środa, 29 lutego 2012

Książki z datą

Często mi się mylą dni, dziś mamy środę, tak? Bo jeśli wtorek, to jesteśmy w Belgii ;-) O tym, że dziś 29 lutego skutecznie trąbiono w radiu i telewizorni, więc akurat wiem. Taki dzień raz na 4 lata, to niezła zagwozdka dla tych, którzy obchodzą urodziny... poczwórne prezenty im się należą, ale i torty cztery upiec powinni;-)
Zaciekawiło mnie, czy ktoś z kręgu literatury nie urodził się tego wyjątkowego dnia w roku przestępnym. Okazało się, że owszem.

29 lutego urodzili się:
  •  Józef Ratajczak (1932-1999), poeta i prozaik
  • Patricia A. McKillip (1948-), amer. pisarka fantasy
  •  Tim Powers (1952-), amer. autor fantastyki
  • Fiodor Abramow (1920-1983), ros. pisarz
  • Emma Dmochowska (1864-1919), pisarka i działaczka oświatowa
  • Balhus (1908 -2001), fr. malarz i ilustrator polskiego pochodzenia
Przyszło mi też do głowy, czy są książki z datą w tytule, nie chodzi mi już o 29 lutego, ale w ogóle. Zaczęłam się zastanawiać i rozszerzyłam wyliczanie do tytułów z jednostką czasu, nazwami dni tygodnia, miesięcy.. .Oto, co przyszło mi na myśl:

 "35 maja albo jak Konrad pojechał konno do mórz południowych" Erich Kästner 

"21:37" M. Czubaj 

"Jedenaście minut" P. Coelho
"Za minutę pierwsza miłość" H. Ożogowska

"Zła godzina" G. G. Marquez
"Godzina pąsowej róży" M. Kruger

"Długi deszczowy tydzień" J. Broszkiewicz

"Poniedziałek zaczyna się w sobotę" Strugaccy
"Zabili mnie we wtorek" P. Wereśniak
"Środa popielcowa" E. Hawke
"Człowiek, który był czwartkiem" Chesterton
"Dziecko piątku" M. Musierowicz
"Sobota"  I. Mac Ewan
"Niedziela, która zdarzyła się z środę" M. Szczygieł


"Kwietniowa czarownica" M. Axellson
"Między pierwszą a kwietniem" K. Siesicka
"Światłość w sierpniu" W. Faulkner
"Ida sierpniowa" M. Musierowicz
"Światła września" Zafon
"Polowanie na Czerwony październik" Clancy
Macie jakieś propozycje do listy?
;-)


wtorek, 28 lutego 2012

Stosik, którego być nie powinno ;-)

Miałam ograniczyć książkowe nabytki....Tymczasem  przez dwa miesiące przybyło to i owo...
W stosie znajdują się książki wygrane, kupione, nowe, antykwaryczne, biblioteczne, pożyczone, sprezentowane, wymiankowe i ... recenzyjna.

Od góry:
  1. Pyszne ciasta - prezent
  2. Niedźwiedź Wojtek - recenzyjna od Księgarni Matras
  3. Templariusz czarownik - wygrana w konkursie na nakanapie.pl - jeszcze w listopadzie, ale wiecie, te wyprawy krzyżowe to długo trwały.... ;-)
  4.  tzw. Poziomka 2 - wygrana w "kąkórsie" antyortograficznym na blogu Tej Michalak
  5. Stulatek... - wygrana na blogu Magia książki 
  6. Maria i Magdalena - t.1 i 2 ( czytałam biblioteczne)
  7.  Który stwarzasz jagody
  8.  Podróże Maudie Tipstaff
  9. Kobieta z wydm (czytałam bibliteczną)
  10. Bajki i przypowiastki (Capek!!!)
  11. W niewoli uczuć t.1 i 2 - Maugham  - wszystkie 6-11 w bardzo niskich cenach z antykwariatu
  12. Malowany welon - kolejny Maugham, tym razem wymiankowy (książki z wymianki już były prezentowane)
  13. Klub Matek Swatek  - zakup własny - księgarnia "stacjonarna"
  14. Tutaj (wydanie dwujęzyczne z płytą) - jak wyżej - księgarnia internetowa
  15. kolejny tomik Fleszarowej - Muskat - z kiosku
  16. Baśnie z czterech stron świata- wydanie pocketowe, ładne nawet, ale te baśnie skrócone :-/ Elwirka dostała w prezencie
  17. Na wagę złota - z wymianki (już przeczytane i nawet opisane)
  18. Harny "Lekcja..." - jak wyżej
  19. 110 ulic- pożyczone od siostry (ale tej książki tu być nie powinno, bo przybyła jeszcze w grudniu, ale dopiero teraz to sobie uświadomiłam)
  20. Palmer "Pustynna gorączka"  - z biblioteki
  21. Nora Roberts - Kamień pogan - jw.
  22. Pocztówki z grobu - jw
  23. Wiedźmikołaj -jw
  24. Służące - pożyczone od szwagierki
  25. Listy do młodego pisarza - odkupiona na Targu z książkami - nie załapała się na zdjęcie - pojechała do Krakowa - pożyczona siostrze
  26. Lato nagich dziewcząt  Fleszarowej - z kiosku - również nie zdążyła - wysłałam mamie. 

    W drodze:
    • Fantomy  - z gratyzchaty.pl
    • Śmierć pięknych saren - wygrana na blogu Notatnik kulturalny
    • książka na prezent - nie beletrystyka

      Obecnie czytam nr 20 i 24, potem czas na 2 i biblioteczne, a potem............? 
       
