czwartek, 31 maja 2012

Manniak muzyki


Wojciecha Manna nikomu przedstawiać chyba nie trzeba. Znamy go zarówno z telewizyjnego ekranu  jak i radiowego eteru, głównie Trójki. Znakomity dziennikarz muzyczny,  redaktor, konferansjer, tłumacz (anglista) i autor tekstów. Gwarancja dobrej rozrywki.
"RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą" (Znak, 2010) to swego rodzaju autobiografia pana Wojtka, skupiająca się na jego życiu zawodowym i życiowej pasji, będąca zarazem opowieścią o historii muzyki rozrywkowej w Polsce w 2.poł. XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem czasów, gdy świat rozdzielała "żelazna kurtyna". Czytelnicy lubujący się w odkrywaniu rodzinnych sekretów, tajemnic alkowy i skandalach nie mają tu czego szukać.
Pejzaż wspomnień Manna obejmuje młodzieńcze fascynacje, pierwsze radiowe odbiorniki, z trudem zdobyte zachodnie płyty, kluby muzyczne, organizowanie wydarzeń artystycznych, kontakty z Pagartem, koncerty i "afterparty", początki w rozgłośni radiowej, pracę w telewizji, redakcję pisma "Non Stop", Radio Kolor, kuluary festiwalowe. Opowieść skrzy się humorem, nie brakuje anegdot, ciekawostek i autoironii, rozbrzmiewa jazzem i rockandrollem. Wzbogacają ją fotografie, których ilość jest w sam raz, nie przeważają nad treścią. Dodatkowym smaczkiem są umieszczone tu i ówdzie Top-5, np. "Pięć piosenek o największym stopniu okropności" (wg W. M. oczywiście, subiektywnie) czy "Pięć najbardziej niezapomnianych koncertów".  Z tego wszystkiego przebija ogromny sentyment dla tamtych czasów, dla wydarzeń i przeżyć z tamtych lat - głównie dotyczących sfery muzycznej.
Nieco drażni jaskrawa koralowa barwa w tytułach i napisach, jak również na wklejkach i tylnej okładce, ale przez to książka staje się jakby "krzykliwa", zauważalna od razu. To można przeboleć."RockMann..." ma natomiast poważniejszą wadę. Mianowicie - jest za krótki. Co to jest dwieście stron ze zdjęciami włącznie, gdy czytelnik się "zasłuchał" w gawędę pana Manna, rozbawił, zaciekawił....

Przeczytałam z przyjemnością.

środa, 30 maja 2012

Majowe zdobycze i zmiany

Z biblioteki. Jak widać-różnorodny kaliber. Kobieca "Miotła", reportaż z Czarnego, Nora na deser.
Zakładka tkwi w "Białych zeszytach". Podobają mi się zapiski Raduńskiej. Wczuwam się.









Zakupione via Allegro, antykwaryczne skarby. Koliber rządzi!
Od dawna polowałam na Mansfield, Capote'go łyżkami czytuję, Dygat - chętnie poznam jego kolejną powieść ("Jezioro Bodeńskie" kiedyś czytałam), Kuncewiczową skwapliwie kolekcjonuję.
Kraszewski - tak przy okazji.
Poradniczek o przecinkach  na pewno się przyda.
Antologia wierszy z 1981 roku co prawda zawiera trochę nieaktualnych (np. pean na cześć Czerwonej Armii Szewalda) ale większość uniwersalnych utworów.

A tu zdobycze:
- wygrane (Solo i Droga do Różan), 
-otrzymane (Kłaniam się nakanapie,pl), 
-przygarnięte ( Jerzy Kuncewicz!!!! oraz "Początek":był lekturą w klasie maturalnej, ale przy galopującym tempie omawiania - Inviernita coś o tym wie - jakoś zupełnie zapomniałam o tym to jest...)
-odkupione na Targu z Książkami (Dehnel)
(Niektóre przybyły jeszcze w kwietniu, ale już po prezentacji stosika, zatem załapały się na maj.)



Do grupy przygarniętych należy jeszcze Krabat. Nie mam jednak tej książki pod ręką, więc prezentuję zdjęcie zapożyczone z portalu "Graty z chaty".

W drodze są jeszcze dwie książeczki - "Antygona"( bo chyba nie mam) i kryminałek Joe Alex. Obie przygarnięte.
Z dużym prawdopodobieństwem był to przedostatni stosik w tym roku. Ostatni będzie jak zrealizuję wygrany bon. Następnie STOP! I tak mam zapasy na ładnych parę lat... Plus biblioteka, bo jednak nie umiem zrezygnować na rzecz tylko własnych zbiorów.

