poniedziałek, 31 października 2011

Zamyślona w jesieni... wygrałam!

 Słuchajcie, ale numer!
Zupełnie się nie spodziewając, zajęłam 1 miejsce w konkursie "Zamyśleni w zieleni" organizowanym przez Kamila Czepiela, autora "Przedśmiertnego neuroleptyku". Jestem zaskoczona i bardzo się cieszę.
Narzekałam na ilość etapów, pod koniec pisałam już tak cokolwiek, byle tylko nie wypaść z rytmu i nie tracić punktów. Dziwne, że za te teksty pisane "na kolanie" dostawałam maksymalną ilość punktów ;-)
Powrzucam tu parę kiedyś.
Tymczasem zmykam.
Kłaniam się zamaszyście,
szurając nogą o jesienne liście!

czwartek, 27 października 2011

O tym, że z biblioteki nie da się wyjść z pustymi rękami i o tym, że nam sklep remontują oraz czego słucham jak już mam wszystkiego dość

 Wybrałam się dziś do biblioteki z zamiarem oddania 2 wypożyczonych tam książek ("Oplątani Mazurami" Enerlich i "Saturn" Dehnela) i tymczasowego zawieszenia działalności czytelniczej na rzecz własnych zbiorów. Zastrzegłam jednak, że jeśli będzie na półce coś naprawdę wyjątkowego lub coś co "muszę" koniecznie przeczytać.... I było! Dzielnie powstrzymałam się od książek z serii Labirynty - Kolekcja Prozy oraz od mnóstwa ciekawie się zapowiadających "babskich" czytadeł, ale gdy zobaczyłam cieniutkie "O miłości i śmierci" P. Suskinda, a na ladzie oddaną akurat dziś "Zmyśloną"Kasi Michalak.... Nie mogłam się opanować . Wypożyczyłam. Najwyżej poleżą troszkę. Suskind to zresztą króciusieńkie, ze 70 stroniczek, a u Michalak taka duża czcionka.... Będę to mieć jako przerywnik potem, bo planuję nieodwołalnie listopad z Llosą.
Tymczasem muszę ochłonąć po pewnej książce, wkrótce napiszę o niej.

A co z tym sklepem, zapytacie.... Otóż jeszcze w piątek mąż robił zakupy w Biedronce w centrum, a wczoraj koleżanka mówi, że jej mama widziała tam puste półki...przechodziłam dziś tamtędy, a tam..... nawet półek już nie ma, remontują, kują ściany, podłogi, placyk - parking obok....Huk, stuk i pył.... Przebudowa domu handlowego głosi tablica informacyjna. Bo to na parterze takiego DH było.... Niefajnie, mieliśmy tam bardzo blisko, teraz trzeba będzie jeździć na drugi koniec miasteczka... Jasne, że są i inne sklepy, ale co Biedronka, to Biedronka.

Jestem dziś padnięta, bo w nocy Elwirze się na "dyskusje" zebrało. Nie, nie płakała nawet, ale marudziła, musiałam ją wziąć do łóżka, bawiła się, turlała, gaworzyła... a rodzice oczy na zapałki....W dzień też trochę dała nam w kość. Do południa w porządku, urzędowała z tatą, a ja biegałam po mieście, potem na spacerek ich wyprawiłam, a po południu było z nią, no może nie siedem światów, ale co najmniej pięć. Ogólnie nie narzekam, ale czasem już nie mam siły po prostu....

I wtedy włączam sobie na przykład to:

Albo to...

wtorek, 25 października 2011

Bez przebaczenia, Agnieszka Lingas- Łoniewska



Agnieszka Lingas- Łoniewska, Bez przebaczenia, Wydawnictwo Novae Res, 2010, s. 340.

Emocje, emocje i jeszcze raz emocje - tak najkrócej określiłabym prozę wrocławskiej pisarki.  Proponowałabym umieścić na obwolucie jej książek ostrzeżenie: "Uwaga, Czytelniku! Nie zabieraj się za czytanie wieczorem, gdy następnego dnia musisz wcześnie wstać - zarwanie nocy murowane!" Powieść "Bez przebaczenia" niesamowicie mnie wciągnęła. Odrywałam się od niej późnym wieczorem z rozsądku, albowiem dziecko rano nie przyjmie do wiadomości, że nieprzytomna z niewyspania mama chce jeszcze pospać....W każdym razie książkę da się pochłonąć jednym tchem.

Czytając, nie zastanawiałam się, czy opisywane zdarzenia są przewidywalne, czy nie, czy to prawdopodobne, czy nie,  czy naiwne, czy jakie tam jeszcze.... Nie, książki się przeżywa, a nie analizuje. Przyszło mi jednak do głowy pytanie, co jest wyznacznikiem dobrej powieści? Stopień wciągnięcia, moim zdaniem. Gdy lektura pochłonie nas bez reszty, przeniesie nas w inny świat, oderwie od codzienności, to ten walor wysuwa się na pierwszy plan. Nie czepiamy się wtedy charakterów postaci, opisów, dialogów i innych elementów. Oczywiście trzeba też przyjąć, że każdego wciąga coś innego, bo ilu czytelników, tyle gustów i oczekiwań. Debiutancka publikacja A. Lingas - Łoniewskiej pod względem porwania czytelnika w wir akcji i emocji znakomicie się sprawdziła. Jak to zazwyczaj bywa, osnową powieści są uczucia dwojga młodych ludzi....

