środa, 30 listopada 2011

Dinozaurowato

Nie mam czasu na czytanie, nie mam czasu na pisanie.. Jakoś dużo Elwiry i zajęć domowych ostatnio. Będzie tylko anegdota. Z cyklu dialogi rodzinne.
Na leżaczku - bujaczku na obiciu oparcia jest taki pomarańczowy bajkowy dinozaur. Mówimy, że Elwirka śpi z  dinusiem. I tak od tego zaczęła się rozmowa o tym, że dzieci zwykle lubią dinozaury, interesują się nimi, wiele małych bystrzaków ma bogatą wiedzę o tych stworzeniach, zna mnóstwo gatunków. No a my w sumie to niewiele wiemy. Jakie znamy dinozaury?
- Tyranozaur, brontozaur - zaczęłam wymieniać. - Ty pewnie znasz więcej - rzekłam do męża ( który zazwyczaj zaskakuje mnie znajomością nazw zwierząt, o których ja pierwsze słyszę). O, jeszcze triceratops....
Mąż zaś:
- Czterodaktyl.
Ja na to:
- CO???
- Czterodaktyl- powtórzył z powagą.
Myślałam, że się uduszę. Ze śmiechu.

A oto bohater naszego dialogu, cztero... eeee ptero. Pterodaktyl. Zdjęcie zapożyczone z sieci.
Pozdrawiam! ;-)

czwartek, 24 listopada 2011

"Broniewski. Miłość, wódka, polityka"

Nie przypominam sobie, żeby ktoś zachwycał się poezją Władysława Broniewskiego. Gałczyński, Tuwim, owszem. Ale Broniewski? A ja tam go lubię! Pamiętam z domu taki tomik wierszy zebranych w brązowej płóciennej okładce. Podczytywałam czasem, więc pewnie stąd mam sentyment. Szkolne czasy to natomiast bliższe poznanie "Bagnetu na broń" i cyklu wierszy poświęconych zmarłej córce ( w zestawieniu z Trenami Kochanowskiego do matury jak znalazł). Tak się jakoś bardzo politycznie i nieaktualnie kojarzy poezja Broniewskiego, przydałoby się poznać ją bliżej, zgłębić. W tym może pomóc biografia "Broniewski. Miłość, wódka, polityka" pióra Mariusza Urbanka. Bardzo się ucieszyłam, gdy wiadomość o jej wydaniu znalazłam w newsetterze portalu granice.pl. Notka jak notka, ale spis treści....- już te tytuły sprawiają, że bardzo chciałabym przeczytać tę książkę.
Przy okazji - nie wiedziałam, że Wydawnictwo Iskry jeszcze istnieje (choć nie wiem, czy i na ile, ma coś wspólnego z dawnymi Iskrami).


 PS. Mikołaju.... ;-)

środa, 23 listopada 2011

Ostrożnie z ostem i inne takie

Rzadko zaglądam. Dawno nie pisałam. Żeby jednak nie odwyknąć zupełnie, wkleję coś z zapasów.  Może tekścik, który powstał na potrzeby konkursu "Zamyśleni w zieleni".
Zdjęcie będące inspiracją obejrzycie tutaj.
A oto rzeczony tekst:
 ***
Osty, o ile nie stają się obiadem dla Kłapouchego, potrafią być bardzo asertywne. Stanowczo bronią się kłującymi liśćmi i łodygami przed pochopnym zrywaniem i w bukiety wiązaniem. Stawiają sprawę na ostrzu noża. Strażnicy ugorów. Łąk wartownicy. Mówią "nie" łaknącym kontaktu z przyrodą potomkom Adama i Ewy, którzy sami siebie złapali w pułapkę cywilizacji. Mało kto potrafi dotrzeć do sedna ostowatości, dostrzec w nich kruchość i subtelność skryte pod szorstką powierzchownością. Oset w języku kwiatów symbolizuje mizantropię. Tak, niechęć do ludzkości jest u nich bardzo widoczna. Nic dziwnego, wszak ludzie są jak ten puch na wietrze, niestali i nietrwali, zaledwie przechodnie na gwarnej ulicy, nędzni aktorzy w teatrze świata, podróżni w wędrówce- no właśnie dokąd... Osty jak pytajniki wyciągają swe długie szyje. Wysyłają w kosmos s.o.s. sondami nasionek. Wiatr unosi je do nieba.
 *** 

Ja tu o ostach, a tymczasem w telewizorni pokazali, że gdzieś w naszym pięknym kraju kwitną i owocują truskawki, w lesie pojawiają się zawilce, sama widziałam fioletową prymulkę w przedblokowym ogródeczku. Wiosna, jesień? Zima- ni ma!

