środa, 31 sierpnia 2011

Konkurs - przygarnij książkę

 Ponawiam zaproszenie. "Samotnemu mężczyznie" będzie smutno jesienią , przygarnij go! Przeczytaj i podaj dalej. Daj mu szansę;-)


Kiedy rozpoczyna się nowy rok szkolny, tylko patrzeć jak z drzew będą spadać kasztany i jesień rozpostrze  kolorowe skrzydła znacząc deszczem ścieżki.
Na pocieszenie proponuję Wam mały konkurs- wygrywajkę, której patronem jest jusssi (zapraszam  na jej blog  tutaj) 
Od niej właśnie dostałam pewną książkę i umówiłyśmy się, że podam ją dalej w świat - niech wędruje do kolejnych czytelników.
Czuję ogromną tremę, bo to pierwszy konkurs, jaki organizuję.

Przygarnij "Samotnego mężczyznę"
Zasady konkursu:
- zgłoś się w komentarzu poniżej, 
- jak chcesz, możesz napisać co sądzisz o filmowych adaptacjach utworów literackich, czy film bywa lepszy od książki itp. (wypowiedź nie jest koniecznym warunkiem udziału w konkursie)
-  umieść informację na swoim blogu /link/
-  czas trwania: 31.08 - 6.09.
- losowanie i wyniki 7 lub 8. 09 (o ewentualnym opóźnieniu poinformuję)

Oczywiście książkę przekazuję po przeczytaniu. Oto garść moich refleksji.

Nie wiedziałam, że to na podstawie powieści Christopera Isherwooda "Pożegnanie z Berlinem" powstał słynny "Kabaret" w reżyserii Boba Fossa. Nie znałam w ogóle tego angielskiego prozaika (1904-86), który po licznych podróżach (m.in. do Chin) osiadł w USA. W 1964 roku wydał mini powieść "A Single Man", którą przekładano jako "Samotność" lub "Samotnego mężczyznę". Stała się ona dla Toma Forda (projektant Gucciego) materiałem na film -  nakręcony w 2009 roku obraz zrobił furorę na festiwalu w Wenecji, nagrodę dla najlepszego aktora odebrał grający główną rolę Colin Firth.Filmu nie widziałam, więc nie mam możliwości porównania go z literackim pierwowzorem. Natomiast mam kilka uwag co do książki.

Napis na okładce "zmysłowa opowieść o miłości" jest mylący.  To raczej opowieść o pustce, braku sensu życia po odejściu ukochanej osoby, o utarcie i tęsknocie. Poznajemy jeden dzień z życia George'a Falconera, towarzyszymy mu od przebudzenia poprzez kolejne czynności w jego codziennych działaniach. Anglik, wykładowca na amerykańskim uniwersytecie (omawia ze studentami powieść A. Huxleya - lubię takie tropy: książka wspomniana w książce), cierpi po śmierci Jima. Tak, tak, Isherwood był jak na owe czasy śmiały obyczajowo, dziś bohater o innej orientacji seksualnej nie wzbudza już takiej reakcji, ale chyba nadal jest rzadkością. George wspomina, rozpamiętuje, snuje refleksje. Jest samotny wśród sąsiadów, kolegów z pracy,  studentów; otaczają go ludzie, ale to nie wystarczy...Chowa się jakby w skorupie i drepcze własną ściezką. Na okładce zaznaczono, że to "opowieść (...) o wadze pozornie nieistotnych chwil" - rzeczywiście, Geo odnajduje poczucie błogiego odpoczynku jadąc "rwącym nurtem " autostrady, raduje go pobyt w siłowni -"krainie łatwej demokracji fizycznej", gdzie próżność jest całkiem naturalna,;cieszy go kolacja u przyjaciółki i  nocna kąpiel w morzu. To również opowieść o zderzeniu przeszłości z teraźniejszością, młodości z dojrzałością (wątek Kenny'ego). 
Nie ma tu wartkiej akcji, za to jest miejsce na refleksję i zadumę. Lektura wymaga skupienia, pewnej powagi. Mimo niewielkiej objętości  szybko mi się nie czytało. Dla mnie był to leniwy przystanek w gwarze wielu fabuł i motywacja, żeby obejrzeć kiedyś filmową wersję.Czym będzie dla następnego czytelnika?





wtorek, 30 sierpnia 2011

Córka Rembrandta

Uff, uzupełniłam listę przeczytanych 2011 i będę na bieżąco dopisywać kolejne lektury, a także postaram się dodać jak najwięcej tytułów tych przeczytanych kiedyś.
Tymczasem z tekstów pisanych na DKK wygrzebałam taki oto tekst:

Lynn Cullen, Córka Rembrandta, Wydawnictwo Jaguar, 2008. 