Utalentowana plastycznie Paulina dźwiga na barkach ciężkie brzemię winy. Po śmierci matki i braciszka przenosi się do domu swego biologicznego ojca, ale tam nie znajduje bezpiecznej przystani. Opiekun   próbuje zmiażdżyć  artystyczną duszę córki  wojskowym rygorem i pogardą. Czy to mu się uda? Sytuacja jest naprawdę trudna. Na szczęście na horyzoncie pojawia się Piotr, niczym książę na białym rumaku ( tu raczej w wojskowym jeepie). Ścieżki tych dwojga splatają się i rozplatają na przemian. Czy okażą się dwiema połówkami pomarańczy? Czy demony przeszłości staną im na drodze do szczęśliwej przyszłości? Przeczytajcie. Losy tych postaci też są pełne ostrych zakrętów.  Piętrzą się problemy, kłębią się emocje i namiętności. Czytelnik przeżywa je wraz z bohaterami.

To opowieść o tym, że nie warto być w życiu zawziętym, w gorącej wodzie kąpanym, że nie powinno się wyciągać pochopnych wniosków i podejmować równie pochopnych decyzji, że trzeba dać drugiej stronie szansę - na przedstawienie swoich racji, na rekompensatę, na decyzję. To opowieść o honorze,  miłości i przebaczeniu.

Być może znajdą się osoby, które wysuną zarzut, że postać podporucznika Piotra jest nieco wyidealizowana. Może i jest. Ale czy nie za takimi ideałami tęsknimy? Czy nie takich supermenów szukamy, choćby tylko w literaturze? Piotr ma też swoje za uszami, ale mimo wszystko jest wspaniały. Niech się schowają przy nim te wszystkie Patche i Culleny... Ach te " cholernie zielone oczy wpadające w jasny karmel"! (s. 26)

Powieść jest zajmująca i poruszająca, narracja wartka, język prawdziwy i prosty, bez udziwnień. Całość tworzą dwie części, które dzieli przestrzeń sześciu lat. W pierwszej czytelnik zanurza się po uszy w wydarzeniach, w drugiej - miałam odczucie, że to, co się dzieje, jest bardziej streszczone, skondensowane. Epilog mnie wzruszył.

Po lekturze musiałam ochłonąć, chciałam spojrzeć na powieść z dystansu,  chłodnym okiem. Emocje jednak powracają. Zdaję sobie sprawę, że znajdą się zarzuty, że będą czytelnicy, czy raczej czytelniczki, które  skrzywią się i powiedzą "Eeee", ale do licha, to nie jest książka na miarę Nike, to jest książka do "zaczytania się", spełniająca oczekiwania tych, którzy chcą odpocząć, przenieść się do świata fikcji i  przeżywać wraz z bohaterami. Mi się podobało.  Polecam, ale nie zagwarantuję, że każdemu przypadnie do gustu. Bo wiadomo, jak to z tymi gustami jest.

















Wyniki urodzinowego konkursu

Witajcie, Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy i Wszyscy Mili Odwiedzacze!

Minęło 10 dni, a u mnie- cisza w eterze,  post urodzinowy wisiał i wisiał....Nie miałam ani weny ani czasu na pisanie. Zresztą mały urlopik odblogowy też się czasem każdemu należy. Ukradkiem jednak zaglądałam tu i tam do Was. 
W Kreatywnym Klubie Dyskusyjnym, w zeszłą środę, Futbolowa zadała pytanie: kim jesteś, blogerze? i zaprosiła do ankiety. Zastanawiałam się nad tym.
 Czy czujesz się istotnym elementem świata literatury?
 Hmm, a co to znaczy być elementem świata literatury? Jako czytelniczka w jakimś stopniu nim jestem, należę do Dyskusyjnego Klubu Książki ( na razie zawiesiłam udział), zdarzało mi się wygrywać konkursy na recenzje ( głównie konkursy dla DKK-ów organizowane przez Instytut Książki), w miarę możliwości uczestniczę w spotkaniach autorskich.Kupuję książki, wypożyczam, dzielę się wrażeniami z lektury. Czy to wystarczy, by być istotnym elementem? To wszystko jest dla mnie istotne, ale beze mnie świat literatury też by się toczył...
Jaka jest Twoja misja? W jakim celu blogujesz?
Misja?  Nie, nie, ja nie jestem ambitną działaczką, która ma misję do spełnienia. Nie mam intencji nawracać nikogo na czytanie, czy propagować dany gatunek literatury. Dzielę się odczuciami, ot, co. Piszę dla siebie, bo lubię, bo chcę utrwalić swoje wrażenia po niektórych książkach.. Blogowanie to też miłe wirtualne spotkania, wymiana zdań, dyskusja. Lubię to. To forma odpoczynku. Odskocznia.
Czy uważasz, że czytelnik może ufać Twoim ocenom?
Nie oceniam w skali liczbowej. Zawsze podkreślam, że to moje subiektywne odczucia. Każdy czyta na własną odpowiedzialność. Różnimy się w odbiorze książki, i to jest piękne. To, że ja się krzywię, nie znaczy, że książka jest zła, to, że się zachwycam, nie znaczy, że jest dobra. Wrażenia zależą też od tego kto, na jaki nastrój/etap życia z daną książką trafi.
Jeśli komuś te moje recenzje do czegoś się przydadzą, zaciekawią, odstraszą, zachęcą itp. to fajnie, ale nie uważam się za wyrocznię
Masz ambicje zostać krytykiem literackim?
Powiem tak: nie miałabym nic przeciwko temu.
Cenisz sobie to, czym zajmujesz się w blogosferze?Jakie miejsce zajmuje w niej Twój blog?
 Cenię, chyba inaczej bym się tym nie zajmowała. Mój blog to kropla w morzu, ba, oceanie blogów. Bardzo mi miło, że znalazł grono Czytelników płci obojga.
Mimo wszystko nachodzą mnie czasem myśli, po co ja to w ogóle robię, po co mi ten blog i cały ten blogoświatek, nie lepiej więcej poczytać...
Kim jesteś?
Życiorys mam podać, czy co... ;-) Nie lubię ujawniać więcej niż trzeba. Kto chce, to wyłowi to i owo o mnie pisane wprost i między wierszami.