      PS. Teatr Telewizji - "Skarpetki opus 124"-obejrzane!!! Wrażenia pozytywne. Było i zabawnie i refleksyjnie. Chociaż czepiałabym się, czy pewne słowa w teatrze przystoją, nawet jeśli sztuka nowoczesna....


poniedziałek, 27 lutego 2012

Top 10: Pisarze, którzy powinni napisać nowe książki

Zainspirowana tematem (źródło tutaj), postanowiłam i ja dorzucić swoje trzy grosze. Właściwie to nawet dziesięć ;-)

Rzuciwszy okiem na półki w mieszkaniu, a myślą na regał w domu rodziców, książkowe zasoby siostry i zbiory biblioteczne doszłam do wniosku, że ja już nowych książek nie chcę! Zanim bowiem przeczytam to wszystko, co chciałabym, to duuuuużo wody w rzece upłynie, a czas nie jest z gumy. Tymczasem co i rusz przybywa i pisarzy i publikacji. Tak zwani klasycy też literacko płodni byli...Ech.... Trzeba dokonywać wyborów. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze wiedzieć oć o wszystkim i wszystko o czymś. Tę zasadę można też stosować w swoich czytelniczych wędrówkach. Przynjmniej ja tak się staram czynić. Mam paru autorów, których czytam w miarę możliwości wszystko, a większości staram się spróbować choć po jednej książce.

Z tym, że nie chcę nowych książek, to tak niezbyt na serio....Przechodzę do meritum, czyli do "złotej dziesiątki". Tych autorów kolejne publikacje na pewno prędzej czy później wpadłyby w moje ręce. Kolejność przypadkowa.
  • Olga Tokarczuk
  • Wojciech Kuczok 
  • Jacek Dehnel
  • Leonie Swann
  • Jerzy Pilch
  •  Maciej Grabski
  • Małgorzata Musierowicz
  • Joanne Harris
  • Fanny Flagg
  • Piotr Paziński
    Uzasadnień nie podaję, najwyżej dopowiem w komentarzu, jakby ktoś był ciekaw moich wyborów. Nie wymieniałam autorów nieżyjących, a których chętnie by się poczytało więcej tytułów (tu pojawiły by się na pewno nazwiska np. Pagnol, Munthe, Capote) ani tych, którzy wydają w miarę często np. E.-E Schmitt, M. Szwaja.

    Poza tym tytuł tego topu  miałam ochotę zmodyfikować na "pisarze, których nowe książki chętnie bym przeczytała", albowiem słówko "powinni" lekko mi zgrzytnęło. Nie nam - prostym żuczkom czytelnikom- dyktować, co kto powinien, czy nie powinien czynić, książki  ( te najlepsze) nie powstają z powinności, czy musu. Przyjmując jednak pewną umowność wymienionego zwrotu, zostawiłam tytuł topu w niezmienionej wersji. Wyraża on bowiem zapotrzebowanie czytelników, ich preferencje czytelnicze, literackie smaki i niedosyty.

    Pozdrawiam.

    PS. Kończę "Dwa księżyce", a "nadgryzłam" cztery inne książki... każda smakuje inaczej, ale smaczna, mam więc nie lada dylemat. Co tu robić....

czwartek, 23 lutego 2012

Owczym pędem do lektury! "Triumf owiec" Leonie Swann

Leonie Swann, Triumf owiec. Thriller a zarazem komedia filozoficzna, Wydawnictwo Amber 2011.


Zwierzęta w roli bohaterów literackich sprawdzają się wyśmienicie, nie tylko w książkach dla dzieci, choć autorzy "dorosłej" literatury rzadko oddają głos naszym "braciom mniejszym". Pierwsze, co przychodzi na myśl, to słynny "Folwark zwierzęcy" Orwella, ale gdyby się głębiej zastanowić, to przypomnielibyśmy sobie może jeszcze parę przykładów. Zdaje się była jakaś powieść pisana z punktu widzenia psa. Co powiecie jednak na owczą wizję świata?

Leonie Swann po studiach psychologii marketingu i reklamy, filozofii i literaturoznawstwa napisała nie tylko doktorat o roli zwierząt w literaturze angielskiej, ale i zafundowała czytelnikom niesamowitą frajdę - "Sprawiedliwość owiec. Filozoficzną powieść kryminalną" oraz "Triumf owiec..." będący luźną kontynuacją poprzedniej. Luźną, w sensie, że czytelnik nie znający "Sprawiedliwości..." może po "Triumf..." sięgnąć bez szwanku dla lektury. Najlepiej jednak przeczytać obie, bo to czysta przyjemność. Pominę zarys fabularny, bo można go przeczytać na stronie wydawnictwa, portalach książkowych czy pierwszej lepszej księgarni mającej Swann w ofercie.

 Minęło ładnych parę lat odkąd poznałam sympatyczne stadko owiec z Glennkill  tropiące kryminalne zagadki, pamiętam, że mi się podobało, więc z tym większą ochotą sięgnęłam po kolejną porcję ich przygód.
Przyznam, że początkowo trudno było mi się wgryźć w lekturę, bo odwykłam od takiej konwencji, za to potem... ho, ho! Zaczęłam się zastanawiać, czy jestem po właściwej stronie ogrodzenia....Czułam metafizyczny niepokój, jak na thriller przystało, ale nie brakowało też licznych momentów szczerego rozbawienia. Zastanawiałam się razem z bohaterami, kim jest  tajemniczy Garou, jak się okazało nie jedyny czarny charakter w utworze. Wątpliwości też ogarniały mnie co do statusu ontologicznego postaci. Czy obcy baran, zwany umownie Niestrzyżonym, jest owcą czy duchem? A może to ktoś w przebraniu? I kim, do licha, jest Madouc, zbyt diaboliczna na mój gust jak na kozę.

