gdy mają pod ręką zajmującą i zabawną książkę. 
 

Twórczość braci Strugackich, to klasyka rosyjskiego- ba, światowego – science fiction. Nazwisko autorów jest znane nawet tym, którzy „nie siedzą” w fantastyce, a ja do nich się zaliczam. Uważam, że jednak wypada poznać co nieco z każdej dziedziny literatury, stąd i po Lema kiedyś sięgnęłam i teraz po Strugackich. Nie byłam pewna, jak odbiorę ich prozę, wszak to trochę nie moja półka...a przeżyłam całkiem niezłą przygodę.


Na książkę składają się połączone ze sobą trzy historie. W pierwszej ( „Zamieszanie wokół kanapy”) wraz z Saszą Priwałowem trafiamy do dziwnej chatki, gdzie zmagający się ze sklerozą kot opowiada bajki, szczupak w studni spełnia życzenia, a za sprawą kanapy dzieją się niezwykłe rzeczy.... Instytut Naukowo – Badawczy Czarów i Magii otwiera swe podwoje. W drugiej opowieści („Wielkie zamieszanie”) Sasza jako pracownik tegoż instytutu podczas dyżuru oprowadza nas po osobliwych działach ( np.dział Sensu Życia, Szczęścia Linearnego, Proroctw i Przepowiedni), zobaczymy niezwykłe eksponaty, poznamy dziwacznych naukowców (np. Ambrozjusza Wybiegałłę, Janusa w dwóch osobach) i przyjrzymy się ich eksperymentom – wykluje się kadawer(!). W trzeciej części („Powszechne zamieszanie”) nasz bohater wyruszy wehikułem w przyszłość opisywaną w utworach literackich, sporządzi gazetkę ścienną „O przodującą magię” i wraz z kolegami rozwiąże zagadkę zielonej papugi.

Dzieje się, oj, dzieje... Aż czasami czytelnik nie nadąża...zdobędzie za to dużo wiedzy z dziedziny magii naukowej, dowiemy się co to umklajder, na czym polega zjawisko kontramocji i do czego tak naprawdę służy kanapa. Na końcu sam Priwałow w posłowiu ocenia i krytykuje autorów niniejszych szkiców z życia INBADCZAM-u. 
 

Całość jest bardzo „fiction”, a między „science” wciskają się elementy baśniowe. magiczne i mitologiczne. Wszystko razem stanowi zwariowaną jazdę bez trzymanki po bezkresach wyobraźni, poprzez ocean humoru aż po horyzont absurdu. Czyta się wartko, choć niekiedy można nieco utknąć w „naukowych” opisach, ale to chyba dotyczy tylko niewprawionych w s-f.
 

Współczesny czytelnik może nie dostrzec „..celnej satyry na rzeczywistość sowieckiej nauki. I nie tylko sowieckiej!”( z okładki), ale i bez tej analogii będzie się świetnie bawił tekstem.

Mniemam, że dla miłośników fantastyki ta i pozostałe książki braci Strugackich, to podstawa, „kanon lektur”, natomiast dla tych, którzy dopiero zaczynają swą przygodę z tą dziedziną literatury- będzie to znakomity początek i doskonała zabawa. 
Nie potrafię ocenić tego utworu na tle innych, bo nie jestem znawcą fantastyki, mogę tylko powiedzieć szczerze - mnie się podobało, głównie ze względu na absurdalne poczucie humoru autorów i ich niezmierną pomysłowość.




poniedziałek, 11 lipca 2011

A to dobre.... ;-)

Poszłam niby tylko po chleb, ale jak to zobaczyłam.... po prostu nie mogłam się oprzeć.
Wiem, że reklama, ale chciałam Wam to pokazać. Pierwszy raz widzę takie...
Wcale nie brzydkie...
A dobre swoją drogą.... ;-)

PS. Czekam jeszcze na przesyłki, ale już wkrótce zaprezentuję stosik i to z dodatkami  ;-)

czwartek, 7 lipca 2011

Historia prawdziwa o Petrku Właście palatynie, którego zwano Duninem. Opowiadanie historyczne z XII wieku. J. I. Kraszewski