Wczoraj z ukontentowaniem obejrzałam spektakl Teatru Telewizji "Next-Eks" w reżyserii J. Machulskiego. Znakomici aktorzy, zarówno "stare" wygi jak i świeża krew, zabawne dialogi, barwny język, humor. Fabuła stara jak świat (rodzice kręcą nosem na potencjalnych kandydatów do ręki ich córki, mają wygórowane wymagania, dziewczyna jednak postępem doprowadza do tego, że zmieniają nastawienie i akceptują wybranka), ale ukazana w nowych dekoracjach. Współczesność skrzeczy, chciałabym rzec. Śmiałam się głośno, co rzadko mi się zdarza przed telewizorem, nawet oglądając kabaret.

Odnośnie zapowiedzianych zmian - będą na blogu wyświetlały się reklamy. Mam nadzieję, że Szanownym Odwiedzającym zbytnio zawadzać nie będą, a mi przysporzą paru groszy.

Zmiana dotyczy też mnie.  Jak miło, gdy szczękają nożyczki w ręku fachowej fryzjerki...
Tadammmm!
Na koniec na specjalne życzenie - Elwirka!



:-)


sobota, 26 maja 2012

Z dystansem o "Transie"

M. Gretkowska, Trans, Świat Książki 2011, s. 288.

Twórczość Manueli Gretkowskiej jest specyficzna i nie każdemu odpowiada. To chyba pisarka z rodzaju tych twórców, których albo się lubi, albo nie. Ja akurat lubię. Jednakowoż zaczynam utwierdzać się we wniosku, że wolę jej dawniejsze książki niż nowości, a pod względem gatunkowym - felietony i zapiski dziennikowe niż powieści. "Trans" podobał mi się średnio, momentami bardziej, momentami mniej lub wcale. Zdążyłam się przyzwyczaić do stylu  tej autorki, więc nic mnie nie dziwiło, nie szokowało, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Wrażliwszym odradzam jedzenie przy lekturze tej książki. Bywa niesmacznie, wulgarnie, obrazoburczo, prowokacyjnie.

U Gretkowskiej filozofia miesza się z fizjologią, antropologia z autobiografią, a wszystko to w sosie literackiej kreacji."Powieść jest literackim kundlem, mieszańcem fantazji, eseju i realu" - mówi pisarka w wywiadzie da VIVY! W tej samej rozmowie stwierdza, iż "Trans" zaskoczył ją tym, jak mocno ta historia była w niej i jak dobrze ilustruje żeńsko - męskie dramaty: "Z osobistego punktu widzenia jest zdystansowaną upływem czasu bolesną wiwisekcją. W pisarskiej perspektywie to relacja na gorąco z miłosnego transu, w którym traci się kontakt z rzeczywistością. Bo toksyczna miłość, czy raczej pseudomiłość, odurza jak narkotyk i uzależnia".

"Trans" to powieść o toksycznych uczuciach i zależnościach, emigracyjnych doświadczeniach bohaterki, o jej perypetiach z mężczyznami, z pracą i ogólnie z życiem, o genezie scenariusza filmu "Szamanka" (nie oglądałam, nie zamierzam). Sporo tu kluczy do autentycznych postaci i zdarzeń, ale nie można zapominać, że mimo wszystko to jest fikcja literacka.

Na pierwsze spotkanie z prozą Gretkowskiej raczej odradzam, lepiej zacząć od debiutanckiego utworu "My zdjes' emigranty" chociażby. Stałym czytelnikom Manueli tej książki polecać nie trzeba, bo sięgną, nawet jeśli tylko z przyzwyczajenia. Zresztą- pewnie  większość już czytała, a teraz mierzy się z kolejną powieścią pt. "Agent". Ja też jestem jej ciekawa, a mam jeszcze do nadrobienia poprzednią - "Miłość po polsku". Wtedy będę mogła je porównać, póki co - wolę "Kobietę i mężczyzn", o których pisałam tutaj.

czwartek, 24 maja 2012

Sukcesor Noego


Tytuł opowiadania (gawędy) nieco zwodzi na manowce, bo mowa tu nie o żadnych papierach i nie o żadnym Glince, a o Krzyskim, którego barwną personę uwiecznił na kartach swego pamiętnika rzeczony Glinka, służący w książęcym regimencie. Trzeba wiedzieć, że obie postaci są fikcyjne, wklejone przez Kraszewskiego w historyczne tło - czasy Stanisława Augusta.