Owieczki, jagnięta, baranki zazwyczaj kojarzymy jako potulne, łagodne, niewinne. gapowate i głupiutkie - czas zerwać z takim stereotypem. Swann stworzyła czeredę indywidualistów, którzy mimo różnic potrafią się zjednoczyć w słusznej sprawie, a niewątpliwie bezpieczeństwo i życie stada i pasterki jest nader wszystko słuszne. Na pastwisku pod francuskim zamkiem spotkamy owce mądre, bystre, ciekawskie, pomysłowe, odważne, ale i bojaźliwe, ciche i takie, których wszędzie pełno, są wśród nich niezwykle szybkie, obdarzone nadzwyczajnym węchem, czy znakomitą pamięcią. Każda ma swoją indywidualną cechę, a przy tym stanowi kwintesencję "owcowatości" i spełnia wa-runek.. Nie sposób nie polubić Panny Maple, Białego Wieloryba, Otella, Wrzosowatej, Chmurki, Sir Ritchfielda i innych. Trochę trudniej wyrazić uczucia względem kóz, bo są one co najmniej dziwne i w pewien sposób przerażające. Owce uważają je za szalone. Szczególną moją sympatię wzbudziło zimowe jagnię, przez długi czas nie posiadające imienia, które dzielnie poszukiwało własnej tożsamości.

Owce licencji detektywa ani pracy w Scottlandyardzie czy innym  FBI może by nie zdobyły, ale nieźle kombinowały, co więcej, nie poprzestawały na dedukowaniu i hipotezach, ale działały. Wykazały się pomysłowością i odwagą, którą niejednego człowieka pobiły by na głowę. Przy okazji - nie każda koza skacze na pochyłe drzewo, niektóre - ludziom na głowę, ale to już wnikanie w szczegóły, a miałam tego nie robić.
Cała historia jest pokręcona jak baranie rogi i trudno mi powiedzieć, czy uważny czytelnik łatwo domyśli się, kto stoi za sprawą zabójstw, bo ja byłam skutecznie zagnana w kozi róg.

Polecam obie powieści L. Swann wszystkim, którzy lubią niebanalną prozę, igranie z motywami i konwencją, a w ich świecie jest miejsce na szczyptę absurdu. Ponadto sądzę, że to powinna być lektura obowiązkowa każdego bacy i juhasa ;-)

PS. 1.
Niech nikogo nie przestraszy słówko "filozoficzny" w tytule- tu nie ma żadnych traktatów, czy zagmatwanych filozoficznych wywodów. Są pewne odniesienia, ale nawet ich nie dostrzegając możemy się świetnie bawić.

PS. 2.
Na niektórych hasło "bestseller" i huczne rekomendacje na okładce działają jak płachta na owcę...yyy...to znaczy na byka. W tym przypadku jednak książkom i pisarce naprawdę należą się laury, a czytelnicy nie powinni stronić od tego kawału dobrej literatury.




środa, 22 lutego 2012

Zdobyłam Fantomy!

Zmotywowana do poszerzenia znajomości ( dotychczas tylko "Cudzoziemka") twórczości Marii Kuncewiczowej w ramach projektu "Marzec z Marią" zamierzałam przeczytać  tylko "Dwa księżyce" stojące sobie cierpliwie na półce. Tymczasem napatoczyły się "Fantomy" i zadeklarowałam chęć przygarnięcia tejże książki. Ponoszę tylko koszt przesyłki. Czuję się jak kot, który upolował tłustą mysz. No dobra, chudą, bo to akurat dziś Popielec ;-)
W każdym razie cieszę się bardzo, dlatego dzielę tą radością.
Tyle.
Wracam do pisania o czym innym.

wtorek, 21 lutego 2012

Słowa, słowa, słowa....

 Nie o Hamlecie jednak będzie, a o słowach właśnie. Dziś obchodzimy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Z tej okazji chciałam się z Wami podzielić garstką swoich ulubionych słówek.
Są to, w przypadkowej kolejności, następujące wyrazy i zwroty:

- pałaszować
- buszować
- osowiały
- aczkolwiek
- tudzież
- li i jedynie
- herbata
- myk
- okapi
- werbena
- jednakowoż
- harfa
- reflektować
- pąsowy
- gagatek

Z niedawnych lektur wyłowiłam:
- okląchły
- forszmak dragomirski

Kiedyś z kuzynem, gdy byliśmy mali, stworzyliśmy listę śmiesznych słów. Dziś już  niewiele z niej pamiętam,ale na szczycie rankingu była..."miednica". Co w tym zabawnego? Nie wiem, ale wtedy tarzaliśmy się i dusiliśmy ze śmiechu.

Życzę pięknych słów odnajdywanych nie tylko na kartach książek.

Na koniec jeszcze tylko zobaczcie, jak ceny wodzą na pokuszenie ;-) tutaj
Nie, nie, dość tych promocji...
Mam co czytać, ale zajrzę w piątek do biblioteki.
Trzymajcie się ciepło.

