niedziela, 29 kwietnia 2012

Reading is cool - odpowiadam i ja

O mały włos, a przeoczyłabym, że zostałam wywołana do tablicy w  kolejnej  zabawie blogowej - Reading is cool. Do udzielenia odpowiedzi na kilka pytań zaprosiła mnie Agata Adelajda.

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Raczej o jakiej porze nocy... ;-)

Wieczorami i nocami.
Jestem z natury sową, obecnie jednak w roli kwoki, zatem nocy zarywać nie mogę, bo rano nie odeśpię. Niegdyś zdarzało się zaczytać do bladego świtu.

Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Beletrystyka - literatura  przeważnie obyczajowa, ale i zdarza się kryminał czy coś z kręgu szeroko pojętej fantastyki. Lubię współczesną prozę polską, z przyjemnością sięgam do klasyki (polskiej i światowej).
Uwielbiam, gdy autor bawi się konwencją i "puszcza oko" do czytelnika.
Ostatnio czytuję sporo książek lżejszego kalibru.

 Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś? 
Wygrałam "Solo" S. Raduńskiej. Czekam na przesyłkę.


 Co czytałaś ostatnio?
"Zagraj ze mną" Nory Roberts


 Co czytasz obecnie?
"Podróże Maudie Tipstaff" Margaret Forster


 Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Zakładek. Karteczek. Paragonów. Ulotek....Albo zapamiętuję stronę. 


 E-book czy audiobook?
 Preferuję wersję tradycyjną, ale i te mają swe zalety. Osobiście stawiam plusa przy audiobooku.


 Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Sporo ich. Wymieniałam już w "30 dniach z książką" (vide: strona w zakładkach)


 Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Najbardziej... bo ja wiem? Lubię wiele postaci, a  wśród nich i Mary Poppins, i Wokulski, i .....




Do dalszej zabawy zapraszam:

Klaudię Maksę (Co to ja dzisiaj miałam..)
Mag (Kącik z książkami)
Isadorę (Zwiedzam wszechświat)
Sabinkę (Sabinkowe czytanie...)
Toscę82 (Książka jest życiem....)
Anetę (Fioletowa biblioteka Anety)
Z głową w książce  (Mandarynkowe czytadła)


Przy okazji życzę Wam Wszystkim miłego spędzania czasu w nadchodzące dni... Czytajcie, odpoczywajcie i co tam chcecie ;-)
Ogłaszam przerwę blogową.

Do zobaczenia za jakiś czas!



środa, 25 kwietnia 2012

W temacie Marioli

M. Gutowska-Adamczyk, Mariola, moje krople..., Świat Książki 2011.

"Nie mam jasności w temacie Marioli" - śpiewał Wojciech Młynarski, a ja powtórzę te słowa w odniesieniu do powieści Małgorzaty Gutowskiej- Adamczyk. Swego czasu dość głośno trąbiono o tej książce, a że mam za sobą już jedno udane spotkanie z twórczością autorki ("Serenada..."), to nic dziwnego, że chciałam przeczytać również tak zachwalane dzieło pt. "Mariola, moje krople". Zapisałam się nawet na to  we "Włóczykijce", ale akurat napatoczyło mi się w bibliotece i nie mogłam się powstrzymać od wypożyczenia.

"Mariolę..." czytałam na raty, z przerwą na książkę recenzyjną od wydawnictwa, bez żalu przerwałam lekturę, potem kontynuowałam - może nie tyle "na siłę" co "z zasady". Chciałam dać jej szansę, sprawdzić, co dalej, czy się rozkręci, czy coś się wydarzy? Przyznam, że się zawiodłam, ale gdyby na podstawie tej książki nakręcono film, pierwsza pobiegłabym do kina, bo mogłaby to być niezła komedia w stylu Barei.