Lekcja sztuki mistrza Rembrandta

Lynn Cullen, amerykańska pisarka, historyk samouk, nad „Córką Rembrandta” pracowała aż 8 lat. Włożyła w tę powieść nie tylko wiele czasu poświęconego na wnikliwe studia, lekturę i podróże do źródeł, ale też wiele serca. Dzięki temu słyszymy stukot drewnianych clompen (holenderskie chodaki) po uliczkach Amsterdamu, złowróżbny dźwięk dzwonów katedry i głos Rembrandta wołającego z pracowni na piętrze: „Titus! Titus”, czujemy zapach lawendy zawieszonej w oknie i wilgoć znad kanałów, a koło nóg przebiega nam rudy kocur Tijger.
Autorka w świetnym stylu i w doskonałych proporcjach wymieszała prawdę i fikcję. Sprawiła, że słynny holenderski malarz „ożył”, stał się dla nas człowiekiem, który kocha, cierpi, cieszy się, smuci, narzeka, marudzi, krzyczy itd. Poznaliśmy go, bowiem nie jako twórcę dzieł podziwianych dziś w muzeach całego świata, ale jako ojca, męża, wdowca, mistrza, rywala. Zajrzeliśmy w mury jego domu i pracowni, a także wleźliśmy z brudnymi clompen w życie i rodzinne sekrety. Stanęliśmy przed sztalugami, oko w oko z gburowatym geniuszem - dziwakiem na granicy szaleństwa. Narratorką opowieści o dziejach van Rijnów, Uylenburghów i Bruyninghów pisarka uczyniła nastoletnią Cornelię. Na barkach tej młodej dziewczyny spoczywała cała odpowiedzialność za prowadzenie domu i opieka nad zgorzkniałym artystą. Musiała zmierzyć się z dojrzewaniem, miłosnym uczuciem, rozczarowaniem, śmiercią ukochanego brata i poznaniem skrywanej przez lata prawdy o swoim pochodzeniu. Trzeba przyznać, że obserwacje i sądy nastolatki są niezwykle błyskotliwe, czasem wręcz ironiczne. Widać tu nałożenie się w narracji kompetencji odautorskich, a może i tłumacz przyłożył do tego rękę.
Historia przedstawiona przez L. Cullen jest ciekawa i wciągająca. Doskonale oddaje koloryt siedemnastowiecznego Amsterdamu z jego kanałami, kamienicami, kramami rzemieślników i skradającą się śmiercionośną zarazą, a także klimat malarskiej pracowni geniusza- dziwaka. Tematyka artystyczna przeplata się tu na równorzędnych prawach z rodzinną i społeczną. Opowieść wzrusza i zaskakuje. Mimo wielu smutnych momentów nie brakuje je swoistego ciepła.
Spodziewałam się typowego „czytadła” do poduszki – lekkiego i nieco naiwnego romansu, tymczasem to po prostu ładna opowieść z dużym ładunkiem emocjonalnym. Ze zdziwieniem przeczytałam, że Wydawnictwo Jaguar, które opublikowało ”Córkę Rembrandta” specjalizuje się w literaturze dla dzieci i młodzieży. Ta książka nie jest opatrzona etykietą „literatura młodzieżowa”, i całe szczęście, bo wielu dorosłych mogłoby ją przez to przegapić. To publikacja, która zasługuje na uwagę każdego czytelnika, bez względu na wiek, szukającego w literaturze czegoś więcej niż wartka akcja i sensacja. 
Podchodząc z nieco innej strony, trzeba podkreślić, że powieść L. Cullen, mimo że w dużej mierze fikcyjna, ma realną wartość edukacyjną, a raczej motywującą do poszerzenia naszej wiedzy z zakresu sztuki. Kto bowiem po jej lekturze nie zaczął szukać albumów z reprodukcjami dzieł Rembrandta i wiadomości o samym twórcy? Kto nie zapałał chęcią obejrzenia na własne oczy tak sugestywnie opisywanych obrazów, do których pozowali Saskja, Hendrickje, Titus, czy innych znanych płócien? Z jednej strony szkoda, że książka nie ma odpowiednich ilustracji, ale z drugiej – motywuje, by samemu znaleźć interesujące nas ryciny. Można zajrzeć np. do encyklopedii multimedialnej na http://www.vid.ranking-ofe.info/link-Rembrandt.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Plan, aeroplan....

Mój plan jak aeroplan,
dziś tu, jutro tam,
raz to, raz tamto,
bezład na pokład się wdziera.
Czas do fryzjera.
Uczesze myśli,
ułoży...
Będzie
gorzej?