Teraz przechodzę do milszej części wypowiedzi.
Przyznam, że nie spodziewałam się tak dużego odzewu w konkursie urodzinowym (29 uczestników) Ogromnie dziękuję za tyle miłych słów, życzeń, komplementów. To dla mnie motywacja, by pisać dalej, choć z częstotliwością to jak zawsze u mnie może być różnie.
Wszyscy z ochotą zgłosili się do losowania niespodzianki. W ciemno. Jedynie Guciamal przytomnie zrobiła zastrzeżenie, że zgłasza się, o ile nie rozdaję zwierząt...Owszem, nie. Wszyscy po cichu liczą,  że to książka, tak? A kuku. Nie powiem. Niespodzianka to niespodzianka.
Dziś z przyjemnością wypisałam i wycięłam karteczki, włożyłam je do miseczki. W roli machiny losującej wystąpiła "Marchewkowa"( w międzyczasie całkiem schludnie nauczyła się jeść). Tata pomagał, a mama robiła zdjęcia (jakość pozostawia niestety wiele do życzenia.)
Oto fotorelacja:
 Karteczki przygotowane...
...i do miseczki....
Niemowlę gotowe do akcji...
grzebu-grzebu... i jeeeeeeeeeeeest!

O, a co ja tu mam?
Zwinę w łapce karteczkę, zanim mama mi zabierze...
 A oto, co kryła Elwirkowa łapina:
Gratuluję wygranej! Zwycięzcę proszę o podanie adresu pocztowego, kontakt w zakładce u góry.
Spojrzałam teraz na zegar... już po północy, zatem wyjdzie, że spóźniłam się z wynikami, bo miały być 24-ego. Trudno.
Jestem z siebie dumna, bo nie spędziłam całego wieczora na blogach. Z ogromną radością obejrzałam Teatr Telewizji. Spektakl "Boska!" był boski... Niezrównana Krystyna Janda w roli głównej - "najgorszej śpiewaczki świata" śpiewaczki Florence Foster Jenkins. To wielka sztuka umieć zafałszować zwłaszcza jak się potrafi śpiewać. Wiktor Zborowski - kawał aktora, można powiedzieć. Maciej Stuhr przy pianinie, niesamowite miny, na koniec nie wiem, czy się śmiał w roli, czy też poza nią ;-) Wspomnieć trzeba też energiczną meksykańską służącą  oraz ważną postać- Rico, pieska Dorothy- Krystyny Tkacz. Zabawnie było, ale i ciut smutno....Refleksja: warto mieć marzenia i je realizować. A  Florence istniała naprawdę....