Sugerując się słowami z okładki, miała to być powieść "lekka, zabawna, przekorna". Owszem, była. Tylko nieco przydługawa i mimo humorystycznych scen- monotonna. Środek zwłaszcza jakoś mi się ciągnął niemiłosiernie. Zabrakło mi jakiegoś punktu kulminacyjnego, wiodącego wątku, czegoś, co wyróżniałoby się na (znakomitym skądinąd) tle działalności prowincjonalnego teatru w czasach PRL. Całość to zbiór komicznych sytuacji, odzwierciedlających w krzywym zwierciadle (a może i nawet nie) absurdy tamtego okresu. Dialogi  to zdecydowanie  mocna strona książki. Bohaterowie, cóż, może i nieco jednowymiarowi, ale z drugiej strony sympatyczni i zabawni, co ciekawe, noszą tzw.  nazwiska mówiące  np. Biegalski (fakt, biegał gdzieś, ciągle go nie było, a nawet próbował zbiec), Zbytek (Czy chodziło o zbytki w sensie luksusy, których raczej był u-bytek...?), Podpuszczka (ano podpuszczała Amelia do konsumpcji w bufecie... a jej córka do kolportowania ulotek, a jakże ;-)
Było paradnie: bohaterowie ciągle biegali jak kot z pęcherzem ( z powielaczem), bawili się w chowanego pod łóżkiem i w szafie (kto kogo z kim znalazł -  typowe dla komedii) oraz w ciuciubabkę z przedstawicielami władz i służb podległych partii. Tajemnicza skrzynka co i rusz zmieniała właścicieli i .... zawartość. W kotłowni pędzono bimber (i za kołnierz nie wylewano) oraz hodowano świnię, towarzysz sekretarz z miejskiego komitetu(wykreowany na półgłówka) ingerował w pracę teatru i szykował godne przyjęcie radzieckich delegatów, ksiądz lobbował za wystawieniem "Pastorałki", opozycjoniści spotykali się cichaczem. Nie obyło się bez "zamachu" podczas wystawiania "Romea i Julii". Działo się sporo, istny cyrk,  a  tytułowa Mariola podawała szefowi krople na uspokojenie. Swoją drogą spodziewałam się, że odegra ona większą rolę.
Interpretacja "Ślubów panieńskich" w duchu ideologii socjalistycznej- świetne, podobnie jak kryteria wyboru sztuki odpowiedniej na spektakl dla "przyjaciół" zza wschodniej granicy. Smaczki są, ale całościowo jednak nie wypada to tak dobrze, jak się zapowiadało.

Zza perypetii pracowników "przybytku sztuki" wyziera rzeczywistość tamtych czasów: kolejki, brak produktów, żywność na kartki, talony, nielegalny handel, podsłuchy, hierarchia (liczy się kto należy do partii, a kto nie) itp. Akcja zdarzeń obejmuje niecały  miesiąc: od 17 listopada do 13 grudnia 1981 roku. Ogłoszenie stanu wojennego jak zimny prysznic kończy tę całą teatralną szopkę.
"I niewesoło pod czerwonym ci kapturkiem" - zakończę znów cytując Młynarskiego.






wtorek, 24 kwietnia 2012

Kwiecień -plecień w książkach.Stosik.

Wszystkiego książkowego z okazji  ( już wczorajszego, bo nie zdążyłam opublikować wpisu) Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich
dla wszystkich w jakikolwiek sposób z książkami związanych!

Kwiecień- plecień, bo przeplata: trochę zimy, trochę lata. Czytelniczo też zrobił mi się niezły misz-masz.
  1.  Rock-mann - podczytywany w Boże Narodzenie 2010, teraz moja kolej, by w całości spokojnie przeczytać. Pożyczony.
  2. Colette -  tyle o niej słyszałam, chciałam poznać perypetie Klaudyny. Nadarzyła się okazja - pożyczyłam.
  3.  Vila - Matas - chciałam przeczytać od dawna, z Matrasowej wyprzedaży.
  4. jak wyżej
  5. Mariola... z biblioteki, napiszę o tym wkrótce.
  6. Kuncewiczowej kolejny tytuł - z biblioteki - do przedłużonego w nieskończoność "Marca z Marią"
  7. Płatki... - recenzyjne (vide: post wcześniej)
  8. Nory tomik czekał na mnie grzecznie w Biedronce ;-)

    Nieobecne na zdjęciu:
  9. Woda dla słoni - recenzyjna (już przeczytana, opisana i pożyczona)
  10. Każdy szczyt ma swój Czubaszek - (już przeczytana, opisana i oddana)
  11. Bluszcz- trzy stare numery, zapoznaję się po troszku z ciekawą zawartością.
    ***


    W popularne ostatnio "30 dni z książką" bawię się  i ja, tylko przenicowałam nieco zasady i zamiast kolejnych wpisów albo hurtowego, uzupełniam sukcesywnie po trochu podstronę.
    Jak kto ciekaw, zapraszam.