"Szelmostwa..." - czytam,  powoli czytam... Mam zastój czytelniczy, ale to nie za sprawą doboru lektury. Po prostu nie wyrabiam.

Ann, dzięki za poradę w sprawie parowara, mam nadzieję, że taki nie żre dużo prądu...

Pa!




poniedziałek, 14 listopada 2011

Listopadnięta

Smętnie. Już pół listopada za nami, drzewa  za oknem wyłysiały,  widok nieciekawy, w czytaniu zastój, "Szelmostwa..." ledwo zaczęte ( drugi rozdział dopiero nadgryzłam). Jestem coraz bardziej zmęczona i niewyspana. Padam na pysk. Nie mam siły i ochoty na konkursy, komentowanie, pisanie, myślenie, ani żadne konstruktywne działanie... Podczytuję to tu, to tam, szukając wytchnienia i wczorajszego dnia. Nie ma go jednak nigdzie... Nie nadążam.
Na pocieszenie listopadowe nuty:

czwartek, 10 listopada 2011

Póki pies nas nie rozłączy, R. Pawlak

W piątek przybyła do mnie Włóczykijkowa paczuszka. Batonik został pożarty niemal natychmiast, herbatki trafiły do pojemnika, gdzie je gromadzę i losowo wyciągam do zaparzenia późnym spokojnym wieczorem. Zakładki dotarły  drugim kursem. Wcale się nie dziwię, sama zawsze bardzo się pilnuję, żeby nie zapomnieć ich włożyć do paczki. Nie uwieczniłam przesyłki na zdjęciu. Okładkę zapożyczyłam z sieci.
Książka wskoczyła od razu na pozycję " czyta się", to nic, że miałam już dwie inne napoczęte.
Tym sposobem na listę przeczytanych wpisuję:
Romuald Pawlak, Póki pies nas nie rozłączy, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2011, s. 284.

O autorze do tej pory wiedziałam tylko tyle, że jest. Po lekturze - polubiłam go awansem. Wyszukałam co nieco informacji na jego temat. Nie gustuję w fantastyce i powieściach historycznych, więc wierną czytelniczką prozy pana Romualda nie zostanę, najwyżej sięgnę po twórczość dla dzieci i młodzieży. Pozostanę jednak w przekonaniu, że to bardzo sympatyczny, fajny człowiek, zwłaszcza, że fascynują go humbaki, do których mam pewien sentyment...  Garść wiadomości na temat pisarza znajdziecie tutaj.

Swoją wypowiedź odnośnie książki zacznę od pochwalenia okładki. Zielony grzbiet, roślinne ornamenty, sympatyczna psia mordka i słonecznik w miejscu, gdzie zazwyczaj widnieje logo wydawnictwa (jest ono umieszczone bardzo dyskretnie) - całość sprawia bardzo dobre wrażenie, wzbudza pogodny, optymistyczny nastrój i zachęca do czytania.

Przyznam, że choć zdecydowanie wolę koty, to psy też lubię. Zwłaszcza, gdy nie skaczą po mnie jak opętane, nie tratują mnie w drzwiach, nie ładują tyłka na kanapę i broń Boże, nie liżą. Mimo sympatii mam do nich dystans, nie chcę mieć psa w domu, raz, że mieszkamy w bloku, dwa- byłby problem z wyprowadzaniem ( o świcie nie wstanę, po zmroku nie wyjdę, a w ogóle to mało spacerowa jestem, gdyby spacer z przyjemności stał się obowiązkiem byłaby to dla mnie istna udręka). Kończę tę dygresję i przechodzę do sedna. 

 Zacznę od przedstawienia głównych bohaterów.
Michał Kindera (czyżby zawoalowany ukłon w stronę czeskiego pisarza?) jest dziennikarzem lokalnej gazety, bazującej na plotkach, skandalach i historiach wyssanych z palca bądź odgrzewanych sprzed roku. Aktywnie działa na internetowym  forum osiedlowym, kryjąc się pod kilkoma nickami wywołuje burzę w szklance wody. Jest znawcą koszykówki i  ma tajny układ z szefem, który "żeruje" na jego pasji.
Renata Maj to wrażliwa wegetarianka, pracuje jako kierowniczka w osiedlowym spożywczaku, marzy o rycerzu na białym koniu i czułości.