Rzecz dzieje się w Nieświeżu, na dworze księcia Karola Radziwiłła, zwanego od ulubionego powiedzonka "Panie kochanku". Wokół magnata gromadzi się liczne grono towarzyszy, rezydentów oraz "przybłędów", którzy grzeją się w blasku jego chwały, żywią u jego stołu i korzystają z majątku, zdecydowanie nadużywając. Sam książę nader hojnie obdarza wianem swoich podopiecznych, gościny i kiesy nikomu nie żałuje. Pewnego razu przybywa do nieświeskiej rezydencji wielce osobliwy jegomość:
"... twarz miał czarną, osmaloną, niemal cygańską, zarost jak smoła; do tego kędzierzawy, oczy wypukłe, jak węgle, zęby długie białe, przeciągłe oblicze grubo pofałdowane jakby w zakładki...
tu i ówdzie po nim rosły, niby kępiny brunatne, brodawki pokryte długimi włosami (...)" (s.8) 
Strój  przybysza również godzien jest uwagi:
"Szarawary karmazynowe, szerokie, buty malinowe, cytrynowy żupan atłasowy, a jasnozielony kontusz. Nie dosyć na tym, dla większej pstrocizny pas niebieski z czerwonym, a na kontuszu jeszcze szamerowanie pomarańczowe, niby ze złotem, czy szychem. przy czapce mu się piórko kołysało jakiegoś osobliwego też ptaka, mienione niebieskie z zielonym. Szabelka była u rękojeści turkusami sadzona, znać wschodnia". (s.9) Zadziwiający okazuje się też podarek dla Radziwiłła przywieziony
z Bliskiego Wschodu - butelka wina z piwnicy Noego (tego od potopu i arki!). Zręczna gadka, spryt, bałamuctwa i pochlebstwa pozwalają Krzyskiemu szybko zyskać miejsce wśród dworzan oraz przysłowiowy wikt i opierunek. Nieszkodliwy zeń błazen, ale książę nie lubi "sukcesora Noego"- jak pogardliwie nazywa  tego szlachcica (zresztą wątpliwego rodu)- i chce się go pozbyć. Wraz z poplecznikami postanawia więc "zażyć trutnia" i snuje intrygę matrymonialną. Pomysł ożenku całkiem przypada do gustu Krzyskiemu, ale obiekt jego zalotów - panna Zoryna-  nie podoba się księciu. To znaczy sama wybranka właśnie się mu podoba, ale obudził się w nim "pies ogrodnika", zazdrości dawnego feblika.
No i się porobiło.... Kto w czyje wpadł sidła,  kto wyszedł jak Zabłocki na mydle - zapraszam do lektury. Dodam tylko, że aż cisną się do głowy przysłowia i powiedzenia: "zastaw się, a postaw się", "na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą", "dać kurze grzędę..."etc.

 Opowiadanie, mimo archaicznej stylizacji, czyta się szybko i przyjemnie. Jest krótkie, wartkie i zabawne. Jednak pod płaszczykiem ( czy raczej pstrokatymi szarawarami i kontuszem) lekkości i zabawy kryje się niewesoły obraz: oto w postaciach i zdarzeniach autor ukazał przywary magnaterii i szlachty, a także pośrednio przyczyny upadku świetności kraju. Znać krytycyzm Kraszewskiego, choć unika piętnowania wad i zła, to wyraźnie pokazuje, jak, gdzie i w czym one się przejawiają.

W nocie wydawniczej, jaką opatrzono egzemplarz, który miałam przyjemność czytać, nadmieniono, iż ze względu na treść można by ten utwór zatytułować "O szlachcicu, który nabrał Radziwiłła", a główny wątek przypomina motyw z podań ludowych -"chłopa, co oszukał diabła". Coś w tym jest, choć mi raczej to Krzyski z diabłem się kojarzy, zatem byłaby to historia "jak diabeł wykiwał bogacza", czy coś w tym rodzaju.
W każdym razie - "Papiery po Glince" są znośną i całkiem interesującą lekturą, dobrą jako przerywnik między opasłymi tomami i zalewem współczesnych nowości. Polecam łaskawej uwadze czytelników.

J. I. Kraszewski, Papiery po Glince. Opowiadanie z życia Karola Radziwiłła "Panie Kochanku",Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1988.

(Źródło zdjęcia okładki: Lubimyczytac.pl)

Książkę przeczytałam zmobilizowana przez: 


poniedziałek, 21 maja 2012

Poniedziałek? Lubię to!