Ostatnio mam bardzo nieskoordynowane plany czytelnicze. Już nawet nie mówię o 3 książkach z zakładką wetkniętą w dzioby ("Więzień", "Balladyny i romanse, "Cokolwiek to znaczy") -  albo utknęłam w nich albo celowo je odłożyłam na inny czas. Teraz mam 4 na warsztacie, że tak powiem. "Sto diabłów" - do Projektu Kraszewski - jakoś mnie nie wciąga i leży odłogiem. "Przedśmiertny neuroleptyk" dawkuję sobie po odrobince, choć to miniaturowa książeczka. Przy "Samotnym mężczyźnie" jakoś nie mogę się skupić. A dziś wyciągnęłam z półki "Nagi cel" A. Snerga- Wiśniewskiego  i widzę, że najchętniej to bym to czytała aż do rana, ale z rozsądku  tak nie mogę zrobić.
Do biblioteki na razie nie mam jak iść, zresztą naprzynosiłabym może zdobyczy, a swoje książki znów by leżały...
Mam takie wrażenie, że miotam się po tych książkach, a to zacznę, a to bym chciała, a to waham się nad kupnem, a to znów mam dylemat po co mi tyle....
W niedalekiej przyszłości wreszcie przeczytam "Rok w Poziomce" K. Michalak, u nas w owadosklepie książka była nieodstępna, ale na szczęście są dobrzy ludzie na tym świecie....Nawet nikogo nie prosiłam, tylko wspomniałam, że chciałam, a nie było i wkrótce sms "Kupiłam Ci Poziomkę, nie szukaj już"
Dziękuję, Inviernita! ;-*
(przy okazji, zobaczcie, jakie śliczności tworzy, m. in. zakładki na zamówienie: http://fairy-house.blogspot.com/search/label/Inviernita)
Zanim dotrze przesyłka, może zacznę czytać "Triumf owiec"/"Jak Bóg przykazał"/"Obudzić szczęście"/coś innego(?) .... Albo napiszę jakąś recenzję czy choć parę słów o przeczytanych( "Dziewczynę....z delfinami" i "Księdza Rafała" obie części mam przeczytane, te mi szybko poszły). Mam wrażenie, że za dużo chcę naraz i nic mi nie wychodzi w efekcie. 
Mam takie wrażenie, że miotam się po tych książkach, a to zacznę, a to bym chciała, a to waham się nad kupnem, a to znów mam dylemat po co mi ....takie tam....
A tę listę przeczytanych to nie wiem kiedy uzupełnię.... ech....

Z tym fryzjerem to nie tylko metaforycznie, że przydałoby mi się zorganizować czytelniczo, ale i dosłownie, bo linieję jak kot na wiosnę, a ogon długi, czas na radykalne cięcie! A jak się wzmocnią nieco włosięta to kolorek może jakiś trzasnę, bo dawno nic nie zmieniałam.
The end, 
lecę.










niedziela, 28 sierpnia 2011

Koń by się uśmiał

Weekend jak zazwyczaj spędziliśmy na wsi. Ta wieś to właściwie niedługo będzie dzielnicą miasteczka, bo to same posesje, nie gospodarstwa,  że zwierząt to tylko psy, koty i może gdzieś parę kur by się znalazło... a przepraszam, u jednych państwa są dwie owieczki.  Tak czy owak byliśmy w plenerze, ogród  las za płotem, ciepło, ładnie... sielanka.
Siedzimy tak sobie rodzinnie za domem w altance (pod płóciennym pawilonem, ale mniejsza o szczegóły), pochylamy się czule nad Elwirsonem, który albo się śmieje i giga ("gi" to jej ulubiony dzwięk, jaki wydaje) albo krzywi i płacze, w każdym razie poświęcamy małej uwagę.
Nagle rozlega się donośne "Iiiiiihhhhhhahaaaaa". Aż się przelękłam i głowę daję, że podskoczyłam z wrażenia. Koń??? Rozglądamy się, patrzymy za płot - nikogo nie ma! Od drogi przez wieś odgradzał nas częściowo dom, drogę leśną częściowo przesłaniał budynek gospodarczy...Ale ani z jednej ani z drugiej strony konia nie widać. Patrzymy na siebie z Justylią - Słyszałaś? To był koń, on tu gdzieś musi być.
Nam niewiele potrzeba, by coś szalonego zrobić. Idziemy szukać konia! Zostawiłyśmy dziecię pod okiem taty i wybiegłyśmy za furtkę. Ja się nie mogłam przestać śmiać. 
Patrzymy na drogę - pusto! Lecimy na zakręt - to samo. Ale przecież ten koń musiał być blisko, skoro tak głośno rżał. Schował się za samochody? Ukrył się za krzakiem? Bez jaj. Gdzieś w końcu musi być. Najwyżej wyskoczy zza węgła i nas stratuje.Lecimy wzdłuż ogrodzenia drogą w las. Nie ma śladów kopyt!!! Ki diabeł?? Chyba to nie mogło się nam zdawać. Wszyscy przecież słyszeli, tylko my wariatki musimy zobaczyć ;-) Poszłyśmy kawałek i .... bingo! Był konik! Ależ się ucieszyłyśmy. Droga lekko skręcała, dlatego od początku nie było nic widać, dopiero trochę dalej- jechał sobie ktoś wierzchem na takim ciemno brązowym (karym?) koniu. Zaspokoiwszy ciekawość, radośnie wróciłyśmy na rodzinne łono ;-)
Tak skończyła się historia o dwóch takich, co szukały konia w lesie. 
Ciekawe, może to był jakiś kuzyn Konia Rafała? 