czwartek, 13 października 2011

Urodziny - konkurs - stosik

Kiedy 13 października 2010 r. dokonałam uroczystego przecięcia wstęgi i napisałam pierwszy post, nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten blog tak się rozkręci. Znając moją systematyczność, a raczej jej brak i skłonność do słomianego zapału, nie liczyłam na zbyt długi staż. Tymczasem minął już rok!!!
Na początku miał to być blog ogólnotematyczny, różnorodny w treści (recenzje, spostrzeżenia, ciekawostki, teksty pisane na potrzeby konkursów itp.), w trakcie działania skręcił wyraźnie w stronę książek i przy tym  profilu zostanie, choć tak do końca  nie jest typowo recenzyjny, bo troszkę innych zapisków gdzieniegdzie prześwituje.
Zaczynałam skromnie, pierwsze komentarze były dla mnie wręcz zdziwieniem, że ktoś to jednak czyta..., oczywiście sprawiały mi ogromną radość. Tu szczególne pozdrowienia kieruję do Yllli i Inviernity (moich pierwszych ujawnionych czytelniczek). Gdzieś od lutego wpisy zaczęły pojawiać się częściej, a i coraz więcej osób zaczęło zaglądać, wiosną blog rozkwitnął. Stał się moją odskocznią od codzienności, przestrzenią odpoczynku i miłym sposobem spędzenia czasu , takim moim "kawałkiem podłogi". Zyskał grono stałych odwiedzaczy, miłych gości, którzy poświęcają chwilę, by napisać czasem słówko. Zaglądają też nowe osoby. Serdecznie Wam wszystkim dziękuję, nie dam rady wyszczególnić imiennie (nickowo), nie chcę nikogo pominąć. Dziękuję Wam za obecność, to dla mnie ogromna motywacja i radość.
13 października 2011 mam na liczniku ponad 5,5 tysiąca wejść, około 400 komentarzy ( w tym też moje odpowiedzi na Wasze wpisy). Zaangażowałam się w Projekt "Kraszewski", zorganizowałam swój pierwszy konkurs, biorę udział w Akcji Włóczykijka i pierwszej w życiu wymiance "Z książką przy kominku". Nawiązałam współpracę recenzyjną z księgarnią Matras i sporadycznie z pewnymi autorami płci obojga.
Uważam tę działalność za swój prywatny sukcesik. 
Dziękuję Wszystkim, którzy  się do tego w jakikolwiek sposób przyczynili:-)

Z tej okazji mam dla Was mały konkursik z nagrodą - niespodzianką. Sama tak do końca jeszcze nie wiem, co to będzie ;-)  
Czas trwania - do 23 października, do północy. 
Losowanie następnego dnia zapewne. 
Zadanie dla Was: piszcie, co chcecie ;-) pod tym postem oczywiście. (Konstruktywna krytyka mile widziana).

Tu macie obrazek, który możecie wstawić u siebie- ja dzięki takim zdjęciom z napisem/podpisem przypominam sobie, kiedy i gdzie rozglądać się za wynikami losowań ;-)


Dzisiejsze święto Agnestariusza zostało uhonorowane stosikiem, albowiem właśnie dziś pan kurier przyniósł mi zamówionko, promocje wiodą na pokuszenie... ;-) Nie podpisuję, bo wszystko widać jak na dłoni. "Dom żółwia..." jest dla siostry.


Na koniec jeszcze mały "dowód" na to, dlaczego nie czytam zbyt wiele ;-) 

Marchewkowe pole, czyli zaczynamy obiadki ;-)
A po jedzonku mycie, pranko i sprzątanko....

Zapraszam do udziału w losowaniu niespodzianki. Zobaczymy się (w sensie kolejnego mojego wpisu) pewnie dopiero po niedzieli. Będzie relacja z "Saturna", już mam zapiski na karteluszku.

Dziękuję Wam za wspólny rok.
Pozdrawiam serdecznie!
Aga

środa, 12 października 2011

Jak Bóg przykazał

Niccolo Ammaniti, Jak Bóg przykazał
Wyd. Muza 2008
s. 448

Zanim napiszę kilka słów o powieści - mała dygresja. Zastanawiałam się, co sprawia, że dana książka trafia do wyprzedaży. Pomijam przypadek przecenienia egzemplarzy uszkodzonych - pomiętych, zagiętych, zabrudzonych itp... Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to że się tytuł nie sprzedaje po "normalnej" cenie, więc chcąc się pozbyć tomów zawalających księgarniane półki, czy magazyn, wydawca/sprzedawca znacznie obniża cenę. Dobrze, ale dlaczego się nie sprzedaje? Tu odpowiedzi mogą być różne, ale i są argumenty przeciwko nim.
Nieznany autor- ba, jest cale mnóstwo nieznanych, jeszcze  nie  poznanych twórców, debiutantów, autorów po raz pierwszy u nas tłumaczonych..., a nie każdego się od razu skazuje na przecenę. Brak promocji - na dobrą sprawę to tabuny książek nie mają takiej promocji na jaką zasługują, a się sprzedają, więc to chyba też nie jest przyczyna wyprzedaży. Myślę,  że może jest coś, co czytelnika odstrasza, coś, co sprawia, że nie chce ryzykować zakupu książki w cenie, w jakiej zazwyczaj bywają ( przecena i to solidna, często skutkuje tłumem nabywców, bo przecież nawet jak książka okaże się niezbyt fajna, to aż tak bardzo nam tych kilku złotych nie szkoda). Ale co to może być? Okładka? Ha, wszak mówimy: nie sądź książki po okładce. To nie jest główny powód kupowania bądź nie danej książki. Tytuł? Tym też się aż tak bardzo nie powinniśmy sugerować, znając przypadki znacznych rozbieżności tłumaczneia z oryginałem. Co więc zostaje? Treść. Rzeczywiście, często przed zakupem (takim "na żywo") przeglądamy książkę, podczytujemy tu i ówdzie, by "liznąć" stylu, by choć pobieżnie sprawdzić, czy zawartość odpowiada (bądź nie) opisowi na okładce...
Zatem nie dziwię się, że wiele osób, które miały w ręku egzemplarze powieści "Jak Bóg przykazał" i zajrzały do niej, odłożyły je z powrotem. Na pierwszy rzut oka nie jest to proza zachęcająca do lektury, nie każdy taką toleruje ( że nie każdy lubi, to byłoby za dużo powiedziane). Siedmiokrotnie niższa cena skusiła jednak czytelników, niekiedy pewnie w ciemno, bo książka znalazła się na drugim miejscu najlepiej sprzedających się pozycji w księgarni internetowej matras.pl. Ciekawe, czy nabywcy poczuli się rozczarowani, czy pozytywnie zaskoczeni zakupem....
Ja należę do tej drugiej grupy, choć książki nie kupowałam, ale - po rekomendacji - pożyczyłam od szwagierki, która kupiła ją ze względu na cenę i opis na stronie internetowej księgarni.