Już niegdyś wspominałam, że lubię poniedziałki. To bowiem nie pierwszy raz, kiedy właśnie tego dnia spotyka mnie coś miłego, dostaję wyczekiwaną przesyłkę albo zdarza się niespodzianka. Dziś  było nie inaczej. Ale o tym za chwilę. 
Ranek rozpoczął się hałaśliwie. Rzut oka przez okno balkonowe wystarczył, by stwierdzić, co było przyczyną podejrzanego warkotu. Koparka. Panowie robotnicy rozkopali nam osiedle akurat tam, gdzie jest placyk zabaw. Huśtawka znalazła się tuż obok wykopu. Parę drzewek - out!Remont rur chyba, kanalizacyjnych, czy ja wiem... W każdym razie z dziecięciem trzeba chodzić spacerować i bawić się nieco dalej, co w sumie żadnym problemem dla nas nie jest. Ciekawa tylko jestem jak długo te wykopki będą, bo boję się, żeby do jakiego nieszczęścia nie doszło. Po południu, jak już robotnicy skończyli pracę, ogrodziwszy teren biało-czerwonymi taśmami i stosownymi tabliczkami, miejscowa dzieciarnia zaczęła skikać po tych zwałach ziemi naokoło dołów. Akurat wieszałam pranie na balkonie i oczyma wyobraźni widziałam już te złamane ręce, skręcone kostki...brr... nie chcę myśleć dalej. Na szczęście jakiś pan tubalnym głosem prześwięcił małolatów z tego miejsca. 
Wracając do ranka... W ramach przedpołudniowej drzemki Elwirki i ja zwinęłam się w kłębek. Obudziłyśmy się lekko zdziwione prawie przed 12-tą... Toteż później czas leciał jak z bicza strzelił. Obiad, pranie, takie tam domowe sprawy. Wyekspediowałam roczniaczka z tatą na dwór i znalazłam chwilkę dla siebie. Rozmyślając nad bliższym poznaniem literatury czeskiej, przeczytałam rozdział z książki "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla. Nie o sarnach było, a o rybach. Dokładnie o karpiach. Piękniusza proza! Nie żebym miała 5 innych  lektur zaczętych.... Ech... Zajrzałam oczywiście na blogi, do poczty... a tam... mało się nie zakrztusiłam z wrażenia: był mejl z wynikami konkursu na recenzję "Płatków na wietrze" ogłoszonego przez Świat Książki. Czytałam dwa razy, dla pewności. A nawet trzy ;-) Jest mi niezmiernie miło, że mogę się podzielić moją radością: dzięki tekstowi "Toksyczny thiller z kwiatami w tle" mam okazję poszaleć wśród sklepowej oferty Weltbildu. Ciekawe, czy ktoś zgadnie choć jedną książkę, jaką wybiorę ( bo nie da się ukryć, że będą to raczej książki, a nie filmy, płyty muzyczne czy dekoracje).
Poza tym udało mi się wyszperać kilka '"skarbów" w internetowym antykwariacie, średnio po 3,50, a nazwiska przednie: Capote, Mansfield, Kraszewski... Co więcej, są szanse, że w tym tygodniu uda mi się więcej poczytać. Planuję  wizytę w salonie fryzjerskim. Ciach! Chcę wybrać się na seansik w grocie solnej, oczywiście z książką. Wreszcie może też zrobię porządki w szafkach z ubraniami, bo na półkach "dziada z babą brak".
Oby tylko pogoda dopisała, nie musi być upał, o nie, byle było ciepło i nie lało.
 Czego sobie i Wam życzę -
Ag.


niedziela, 20 maja 2012

"Przeklęte, zaklęte" I. Matuszkiewicz



Irena Matuszkiewicz, Przeklęte, zaklęte, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2007, s. 294.