W nieformalnym związku Michała i Reni dzieje się coraz gorzej, są razem chyba już z przyzwyczajenia.On nie chce rozmawiać o ślubie, wręcz przeciwnie - zastanawia się  nad odejściem od swojej "lepszej ćwiartki". Tymczasem ona chce kupić psa. Michał jest sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, już nawet nie dlatego, że pochodzi z rodziny kociarzy, ale dlatego, że nie chce kolejnych kłopotów- to nie czas na wspólnego psa, gdy kroi się  rozstanie. 
Kobiety jednak są uparte i mają swoje sposoby. W mieszkaniu Michała i Reni pojawia się Egon, czarny pudel, diabeł wcielony, ale słodziak. W dodatku ma on misję nadaną przez samego Pana Stworzenia. Perypetii i zamieszania będzie co niemiara. Michał powziął plan trzymania się na dystans od pupila partnerki, potem postanowił go skompromitować. Czy to mu się uda? Czy pies scementuje związek bohaterów? Jak bardzo namiesza w ich życiu? Szczegółów nie zdradzę.

Nie powiem też jak zakończy się "wojna podjazdowa" wypowiedziana przez Michała sąsiadowi z dołu, Rospondkowi,  który pod oknem hodował paskudnie śmierdzącą meksykańską roślinę. Nie wiem, czy taki okaz flory rzeczywiście dałby radę rosnąć w naszym klimacie, ale nieistotne, grunt, że wątek botanicznego śmierdziela jest zabawny i oryginalny.
Duży plus stawiam za bohaterów - normalnych, zwykłych szaraczków. Sprzedawczyni ze sklepu, pijaczek, emeryt, kierowca ciężarówki, sąsiedzi z osiedla... To ich spotykamy na co dzień, nie aktorów, pisarki, prawników, pracowników pr i  reklamy, czy szefów wielkich firm, od których aż roi się w niektórych pozycjach literatury popularnej, typu czytadło.

Słówko o narracji. Opowieść jest snuta z męskiego punktu widzenia. Raz opowiada Michał, raz narrator zewnętrzny,  trzecioosobowy. Język jest prosty, żywy, rzeczowy, ładny.

To pogodna, lekka powieść, z humorem. Trochę w krzywym zwierciadle pokazuje życie zwykłych ludzi na osiedlu małego miasteczka, zaplecze redakcji lokalnego pisemka, świat hodowców psów i relacje damsko - męskie. 
Lektura  "Póki pies nas nie rozłączy" to prawdziwa dogoterapia - bawi, relaksuje, odstresowuje.
Polecam nie tylko miłośnikom psów. 

Książkę przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka".

poniedziałek, 7 listopada 2011

Paseczki

Z cyklu scenki domowe:

Siedzę w pokoju i sporządzam listę zakupów. Mąż udał się do kuchni. Wołam za nim:
- O, jak tam jesteś, to sprawdź proszę, czy mamy makaron świderki, dobrze?
Mąż zagląda do szafki, szura opakowaniami.
- I co?- pytam.
- Są paseczki - odpowiada.
- Ha, ha, ha!
Spadam z krzesła. Kurtyna.


A tak poza tym, to żyję sobie pomalutku, wygrzewam kości w listopadowym słoneczku i patrzę, jak drzewa za oknem łysieją... Czytam książki pożyczone i  biblioteczne (zawiodłam się nieco), a także włóczykijkową (pozytywne wrażenia). Właściwie to już ją skończyłam, tylko musi mi się uleżeć w głowie zanim napiszę relację. I zaczynam mój << listopad z Llosą>>.
Dostałam dziś przemiłą przesyłkę - wylosowany  u Przynadziei "Wilczy szlak" Gryllsa wraz z bonusami i herbatkami. Oddałam płaszcz do pralni. Elwi się nam rozgadała, jak złapie "fazę na gadanie" to nic tylko "bababa" "bapapapa", "abe", "apla", "ata", "bwww" itp.
Mam taki rozdźwięk, z jednej strony chce mi się pisać, a z drugiej nie chce...
Tymczasem życzę miłego tygodnia!
Apla pla!;-)

środa, 2 listopada 2011

Zakład o miłość

Agnieszka Lingas – Łoniewska, Zakład o miłość
Wydawnictwo Novae Res 2011
s. 246.