środa, 15 lutego 2012

Lato nagich dziewcząt

Źródło okładki:www.hitsalonik.pl
Stanisława Fleszarowa -Muskat, Lato nagich dziewcząt, Wyd. Edipresse 2012.

Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że będę czytała Fleszarową - Muskat, to postukałabym się  w głowę. Gdyby jeszcze dodał, że mi się jej twórczość spodoba -  tę osobę stuknęłabym po łbie.W moim (jak się później okazało-błędnym) wyobrażeniu przypisywałam autorce staroświeckie, ckliwe romansidła w stylu już niemal przysłowiowej "Trędowatej" (którą to skądinąd też kiedyś muszę w końcu poznać "na własne oczy") i omijałam szerokim łukiem na bibliotecznej półce. Tymczasem ukazał się pierwszy tom kolekcji dzieł zapomnianej już nieco pisarki o bogatym dorobku (około 700 utworów literackich!) i ormiańskich korzeniach po kądzieli. Seria wydawana jest pod hasłem "Mistrzyni powieści obyczajowej", a rekomenduje ją Małgorzata Kalicińska, autorka m.in. "Domu nad rozlewiskiem". Promocyjna cena i ciekawość sprawiły, że "Lato nagich dziewcząt" pod koniec stycznia trafiło pod moją strzechę.

Rzecz dzieje się w latach pięćdziesiątych XX wieku w Sopocie, ale pojawiają się też inne miejscowości Wybrzeża. Trwają wakacje. Znany rzeźbiarz, Grzegorz Bień wynajmuje nadmorską pracownię, by przygotować pracę o tematyce młodości na międzynarodowy konkurs. Do pozowania zatrudnia czwórkę młodych ludzi: Marka - wrażliwego humanistę, Kamyka - początkującego aktora, amanta, Ulkę - dziewczynę, która pragnie wybić się z szarego otoczenia oraz Be zwaną też Beńką - nieco ekscentryczną bogatą jedynaczkę. Wśród tego grona zachodzą rozmaite konstelacje uczuciowe. Obie dziewczyny zabiegają o względy Grzegorza, Markowi zależy na Uli, Be i Kamyk mimo sprzeczek znajdują wspólny język. Kolejne komplikacje pojawiają się wraz z postacią Anny, która duchem jest "młodsza" od własnej córki,  oraz z przyjazdem do kurortu zespołu jazzowego Antoniego Breka. Zachowanie i motywacje bohaterów mogą niekiedy wydawać się dziwne, irytować, ale trzeba mieć wzgląd na realia, w jakich żyli, na tło społeczno -obyczajowe.

Gwoździem programu, czyli powieści, jest Gwóźdź. Pies wodołaz, który wiernie towarzyszy rzeźbiarzowi i patrząc na świat ze swojego psiego punktu widzenia, dochodzi do trafnych wniosków np.że "ludzie w gruncie rzeczy są tak straszliwie niepoważni". To dzięki czworonożnemu przyjacielowi Grzegorz może z dumą zasiadać za kierownicą błękitnego studebakera, a trzeba zaznaczyć, że  w tamtych czasach samochód robił furorę w towarzystwie, zwłaszcza zagraniczny budził ciekawość i zazdrość. Gwóźdź odgrywa w całej historii bardzo istotną rolę i dopisuje się zaszczytnie do puli psich portretów w literaturze.

Akcja toczy się leniwie wśród plaż, deptaków, kawiarni i sal koncertowych, biegnie sopockimi uliczkami, zagląda do portu i wypuszcza się na wieś nad jezioro, przesiaduje w pracowni mistrza i tańczy na dansingu. Właściwie to jednak rozgrywa się na płaszczyźnie międzyludzkiej, w sferze uczuć, myśli, pragnień, obaw... Zdarzeń jest w sumie niewiele, ale sporo nieporozumień i gierek między bohaterami: zwodzą się, uwodzą, odchodzą i przychodzą,  próbują wzbudzić zazdrość, próbują obudzić uczucie,  udają, kombinują.... A wszystko to w dusznej atmosferze upalnej kanikuły spędzanej w mieście nad morzem.

Stanisława Fleszarowa- Muskat pięknym barwnym językiem i niezwykle sugestywnie opisuje rzeczywistość przedstawioną w powieści. Momentami "widziałam" sceny jakbym nie czytała książki a oglądała film. Słyszałam jazz, czułam morską bryzę i kurz z rzeźbiarskiej pracowni. Smakowałam dania jedzone przez bohaterów. Byłam tam.

O czym jest powieść? O miłości, najprościej by rzec, ale to nie jest wcale proste, bo i samotność, i ambicja i zazdrość i młodość pchają się na afisz. O relacjach międzyludzkich, stosunkach damsko- męskich, rodzinnych i psich. Tytuł może niektórych zwieść na manowce, w powieści nie ma nic zdrożnego z punktu widzenia współczesnego czytelnika.

 Bardzo emocjonalnie odebrałam ten słodko - gorzki obraz obyczajowy, przetykany ironią i gdzieniegdzie humorem. Rzadko to robię, ale zaznaczałam ołówkiem niektóre fragmenty, celnie bądź zabawnie ukazujące ludzką naturę, czy komentujące rzeczywistość. Lektura przyniosła mi także zdobycze w zakresie słownictwa. Po raz pierwszy spotkałam się z nazwą "pławki" na określenie kąpielówek i terminem "kawalet" (stół rzeźbiarski z blatem na gwincie). W dziedzinie kulinarnej zaś poznałam takie przysmaki jak "forszmak dragomirski", czy "bryzol".