Autorka m. in. „Agencji Złamanych Serc” i „Salonowego życia” tym razem przedstawia opowiadania o pięciu kobietach, nad którymi ciąży klątwa Cyganki. Mimo iż kobiety żyją w innych czasach, miejscach i warunkach, a i same się zmieniają, zła wróżba działa. Głosi, że żadna z rodu aż do piątego pokolenia nie poślubi tego, którego pokocha, a ich los będzie zawsze „pod górę”.
Opowieść ukazuje jak bardzo zmieniło się życie kobiet na przestrzeni ostatniego stulecia, one same i świat wokół nich, społeczne i polityczne realia, obyczaje, moda. Autorka stawia pytanie, czy to rzeczywiście słowa Cyganki zdeterminowały los bohaterek, czy one same przyczyniły się do takiego, a nie innego biegu ich życia.
Fotografie z rodzinnego albumu stają się pretekstem do snucia wspomnień. Dzieje rodu rozpoczyna Marcjanna, pracowita i rezolutna, o ciętym języku i ogromnym uporze, dla której największą wartością jest ziemia i uczciwa praca na własnym gospodarstwie. Jej córka Eleonora chce się uczyć, pracuje we dworze, zdobywa fach krawiecki. Z chłopskiej chaty przenosi się do miasta. Zosia również nie zamierza pracować na roli. Czasy II wojny światowej dają się mocno we znaki bohaterkom. Klątwa Cyganki sprawdza się, a one muszą walczyć z przeciwnościami losu. Łatwego życia nie miała także Mira, choć w porównaniu z matką miała o wiele lepsze warunki.
Począwszy od Marcysi a skończywszy na jej prawnuczce Agnieszce, wszystkie kobiety z rodu cechuje niezwykły upór i wewnętrzna siła. Każda ma inne usposobienie, inny temperament, inne wartości i poglądy. Ich portrety ukazane są szeroko i malowniczo, poznajemy zachowania, czyny i myśli bohaterek. Tłem ich życia są zmiany zachodzące w Polsce w ciągu całego wieku. Obserwujemy rozwój techniki, zmiany obyczajowości, dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o realiach życia w chłopskiej chacie na początku XX wieku, o różnicach społecznych, o dawnych obyczajach.
Przeklęte, zaklęte” to doskonały przykład literatury obyczajowej, po którą mogą sięgnąć wszyscy niezależnie od płci i wieku. 

*****
Książkę czytałam parę lat temu, wówczas też powstał ten tekst. Co prawda nie jest najlepszy, ale przynajmniej krótki. Dziś go wygrzebałam z czeluści komputera i pomyślałam: wrzucę, a co tam...

piątek, 18 maja 2012

Kratka

Pogoda w kratkę, nastroje w paski. Natomiast czytanie- pstrokate. Trochę tego i owego - zaznaczyłam w spisiku. Plus jeszcze legenda łużycka ;-) Czuję się jak ten osiołek, któremu w żłoby dano...I to pachnie, i to nęci. A efekt taki, że nic mi nie idzie. Z drugiej strony nie mam ostatnio wiele czasu na zatopienie się w lekturze, więc omijam celowo takie książki, od których nie można się oderwać.

Kto w poniedziałek nie oglądał Teatru Tv, niech żałuje. Świetna sztuka. Życiowa. "Daily soup". Podziwiam panią Szaflarską... Ileż ona ma lat? A pełna wigoru i nadal na scenie.
 
Nic, zmykam.
Miłego weekendu ;-)

sobota, 12 maja 2012

KMC -"Karolcia" Maria Krüger

M. Kruger, Karolcia, Wyd. Siedmioróg 1995, s. 134.

Wiele osób wymienia "Karolcię" jako jedną z najulubieńszych książek dzieciństwa. Jej obecność w kanonie lektur szkolnych dla najmłodszych sprawia, że nie sposób nie znać tej opowieści o błękitnym koraliku. Któż z nas nie chciał mieć takiego talizmanu! Kto nie marzył o tym, by być niewidzialnym, by latać czy rozmawiać ze zwierzętami! Czytając "Karolcię" można tego było doświadczyć choć w wyobraźni. Maria Krüger, znana autorka literatury dziecięcej, napisała tę powieść w 1959 roku, a więc już od ponad pół wieku kolejne pokolenia czytają o perypetiach sympatycznej dziewczynki.(...)
Ciąg dalszy znajdziecie tutaj



/Tu zaś chciałam dać banerek "Klasyka Młodego Czytelnika", ale coś się pofikało i nie mogę. To ten z czytającym dzieciakiem -po prawej stronie/

czwartek, 10 maja 2012

Hazardziści i prawnicy

N. Roberts, Zagraj ze mną, Wyd. Mira- Harlequin, 2012. s 462.
Książkę przeczytałam na bieżąco jak tylko dostała się w moje ręce, a czekała na mnie w supermarkecie, taka sierotka na półce, musiałam ją przygarnąć! ;-) Przy zapotrzebowaniu na lekką i nie wymagającą zbytniego zaangażowania, a przy tym zabawną i przyjemną lekturę - Nora jest jak znalazł.

Tomik zawiera dwa opowiadania: tytułowe "Zagraj ze mną" (Playing the Odds) oraz "Kodeks uczuć" (Tempting Fate). Dotyczą one członków rodziny MacGregorów. Jak się zorientowałam, autorka stworzyła cały cykl opowieści o tym rodzie ze szkockimi korzeniami. Nie ulega wątpliwości, że muszę poznać całość. Mam już dwie kolejne na półce. Ale wróćmy do tematu.