;-)

PS. Małe wyjaśnienie: nie było śladów kopyt, bo konik biegł środkiem drogi, który porasta trawa (takie dwie koleiny są, wiecie), natomiast my go nie zobaczyłyśmy od razu, bo pewnie jak zarżał, to zasłaniał go budynek, a my najpierw odwróciłyśmy głowy w lewo (przed budynek), gdy tymczasem koń śmignął dalej i zasłonił go las.
I całość była znacznie śmieszniejsza jak to się działo niż jak to opisuję.




czwartek, 25 sierpnia 2011

Brak poziomek, czyli stosik Elwirkowy

Wyobrażacie sobie?? Poszłam specjalnie dziś do Biedronki po książkę "Rok w Poziomce" K. Michalak, bo wyczytałam ofertę w folderze, fajne tytuły, przystępna (bardzo) cena,  i co? Nie było!!! Wszystkich książek po 1-2-3 egzemplarze, ale TEJ ani jednego. Nie wiem, czy już nie było, czy wcale nie mieli, czy nie wyłożyli wszystkich ( bo promocja niby od dziś), ale jestem zawiedziona. 
Nie uwierzycie, ale zdołałam się powstrzymać i nie kupiłam żadnej innej, ani Kinga, ani Palmer, ani cośtam w Toskanii, ani Brokeback Mountain. Pewnie gdybym nie miała tylu nieprzeczytanych w domu, tobym wzięła, ale tak - to się zawzięłam i nic.

No ale tak do końca to nieprawda...bo tuż obok leżały śliczne książeczki dla najmłodszych. To kupiłam Elwirce 5, bo nie mogłam się zdecydować i pewnie kupię więcej, jak ludzie nie rozcapią ich tak szybko. Choć to możliwe, bo wydania ładne, atrakcyjne i tanie.
Kartonowe kartki, kolorowe, zaokrąglone brzegi. W niektórych ilustracje są nietypowe, albowiem przedstawiają figurki wykonane z modeliny/plasteliny. Śliczne te plastelinowe owoce i zwierzaki!
 Przepraszam  za jakość zdjęć. 

Burze i do nas przyszły,   rano popadało solidnie i pogrzmiało, ale łagodnie przeszło, a potem znów ciepło i duchota. Orzeźwiam się nektarynkami, pysznie soczyste! Dziś mam mniej wyrzutów, że siedzę w necie, bo sporo udało mi się zrobić, włącznei z obiadem na jutro, a i czytanie "Sklepu Pod Dziewiątą Chmurką"  podgoniłam. Ładne, ale nie porywające, bo inaczej bym teraz nie pisała, a czytała dalej. Wiem, że dobrze się skończy, więc powieść spokojnie  poczeka.

Miłego weekendu!

wtorek, 23 sierpnia 2011

Nie miała baba kłopotu....

... to kupiła sobie prosię.... a w moim przypadku - zaczęła robić porządki. 
Zachciało mi się zmian na blogu, to tak porobiłam, że się pogubiłam.... ale może kiedyś dopracuję szczegóły. Na razie średnio mi się podoba. Muszę też dociec, jak zrobić inne strony oprócz głównej. Chyba jestem na tropie ;-)
Zdjęcie zniknęło, ale może będzie nowe. Z akcentem na "może".
Poza tym jestem najeżona i wyjadam precelki (takie słone jak paluszki).
Nadal czytam Luanne Rice "Sklep 'Pod Dziewiątą Chmurką' ", ładne. W innych okolicznościach - na jedno popołudnie. Ach, gdzie te czasy, kiedy mogłam czytać swobodnie, a nie z doskoku....
Wyłączcie mi internet, to będę więcej czytać.
Żartowałam. Bez niego jak bez ręki teraz. Ale swoją drogą, dużo czasu mi zajmuje rekonesans na blogach i innych miejscach w sieci. Nie mogę jednak nie zajrzeć tu i tam i tam i tam...
A książki i góra prasowania czekają...
A sio stąd! ( do siebie mówię)





poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Moje pisanki

 Nie, nie, całkiem dobrze się czuję i jajek w sierpniu malować nie zamierzam. Pisanki- czyli napisane tekściki, bazgradełka. Zastanawiam się, czy potrafiłabym napisać czytadełko? Nie podejmowałam poważniejszych prób. Ot, najwyżej takie:
http://agnestariusz.blogspot.com/2010/11/cokolwiek-to-znaczy-ale-sie-ciesze.html