Pierwsze spotkanie z prozą Stanisławy Fleszarowej -Muskat uznaję za bardzo udane i owocne. Nie planuję  zakupu całej serii 25 powieści w 34 tomach, nie wykluczam jednak kolejnych spotkań z twórczością "mistrzyni powieści obyczajowych". Skorzystam zapewne ze zbiorów bibliotecznych, ale może jeszcze się skuszę na egzemplarz z kolekcji.





niedziela, 12 lutego 2012

Perfekcyjne

 Nikt nie jest perfekcyjny. Nawet jeśli jest najlepszy w jakiejś dziedzinie, niezwykle kompetentny, to sam zawsze znajdzie w sobie jakąś "rysę", mankament. Każdemu też zdarza się błąd, pomyłka, wszak errare humanum est, a tym przecież różnimy się od maszyn i robotów.
Perfekcjonizm kojarzy mi się z pedanterią, z poczuciem, że wszystko musi być dopięte na ostatni guzik,  dopracowane w każdym szczególe. Perfekcjonizm może być wręcz chorobliwy.
Ideał, niedościgniony wzór, wysoko postawiona poprzeczka... Profesjonalizm.
Perfekcjonizm to cecha, która balansuje na krawędzi, może być cenioną zaletą, ale i stać się uprzykrzoną wadą.
Zakładam, że twórcy tego zadania mieli na myśli pozytywny aspekt perfekcjonizmu.
Trudno mi było wybrać, ale w końcu nominowałam następujące osoby:

Perfekcyjna w swoim zawodzie - Edyta Bartosiewicz, wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, aranżerka, producentka, muzyk pełną gębą.  Nie rozpieszcza słuchaczy nagraniami i nie okupuje programów telewizyjnych; muzykę traktuje poważnie, a nie jako dodatek do lansu;  to nie jest gwiazda jednego sezonu. Swego czasu nagradzana i ceniona, teraz wycofała się ze sceny bardziej na drugą stronę muzycznego lustra,  nadal jest uznawana za wartościową artystkę, wszystko, co robi ma wysoki znak jakości.
Spragnionych zdjęć odsyłam tutaj.

Ideał urody- trudno mi orzec, bo nie to piękne, co jest piękne, ale co się komu podoba....  No niech będzie Audrey Hepburn z czasów "Śniadania u Tiffany'ego".
Zdjęcia nie wklejam, bo każdy chyba widział przynajmniej kątem oka kadry z tego filmu.

Perfekcyjny styl - królowa Elżbieta II, elegancji i klasy jej odmówić nie można, no i "czytelniczka z niej znakomita" (wg Benneta, hihi), choć niełatwy to typ.Vide: artykuł.

Do zabawy zaprosiła mnie Soulmate.
Od niej skopiowałam treść zasad, widziałam na blogach nieco inne sformułowania, ale sedno to samo. Zdjęcia i uzasadnienia opcjonalnie.
W ogóle udział też opcjonalny, nikt z pistoletem za plecami nie stoi, to zabawa, a nie przymus.
Do zabawy zapraszam:
  • Sabinkę
  • Toskę82
  • Ylllę
  • Klaudię Maksę
  • Jasminę 

Oto zasady:

1. Wybierz idealne kobiety w trzech kategoriach: 
  • perfekcyjna w swoim zawodzie, 
  • ideał urody,
  • perfekcyjny styl.
2. Opublikuj na blogu obrazek z tagiem "Perfect Women"
3. Napisz kto cię wyznaczył
4. Przekaż zabawę innym blogerom.


Dziękuję za uwagę.

PS. Zapraszam do projektu "Marzec z Marią". Szczegóły u Lirael.
Link w obrazku.

   

PPS.  Wczoraj na TVP KULTURA obejrzałam fragment filmu "Ja, Giovanni". Chciałabym poznać całość. Gdyby ktoś wiedział, kiedy i gdzie ewentualnie leciałby ten film, bardzo proszę o cynk ;-)

czwartek, 9 lutego 2012

Matka, dziadek i orzechy

Potrzeba matką wynalazków. Z braku dziadka do orzechów do rozłupywania nasion leszczyny,  po ludzku mówiąc orzechów laskowych, użyłam wyciskarki do czosnku. Wygrzebawszy smakowitą część ze skorupek schrupałam ją z rozmarzeniem. Dawno nie jadłam takich orzechów, a leżały i leżały w misce na stole już długo. Tylko do tej pory nie wpadłam na pomysł, jak się do nich dobrać.

Dzięki magii książki przeniosłam się nad morze, do Trójmiasta w lata pięćdziesiąte ubiegłego stulecia. Jest lipiec, żar się leje z nieba, na plażach tłumy wczasowiczów, w kawiarniach ciężko o wolny stolik, na dansingu tańczą goście....Młodość wrze i kipi, a w pracowni artysty powstaje rzeźba na konkurs. Między rzeźbiarzem i czwórką pozujących mu młodych ludzi toczy się gra. Ktoś kogoś uwodzi, ktoś kogoś zwodzi... Pies szczeka. Pobrzmiewa jazz z koncertu w sali letniego teatru. Ulicą przejeżdża błękitny studbaker....
Kto zgadnie, co czytam?


wtorek, 7 lutego 2012

Salon kontra saloon, czyli przygody młodej damy na Dzikim Zachodzie

Nora Roberts, Na wagę złota, Wydawnictwo MIRA/Harlequin, 2011.