Książka z błyskawicą na okładce  wywarła na mnie piorunujące wrażenie. To nie jest miła opowieść do poduszki. To proza dla ludzi o mocnych nerwach. Brutalna, wulgarna, pełna agresji, straszna, ale w pewien sposób - choć dziwnie to zabrzmi- zabawna. Nasączona czarnym humorem. Taka współczesna tragikomedia. Opowiada  o świecie pełnym przemocy, frustracji, nędzy, strachu, zła ale jest też tu miejsce na miłość, przyjaźń, przywiązanie,  poświęcenie.
Trzynastoletni Cristiano nie ma nikogo na świecie oprócz ojca, bezrobotnego łysego nazisty spędzającego życie z puszką piwa przed telewizorem. Ich wzajemne relacje nie są łatwe, ale łączy ich wyjątkowo silne uczucie. Rino wychowuje syna tak, aby umiał sobie poradzić w życiu w nieprzychylnym środowisku. Uczy go, jak być twardym, nie dać sobie napluć w kaszę. Chłopiec może i ma tego dość, ale z drugiej strony nie wyobraża sobie, żeby mogło być inaczej...  Zdobywa się na niezwykły (jak na dziecko) czyn, poza prawem i moralnością, aby ratować ojca. Rino oprócz syna ma jeszcze dwóch kumpli, życiowych nieudaczników. Nierozgarnięty, upośledzony po wypadku Cztery Sery w tajemnicy przed wszystkimi i z pasją buduje w domu szopkę, ogromną makietę z figurkami i zabawkami oraz fascynuje się blond Ramoną z filmów porno. Danilo cierpi po stracie dziecka i odejściu żony, kombinuje jak odzyskać jej uczucia...  Tych trzech gagatków planuje obrabować bankomat. Wielka ulewa i powódź krzyżują jednak ich plany. Noc przynosi  tragiczne wydarzenia dla wszystkich bohaterów. Także dla pracownika socjalnego nazwiskiem  Beppo Trecca, który po wypadku zawiera z Bogiem umowę...
"Piekło świata, w którym żyjemy, jest pochodną tego, które mamy w głowie" - te słowa z okładki wydają się być bardzo trafne w odniesieniu do opowiedzianej historii. Od tego piekła bohaterów czytelnik nie może się oderwać.

Autor, Niccolo.Ammaniti  (ur. 1966) został uhonorowany prestiżową  nagrodą Premio Strega 2007 r. W jego dorobku są także dostępne na naszym rynku książki "Nie boję się", "Ostatni sylwester ludzkości", "Zabiorę cię ze sobą". Warto się przekonać jak przedstawia się współczesna włoska literatura. Wszak książkowe Włochy to nie tylko Carlo Collodi i Umberto Eco ;-)

poniedziałek, 10 października 2011

8

Papryczce to dzięki
odkryłam te dźwięki ;-)

 Ten i inne utwory z najnowszej płyty Kasi Nosowskiej przyciągają jak magnez. Lubię to!
Tymczasem czytam "Saturn" Dehnela, muszę poszukać reprodukcji dzieł Goyi.
Wprowadzę chyba sobie ograniczenia na internet, bo zamiast czytać, znowu przeglądam i zaglądam, a to księgarnia, a to blogi, fejsbuki i inne jutuby ;-)

Do następnego wpisu!
PS. Szukam czegoś o ostach.... Zamiast "Zamyśleni w zieleni" powinno być "zmęczeni....", jeszcze trzy etapy, TRZY!!!

piątek, 7 października 2011

Top -10: Największe literackie rozczarowania

Zainspirowana przez nieocenioną kreatywną Klaudynę prezentuję swoje literackie rozczarowania. Skupię się na książkach, wydarzeń nie uwzględniam. Nie będzie to pełna dziesiątka, podam to, co teraz przyszło mi do głowy. Najwyżej dopiszę coś, jak mi się przypomni.