    Czytam teraz "Zagraj ze mną" (odpoczywam po emocjach i nudach ostatnich lektur) oraz "Podróże Maudie Tipstaff", ale napadła mnie wena na porządki, więc czytanie nieco odłogiem leży. Co najmniej dwie książki, które sobie zaplanowałam na kwiecień ("Sekretny język kwiatów", "Pożyczalscy", a i zaczęta "Kapitanówna") przechodzą na maj. Znając życie, coś innego  wepchnie się w kolejkę bez pytania ;-)

    Wiosna rozwija skrzydła, coraz bardziej zielono się robi i kwitnąco.
    Pozdrawiam forsycjowo!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Toksyczny thriller z kwiatami w tle- "Płatki na wietrze" V.C. Andrews

V. C Andrews Płatki na wietrze
tłum. E. Podolska

s. 446

Wydawnictwo Świat Książki
PREMIERA: 9. 05. 2012
Dobrych kilkanaście lat temu filmowa wersja "Kwiatów na poddaszu" była niekwestionowanym hitem popularnych wówczas wypożyczalni wideo. Niedawno ukazało się wznowienie tej powieści i zdobyło sporą popularność. Niektórzy sięgnęli po książkę dla przypomnienia, inni zetknęli się po raz pierwszy z prozą amerykańskiej pisarki Virginii C. Andrews. Czy druga część cyklu o rodzeństwie Dollangangerów również stanie się bestsellerem? 

Więzione na strychu przez matkę i babkę dzieci - obarczone bagażem traumatycznych przeżyć- uciekają. Los sprawia, że trafiają pod dach doktora Sheffielda, który też ma za sobą rodzinną tragedię. Lekarz otwiera przed nimi dom, portfel i serce, stwarza warunki do normalnego życia i szanse na spełnienie marzeń. Chris może studiować medycynę, Cathy- ćwiczyć balet, a Carrie - uczyć się w prywatnej szkole. Przede wszystkim zaś - mogą być prawdziwą rodziną. Rodzeństwo ma jednak skrzywioną psychikę, demony przeszłości nie dają im spokoju,  cierpienie trwa, krzywda i trauma, jakich doznali, wpływają znacząco na ich zachowania i życiowe wybory. Odrzuceni i prześladowani, napiętnowani mianem "diabelskiego nasienia", ze zmarnowanym, stłamszonym dzieciństwem- nie potrafią później odnaleźć się w życiu i budować relacji. Toksyczni, uczuciowi rozbitkowie napotykają  mielizny na falach życia, rzucani sztormem rozbijają się o rafy rzeczywistości, nurkując w głębiny przeszłości- osiadają na dnie. Próbują nabrać wiatru w żagle i wypłynąć na szerokie wody, ale czy na końcu ich rejsu czeka szczęśliwy port?

Kwiaty i motywy ogrodowe przewijają się  chyba przez wszystkie części cyklu, co wnioskować można już po tytułach. Dzieci wspominają, że ojciec nazywał je swoimi małymi żółtymi jaskrami, papierowe kwiaty umilały im życie na poddaszu, Paul miał piękny ogród, mała Carrie upodobała sobie wazonik sztucznych fiołków, a Cathy nieraz dostawała róże. Kwiaty są śliczne i zachwycające, ale bywają takie, które odurzają swą wonią i trujące. I  choć nie taka trucizna tu odegrała kluczową rolę, to metafora trującego kwiatu wydaje się pasować do bohaterów. Niektórzy ludzie-  niczym trujące rośliny - wabią swym pięknem i wiodą do zguby, unicestwiają - wystarczy psychicznie- tych, którzy im zaufali. Kwiaty są także delikatne, ich płatki fruną niesione wiatrem, łatwo je zniszczyć. Takie też były dzieci, którym przyszło mieszkać w Foxworth Hall.

Narratorką jest Catherine, poprzez jej opowieść śledzimy dzieje Dollangangerów w ciągu kilkunastu lat, towarzyszymy jej karierze baletowej i zawikłanym perypetiom miłosnym. Głównym motorem działań dziewczyny jest żądza zemsty  na matce, w której upatruje przyczynę wszelkich nieszczęść i tragedii, jakie spotkały rodzinę. Wina kobiety jest niewątpliwa, ale czy rzeczywiście wszystko można składać na karb jej poczynań? Każdą złą decyzję i jej konsekwencje usprawiedliwiać przeżyciami z przeszłości? Cathy dorastając rozkwita jak pączek, ale "robak się lęgnie i w bujnym kwiecie". Początkowo zagubiona i rozdarta uczuciowo, staje się wyrafinowanym graczem. Plan zemsty wchodzi w etap realizacji. Czy cel uświęca środki? Ile Catherine musi poświęcić, by doprowadzić do ukarania sprawców dramatu? Czy nie okaże się podobna do matki?

Aby się tego dowiedzieć i poznać zaskakujące rozwiązanie fabuły, będące zarazem uchyleniem drzwi do kolejnej historii, czytelnik musi zmierzyć się z opowieścią pełną emocji i toksycznych uczuć, przerażającą, poruszającą i trudną. Musi być przygotowany na mocne wrażenia i kto wie, może zacznie z niepokoju obgryzać paznokcie. Ciekawe, czego doświadczyła i czego się naczytała, skąd czerpała inspiracje Virginia Cleo Andrews, że w jej głowie wylęgły się takie makabryczne historie. Tu dramat za dramatem, a zło złem pogania, nie ma chyba jednej postaci wolnej od tragicznych zdarzeń czy toksycznych relacji.  Powieść epatuje krzywdą i cierpieniem. Można też powiedzieć, iż "trup się ściele gęsto", choć to nie kryminał. Dominują antywzory i antywartości. Portrety psychologiczne postaci mogłyby stanowić bogaty materiał dla psychoanalityków.