To oczywiście żaden fragment jakiejś całości, tylko kawałek stworzony na potrzeby konkursu, w konwencji określonej w zadaniu. Zdaję sobie sprawę, ze to mizerne i wymagałoby poprawek. No i pomysłu na całość, konkretnej historii, fabuły, a z tym mi chyba nie po drodze...

niedziela, 21 sierpnia 2011

Smak

Może jestem dziwna, ale dziwią mnie rzeczy typu:
"Chrupiące plasterki jabłka o smaku banana"
Były jeszcze o smaku truskawki...
Nie kupiłam. Jabłko ma smakować jak jabłko i kropka! Nawet w postaci zdrowej przekąski - owocowych chipsów.

 Idąc tropem nazywania dni kolorami, dziś była kolorowa niedziela: wielobarwna, radosna, ciepła, serdeczna. pogoda i goście dopisali, grill w plenerze, pięknie było...

Myślę o pająkach. Na konkurs ;-)

Od jutra zabieram się za czytanie, bo coś ostatnio mi nie szło. "Sto diabłów"Kraszewskiego mnie nie porywa, ale może się rozkręci dalej. Dla odmiany zacznę może coś współczesnego, tylko co... Za dużo mam na półkach. Pocieszam się, że inni mają więcej i większy dylemat ;-) O, może wezmę się za "Sklep pod Dziewiątą chmurką" Luanne Rice - będzie wtedy pretekst pójść do biblioteki zrobić wymianę, może zdybię coś nowego...
Tylko wówczas znów nie będę czytać własnych...Trudno, zobaczymy.

piątek, 19 sierpnia 2011

„Kto ze mną pobiegnie”Dawid Grosman

U Futbolowej na blogu kreatywa trwa dyskusja o książkach, które każdy nastolatek poznać powienien... Wrzucę więc opinię, którą napisałam kiedyś na potrzeby DKK, a traktującą właśnie o takiej znakomitej propozycji dla młodzieży i nie tylko.

Poczuwam się do małego wyjaśnienia. To nie jest książka opatrzona hasłem "młodzieżowe", tylko uważam, że warto, by młodzież ją przeczytała, bo to ładna i mądra powieść. Wartościowa. Poleciła mi ją "starsza" młodzież (a dokładnie dojrzała kobieta,dużo czytająca), a sama czytałam ją ok 2- 3 lat temu, czyli nie będąc nastolatką.
(dopisek  20.08)


Pobiegnijmy razem

D.Grosman, Kto ze mną pobiegnie, W.A.B. 2006. 