Intruz, S. Meyer - zazwyczaj daję książkom szanse, rzadko się poddaję, ale czasem szkoda czasu i atłasu na coś, co mi zupełnie nie idzie. Utknęłam gdzieś koło 60-ej strony. Więcej refleksji o tej nietrafionej lekturze znajdziecie w moim tekście tutaj.

S@motność w sieci, J. L. Wiśniewski - najmocniej przepraszam wszystkich fanów, nie dałam rady, jakieś takie to było... rozlazłe... albo zabrałam się do czytania w nieodpowiednim czasie.

Amatorki, E. Jelinek - w ramach własnej inicjatywy czytania noblistów zabrałam się i za twórczość tej pani, niestety, pudło. Nie trawię. Książkę porzuciłam na kilka stron przed końcem.

Efekt kobiety, M. Kalinowska - odpuściłam gdzieś około jednej trzeciej objętości... Nie szło mi. Szczegóły tutaj.

Strażnik marzeń, M. Surmacz - to dla odmiany przeczytałam całe i to dość szybko, ale momentami przewracałam oczami.... dlaczego? Odpowiedź tutaj.

Spalona róża, A. Walczak - zachwytu brak, pisałam tutaj.

Urania, J.M. le Clezio - kolejny noblista, z którym się nie zaprzyjaźniłam. Cienka książeczka, ale tak ją wymęczyłam. Nic szczególnego jak dla mnie, w każdym razie do dalszego sięgania po twórczość autora mnie nie zachęciło.

Póki co, na tej "nieszczęśliwej" siódemce poprzestanę.

PS. Wracając do wczorajszego wpisu - dzisiejszej wizyty u fryzjera do rozczarowań nie zaliczam. Strefa Cięcia jest nie do zagięcia. W dodatku afrykański wystrój salonu  robi wrażenie. Podobało mi się, odpoczęłam, mam ładną fryzurę. Czegóż chcieć więcej....!
Czego więcej? Książek!!! Zarzekała się żaba błota, a skuszona promocją jednak zrobiła zamówienie....ale wmawia sobie, że to już na Gwiazdkę ;-)




czwartek, 6 października 2011

Nobel, zakupy i zakręt

Wszyscy już zapewne wiedzą, że Literacka Nagroda Nobla przypadła w tym roku poecie. Cóż, że ze Szwecji? (Nie, nie, nic nie sugeruję, po prostu bardzo lubię ten trudny do wypowiedzenia zwrot.) Tomas Tranströmer - to nazwisko dziś często padało z radiowych głośników, widniało na paskach informacyjnych telewizji i w serwisach internetowych. Wiele osób na pewno szeroko otworzyło oczy, nadstawiło uszu, zebrało szczękę z podłogi i  zadało pytanie: Kto to jest? Jak to, nie wiecie, kto to??? Ja codziennie czytam czytam jego wiersze do poduszki! ;-)

Żartowałam. Też nie znam jegomościa, twórczości znaczy się, ale jego nazwisko gdzieś mi się obiło o uszy. Być może w kontekście Nobla dla Szymborskiej (ponoć wówczas był głównym kontrkandydatem). Sporo osób trzymało kciuki za Murakamiego,  ja też, choć  wcale nie obraziłabym się za polskiego laureata. Czy ten werdykt był słuszny? Dyskusję na ten temat zapoczątkowała koleżanka Futbolowa tutaj. A co ja o tym sądzę?
Ufam, że Akademia Szwedzka wie, co robi. To loża ekspertów. Oni decydują, komu przypadnie splendor i bagatela, 10 milionów koron szwedzkich. Czy byli lepsi kandydaci? Pojęcia "lepszy", "gorszy" - w kontekście literatury - są bardzo względne. Szczególnie nie można wykazać wyższości prozy nad poezją i odwrotnie. Poezja to raczej nie moja działka, w dodatku utworów Transtromera nie znam, nie mnie oceniać. Gratuluję szacownemu i sędziwemu Laureatowi. Spróbuję zerknąć chociaż na jego twórczość. Z ciekawości. Być może do mnie trafi, a może wcale. Kto wie, sprawdzę to. Nie sposób znać wszystkich twórców świata, dzięki Nagrodzie Nobla słyszymy o tym lub owym, wcześniej nam nie znanym. Tak odkryłam Doris Lessing, którą pokochałam i J. Le Clezio, który okazał się dla mnie niestrawny. Jak wiadomo, de gustibus non est disputandum. 
 Utwory T. Tranströmera możemy przeczytać na stronie poema.art.pl.
O Literackim Noblu 2011 posłuchamy dziś w "Trójce pod księżycem" , o północy. Zerknijcie tutaj.