Arizona, rok 1875. Do Lone Bluff z wypłatą w kieszeni i ochotą na whiskey i kobiety powraca Jake Redman, rewolwerowiec słynny z szybkiej ręki i celnego oka. Typ twardziela, dla którego zabić, to tyle co splunąć. W jego żyłach płynie cząstka indiańskiej krwi, honor jest dla niego sprawą kluczową. Przywykł "uważać za dom niespełna dwa metry,  na które padał  jego cień", ale ostatnio zakwaterował się w małej mieścinie wśród gór i pustkowi. Chciał odpocząć po kilku tygodniach pracy jako poganiacz bydła, ale zamiast spokoju znalazł kłopoty. Przyczyniły się do nich, a jakże by inaczej, kobiety. Zwłaszcza taka jedna blondynka, którą często ratował z opresji.

Podróż ciasnym i rozklekotanym dyliżansem w zaduchu w niezbyt doborowym towarzystwie do luksusów nie należała, ale Sarah Conway zniosła ją dzielnie. Po latach rozłąki i zakończeniu edukacji w szkole prowadzonej przez zakonnice jechała do swojego ojca, właściciela kopalni złota, by zostać panią domu, jaki dla niej wybudował. Na miejscu panienkę spotkało gorzkie rozczarowanie. Dwa dni temu pochowano jej rodzica, a wszystko, co po nim zostało, to gliniana chatynka, parę szop, zasuszony warzywnik, trochę grosza i pamiętnik. Wspomniana kopalnia w rzeczywistości była nie doskonale prosperującą firmą wydobywczą, a szybem wydłubanym w ziemi, w którym własnymi rękami pracował pan Conway. Złoto pozostawało w sferze domysłów.

Z pozoru krucha i delikatna Sarah okazała się twardą zawodniczką, która nie da sobie napluć w kaszę. Uparta i zdeterminowana zamieszkała w domostwie ojca i całkiem nieźle zorganizowała sobie życie. Początkowo dochodziło do zabawnych sytuacji, bo panienka zachowywała maniery i prowadziła konwersacje jakby była na proszonej herbatce na salonach, a nie w pionierskich warunkach pokrytego pyłem i kurzem miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie rządziło prawo pięści i rewolweru. Dumna Księżniczka - tak ją nazywał Jake. Na szczęście wykształcenie, jakie zdobyła młoda dama, nie ograniczało się do języka francuskiego i gry na fortepianie. Umiejętność szycia, gotowania i znajomość gospodarstwa przydały się jak znalazł. W ogóle Sarah była pojętną uczennicą, nawet nauka strzelania do celu przyszła jej z łatwością, szybko też nauczyła się funkcjonować w małej społeczności Lone Bluff. Niezłe ziółko z niej wyrosło, trzeba przyznać, ale w pozytywnym znaczeniu. Można podziwiać jej hart ducha i odwagę. Do jej ręki szybko znalazł się konkurent, jak się potem okazało, bardziej interesowała go kopalnia... Cóż, kiedy serce Sarah biło dla enigmatycznego "brutala" o szarych oczach.

"Na wagę złota" jest romansem, owszem, ale bardzo zabawnym. Dialogi Sarah i Jake'a aż się iskrzą. Uśmiech wzbudza postać starego poczciwego pijaczka Luciusa i pies o pirackim imieniu. Nie brakuje także scen mrożących scen w żyłach. Napad,  pożar,  pojedynki, strzelanina, porwania.... Przygód jest pod dostatkiem. Do lepszych scen zalicza się bójka dwóch kobiet w "domu uciech", a także finałowa "rozgrywka" ze strzelbą.
Wśród postaci znajdziemy zarówno ludzi poczciwych i dobrych, jaki i wilki w owczej skórze, bezwzględnych zabijaków i honorowych wojowników, podłe żmije i kobiety o anielskich sercach.

Dużo się działo na kartach powieści, aż szkoda, że to tylko niewiele ponad trzysta stron. Wątek uczuciowy stanowił nić przewodnią, ale ważne miejsce w fabule zajęła kwestia "gorączki złota", sprawa własności kopalni, chciwości osób, które dla bogactwa, gotowe są na wszystko... Do tego jeszcze dochodzi problem traktowania mieszańców, ludzi, w których żyłach płynie częściowo indiańska krew, jak i samych Indian, doprowadzanych do wyginięcia przez Białe Twarze, żądne posiadania ziemi i wszelkich dóbr.

Wartka akcja nie pozwalała się nudzić, przygody bohaterów zajmowały uwagę na tyle, że można było przymknąć oko na typowo romansowe fragmenty, które nie każdy czytelnik lubi.
Romans przygodowy rozgrywający się w scenerii Dzikiego Zachodu, przypomniał mi klimat serialu "Doktor Quinn". Tu co prawda o medycynie mowy nie było, choć pomoc lekarska i pielęgniarska także miały miejsce, ale postaci, np. rodzina sklepikarzy, zdarzenia  takie jak turniej strzelecki, zabawa taneczna z okazji Dnia Niepodległości jako żywo można porównywać. Oczywiście skojarzenia z konwencją westernu są jak najbardziej także słuszne.

Bardzo dobrze się bawiłam podczas lektury; odpoczęłam i przeżyłam ciekawą podróż w czasie i przestrzeni.  Już wiem, dlaczego Nora Roberts jest tak lubianą pisarką ;-)
Szkoda, że nie ma dalszych części przygód mieszkańców Lone Bluff.