 Z jednej strony ciężko się czyta ten toksyczny thriller emocjonalny, przytłacza bowiem i przeraża, ale z drugiej - bardzo szybko pochłania się kolejne strony, by poznać, co się stanie dalej... Trzeba przyznać, że powieść jest nierówna. Porównałabym ją do rzeki pełnej mielizn i wirów, która wyłania się z mętnej strugi, by potem uderzyć siłą wodospadu.

"Płatki na wietrze", w moim przypadku, to nie jest "to, co tygrysy lubią najbardziej". Nie stronię od mocnych wrażeń w literaturze, ale taka kumulacja i emocjonalna szarpanina, jaką zafundowała autorka, to dla mnie zdecydowanie za dużo. Melisy by mi brakło, gdybym miała czytać kolejne części. Nie zafascynowała mnie ta historia, żaden z bohaterów nie wzbudził sympatii, a nawet trudno mówić o współczuciu. Dziwne to były postaci, nie przekonały mnie.Wiem jednak, że wielu czytelnikom proza V. C. Andrews przypadnie do gustu, bez żalu zarwą noc na lekturę i z niecierpliwością będą oczekiwać kolejnych tomów.


 Dziękuję za możliwość zmierzenia się z tą powieścią



poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Wierzchołek humoru. Moje podwójne spotkanie z Marią Czubaszek

Marię Czubaszek i Artura Andrusa znam bardziej z eteru, głównie Trójkowego, choć i na wizji można ich nieraz spotkać, chociażby w kabaretowym serialu "Spadkobiercy", czy na kanapach programu "śniadaniowego". Po książkę "Każdy szczyt..." nie biegłam do księgarni, ale skoro nadarzyła się okazja pożyczyć, to czemu nie. Przeczytałam z przyjemnością. W pełnych humoru rozmowach pani Maria przedstawia co nieco ze swojego życia prywatnego i zawodowego, opowiada o atmosferze SPATiF-u,o kolegach, o pracy w "Szpilkach" i w redakcji na Myśliwieckiej, o ukochanych psach, o sympatii dla Woody'ego Allena i paczce od Polańskiego, o swoich "talentach" kulinarnych i wielu innych sprawach.Węszący za tanią sensacją tu się nie pożywią. (Myślę również, że lekko wynudzą się ci, którzy nie kojarzą nazwisk np. A.Kreczmar, J. Janczarski, J. Dobrowolski, J.Minkiewicz, J. Ptaszyn- Wróblewski, A. Dąbrowski i nie mają pojęcia co to wspomniany już SPATiF, ITR, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by poszerzyli swą znajomość tychże. Bynajmniej nie sugeruję, że te opowieści są jakieś hermetyczne, broń Boże, ale sama osobiście nie lubię czytać o kiś, o kim nie mam zielonego pojęcia kto zacz. Ciekawa jestem też, jak te wywiady odbiera pokolenie wychowane na innych audycjach radiowych, nie znające historii polskiej satyry, wzdrygające się na słowo poezja, czy piosenka poetycka.)
Artur Andrus bywa dociekliwy, drąży temat jak kropla skałę. Skarbnicą rozmaitych tekstów i dokumentów okazuje się często skrzynia tapczanu, bo satyryczka nie przywiązuje wagi do kolekcjonowania pamiątek, ani do gromadzenia papierów. "Gdzieś miałam", rzecze zazwyczaj zapytana o ten czy inny tekst. Sporo można poczytać anegdot i ciekawostek. Nie wiedziałam, że Maria Czubaszek jest autorką słów do piosenek "Rycz, mała rycz" oraz "Wyszłam za mąż, zaraz wracam", ani że pisała dialogi do serialu "Na Wspólnej".( A może wiedziałam, tylko zapomniałam... nieistotne)
Oprócz wywiadów w publikacji zamieszczono fragmenty twórczości ( np. z "Na wyspach Hula- Gula") oraz fotografie. Na marginesie dodam, że nie poznałabym pani Czubaszek ze zdjęć w młodości.
Rozmowy rozmowami, teksty tekstami, zdjęcia swoją drogą, ale prawdziwy hit to ilustracje. Nie podejrzewałam Wojciecha Karolaka (muzyk, kompozytor jazzowy - wyjaśniam "młodzieży") o takie zdolności: satyryk - rysownik z niego przedni. A te zajączki - bomba! Przy okazji pokazują w pewien sposób naturę związku tych dwojga (dla niewtajemniczonych - Karolak jest mężem pani Marii, od ok. trzydziestu lat, zresztą).