*** 
"Pieniądze szczęścia  nie dają. Dopiero zakupy" - mawiała Marylin Monroe. Zgadzam się i dodam: zwłaszcza zakupy dla dziecka. Wyskoczyłam dziś na chwilę na miasto z zamiarem kupienia czegoś, na co się nie zdecydowałam w piątek. Taki był fajny smok(dinozaur?)z gryzakami, grzechotkami poprzyczepianymi do łapek. Oczywiście tego już nie było (po raz kolejny mam nauczkę, że jak coś fajnego i przystępnego, to trzeba brać od razu), ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Albowiem napatoczyło się śliczne odzienie dziecięce na zimę, kurteczka i ogrodniczki w kolorze koralowym. Do tego kilka pomniejszych drobiazgów, w tym bamboszki, które grzechoczą, jak dziecię nóżkami porusza. cud, miód i grzechotki! Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko ;-)

***
W wyniku pewnego zakrętu losu moje najbliższe plany czytelnicze mogą ulec zmianie i niespodziewanie lektura wyczekiwanych "Szelmostw..."Llosy może przesunąć się w czasie. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Zresztą - okaże się w praniu.
Jutro idę do fryzjera. Sto lat już nie byłam, czas na zmiany. Trzymajcie kciuki, aby były pozytywne....

Tymczasem zanim zacznie się audycja o Nagrodzie Nobla na Trójce,
posłucham sobie "Bielszego odcienia bluesa" i "zamyślę się w zieleni", etap chyba już szósty ( razem ma być 10).... Zdecydowanie wolę konkursy o krótszym przebiegu.
Pa, pa!

Zakręty losu, Agnieszka Lingas- Łoniewska

Doszłam do wniosku, że to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałam, a już na pewno najlepsza na tle wysypu twórczości nowych polskich autorów, który ma miejsce od ładnych paru lat. Powieść wartka jak rzeka, pełna emocji, z wyrazistymi bohaterami, zmysłowa, trzymająca w napięciu  wywarła na mnie spore wrażenie.
W sprzyjających warunkach mogłabym ją przeczytać przez jedną noc. 

Na początku zdawało mi się, że to będzie typowa "młodzieżówka". Zaczęło się bowiem całkiem spokojnie od tego, że Kaśka, młoda koszykarka słynąca z ciętego języka, przeprowadza się wraz z ojcem do domu jego drugiej żony i musi odnaleźć się w nowej sytuacji, zmienić szkołę,  dogadać z przyszywaną siostrą. Spodziewałam się konfliktów rodzinnych, problemów w szkolnym środowisku, nieszczęśliwej miłości, perypetii związanych z dorastaniem. Domyśliłam się, że spotkany w parku przez przypadek Krzysiek będzie ważną osobą w życiu dziewczyny. Nie przewidziałam jednak, że aż tak mocno będą "zawirowane" ich losy. Tytułowe "zakręty" to wręcz ostre wiraże i  niebezpieczne górskie serpentyny.

Nie przybliżę fabuły, bo sama nie lubię streszczeń, które odzierają czytelnika z przyjemności odkrywania wydarzeń na kolejnych stronach  i pozbawiają efektu zaskoczenia. Wolę, gdy losy bohaterów pozostają tajemnicą, dopóki sama jej nie zgłębię z wypiekami na twarzy. Zatem nie będę wyjawiać szczegółów treści, tylko powiem, co w powieści można odnaleźć. Mianowicie: wielką miłość i wielką tragedię, rozterki i dylematy, rozpacz i namiętność, determinację, zagmatwane sytuacje, uwikłanych bohaterów, lawinę zdarzeń, paletę emocji, szczyptę humoru, porcję przerażenia, lęku, wzruszenie i współczucie. Ponadto wiele znaków zapytania.

Podczas lektury zastanawiałam się, jak  często bywa tak, że kierując się pochopnymi - niekiedy fałszywymi -  przeświadczeniami, mylnie przewidujemy reakcje innych, z góry je zakładamy, nie dając komuś szans na wykazanie się. Niejako decydujemy za kogoś, wmawiamy sobie, co ktoś o nas pomyśli, jak osądzi, co zrobi. Tak postąpiła Kasia skazując siebie i Krzyśka na 13 lat samotności.  Myślałam też nad tym, że wiele osób ma skłonności, by obwiniać siebie za całe zło świata, oskarżać się o coś, do czego może i pośrednio się przyczyniły, ale zasadniczo nie miały na to wpływu... Są nastawieni na tryb "a gdyby. to.." - "gdybym do niego nie zadzwoniła ... to on by nie powiedział...a wtedy ona by nie...." - taki łańcuszek zdarzeń. Tymczasem trudno stwierdzić, czy gdybyśmy się przenieśli w przeszłość i zmienili jakąś decyzję, cofnęli czyn, to czy zmienilibyśmy losy świata.... (Znacie efekt motyla, prawda?) 
Kolejna kwestia do refleksji: gdzie jest granica, na ile jesteśmy odpowiedzialni za wybory i czyny naszych bliskich, czy musimy pić piwo, którego oni nawarzyli? Krzysiek dźwiga brzemię win swojego brata. Kaśka nie chce, by sprawy dotyczące jej przyszywanej siostry wpływały na  jej własne życie i związek, walczy o niezależność, jednak los przewrotnie nie pozwala jej się od tego odciąć. Rusza łańcuszek zdarzeń, a bohaterka sama obarcza się odpowiedzialnością.