Premiera: 9 listopada 2011











Zakład o miłość” to według mnie znakomity materiał na komedię romantyczną. Chociaż nie jestem pewna, czy wersja filmowa zdoła oddać te wszystkie emocje, które aż buzują na kartach powieści – rozpalone w sercach bohaterów płoną tak, że ich iskry dosięgają czytelnika. Po raz kolejny Agnieszka Lingas – Łoniewska serwuje nam porcję zajmującej emocjonalnej prozy, przenosi nas do świata przeżyć swoich postaci, pozwala nam niemal uczestniczyć w rozgrywających się zdarzeniach. Tym razem poznajemy Sylwię i Aleksa.
Ona to panienka z dobrego domu, arystokratka z zasadami, posłuszna rodzinnej tradycji. Studiuje historię sztuki, za dwa tygodnie wychodzi za mąż, a w perspektywie ma odziedziczyć sieć galerii (sztuki, nie handlowych, rzecz jasna). Wszystko ma poukładane i zaplanowane. Długowłosa blond piękność czuje jednak pewien niepokój, jakby brakowało jej powietrza.... Na szczęście ma wierne koleżanki, które pewnego wieczoru wyciągają ją na dyskotekę do klubu....
On jest synem biznesmena, pracuje w firmie ojca. Żyje rozrywkowo, lubi się zabawić, zwykle ma to, czego chce – typ zdobywcy. To taki zimny drań, bez skrupułów bez dwóch zdań. Drań o lazurowych oczach. Pod maską lodowatej obojętności i bezwzględności ten przystojniak o ksywce „Cichy” skrywa bolącą ranę z przeszłości.... Wieczory zazwyczaj spędza z kumplami na imprezach. Pewnego razu wpadła mu w oko zjawiskowa zielonooka dziewczyna....
Czy ich spotkanie to przypadek czy przeznaczenie? A może Amor tak trafnie wybrał i cel, i łuk”?*

Akcja nie obfituje może w zdarzenia, ale za to mnóstwo się dzieje na płaszczyźnie damsko- męskiej, uczuciowej. Bohaterowie nie są statyczni, zmieniają się na oczach czytelnika.
Pod wpływem Cichego Sylwia zaczyna zastanawiać się nad tym, czego tak naprawdę chce, uświadamia sobie, co ( i kto) ogranicza jej wolność i tłamsi marzenia. W jej poukładanym dotąd życiu pojawia się odrobina spontaniczności i szaleństwa, a lista priorytetów ulega dekonstrukcji. Tymczasem do ślubu coraz bliżej.... 
Natomiast pod wpływem Sylwii w Aleksie zaczyna coś kiełkować: to serce i sumienie zaczynają wypuszczać pędy i pierwsze listki... Czy Cichy pozwoli rozkwitnąć uczuciom? Czy przegra zakład? Czy wyjaśni sprawy z przeszłości, które snują się czarną smugą nienawiści?
Założę się, że jesteście zaciekawieni....

Oprócz głównych bohaterów są też inne postacie budzące emocje. Na kartach „Zakładu...” pojawi się antypatyczny Marcelek, którego ma się ochotę kopnąć w kostkę oraz dla przeciwwagi urocza, starsza pani- ciotka Eugenia, która przy deserze w cukierni udziela lekcji, jak czerpać z życia pełnymi garściami. Wystąpi też Martynka, radosna dziewczynka, mądrzejsza i więcej widząca niż wydaje się dorosłym, a także pewna kobieta, która odegrała niebagatelną rolę w życiu Aleksa. Rodzice bohaterów, ich koleżanki i koledzy też dorzucają swoje „trzy grosze”. Natłoku postaci jednak nie ma, co sprawia, że skupiamy się na głównym wątku.

Narracja jest pierwszoosobowa, prowadzona dwutorowo. Poznajemy kolejne wydarzenia i przeżycia im towarzyszące na przemian z punktu widzenia Sylwii i Aleksa. Taki dwugłos.
Epilog mnie zaskoczył. Stanowi klamrę całej historii zarówno od strony fabuły jak i narracji. Odsłania, a raczej dyskretnie wskazuje, to, co nie zostało opowiedziane

Zakład o miłość” jest współczesnym romansem, ale romansem z bonusem. Tytuły poszczególnych rozdziałów wyznaczają jakby pewien schemat (Spotkanie, Zakład, Podchody, Zauroczenie, Rozterki, Decyzja(...) Ona i on... itd.), ale traktowałabym to raczej jako uporządkowanie treści, bo trudno mówić o schematyczności, gdy oprócz ciekawego wątku miłosnego mamy drugie dno. To także opowieść o trudnych relacjach z matką, o tym, jak wydarzenia z dzieciństwa rzutują na osobowość człowieka, o tym, że należy żyć własnym życiem, spełniać własne marzenia, a nie realizować czyjeś plany.

Książkę się wręcz pochłania. Założę się, że przeczytacie ją w jeden wieczór. Będziecie drżeć z napięcia i ciekawości, będziecie trzymać kciuki za bohaterów, współczuć, denerwować się, jednym słowem – przeżywać. Czyż nie tego właśnie szukamy wędrując przez książkowe światy?


*Cyt. z piosenki „Baw mnie”Seweryna Krajewskiego

PS. Tradycyjnie na końcu książki znajdziecie playlistę, spis utworów, które inspirowały autorkę do pisania niniejszej powieści. Tymczasem mnie podczas lektury skojarzyła się ta piosenka:



Follow by Email