 Dziś byłam na spotkaniu autorskim. Planowałam wybrać się do biblioteki nieco wcześniej, ale wyszło jak zwykle, czyli nie spóźniłam się, ale wolnych krzeseł już nie było. Sala pełna. Dostawiono więc krzesełek w drugiej, przechodniej, a ludzie gromadzili się i w trzeciej. (Taka amfiliada, przez czytelnię przechodzi się do kolejnych pomieszczeń). Byłam pod wrażeniem, jak licznie ludzie garną się do kultury (a może jak bardzo są ciekawscy?), w końcu dziś poniedziałek, chłodny i  deszczowy w dodatku.
 Przez dobrą godzinę pani Maria prowadziła monolog pełen anegdot i żartów. Co i rusz publiczność wybuchała salwą śmiechu. Sporo tekstów znałam już z książki, ale usłyszeć na żywo, to nie to samo, co przeczytać. Autoironia, dystans do siebie i świata, nietuzinkowość, pogoda ducha to cechy charakteryzujące M. Czubaszek. Śmieje się z własnych wad, przyznaje do nałogów, nie krępuje ją temat starości i śmierci. Jej hasła "uroda nienachalna", "stara, ale jara - trzy paczki dziennie", "młodość musi się wyszumieć, starość - wypalić" przejdą do historii. Spodobało mi się powiedzenie, że kobieta w pewnym momencie powinna sobie ustalić, ile ma lat i tego się trzymać.[A propos wieku... Parę dni temu miałam taką sytuację: dzwonek do drzwi - lecę, otwieram (z nadzieją, że to kurier), a to pani z puszką i identyfikatorem jakiejś fundacji zbierająca datki na cele charytatywne, i pyta mnie "czy jest w domu ktoś pełnoletni?" -"JA jestem pełnoletnia" rzekłam ciut urażonym głosem - "Acha" pani się nie przejęła i zaczęła wyłuszczać sprawę. Wiem, że dobrze jest wyglądać młodziej niż jak na swój wiek, ale bez przesady, nie lubię być traktowana niepoważnie. Koniec dygresji ;-)]
 Styl życia pisarki, satyryczki nie jest mi bliski, ale poczucie humoru- owszem. Bawiłam się znakomicie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wyrwałam się z domu (mama miała wychodne, ha!) i dawno nie brałam udziału w żadnym wydarzeniu kulturalnym.

piątek, 13 kwietnia 2012

Za kulisami cyrku - S. Gruen "Woda dla słoni"

Sara Gruen, Woda dla słoni, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.
"Woda dla słoni" należy do grona książek, które pochłania się niemal jednym tchem, a podczas lektury przeżywa wiele emocji.  Już od dłuższego czasu chciałam poznać tę powieść kanadyjskiej pisarki, wystarczyła kiedyś mała wzmianka, bym nabrała na nią ochoty. Okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Ekranizacji, muszę przyznać, nie oglądałam i najprawdopodobniej nie będę. Wystarczą mi książkowe wrażenia, a tych mam pod dostatkiem.

Gdyby w "Familiadzie" padło pytanie "Kto pracuje w cyrku?" na pewno na tablicy wyświetliłyby się zgodne z odpowiedziami ankietowanych hasła: klauni, akrobaci, treserzy zwierząt, magik. Może pojawiłby się linoskoczek, żongler i woltyżerka, ktoś by podał konferansjera, czy muzyków z orkiestry. Chyba jednak nikomu do głowy nie przyszłoby wymienić robotników technicznych, rozstawiających namioty, zajmujących się menażerią, transportem,  zaopatrzeniem. Zapewne nie wspomniano by także o weterynarzu. Tymczasem cyrk tworzą nie tylko kierownicy i artyści, ale też pracownicy, ogólnie rzecz biorąc, fizyczni. Rzadko kiedy jednak zaglądamy za kulisy..... Sara Gruen w swojej bestsellerowej powieści pokazuje, że przybytek rozrywki ma drugie oblicze. Gdy zgasną światła i ucichnie gwar, a ostatni widzowie opuszczą trybuny, magię widowiska przesłania pył codziennego znoju. Splendor, parada i błyszczące cekiny ustępują miejsca ciężkiej pracy, cierpieniu i upokorzeniu. Na zapleczu wcale nie jest tak wesoło jak na arenie. Często dochodzi do zatraty wartości, by tylko "show must go on...".