Książkę wydało Wydawnictwo „Śląsk” w 1983 roku w serii Biblioteka Karola Miarki. Jest to siódmy tom z cyklu Dzieje Polski.
Rękopis przepisano we Florencji w 1878 r, a autor zadedykował powieść „Stanisławowi Duninowi z lat lepszych towarzyszowi miłemu”.
Tekst „Historii...” przygotowano na podstawie jedynego jej wydania, które ukazało się za życia J. I. Kraszewskiego w 1878 r. - poprawiono omyłki drukarskie, unowocześniono pisownię i interpunkcję (rzeczywiście, gdyby zachowano stan pierwotny, tekst byłby mniej strawny), pozostawiono zaś bez zmian w zakresie leksyki i składni. Posłowie pełne cennych uwag napisał Wiktor Hahn.

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Kraszewskiego uważam za udane. Dotąd omijałam go szerokim łukiem- swoimi obiekcjami dzielę się tutaj. Nie spodziewałam się, że aż tak mi się spodoba, nie przepadam za powieściami historycznymi, a tę akurat czytałam z żywym zainteresowaniem. Z przyjemnością chłonęłam prozę „staroświecką”, najeżoną imiesłowami, czasem zaprzeszłym, archaizmami, nieco inna niż obecna składnią. Taka odmiana od współczesnych tekstów, które nieraz pozostawiają wiele do życzenia pod względem językowym. Przypisy skutecznie objaśniały wszelkie zawiłości w kwestii składniowej i leksykalnej, jak również dotyczyły postaci i wydarzeń historycznych.

Miło było przeżyć literacką podróż do XII wieku, czasów rozbicia dzielnicowego polski, gdzie w dzikich ostępach puszczy kryło się moc zwierza, a wielmoże z paradnym orszakiem ochoczo wyruszali na łowy. Kraszewski barwnie snuje swa opowieść opartą na historycznych źródłach (Kronika wielkopolska, Kronika śląska, Jana Długosza Dziejów Polski ksiąg 12, Kronika Piotra Własta palatyna polskiego – podaję za posłowiem). Zgodnie z testamentem Bolesława Krzywoustego, jego synowie panowali w poszczególnych dzielnicach, najstarszemu – seniorowi przypadła dodatkowo ziemia krakowska (ze stołecznym grodem), sieradzka i łęczycka, oraz zwierzchnictwo nad pozostałymi. Rozdrobnienie państwa było na rękę biskupom i świeckim wielmożom, którzy mieli wówczas większa władzę, książętom odpowiadała niezależność. Tymczasem senior Władysław II, podjudzany przez żonę, wystąpił przeciwko swym braciom, chcąc przejąć ich ziemie i panować jako król nad całością kraju. Ściągnął w tym celu posiłki z sąsiednich państw. Po stronie młodszych książąt opowiedzieli się duchowni i wojewodowie – m.in. Piotr/Petrko Włast spod Wrocławia.

Na takim tle rozgrywa się akcja powieści, w której oprócz historycznego konfliktu o władzę, znajdziemy wątek miłosny i obraz obyczajowo -społeczny tamtych czasów. O tytułowym bohaterze dowiadujemy się najpierw pośrednio – od dziada w gospodzie, który snuje opowieść o kniaziu Petrku na prośbę młodego rycerza Jaksy. Ów Jaksa będzie tym, który zaprowadzi czytelnika do Włastowej siedziby i na książęcy dwór, będzie takim łącznikiem, który spaja całą historię. Z nim też wiąże się wątek miłosny – od pierwszego wejrzenia córka palatyna wpadła mu w oko. 
 