Moim zdaniem, „Kto ze mną pobiegnie” powinno zostać obowiązkową lekturą szkolną dla młodzieży. To bardzo wartościowa książka o przyjaźni, poświęceniu, miłości, wytrwałości, dojrzewaniu, cierpieniu, odwadze, poszukiwaniu. Po prostu - jest życiowa, a chyba takie teksty najbardziej przemawiają do młodych czytelników. Nie chciałabym jednak wytworzyć przekonania, że to publikacja skierowana tylko do młodzieżowego odbiorcy, jak najbardziej jest to książka dla każdego czytelnika, a zwłaszcza dla wrażliwego i myślącego.
To realistyczna, ale z nutką baśniowości, pełna przygód opowieść o dwojgu nastolatków, których stać na wielkie czyny, którzy – w imię ważnych dla nich wartości - potrafią podjąć trudne wyzwania, narażając się na kłopoty, niewygody, a nawet ryzykując życiem. Szesnastoletni Asaf podczas wakacji dorabia sobie do kieszonkowego pracując w urzędzie miejskim. Nudzi się tam jak mops, aż do dnia, w którym dostaje zadanie odnaleźć właściciela żółtego labradora. Od tej pory wydarzenia mkną jak biegacze na bieżni, a chłopiec biega z psem niemal po całym mieście. Po nitce do kłębka….. A raczej po smyczy:)
Równolegle do przygód Asafa, częściowo w retrospekcji, poznajemy losy Tamar, utalentowanej nastolatki –śpiewaczki, która porzuciła rodzinę i karierę, by odnaleźć i odzyskać zaginionego brata – narkomana. Wątki obojga dzieciaków powoli się splatają, a Asaf niczym detektyw układa w całość różne elementy tej pasjonującej historii.
Rzecz dzieje się w Jerozolimie, ale jerozolimska sceneria nie przeszkadza Grosmanowi w stworzeniu niezwykle uniwersalnej opowieści. Problemy izraelskich dzieciaków dotykają w podobnym stopniu młodych ludzi wszystkich krajów( mam tu na myśli kwestie związane z tożsamością, uczuciami, relacjami rodzinnymi oraz społecznymi). Narkomania, wyzysk, zorganizowana przestępczość to bolączki całego świata, tu akurat pokazane zostały na gruncie jerozolimskim. W powieści Grosmana nie brakuje brutalnych scen, przemocy i zła, ale dominuje dobro. Szereg osób, jakie na swej drodze napotyka Asaf (są to też osoby związane z Tamar) okazuje dużo życzliwości i dobroci, wyciąga pomocną dłoń. Co ciekawe, każda z tych osób o dobrym sercu ma za sobą trudne przeżycia, poważne problemy, ciężki los, tymczasem swoja postawą udowadniają, że trzeba dobrem odpłacać za zło, że nie wolno się poddawać.
Grosman w przygodowej, pełnej emocji fabule przemycił ogromny ładunek edukacyjny, nie jest to jednak proza moralizatorska, lecz mądra, a przy tym niezwykle zajmująca. Autor jakby celowo „nie domyka drzwi”, nie podaje zakończenia wszystkich wątków, nie wyjaśnia wszystkiego. Nie dowiemy się, co się stało z mniszką Teodorą, nie poznamy szczegółów trudnego życia Lei. Wątki Asaf, Tamar i jej brata również pozostają niedopowiedziane. Czy „syn marnotrawny” odzyska swe miejsce w rodzinie, a uczucie nastolatków przetrwa? Tego już musimy się domyślać. Pisarz dał im szansę na „happy end”. Jest to jednak „pozorny happy end”, gdyż w gruncie rzeczy zakończenie jest otwarte.
Dawid Grosman – laureat licznych nagród, filozof, teatrolog, autor książek dla dzieci i esejów politycznych – zasługuje, by pobiec wraz z nim w świat książki. Powieść „Kto ze mną pobiegnie” została przełożona na kilka języków, a na jej podstawie powstał film w reżyserii Odeda Dawidowa. Pobiegnijmy więc razem, przeczytajmy i podzielmy się wrażeniami z tej książki.


czwartek, 18 sierpnia 2011

Zielony czwartek

Do poprzedniego "kolorowego" dzienniczka dopisuję dzisiejsze czwartkowe popołudnie: słoneczko grzało cudnie, a my nad wodą z lodową ochłodą. 

Ponadto dobre wieści - szykują się goście. W najbliższą niedzielę prywatny zlot DKK  u mnie - zobaczą malutką czytelniczkę. W któryś z wrześniowych weekendów- osoba, za sprawą której jestem "Agnesto" a nie inaczej ;-) (Coś inaczej brzmiało, inaczej się usłyszało i wyszło jak chciało ;-))

Konkursów, jak się dobrze poszuka, też nie brakuje. Zapraszam do takiego bardzo zielonego.... Na dole bloga znajdziecie filmik.A tu link:)
A mi się jakoś nic nie chce...
W lekturze - przerwa na JIK'a, czyli na razie odkładam współczesne.
A może wkrótce mały stosiczek zgromadzę do pokazania...? Bo co nieco wpadło na półki ;-)

środa, 17 sierpnia 2011

Black and white and....

Dawno mnie tu nie było, ale nigdy nie mówiłam, że jestem systematyczna...;-) Dużo się ostatnio działo.

Czarny piątek
Nie mam już żadnego myszoskoczka. Franka odeszła do Krainy Wiecznych Łowów. Jej doczesne szczątki zostały złożone w kącie ogrodu. Poryczałam się jak bóbr. W puste miejsce po klatce postawiłam kwiatka, ale tak inaczej już jest...Odruchowo zerkam, czy klatka domknięta, odruchowo odkrajam kawałek marchewki jak gotuję zupę...Pusto....
Spaliła się żarówka w nocnej lampce, a dopiero co była założona nowa i to droga, taka co niby na długo ma wystarczyć... ech...
Orzechy przeznaczone do ciasta poszły do kosza. Były już wyłuskane i jakieś robale się przyplątały... A jedna część ciasta -kruchy blat- pokruszył się jak puzzle....
Pech.

Szara sobota
Kuchenne rewolucje- ekspedycja po nowe orzechy zakończyła się sukcesem, pieczemy ciasto i robimy na obiad takie placuszki z kurczakiem i pieczarkami. Wiwat Ewel z pomocnikiem! ;-)
Chcieliśmy jechać nad wodę, ale się rozpadało... pogrzmiało....Oglądaliśmy "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", ale niewiele wyniosłam z tego filmu, bo Elwirson marudził.

Biała niedziela
Chrzciny Elwiry Anny. W kościele nie płakała. Wszystko się udało, pogoda dopisała, goście również.  Miło było, choć zamieszanie nieuniknione przy takich imprezach.