Cyrk dla jednych jest pasją, dla drugich - przekleństwem. Dla Jacoba Jankowskiego - głównego bohatera i zarazem narratora  o polskich korzeniach - stanowi niemal całe życie, dom. Tu bowiem przeżył niezapomnianą lekcję i wiele doświadczył, z tym związał się na kilku płaszczyznach: prywatnej i zawodowej. Nic więc dziwnego, że  dźwigając na karku dziewiąty krzyżyk, Jacob, emerytowany weterynarz, powraca myślą do tamtego lata, kiedy po rodzinnej tragedii wskoczył do pociągu... Przybycie cyrku do miasteczka oglądane z okien domu opieki oraz scysja z nowym pensjonariuszem o tytułową "wodę dla słoni" wzbudzają wspomnienia. Zresztą już czas, by zrzucić zasłonę milczenia i opowiedzieć historię, która rozegrała się w instytucji pod nazwą "Najbardziej Osobliwe Widowisko na Ziemi Braci Benzinich" - w latach trzydziestych XX wieku w Stanach Zjednoczonych.

Cyrkowe środowisko stanowi tło dla wątku romansowego. Przyznać trzeba, że jest on bardzo schematyczny. Mamy bowiem taką trójkę: niedoświadczony młodzieniec - fascynująca piękna kobieta - zazdrosny i nieobliczalny mąż. Droga do happy endu jest kręta i wyboista, nie obędzie się bez ofiar. Momentami nieco melodramatyczne, ale przecież romantyczne historie mają rzesze zwolenników. Zapowiadana w nocie na okładce "porywająca opowieść o niezwykłej miłości i wielkiej przygodzie" byłaby przesadnym określeniem, gdyby skupić się tylko na uczuciach dwójki amantów. Gdy jednak do tego dodamy miłość do zwierząt, pasję i niecodzienne, jak by nie patrzeć, okoliczności, znajdziemy uzasadnienie tego entuzjastycznego opisu.

"Woda dla słoni" nie jest li i jedynie opowieścią o miłości. To także, a nawet przede wszystkim, opowieść o zawiłych meandrach ludzkiego losu, o ludzkiej godności, o starości, samotności, potrzebie bycia szanowanym i uczuciu bycia zbędnym, o przyjaźni i nienawiści, o zwierzętach, o ich sprycie i mądrości, o ludzkiej bezwzględności, okrucieństwie, o dążeniu do sukcesu po trupach,  żądzy zysku i sławy. Gorzki to obraz, przedstawiający wiele przykładów ciemnej strony życia, zawierający przykre i dramatyczne sceny. Na szczęście - dla równowagi - został okraszony szczyptą humoru i zakończony optymistycznie. Wiele emocji i wiele refleksji przynosi.

Wśród bohaterów są zwycięzcy i przegrani. Chciałoby się, aby złych ukarano, a dobrych nagrodzono, jednak nie do końca tak się stało, cóż losy bywają zagmatwane... Na uwagę zasługuje postać Waltera Kinko, karła, który z pozoru był gburowaty i zdziwaczały, ale miał wielkie serce. Okazał je nie tylko Jacobowi, z którym mieszkał w wagonie,  ale też  staremu  pijakowi zwanemu Wielbłądem, łamiąc niepisaną zasadę, że artyści nie bratają się z robotnikami. Ważną rolę odgrywają zwierzęta, bez których  cyrk Wuja Ala nie istniałby, czytelnik za ich sprawą nieraz zmartwieje ze zgrozy (los okulałych koni) albo pokręci głową z podziwu (kontakt i  reakcje orangutana), bądź też uśmiechnie się ( słoń w warzywniku). Spośród menażerii, którą miał pod swą pieczą Jacob, szczególnie należy wspomnieć o słonicy Rosie, która  rzekomo "była tępa jak worek młotków", ale wystarczyło znaleźć klucz do jej zachowania, by wspaniale z nią pracować. Jacob przypadkiem to potrafił....
Odnośnie głównego bohatera, to bardziej  polubiłam go jako zrzędliwego upartego staruszka, który wie, czego chce, niż jako 23- letniego absolwenta studiów weterynaryjnych, który miota się wśród załogi cyrkowego składu kolejowego. Daleko mu do bajkowego Doktora Dolittle, jego wspomnienia nie umywają się do opowiadań Jamesa Herriota. Trzeba mu jednak przyznać, że wykazywał się rzetelnością,odpowiedzialnością, wiernością zasadom.