Nie zamierzam pisać streszczenia, choć nie da się uniknąć pewnych jego elementów. Wolę przyjrzeć się bohaterom. Z historii znamy suche fakty, a w powieści postaci ożywają, poznajemy namiętności, jakie nimi targają, motywy ich postępowania, charaktery. Przywołam kilka postaci:
Petrko Włast [żadne źródło nie nazywa go Duninem; dopiero od XV w. jego ród – Łabędziów- zaczął używać tego przydomka; wywodzi się on prawdopodobnie stąd, że ów ród pochodził z Danii: Dun-Dunin (za posłowiem) ] - swoje niezmierne bogactwo i splendor zyskał dzięki nieuczciwego postępkowi, który usiłuje odkupić stawiając kościoły i nie szczędząc złota, porywczy, dumny, ale i dobroduszny, serdeczny, na co dzień ubiera się jak prosty chłop, nawykły jest i do biedy i do pracy lubuje się w polowaniach; na mocy woli zmarłego władcy sprawuje pieczę nad młodymi książętami, jego głos wiele znaczy, liczą się z nim, ale niestety ma też wrogów, głównie w osobie Dobka, niemieckiego marszałka z dworu księżnej, któremu odmówił ręki córki. Z godnością przyjmuje niesprawiedliwą karę, jaką mu za rzekomą obrazę i sprzeciw, wymierzył książę Władysław.
Władysław II – spokojny, cichy, pod pantoflem żony, niby chce być królem, ale tak naprawdę wolałby, żeby dano mu święty spokój, jego pasją są łowy („Ech lasy, lasy wy moje! W was człowiek o wszystkim zapomni! I tyle życia, co w lesie!”), nie chce rozlewu krwi bratniej, nie chce pozbawić życia Petrka, ale ogromnie ulega wpływom małżonki i jej popleczników.
Księżna Agnieszka (no jakżeż mi miło!) - „..bo to zła kobieta była...” ;-), jako przyrodnia siostra cesarza niemieckiego, ma ambicje zostać królową, podjudza męża do napaści na braci, wjeżdża mu na ambicję, szantażuje, to mściwa, dumna, żądna krwi baba, taka „lady Makbet”.
Dobek - mściwa, perfidna gadzina, wykorzystuje swą pozycję na dworze do prywatnej zemsty na Petrku za czarną polewkę. Sugerowany jest jego romans z księżną....

O wartości powieści pisze w posłowiu Wiktor Hahn:
...zarzucano Kraszewskiemu, przede wszystkim zbyt niewolnicze trzymanie się kronik (…) oraz podzielanie z nimi poglądu na bieg zdarzeń. (...)Zarzuty te nie są słuszne. Jako główną zaletę powieści, trzeba podkreślić należyte wykorzystanie przez autora źródeł historycznych i zasadniczą zgodność z historią (usterki są nieznaczne, w kilku drobnych szczegółach świadome odstępstwa.” - moim zdaniem również taka zgodność jest walorem.
Powieść jest napisana zgrabnie, zajmująco, ożywiają ją pięknie przedstawione dzieje miłości Jaksy” - lepiej bym tego nie ujęła.
Przeciętny czytelnik, który inaczej nigdy nie zetknąłby się się z ciekawym zabytkiem, jakim jest Kronika o Piotrze Właście, poznaje wiernie jej treść dzięki powieści Kraszewskiego” - ba, ja bym nawet nie wiedziała, że taka osoba, jak Włast istniała i co się rozgrywało w tamtych czasach......
Charakterystyki osób historycznych (…) są zgodne ze źródłami” - dobrze, że auto nie przekręcał ani zdarzeń, ani nie zmienił rysu postaci.

Podsumowując, „ Historia o Petrku...” to powieść ciekawa, barwna, przystępna, opowiada o etapie dziejów, o którym tak naprawdę niewiele wiemy (pamiętamy z lekcji historii ze szkoły, że testament Krzywoustego, że rozbicie dzielnicowe...ale o szczegółach tego konfliktu o władzę raczej się nie uczyliśmy). Czy przetrwała próbę czasu? Jak najbardziej nadaje się do czytania. Polecałabym ją ku przestrodze, przy kłótniach rodzinnych o majątek ;-)




środa, 6 lipca 2011

Pływająca Wyspa, Elizabeth Haydon

Pływająca wyspa. Zaginione dzienniki Vena Polypheme'a, Elizabeth Haydon, Wydawnictwo Rebis 2009.