Powieść wydano wcześniej pod tytułem "Serce pełne złota", a tytuł oryginału brzmi "Lawless". Niech więc nikogo nie zwiedzie ta sama treść pod inną okładką.

niedziela, 5 lutego 2012

Nudny i mdły "Smak życia" K. Sarnowskiej

K. Sarnowska, Smak życia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 2010.

Nie pamiętam, czym się kierowałam zapisując się na listę do tej książki w akcji "Włóczykijka". Jeśli intuicją - to mnie tym razem zawiodła. Zwiodła mnie okładka, motyla noga. Tytuł brzmiał kusząco, spodziewałam się feerii kolorów, smaków, zapachów, zmysłowych wrażeń. Nie znalazłam ich. Książka była nudna i całe szczęście, że liczy tylko 160 stron.  W notce z tyłu okładki widnieje, że "Autorka chce rozbawić czytelnika zdarzeniami i okolicznościami życiowymi, które stały się udziałem bohaterki powieści." Nie wiem, ale ja się jakoś nie bawiłam. Nic śmiesznego tu nie było.

"Smak życia" pisany jest w pierwszej osobie, oparty jak mniemam na wątkach autobiograficznych. Śledzimy perypetie Kaliny Dąbrowskiej, dojrzałej kobiety debiutującej na rynku wydawniczym. Bohaterka opublikowała bajkę dla dzieci i tomik poezji, ale nie wyszła na tym najlepiej: oszukiwano ją, wydawca pozmieniał jej teksty, zagarnął zyski, autorka nie wypłynęła na szersze wody. Gdy przetłumaczyła powieść, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i założyła wydawnictwo. Przeszłą długą i wyboistą drogę od drukarni przez hurtownie, aż po rozmaite sposoby promocji książki. Nie zachęcano jej, przeciwnie, podkopywano jej wiarę w siebie. Niemniej wytrwale, choć nie bez obaw, brnęła dalej. Co mnie uderzyło, to brak jakiejkolwiek wzmianki o zdobyciu praw do wydania danej książki. Można by pomyśleć, że każdy może coś przetłumaczyć i wydawać na prawo i lewo, nie mam w tej kwestii odpowiednich kompetencji, ale na babski rozum zdaje  mi się, że wydawnictwo musi mieć umowę z autorem na tłumaczenie i publikację dzieła.

Skoro już zaczęłam "narzekać", to powiem, co mnie jeszcze irytowało. Mianowicie, nie rozumiem postawy Kaliny.  Po co w takim razie wydawała książkę, skoro wstydzi się o niej mówić przyjaciołom, kolegom z pracy? Może to tak głupio, może jest skromna ...ale przecież nie wciska im od razu kupna, a jak inaczej ma wzbudzić zainteresowanie, skoro nie informuje (bądź robi to cicho i niechętnie) o pojawieniu się takiej książki? Nie ona jedna coś wydała, przetłumaczyła, napisała... W księgarniach jest mnóstwo książek i nawet audycja w lokalnej telewizji i wywiad w lokalnej prasie nie sprawi, że po dany tytuł będą kolejki jak za komuny po papier toaletowy i że rozejdzie się jak świeże bułeczki, bo autorka, wróć, tłumaczka bąknie o nim gdzieś przypadkiem.

W pewnym momencie zaczęłam sobie zadawać pytanie, w jakich latach dzieje się akcja, bo trochę mi się pewne rzeczy nie kleiły. Jest internet, mejle, owszem. To, że Kalina nie wiedziała, co to jest PDF  to jakoś zrozumiem, bo sama nie wiedziałam, do czasu aż się dowiedziałam, hi hi. Drażniło mnie to, że momentami jakby bohaterka żyła na informacyjnej pustyni. Numery telefonów do hurtowni  księgarskich zdobywała od osób trzecich, jakby to były niemal tajne dane, podczas gdy można je znaleźć w sieci, podobnie jak inne kontakty - z prasą, mediami. Pewną wskazówką było to, że bohaterowie poszli do kina na 'Testosteron", zatem rok 2007. Mogę się mylić, ale wtedy już chyba był na tyle rozwinięty marketing w internecie, nie mówię, żeby każda firma miała własną stronę itp. ale podstawowe dane, adresy, telefony powinny być. Oczywiście fikcja literacka ma swoje prawa, być może rzeczywiste wydawnicze boje działy się w latach 90-tych. Niemniej brakowało mi tu prawdopodobieństwa.

Oczekując na tę powieść, przyznaję się, podejrzałam wypowiedzi innych Czytelniczek. Specjalnych zachwytów nie zauważyłam, ale zwróciła moją uwagę wzmianka o Dżinie, z którym rozmawia bohaterka i nieco krzywiłam się na ten element fantastyki, za jaki to uznano. Własna lektura przyniosła jednak sprostowanie mylnego osądu. Bohaterka  już w prologu do swojej opowieści wyznaje, że po kądzieli odziedziczyła życiowego pecha. Ten fatalizm "był dla mnie magicznym Dżinem, który w momentach prób wychodził z lampy i stawał górując nade mną - potężny i wszechmocny." (s.6) Nie jest  to zatem postać fantastyczna. ale niejako personifikacja wątpliwości, rozterek, obaw bohaterki, jakby jej głos wewnętrzny, który zgodnie z wrodzonym fatalizmem,  mówi "to się nie uda", "nie nadajesz się" itp. Bohaterka ucina sobie pogawędki ze swoim "dżinem", a ten podcina jej skrzydła. To może drażnić w fabule, ale kto z nas nie ma czasem takich myśli pełnych zwątpienia! Zatem i bohaterka ma do nich prawo.