Powieść składa się z dwóch części. W pierwszej poznajemy bohaterów w czasach licealnych, niejako wstępujących na kręte ścieżki życia, w drugiej- trzynaście lat później powracają jako dorośli już twardo stąpający po ziemi ku wytyczonym celom, ich ścieżki splatają się i wiją w niebezpiecznych zakosach. 
Ciekawe uzupełnienie stanowi "playlista"-spis utworów jak tło do poszczególnych rozdziałów. Czytanie przy tej muzyce byłoby z pewnością niesamowitym doświadczeniem,  jak tak nie słuchałam, a szkoda.

"Zakręty losu" zakręciły mną totalnie. Czekam z niepokojem na dalsze części zapowiedzianej trylogii, szczególnie na opowieść o Łukaszu/Lukasie. Tacy bohaterowie chyba fascynują najbardziej, bo niby taki szwarccharakter, drań, ale... no własnie, co tak naprawdę w nim tkwi?

 Kto jeszcze nie czytał, polecam!
Autorce gratuluję i życzę dalszej weny twórczej!

PS. Ostrzeżenie dla zbyt "konserwatywnych" czytelników: tu nie ma przemilczeń w pewnych scenach. Autorka jednak udowadnia, że można je subtelnie i zmysłowo przedstawić.


poniedziałek, 3 października 2011

Głosowanie, czytelnicze plany, zapowiedzi, czyli pażdziernikowe rozmaitości

"Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła. (...)"
                         (J. Tuwim, Wspomnienie)

Październik rozpoczął się ślicznie. Słonecznie, szeleszcząco i złociście. Wczorajszy rodzinny spacer po alejkach Parku Tarnowskich zaliczam do udanych i bardzo miłych wydarzeń. Post miał ukazać się wczoraj, ale z powodu problemu z edycją (coś się porozłaziło) został wycofany z obiegu. Dziś za to będzie bardziej obfity w treści.

Zacznę od tego, że "Agnestariusz" bierze udział w konkursie, konkurentów ma zacnych, więc na wysokie lokaty nie liczy, ale może parę honorowych punktów uzbiera... Byłoby mi bardzo miło. Głosowanie trwa do końca miesiąca, każdy może oddać tylko jeden głos. Szczegóły tutaj:
 Dziękuję.

Za 10 dni będę obchodzić rocznicę pierwszego wpisu, zatem spodziewajcie się urodzinowego konkursu.

Wczoraj odbyła się gala wręczenia Literackiej Nagrody Nike, jak już wiecie, zwyciężył "Pióropusz" Mariana Pilota. Jakoś mam mieszane uczucia, co do tej książki, ochoty na nią za bardzo nie mam, kupować nie będę, ale nie wykluczam, że jak zdybię kiedyś w bibliotece to przeczytam. Muszę w ogóle poszperać za informacjami o autorze, z tego, co mówił, to nie jest debiutantem, za którego uważają go niektórzy.
Nagrodę Publiczności, przyznawaną przez czytelników Gazety Wyborczej, zdobył "Dziennik..."S. Mrożka, ciekawa to postać na naszym literackim poletku, chętnie bym poznała z tej innej, prywatnej strony autora "Tanga". Lubię humor Mrożka, także ten rysunkowy. Mam kalendarz z jego satyryczną kreską.

Dziś gotując pomidorową, jak przystało w poniedziałek, włączyłam sobie radyjko, a konkretnie Jedynkę. Usłyszałam tam rekomendację książki "Korzeniec" Zbigniewa Białasa. Podobno Marek Krajewski ma godnego konkurenta. Był Wrocław w literaturze, teraz pora na Sosnowiec. Powieść zaczyna się " z grubej rury" - od trupa bez głowy, a dalej jest i straszno i śmieszno, wielowątkowo i ciekawie. Intuicja mi podpowiada, że to smakowity kąsek dla czytelników, a kto wie, może i na liście przyszłorocznych nominowanych do Nike się znajdzie. O "Korzeńcu" przeczytacie tutaj.

Moje czytelnicze plany na ten miesiąc:
1. "Saturn" J. Dehnel  (bo z biblioteki)
2. "Szelmostwa..."Llosy (skoro polecacie ;-))
3."Balladyny i romanse" Karpowicza ( Nike coprawda nie dostał, ale obiecałam sobie, że w końcu przeczytam całe - napoczęłam już dawno temu kilkadziesiąt stron)
4. W tak zwanym międzyczasie "Cudowna moc miłości" (książka z rodzaju tych dla fabuły, nie stylu, języka czy narracji jak poprzednie).

Myślę nad jakimś stałym kącikiem blogowym, zastanawiam się nad tematyką i specyfiką,  jestem otwarta na propozycje.

W piątek biegnę do kiosku kupić pierwszy tom kolekcji "Książka jak się patrzy" - literatura czeska (książka plus film) - "Obsługiwałem angielskiego króla" B. Hrabala.

"Zakręty losu" zakręciły mnie totalnie. Napiszę, jak ubiorę myśli w słowa.

Na razie tyle!




Follow by Email