„Cała naprzód ku nowej przygodzie, taka gratka nie zdarza się co dzień” - tę piosenkę z filmu o podróżach Pana Kleksa można śmiało zanucić sięgając po „Pływającą Wyspę”. Przygód w niej znajdziemy pod dostatkiem, nie zabraknie chwil grozy i szczypty humoru, ciekawych postaci nie sposób nie polubić, a wszystko uplecione z baśniowych i mitycznych wątków. Czas uruchomić wyobraźnię i wyruszyć do fantastycznej krainy.
Książka adresowana jest do młodego czytelnika (myślę, że tak z przedziału wiekowego 9-14 l.), ale i ja- nieco starsza czytelniczka – znakomicie się bawiłam i odpoczęłam przy tej lekturze, zatem uznaję ją za pozycję dla osób w każdym wieku.
Już na początku autorka puszcza oko do odbiorców: niniejsza opowieść stanowi rekonstrukcję zaginionych dzienników naińskiego badacza, których fragmenty odnaleźli archeologowie. Niestety, księgi, w których Ven Polyphene zawarł sekrety magii i opisy niezwykłych stworzeń i miejsc, przepadły. Ocalałe strzępki notatnika posłużyły za podstawę do odtworzenia historii o Pływającej Wyspie i wielu innych dziwnych sprawach.
Wszystko zaczęło się w dniu 50-tych urodzin Vena (jak na Naina był jeszcze smarkaczem, albowiem ta rasa żyje o wiele dłużej i rozwija się wolniej niż ludzie), kiedy znalazł pióro olbrzymiego albatrosa i wyruszył na „jazdę próbną” statkiem wybudowanym w rodzinnej stoczni. Wiedziony ciekawością, wypłynął na pełne morze i tu rozpętała się wielka przygoda. W dużym skrócie: okręt zaatakowali piraci, Ven ledwo uszedł z życiem; tułając się z dala od domu, trafił na Pływającą Wyspę, nawiedzone rozdroże, a z więziennego lochu – na królewski dwór....Przeżył wiele chwil grozy, miał powody do zmartwień, ale znalazł prawdziwych przyjaciół, dostał ofertę wspaniałej pracy i mógł podążać własną ścieżką, po której wiodła go wrodzona ciekawość świata.
E. Hayden wykreowała świat pełen ciekawych postaci różnych ras (Naini, Gwaddowie, Liryni, Korzenny Ludek i inni..), z jednej strony nieco straszny – grasują tu groźni piraci, są upiory, duchy, kościotrup i żli ludzie, ale z drugiej – jest tez w nim miejsce na ciepło, życzliwość, przyjaźń i dobro. Znakomicie w przygodową fabułę został wkomponowany walor edukacyjny. Mowa jest bowiem o tolerancji wobec inności, odpowiedzialności za własne decyzje, podkreślona jest wartość przyjaźni i rodziny, a wszystko to nie w moralizatorskim tonie, a niejako przemycone pod płaszczykiem perypetii bohaterów. Na główną ideę wyrasta ciekawość świata, która jest motorem wszelkich działań, odkryć i rozwoju.
Wydawało by się, że to bardziej propozycja dla chłopców (bo piraci, upiory...itp.), ale sądzę, że dziewczynkom też może się spodobać, zwłaszcza, że pojawia się tam sporo bohaterek płci pięknej: uparta Merkunka, która zawróciła w głowie Venowi, mądra Clem – wikariuszka, nieśmiała Saeli, która potrafi „urosnąć” kwiaty oraz Ida – niepokorna mała złodziejka.
Duży plusem są krótkie rozdziały – można wykorzystać je do czytania przed snem, „w odcinkach” dawkując przygody Vena dziecku.
Na końcu zamieszczono zadania, których rozwiązywanie stanie się przedłużeniem przygody przezywanej podczas lektury i początkiem wspanialej zabawy rozwijającej wyobraźnię. Oto kilka przykładów:
  • Zrób listę cudów, które spotyka na swojej drodze Ven, a potem podziel je na trzy grupy: prawdziwe, legendarne, i zupełnie zmyślone. Sprawdź w internecie, czy Twoja intuicja była słuszna.”
  • Zrób listę przypraw i ziół, które masz w kuchni (…) zastanów się, jaki charakter miałyby elfy o takich imionach.”
  • Napisz własny wiersz o morzu”
  • Gdybyś miał szansę zostać Królewskim Reporterem (...)Dokąd byś pojechał?”