Błękitny poniedziałek
Pakowanie, wyjazdy....a my- odpoczynek pod jabłonią i spacer do lasu, komary  przypomniały o sobie... Oglądałam  film "Wycieczkowicze" (lubię czeskie kino), ale przysnęłam...

Wtorek w kratkę i środa w paski 
Wracamy do rzeczywistości, korzystając z chwili wolnego czasu zwiedzam blogi, odgruzowuję pocztę...
Przeczytałam już obie części "Księdza Rafała". Jestem zachwycona. Chcę jeszcze.... Czy będzie trzecia część??

sobota, 6 sierpnia 2011

Żona Beduina, Marguerite van Geldermalsen

Marguerite van Geldermalsen, Żona Beduina, wyd. Imprint (PWN) 2011
seria: Historie prawdziwe


Takie opowieści czyta się niemal jednym tchem!
Małżeństwo z obcokrajowcem potrafi być nie lada wyzwaniem, zwłaszcza gdy partnerzy pochodzą z zupełnie odmiennych kultur. Marguerite, Nowozelandka o holenderskich korzeniach, podczas turystycznej wyprawy do Jordanii poznała Muhammada, Beduina. Została jego żoną i gospodynią jego jaskini. Wybrała życie bez elektryczności i bieżącej wody. Nauczyła się gotować na prymusie, piec chleb, prać w źródlanej wodzie, nosiła mudragę. Przyswoiła język arabski, choć początki były niełatwe ( np. wyrazy 'osioł' i 'szwagier' brzmiały dość podobnie), a także tamtejsze zwyczaje. Z czasem przeszła na islam. Wszystko było jej świadomym wyborem. Muhammad okazał się dobrym mężem, świetnym kompanem i pomysłowym wynalazcą. Dochowali się trójki dzieci i zwiedzili kawał świata. Miłość jak widać nie zna barier ani geograficznych ani kulturowych. Para była ze sobą szczęśliwa, a beduińska społeczność zaakceptowała cudzoziemkę i traktowała ją jak swoją.
Marguerite – Fatima opisuje 8 kolejnych lat (1978- 85) swojego życia- od przybycia do Jordanii do przeprowadzki z jaskini na osiedle – symbolicznego kresu stylu życia Beduinów. Opowiada o arabskich, beduińskich zwyczajach, ubiorach, potrawach, obrzędach (np. weselu), o pracy w ambulatorium, o stylu życia i mentalności tamtejszej ludności, a także o malowniczych pejzażach skalistej Jordanii, o Petrze, która stała się jej drugą ojczyzną. Wspomina tylko dobre chwile, co zaznaczyła epilogu, nie brakowało bowiem tragicznych wydarzeń i trudnych spraw. Książka upamiętnia ważne i piękne czasy, stanowi zapis cząstki odchodzącego świata. Jest skarbnicą wiedzy o życiu beduińskich plemion, zawiera wiele arabskich terminów i słów z beduińskiego dialektu ( publikację opatrzono słowniczkiem).
To opowieść o niezwykłej kobiecie, o wielkim uczuciu, o przystosowaniu się do innej kultury, o odnalezieniu swojego miejsca na ziemi, o szczęściu. Napisana została w reporterskim stylu, z dużym szacunkiem i miłością do opisywanych osób i miejsc. Wzbogaca ją wkładka z kolorowymi zdjęciami z albumu autorki.
Książkę polecam tym, którzy lubią czytać historie z życia wzięte oraz interesują się kulturą Bliskiego Wschodu i są ciekawi świata. Spodoba się ona także miłośnikom biografii, ze względu na sylwetkę narratorki i bohaterki. Czytałam tę pozycję z dużym zainteresowaniem i podziwem dla pani Geldermalsen za niezmierną pogodę ducha i wytrwałość. Takim kobietom należą się wielkie brawa.

W serii „Historie prawdziwe” ukazały się również:
  • „To się nie mogło zdarzyć” Jessica Stern,
  • Niebieskie oczy czarny ląd” Gunilla Fagerholm

Żonę Beduina” poznałam dzięki uprzejmości Księgarni Matras.
Dziękuję.




czwartek, 4 sierpnia 2011

Że co??

 Przeglądam blog od zaplecza, ustawienia, statystyki.... i właśnie w statystykach w zakładce "Źródła ruchu sieciowego" były  "Wyszukiwane słowa kluczowe", a tam.....
zaza burczuladze (!)

Że co, proszę???
W życiu o tym nie pisałam, bo nie mam pojęcia co to/kto to. ;-)

A tak poza tym, to gotuję ogórkową na jutro. Korzystam z wolnego czasu, kiedy Elwi śpi, bo w dzień  buszuje coraz więcej.
Mam katar, nie wiadomo skąd.
I ogólnie nie szczególnie.