Co tu jeszcze mamy oprócz watki wydawniczego? Babskie pogaduchy, problemy damsko - męskie, wycieczkę do Dublina i Wilna. Jakoś bardzo malownicze te eskapady jednak nie były. O, jeszcze odkrycie, że "prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie", a raczej w obliczu sukcesu.
Nuda. "Delektowania się życiem" zapowiedzianego na okładce nie dostrzegłam, no bo co, kawa i ciastko z przyjaciółką, czy wyjazd z przyjaciółmi to takie wielkie mecyje? Owszem to miłe i przyjemne, ale żeby sens życia odkrywało to nie.

Na przestrzeni kilku lat dużo się zmieniło na rynku  wydawniczym. Każdy, kto ma choć trochę talentu, albo i nawet nie, a ma nieco grosiwa odłożonego w skarpecie, może wydać książkę, chociażby w formie  e-booka. O wiele więcej mamy możliwości promocji i reklamy. Dziś Kalina pewnie działałaby na portalach, prowadziła bloga, organizowała konkursy itp. Historii opowiedzianej w "Smaku..." nie można traktować jako zbeletryzowanego poradnika "jak założyć wydawnictwo i opublikować książkę". To raczej oparte na doświadczeniach autorki zapiski opisujące pewien rozdział życia bohaterki dotyczący przetłumaczonej prze nią książki. O jakiej książce mowa? "Jak daleko do Betlejem" Nory Lofts. Sprawdziłam,ona naprawdę istnieje!!! Kto ciekaw, niech zerknie tutaj.


Co niby można wynieść z lektury? Że warto wierzyć w siebie i spełniać marzenia? Że nie należy się poddawać? Że jak się chce, to można- nawet wydać książkę? Że nie wolno zapominać o najbliższych kosztem spraw zawodowych? Iii tam, nic ciekawego. 

"Smak życia" mi nie smakował, był nudny i mdły. Całe szczęście, że to danie było niewielkie. To nie jest książka, którą trzeba koniecznie przeczytać, spokojnie można sobie odpuścić. Chyba, że ktoś akurat nie ma nic lepszego do autobusu.

Książkę przeczytałam za sprawą Akcji "Włóczykijka".





sobota, 4 lutego 2012

Setka

Zapraszam do konkursu - wygrywajki u Prowincjonalnej Nauczycielki. Można wygrać powieść Jonasa Jonassona "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Temat konkursowej wypowiedzi to "moje setne urodziny". Forma dowolna, byle język poprawny.
 Tak mnie coś naszło i wymyśliłam, co następuje:

"Moje setne urodziny"

Wynurzę się spośród książek
Blada i sucha jak opłatek
Wykurzę kilka moli z szafy
Strzepnę z serwetki zbędny kurz
Podleję paproć i pelargonie
Setka? To dziś? To już?

Uśmiechnę się nad bombonierką
To już ostatnia czekoladka...
I rozwieję się jak dym
Nad filiżanką dobrej herbaty.



OZNAJMIAM WSZEM I WOBEC, IŻ JEST TO WIERSZ MOJEGO AUTORSTWA I NIE WYRAŻAM ZGODY  NA KOPIOWANIE I UżYWANIE BEZ MOJEJ WIEDZY I ZGODY.


czwartek, 2 lutego 2012

Chwila zadumy

"Umrzeć - tego się nie robi kotu" - stwierdziła "staroświecka jak przecinek" Poetka i z właściwą swojej naturze przekorą- odeszła. Osierociła medal noblowski  i  zapalniczkę w kształcie okrętu. Już nie będzie kolacyjek z loteryjką ani nowych limeryków.  Płaczą  "Dwie małpy Breugla"  i smutkiem otuleni są "Ludzie na moście".
Chwila -Tutaj-Wystarczy.

"Życie, choćby i długie, zawsze będzie krótkie.
Zbyt krótkie, żeby do tego coś dodać."

***
"Niektórzy lubią poezję" i ja do tych się zaliczam. Wiersze Noblistki towarzyszą mi od dawna, pamiętam te ze szkolnych podręczników i aż się dziwię, jak sporo ich tam było, ale to dobrze. Z ciekawością zaglądałam do nowszych tomików, przepisałam nawet "Chwilę" do zeszytu. Nie będę powtarzać, jaka to poezja kunsztowna  w swej prostocie, mądra i uniwersalna, nie czas i miejsce na analizy i interpretacje. Powiem tylko, że bardzo lubię twórczość Wisławy Szymborskiej i nie mogę pojąć, że o Poetce od wczoraj mówi się w czasie przeszłym...
Żal, gdy wielcy odchodzą...
Na pocieszenie zostają ich utwory, w tym roku ukaże się ostatni, nieukończony tomik pt. "Wystarczy".
Czy to nam wystarczy....?

***
Wszystkim, którzy nie mieli jeszcze okazji, polecam obejrzeć film dokumentalny K. Kolendy - Zaleskiej "Chwilami życie bywa znośne".
Poetka była fantastyczną osobą, pełną energii i humoru, żyła tak jak pisała: bez patosu, nie na koturnach, spokojnie i pogodnie. Strzegła swojej prywatności, pielęgnowała przyjaźń. Skromna. Dyskretna. Pełna godności. Godna podziwu.

Follow by Email