Od strony konstrukcyjnej mamy do czynienia z dość typowym zabiegiem: w pierwszoosobowej narracji przeplatają się sceny współczesne z retrospektywnymi. W prologu poznajemy wycinek ważnego zdarzenia, stopniowo dowiemy się, jak do niego doszło i jaki był jego finał. Fabuła zyskuje niewątpliwie dzięki barwnym, częstokroć poruszającym,  realiom, w jakich została osadzona oraz żywemu językowi. Powieść jest bardzo "filmowa", nic dziwnego, że szybko została ujęta okiem kamery.

"Woda dla słoni" jest fikcyjną historią, ale nie całkowicie wyssaną z palca. Autorka, zainspirowana artykułem w prasie, poświęciła kilka miesięcy na "research" dotyczący dziejów amerykańskich cyrków, zgromadziła wiele publikacji , odwiedzała muzea, zbierała fotografie. Wiele szczegółów, anegdot, faktów zaadaptowała do swojej powieści, o czym nadmienia w posłowiu, wspomina także słonice Topsy i Starą Mamę, pierwowzory literackiej Rosie. Zamieszczone zostały dodatkowo reprodukcje zdjęć.

Życie  to teatr, a raczej cyrk....Jednym zdarza się błyszczeć na plakatach, drudzy wylatują z pędzącego pociągu. Rewelacja okazuje się bublem, a z kapelusza magika wyskakuje króliczek. Świat opisany przez Sarę Gruen nie jest  miniaturą rzeczywistości, ale w pewnej mierze pokazuje zachowania i mechanizmy, które nie zmieniają się mimo upływu lat i zmiany miejsc. 

"Wodę dla słoni" polecam nie tylko entuzjastom powieści obyczajowo- romansowych z ciekawym tłem, powinni ją obowiązkowo przeczytać ci, którzy z radością klaszczą w łapki, gdy na arenie tańczą konie, kłaniają się słonie, małpy skaczą niedościgle, a karzełek robi salto. Gdyby wiedzieli, jakim kosztem to się nieraz odbywa, nie pozostaliby biernymi gapiami, a zainteresowaliby się, czy zwierzętom (i ludziom) nie dzieje się krzywda.

Cyrk to rozrywka nie dla mnie, ale czytanie - jak najbardziej. Chętnie poznałabym pozostałe książki Sary Gruen, za które zdobyła prestiżowe nagrody. Mam nadzieję, że wydawcy zadbają, by pisarka nie pozostała u nas kojarzona wyłącznie z zekranizowaną historią Jacoba, Marleny, Augusta, Rosie i całej reszty.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Księgarniom Matras i Wydawnictwu Rebis



czwartek, 5 kwietnia 2012

Koszyczek z życzeniami

 Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,
Mili Zaglądający i Poszukujący Tu Wiadomości Wszelakich!

Nadeszła odpowiednia chwila, by złożyć Wam życzenia  z okazji zbliżających się  Świąt Zmartwychwstania Pańskiego.

 Niech ten Wielkanocny czas przyniesie Wam dużo radości i refleksji.
 Niech Wam smakują pisanki, mazurki i baranki (cukrowe) i zające (czekoladowe).
 Śmigus Dyngus niech Wam frajdę sprawi, tylko uważajcie, coby książek nie zamoczyć zanadto ;-)
Odpoczywajcie i cieszcie się, a zdrowie i pogoda (i ta ducha i ta za oknem) niech dopisują w najlepsze!


Tymczasem  w przerwie przedświątecznych przygotowań zerknijcie, co włożyłam do święconki w zeszłym roku....

Do zobaczenia po świętach!
Trzymajcie się ciepło.
A.

środa, 4 kwietnia 2012

Pocztówki z grobu

E. Suljagić, Pocztówki z grobu, Wydawnictwo Czarne 2007, s. 240

 Charakterystyczna czarno - biała szata graficzna książek serii SULINA wydawanej przez Czarne nie pozwala ich przegapić. W ciemno sięgam po te tomiki, gdy zobaczę je na bibliotecznej półce, ale wiem, że to nie będzie przyjemne (wyłączywszy przyjemność z samego czytania) spotkanie, tematyka bywa bowiem trudna i przygnębiająca. Literatura faktu ( a taka- wbrew pozorom też leży w kręgu moich zainteresowań), ma to do siebie, że opowiada nieraz o rzeczach, o których wolelibyśmy nie słyszeć. Rzeczywistość jest brutalna i daleka od bajek z happy endem gęsto zaścielających świat książek. Można w nie uciec, ale nie da się do końca odciąć od prawdy.