Od pierwszych stron polubiłam Serenę, dziewczynę o fiołkowych oczach, która po ukończeniu prestiżowej uczelni zaokrętowała się  na wycieczkowy liniowiec kursujący po Karaibach. Chciała zastanowić się nad planami na przyszłość. Na statku pracowała w kasynie i cieszyła się niezależnością. Pewnego razu na jej drodze stanął bezczelny typ o indiańskiej urodzie - Justin Blade... Ona była znakomita krupierką, on - wytrawnym graczem, ale tym razem ktoś inny rozdał karty, a może tylko pomógł przeznaczeniu... Potem wydarzenia potoczyły się lawinowo. Była też nutka sensacji, podłożona bomba wprowadziła zamieszanie w życie postaci, a to dopiero początek...
W drugiej opowieści pozostajemy w kręgu tych samych bohaterów, tylko punkt ciężkości przesuwa się na Caine'a, brata Sereny oraz Dianę, siostrę Justina. Tych dwoje los zetknął na płaszczyźnie rodzinnej i zawodowej - oboje są prawnikami. Zanim jednak zaczną układać wspólną przyszłość, w kancelarii i sypialni, Diana musi rozliczyć i pogodzić się z przeszłością, dać szansę swemu bratu, by znów stał się jej bliski.
Bohaterowie muszą zagrać va banque, nie mogą przegapić życiowej szansy. Czy w ich przypadku okaże się prawdą, że kto nie ma  szczęścia w kartach, ten ma szczęście w miłości?

Trudno powiedzieć z czego to wynika, ale pierwsze opowiadanie bardziej mi się podobało. Było zgrabne, wartkie, dużo się tam działo, natomiast w drugim- znacznie spokojniej, mniej zajmująco, przewidywalnie, jakby mniej pomysłowo. Zdecydowanie bardziej polubiłam przebojową Serenę niż chłodną i zachowawczą Dianę. Caine też jakoś specjalnie mnie nie zachwycił. Mimo wszystko bardzo miło spędziłam czas z rodziną MacGregorów, z nestorem rodu Danielem na czele - nieco ekscentrycznym, ale uroczym, jowialnym starszym panem. Chętnie poznam, co jeszcze wymyślił, co uknuł za plecami swoich potomków. Postaci wykreowane prze Roberts mają nie tylko charakter, ale i charakterek. Ostre pazurki, cięte języki, trafne i zabawne riposty to domena głównie kobiet z kart jej książek, ale i mężczyźni nie odstają od tego poziomu. 

To dopiero początek mojej znajomości z twórczością Nory R. Do tej pory zabrała mnie do szkoły baletowej, na Dziki Zachód, nad jezioro, gdzie grasują demony oraz do kasyna i  kancelarii adwokackiej. Gdzie zaprowadzi mnie w kolejnych książkach? Nie mogę się doczekać!


środa, 9 maja 2012

Przecudna

Ostatnio wręcz roi się od inicjatyw promujących polską literaturę współczesną, głównie tę lżejszego kalibru, są to m.in. SPOPA (Słowem Pisanym o Polskich Autorach) i akcja Włóczykijka, strona Konkursy z polskimi Autorami CPA, Książka Zamiast Kwiatka oraz liczne konkursy, wywiady, prezentacje typu ABC... O niektórych autorach można nawet rzec żartem, iż "opanowali" sieć. Nie każdemu odpowiada ten typ prozy, jaki serwują nam rodzimi twórcy, cóż, gusta i potrzeby są różne, ważne jednak jest, że coś się dzieje na rynku wydawniczym i możemy sięgać nie tylko po wznawianą klasykę (choć tej nigdy nie za wiele) oraz zagraniczne bestsellery(z którymi różnie bywa). Dobrze, że mamy wybór, a nieraz można trafić na niezłe, przyjemne porcje lektury. Zaczynam jednak lekko zbaczać z toru, co to ja miałam na myśli... Zaczęłam w ten sposób, bo chciałam powiedzieć, że w żadnej z wymienionych akcji nie spotkałam się z książkami Grażyny Bełzy. Tak, Bełza. Tak samo jak ten pan od wierszyka "Kto ty jesteś? Polak mały", ale to raczej chyba nie rodzina. 