Autorka cyklu „Symfonia wieków”, jest uznaną pisarką fantasy, jej pasje to zielarstwo, śpiewanie madrygałów i gra na harfie. O jej prozie „School Library Journal” wypowiada się tak:
Fantastyczny wszechświat, pierwotnie stworzony przez Haydon dla jej „dorosłych” książek, pełen jest zabawnych szczegółów, interesujących bohaterów, błyskotliwej akcji, ciętych dialogów i ciepłego humoru.”
/zaczerpnęłam z okładki/

Dodam jeszcze, że książkę ilustrował Brett Helquist (autor m.in. ilustracji do „Serii niefortunnych zdarzeń Lemmony Snicketta”)

Szczerze polecam dziewczynkom i chłopcom, wszystkim do lat 100 i więcej!Sama nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam „Pływającą Wyspę” córeczce, a sama sięgnę po kolejny tom pióra Elizabeth Haydon „Córka królowej złodziei”.

Wspaniałą zabawę z "Pływającą Wyspą" zawdzięczam Księgarni MATRAS.
Dziękuję!

niedziela, 3 lipca 2011

"Podróż poślubna" Izabela Sowa

Pamiętacie słynną serię "owocową"? "Smak świeżych malin", "Cierpkość wiśni", "Herbatniki z jagodami", "Zielone jabłuszko", przyjemne książeczki, nawet mam ochotę przeczytać je jeszcze raz. Lubię Sowę. Z jej nowszych publikacji znam "10 minut od centrum",  kolejne "Świat szeroko zamknięty" , "Ścianka działowa" , "Agrafka", "Blagierka" jeszcze nie wpadły w moje ręce (są poczytne, więc ciężko upolować je  w bibliotece). Od czasu owocowego debiutu autorka ugruntowała swoją pozycję na literackim rynku. Oto garść opinii zamieszczonych na skrzydełku okładki:
"Ścianka działowa to dowód, że literatura zwana popularną  w istocie bywa udanym pisarstwem z ambicjami" (Dziennik)
"Powieści Sowy cieszą się wielką popularnością, bo choć skłaniają do zadumy nad sobą i światem, są pisane z lekkością i humorem. To rzadkie połączenie przynosi świetne efekty" (Rzeczpospolita)
"Polska literatura kobieca przestała trzymać się bezpiecznych schematów" (Zwierciadło) 
Niezależnie jednak od tych pochwał, ja po prostu lubię prozę Sowy (tak jak i Szwai), właśnie za lekkość, humor i poważne tematy, dyskretnie podsunięte do przemyślenia. 
Bez wahania zgarnęłam z bibliotecznej półki "Podróż poślubną"Nie zawiodłam się. Niejako kontynuacja "Ścianki działowej" (ale można je czytać niezależnie od siebie) całkiem mi się spodobała.

Izabela Sowa, Podróż poślubna, Wyd. Nowy Świat, 2009.