Tadeusz Różewicz napisał: "ocalałem prowadzony na rzeź", Emir Suljagić zaś: "Przeżyłem (...)Przeżyłem tak, jak oni umarli".
"Pocztówki z grobu" to poruszające świadectwo ludzkiej tragedii w Srebrenicy, opowieść o przetrwaniu, obraz z wojny domowej w byłej Jugosławii opowiedziany przez naocznego świadka, uczestnika zdarzeń. Historia napisana szczerze, prosto, z literackim kunsztem reportera. Autor potrafi jednym zwięzłym zdaniem, bez nadmiernych opisów i mnożenia przymiotników nakreślić sytuację, opisać zdarzenie, wyrazić coś ważnego. Jako dziennikarz relacjonuje obiektywnie, wręcz chłodno, ale opisując świat, w którym papierosy  są  walutą, wyprawa po worek kukurydzy kończy się śmiercią, a rozrzucone po wybuchu szczątki walają się jak śmieci po ulicy, to same suche fakty mówią za siebie i nie trzeba zbędnych słów, by czytelnika zmrozić i poruszyć.
Kolejne rozdziały noszą tytuły Przetrwanie, Wojna, Beznadzieja, Upadek. W części zatytułowanej "Ludzie" są krótkie opowiadania upamiętniające kilka osób znanych autorowi, których losy są niejako reprezentatywne dla  pozostałych jego znajomych i krewnych.
Dodatkowo zamieszczono reportaż W. Tochmana "Wrócili" - relację ze zbiorowego pogrzebu ekshumowanych ofiar oraz "Kalendarium wydarzeń w Srebrenicy" opracowane przez Wildanę Selembegowić.

"Pocztówki z grobu" to ważna książka, ale ciężka i trudna ze względu na tematykę. W niektórych momentach aż się serce kraje. Sporo jest także wiadomości historyczno - politycznych, niezbędnych dla rzetelnego przedstawienia tamtych zdarzeń. Tym, którzy interesują się historią i kulturą Europy Południowo-Wschodniej, Bałkanami, tematyką wojenną, a także dobrym warsztatem reporterskim mogę powiedzieć tylko - warto przeczytać.



***
Emir Suljagić urodził się w 1975 r. w miasteczku Ljubovija (Serbia i Czarnogóra). Podczas wojny domowej w byłej Jugosławii, w kwietniu 1992 r. wraz z tysiącami innych bośniackich Muzułmanów schronił się przed serbskimi oddziałami w Srebrenicy. Przeżył serbski szturm na miasto, który miał miejsce 11 lipca 1995 r. Po wojnie ukończył politologię na uniwersytecie w Sarajewie i pracował w Hadze jako korespondent prasowy relacjonując przebieg prac Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii. Obecnie pracuje jako dziennikarz tygodnika "Dani". Mieszka w Sarajewie / notka o autorze z okładki/

***
Seria SULINA obejmuje szeroko pojętą literaturę faktu ( książki historyczne i antropologiczne, proza podróżna, reportaże i eseje), 
Książki z tym znakiem „przekraczają granice: geograficzne, kulturowe, mentalne, z antropologiczną dociekliwością badają pozornie znane lądy, prowadza literackie śledztwa, odkrywające przed czytelnikiem nieznane strony fenomenu zwanego Europą.” (za notką z okładki)

wtorek, 3 kwietnia 2012

Blogoholizm

No dobra, odwołuję zawieszenie.
 To nie do końca był żart primaaprilisowy. Miał być odwyk. Miało być więcej czytania (książek nie blogów) i porządki wiosenno - przedświąteczne w mieszkaniu. Jednak zgodnie z zasadą Oscara Wilde'a, nigdy nie odkładam na jutro tego, co mogę zrobić.... pojutrze. Tymczasem a to tu zajrzę, a to tam zerknę.... A to do nowego wyzwania się przyłączę.... (30 dni z książkami)...Ech........
Czy jest na to lekarstwo?

PS.
Pomyślałam ostatnio, że jest sporo książek okołobożonarodzeniowych  (np. "Opowieść wigilijna" Dickensa, "Srebrne dzwonki"Luanne Rice, "Szukając Noel" R. P. Evansa, "Noelka" M.Musierowicz , "Boże Narodzenie w Lost River" F. Flagg, "Wiedźmikołaj" Pratchetta - czytam obecnie), natomiast nie ma raczej okołowielkanocnych. Nie licząc fragmentów z "Lalki" czy "Chłopów" (bo nie chodzi mi o opisy zwyczajów), do głowy przychodzi mi jedynie "Czarnoksiężnik" W. Barretta oraz w pewnym sensie "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa.
Nie jedynie. Przyszło mi jeszcze na myśl: "Czekolada" J. Harris i pisanki Bobcia z "Szóstej klepki", ten to miał pomysły ;-) Ale mi cały czas nie chodzi  o motyw (że bohaterowie malują jajka, idą ze święconką czy pieką babki) ale o całą historię okołowielkanocną. "Czekolada" chyba najbardziej pasuje.

Follow by Email