Zgadałam się niedawno przy okazji babskich ploteczek o powieści "Casting na diabła" - ponoć fajna- i przypomniałam sobie, że  czytałam "Przecudną" tejże autorki. Książeczkę kupiłam w zeszłym roku za parę złotych jako dodatek do kobiecego pisemka dla pań domu. Pochłonęłam szybko, a gdy teraz zaczęłam sobie przypominać o czym to było, to się zdziwiłam, bo jak na czytadło (które zazwyczaj równie szybko się zapomina jak przyswaja), to całkiem sporo mi zostało. Skoro pamiętałam imiona bohaterów - to już sukces, a jeszcze i wątek i parę szczegółów. Pomyślałam więc, że skrobnę słówko o tej książce.

G. Bełza, Przecudna, Wyd. Prószyński i S-ka, 2009

Z okładki:
Anastazja - córka klepiącej biedę, porzuconej przez męża bibliotekarki, ledwo wiąże koniec z końcem po wyjeździe na studia. Mając dość liczenia każdego grosza, postanawia zostać luksusową prostytutką. Przychodzi jej to bez trudu – ma wygląd anioła i do tego zna cztery języki. Pewnego dnia jeden z klientów proponuje jej udział w przekręcie...

"Przecudna" została wydana w serii "Z motylem", a na brzegu okładki widnieją hasła (tagi?) "Kariera, mężczyźni, seks, miłość". Nie lubię takiego otagowywania, hasła zazwyczaj mocno spłycają tematykę książki, mogą zmylić czytelnika, który się albo zrazi  albo rozczaruje. W tym przypadku owszem, hasła niby pasują, ale nie do końca określają tę powieść. Tu bowiem wcale nie o miłość ani o karierę chodzi, tu nie rządzą.emocje i pikantne sceny. To przede wszystkim zabawa konwencją i językiem, gra skojarzeń, żonglerka słowami, słowotok z przerwą na reklamę. Autorka prowadzi bohaterów po stronach powieści, rzucając ich w wir zdarzeń ( nawet wysyłając do Tirany, bo takie ma pomysł), ale nie zapomina też o czytelniku, do którego się nieraz zwraca i wciąga go do gry ("I co, czytelniku, teraz sobie myślisz, że co?"). Jest straszno i śmieszno, słodko i gorzko. Bajecznie i niebezpiecznie. Nierealnie, ale mimo wszystko prawdziwie. Momentami styl przypominał mi Masłowską, ale niech to moje skojarzenie za bardzo nie rzutuje na nastawienie do prozy G. Bełzy.
Mała próbka: "Anastazja siedzi więc w barze i sączy martini. Trzy godziny ma jeszcze na to sączenie i na nicnierobienie. Nie licząc kursu Feng-shui w pobliskim domu kultury, na który jeszcze nie wie, czy w ogóle pójdzie. może więc położyć koło aktówki swój rozbrajający uśmiech, żeby się trochę przespał, tak jak czerwone szpilki pochrapujące teraz pod wysokim stołkiem barowym. Incognito tu jest Anastazja, w wersji nie dla paparazzich, jak Madonna w wałkach na głowie, ale kto tu może ze znajomych ją zobaczyć, na tym Bródnie, gdzie wcale nie jest cudnie, gdzie na betonie nawet kwiaty nie rosną ani kaktusy na dłoniach, ani nawet w banku procenty." (s.7)
 "Przecudna" jest zabawna, przekorna, kiczowata (celowo!), nie można jej brać na serio, bo inaczej wydać by się mogła się naiwna, bełkotliwa, banalna. Trzeba ją czytać z przymrużeniem oka i świadomością, że w literaturze chodzi nie tylko o fabułę, ale i o narrację, a forma jest równie ważna jak treść, a niekiedy ważniejsza... Lubię książki, w których narrator wystawia głowę zza pleców bohaterów, a odbiorca ma poczucie, że wdepnął w świat literackiej kreacji.
 "Fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, żeby bawić się, żeby bawić się, żeby bawić się na całego...." śpiewały Fasolki, a mnie ta piosenka bardzo współgra z tym, co sama Grażyna Bełza napisała w nocie na okładce:
„Przecudna” to historia o dziewczynie, która postanawia w stu procentach spożytkować otrzymany od Stwórcy dar i zamiast piąć się niczym namolny bluszcz po korporacyjnych szczebelkach, gnuśnieć w poczciwym małżeństwie, zaciągać kredyty na sto dziesięć lat, słowem – zamiast żyć jak wszyscy inni porządni obywatele, wybiera życie niebezpieczne, ale za to bajeczne. Nie ma kobiety, która by o takim życiu choć raz nie zamarzyła, choć rzadko która ma odwagę się do tego przyznać. Ja mam. Dlatego właśnie napisałam tę powieść – żeby sobie trochę pożyć takim właśnie bajecznym życiem. Odetchnąć od rat zero procent."