To nie jest opowieść o perypetiach nowożeńców w podróży poślubnej. To opowieść o podróży w głąb siebie, o poszukiwaniu...
Paloma (rzadkie imię, prawda?) najpierw podróżuje po Krakowie i okolicach szukając według wskazówek kolejnych osób pewnej tajemniczej kobiety o ksywce Brzytwa. Potem  szuka prawdy o sobie, sensu życia, przyczyn oddalenia się od siebie świeżo upieczonych małżonków (mąż nie kwapi się ku wspólnemu wyjazdowi, a odkąd w kopercie znalazł zamiast banknotów skrawki gazet, dokładnie w liczbie 9, nie może spać). Palomie ( z pokolenia "loreal" - swoją drogą ciekawe określenie),  już nie wystarczają poradniki typu "Jak być szczęśliwą" i filozofia zen, ani warsztat komunikacji. Zgadza się poświecić tydzień, by  z pomocą Brzytwy (barwna postać, "freak, który nie spełnia unijnych standardów" )znaleźć rozwiązanie swoich problemów. Tymczasem Norbert cierpi na bezsenność, ucieka w tabletki na sen i wspomnienia. Wspomina natomiast swoje wycieczki w różne miejsca świata i zjawiskową przewodniczkę Bonsai....
To opowieść o trudnych relacjach, nie tylko małżeńskich,ale i rodzicielskich ( Paloma chce uciec od życia, jakie wiedzie jej matka, słowo "matka" pojawia się pisane mniejszą czcionką niż reszta tekstu - to ma swoją wymowę). Galeria niebanalnych postaci: oprócz specyficznej Brzytwy bibliotekarka Tosia i policjant Beret. Na uwagę zasługuje motyw obrony praw zwierząt. Rzecz rozgrywa się w Krakowie, miło czytać o znanych ulicach, miejscach (o ile się zna, w moim przypadku- tak) Zakończenie - mnie zaskoczyło. Było zabawnie, ale i poważnie. Dobrze się czytało ( już dawno skończyłam, ale dopiero teraz się zmobilizowałam do napisania na bazie zapisków na karteczce). Taka lekka w sumie książka do pociągu/autobusu, do poduszki.

PS . Czy ktoś z Was zna przepis na lemoniadę z pietruszki?? ;-)






piątek, 1 lipca 2011

Efekt kobiety

Małgorzata Kalinowska, Efekt kobiety, Wyd Novae Res, 2010, s. 398.

Bez efektu
Przyznaję się bez bicia.... nie przeczytałam do końca. Dobrnęłam gdzieś do 234 strony i stwierdziłam, że nie ma sensu kupować kredensu... nie ma sensu męczyć się dłużej, skoro:
a) nie wciąga mnie fabuła;
b) nie lubię bohaterów;
c) nie interesuje mnie, co będzie dalej;
d)  tyle  innych książek czeka.....
Jednocześnie daleka jestem od stwierdzenia, że  to słaba, czy zła książka. Bynajmniej. Styl i język całkiem w porządku (metafory, opisy...- przeczytacie same jak brzmią). Przeskoki czasowe - ciekawy zabieg. Treść -po prostu do mnie nie trafiła. Nie ten nastrój, nie ten czas. Bywa....


Toksyczne związki, kłamstwa, zdrady, romanse, dwulicowość bohaterów- denerwowało mnie to. Zapowiadało się inaczej, liczyłam na sagę rodzinną, opowieść o pokoleniach  kobiet. Na początku powiało kryminałem / sensacją.... Potem scena  "znad rozlewiska" - bohaterka (Małgorzata) czeka w domu na wsi na przyjazd przyjaciółki i córek, oburza się na gospodynię, że koperek do rosołu... Skok w przeszłość - narodziny Gosi w Petersburgu, babka czarownica... Ciekawie.... 
A potem chlup, w bagienko.... Były mąż, który znęcał się nad Małgosią psychicznie i fizycznie, znów pojawia się na horyzoncie, tym razem z inną "bardziej ludzką" twarzą; bohaterka boryka się z chorobą, ukrywając ją przed bliskimi; jej przyjaciółki ostrzą sobie ząbki, by uwieść mężczyznę, nawet "wchodząc w paradę"  koleżance - patrz: Edyta i Bartek)....Samo życie? Może i tak, ale czy ja muszę o tym czytać?

Najbardziej spodobała mi się okładka. Wenecka maska karnawałowa w błazeńskiej czapce z dzwoneczkami. Wielce wymowna. Symbolizuje dwulicowość bohaterów, nakładanie przez nich masek - grę pozorów, fałsz i obłudę.

Celowo poszperałam po blogach za recenzjami "Efektu kobiety". W większości są pozytywne, pochlebne opinie. Nie mam zamiaru z nimi polemizować, a i pewnie zgodziłabym się z nimi, po głębszej i całościowej lekturze i wnikliwej analizie, na które nie mam jednak siły i ochoty. 

Nie każda książka dla każdego. Tym razem było nie dla mnie. Życzę udanego, owocnego w wrażenia (pozytywne/negatywne) zmierzenia się z ta powieścią.

 Książka gościła u mnie dzięki "Włóczykijce".

Follow by Email