A jutro, jak dobrze pójdzie, wybieramy się na wystawę fotograficzną znajomej - będą zdjęcia z Lanzarote.

środa, 3 sierpnia 2011

Wodne reminiscencje

Nad wodą wielką i czystą, czy też nad mętnym strumyczkiem, nachodzą nas czasem chwile, kiedy czujemy nieodpartą ochotę, by trochę polać wody, popłynąć z prądem radosnej "tfu-rczości". Właśnie "wylało" mi się, takie coś...
Mam nadzieję, że nie zaleje monitora, a oczy czytających nie spłyną łzą (ze śmiechu, oczywiście) ;-)


Diamentując w pluskofali,
kropla szczęścia się unosi.
Dreszcz natchnienia spływa dalej
i modlitwą cichą prosi:

Nie daj złamać tafli życia,
a demony strąć w otchłanie,
czystorosa, przezroczysta
sercoradość niech nastanie.

Wodobrazy szemrzą wieczne,
nieustannie się zmieniając,
płynę myślą bezskutecznie,
pustą kartkę mokrą mając.

W/w tekst powstał na potrzeby konkursu "Cztery Wymiary" - etap II pt. Lekka fala dreszczu 
(link prowadzi do strony z fragmentem, do którego nawiązuje mój wierszyk)
13 lipca 2011 r.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Światłość w sierpniu

Nie, nie to nie będzie nic na temat powieści Faulknera (którego prozę skądinąd lubię, choć pasjami nie czytam ), ale  wypowiedź z okazji pierwszego sierpnia, chociaż zupełnie nie w związku z dzisiejszą rocznicą Powstania Warszawskiego. Nawet nie wiem, co tam dziś telewizja wspomnieniowo zapodała, bom cały dzień poza zasięgiem mediów była. Pamiętam jak kiedyś dawno temu płakałam na filmie "Akcja pod Arsenałem". Swoją drogą przypomniałabym sobie chętnie "Kamienie na szaniec"., ale to kiedy indziej. Teraz słucham sobie na Trójce muzyki w audycji "Manniak po ciemku" i mam potrzebę gadulstwa blogowego, co zbyt często mi się nie zdarza.
Podobno: "Jaki pierwszy, drugi, trzeci, taki cały sierpień leci" - u nas dziś było ładnie i gorąco, co po weekendzie w strugach deszczu stanowiło ogromną odmianę i radość niezmierzoną nam sprawiło, spacerek po lesie zaliczony, kilka kurek znalezionych, lody skonsumowane, no takie lato to mi się podoba ;-) A koleżanka wakacjowała się nad morzem i zbyt szczęśliwa to ona nie była....a przy okazji to poznałam ją tu: http://czarownica.w-spodnicy.pl/   Lubię ją za całokształt. Ktoś gdzieś na blogu pytał, czy mamy takich znajomych, z którymi mamy kontakt i poza siecią - właśnie to jest przykład, nie widziałyśmy się jeszcze na żywo, ale dzwonimy do siebie, piszemy smsy, maile, gg i to tak nie tylko z życzeniami na święta i urodziny, ale na co dzień, o życiu gadamy.
Wczoraj oglądałam drugą część filmu "Klejnoty", ładny ładny.... aż szkoda, ze nie ma dalszych losów bohaterów. W czytaniu "Żony Beduina" postępy małe, ale to nie wina książki (bo ciekawa) tylko moja, bo nie składało mi się ostatnio, by czytać. Wieczorami podsypiałam. 
Sierpień rozpoczął się dla mnie całkiem miło, raz, że pogoda wreszcie dopisała, dwa- dostałam przesyłkę, nabytą na Allegro "Antologię poezji dziecięcej" BN, (kupiłam już dawno, ale było zamieszanie, bo pan pomyłkowo wysłał moją książkę komuś innemu, ale w ramach rekompensaty za cały ambaras dostałam gratis kremik z Oriflame, miło prawda?), trzy - wygrałam w Konkursie Cztery Wymiary (w IV etapie) książkę pt. "Przedśmiertny neuroleptyk" K. Czepiela. Ciekawa jestem, jak to się będzie czytać....

To sobie pogadałam, w międzyczasie kilka razy się odrywałam od pisania i już kolejna radiowa audycja się zaczęła, "Trzy kwadranse jazzu", a w nich swoje "Pamiętniczki" przedstawia Jan Ptaszyn-Wróblewski, podziwiam jak szczegółowo wspomina koncerty, jam session sprzed lat. W ogóle lubię jazz, ale nie taki wyrafinowany, dla koneserów tylko nieco lżejsze formy, dla szerszego grona odbiorców.  

Na koniec karteczka z Edycji Św. Pawła:
Miłego sierpnia! ;-)
 

 
 

Follow by Email