 ***
Zatem odetchnijmy, poczytajmy i pożyjmy. Bajecznie. Przecudnie. Nocą i w południe.


wtorek, 8 maja 2012

Maj z Trójką, czy bez..

Maj to przepiękny miesiąc, nie tylko zielony, bzowy, konwaliowy, ale wyjątkowo książkowy i biblioteczny. Dziś obchodzimy Dzień Bibliotekarza, rozpoczyna się Tydzień Bibliotek.
 Z tej okazji życzę:
 aby czytelników przybywało, 
nowości na półkach nie brakowało, 
czasem pisarz zagościł,
 a praca przynosiła wiele radości.

/ źródło:internet/
Muszę się wybrać niebawem do lokalnego przybytku bibliotecznego, wszak "Mariolę..." oddać już czas, ale tym razem wątpię, bym wypożyczyła kolejną książkę. Swoich mam aż nadto, a liczba pozycji przeczytanych w danym miesiącu drastycznie mi spada ostatnio. Z tego powodu też odpuszczam sobie udział w wyzwaniu prowadzonym przez Sardegnę Trójka E-PIK( Szczegóły w linku pod zdjęciem). Chciałam się przyłączyć, ale nie chcę zbyt drastycznie zmieniać swoich najbliższych czytelniczych planów, a przy 3-4 książkach, jakie udaje mi się przeczytać miesięcznie nie poszaleję.Minął już tydzień maja, a ja nadal tkwię w tym, co zaczęłam w kwietniu.
Na maj zaproponowane zostały: literatura azjatycka, klasyka polska i powieść historyczna. Na upartego to można by zakombinować i zrobić 2 w 1, np. czytając powieść historyczną Kraszewskiego albo coś Sienkiewicza. Jednak to ma być trójka -jak wyzwanie, to wyzwanie ;-) Co do literatury azjatyckiej, to reprezentowana jest na moich półkach szczątkowo, jedyne nie przeczytane dotąd powieści są dość obszerne, boję się, że zajęłyby mi ze 2 tygodnie przy obecnym tempie lektury. W ramach klasyki polskiej (bardzo szerokie pojęcie) coś niewielkiego by się znalazło, natomiast na powieści historyczne teraz większej ochoty nie mam.
Tak więc niestety, tym razem rezygnuję z akcesu. ale śledzę Trójkę z ciekawością i serdecznie Wam polecam. Może komuś takie wyzwanie pomoże zmobilizować się do "odgruzowania" półek, sięgnięcia po nowe dla siebie gatunki, odkrycia nowych światów.



Na pewno miałam jeszcze o czymś napisać, ale wyleciało mi z głowy. Nic dziwnego, kicham jak najęta.
Pozdrawiam ciepło-
Buszująca w sieci
A.

niedziela, 6 maja 2012

Minął tydzień....

Myk i pierwszy tydzień maja mamy za sobą. 
Ogólnie rzecz biorąc - czuję się zmęczona. Dużo się działo, mało czytało. Przeczytałam zaledwie parę stron "Podróży Maudie Tipstaff" oraz przejrzałam "Życie na Gorąco", "Przyjaciółkę" i sobotnie "Wysokie Obcasy". W tym ostatnim czasopiśmie znalazłam ciekawy przepis - sos holenderski do szparagów, mam ochotę wypróbować. Eksperymenty kulinarne bywają znakomite- przykładem kompot z mango ;-)
 Obejrzałam film (co ostatnimi czasy rzadko się zdarza)- "Niewidzialny" w reż. D. Goeyera (na podstawie książki M. Wahla). Rewelacyjny to on nie był, ale też nie najgorszy, chociaż dość przewidywalny. Problematyka - samotność, alienacja, dobro i zło, przyjaźń, determinacja poświęcenie, trudne relacje - ciekawa, poruszająca. Fabuła prosta. Ładna muzyka. Za obowiązkowy do obejrzenia to bym tego filmu nie uznała, ale w kategorii "można obejrzeć" dałabym mu duży plus.
Deszcze i burze pokrzyżowały nieco plany, ale mimo wszystko urodziny Elwirki zaliczam do udanych. Szkrabiątko coraz śmielej poczyna sobie w stawianiu pierwszych kroków, z każdym dniem idzie jej lepiej, sama po pokoju daje radę przejść, a na spacerze trzymana za ręce dzielnie kroczy spory szmat drogi.
Kupiłam sobie sukienkę, a i książkowych zdobyczy na półkach przybyło, czyli będzie jednak majowy stosik. Tylko z czytaniem krucho.
Właśnie- to co ja tu robię... idę poczytać.
Tymczasem!




Follow by Email