sobota, 29 września 2012

Wrześniowa Trójka E-pik hurtem

Nie wszystkie książkowo-blogowe  akcje i wyzwania mi odpowiadają, ale ich ilość i różnorodność sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Od niedawna uczestniczę w "Trójkach E-pik" u Sardegny, znalazłszy w tym metodę na zorganizowanie sobie lektur w sytuacji, gdy  mam syndrom "osiołkowi w żłoby (a raczej "w półki")dano" i ta książka pachnie i ta nęci.... Trójkowe zadania mobilizują do opanowania własnych nieprzeczytanych zbiorów, czasem akurat pasują do moich innych czytelniczych zamiarów. W sierpniu podane kategorie pomogły mi zdecydować, jakie książki zabrać ze sobą na czas remontowej przeprowadzki, ale tylko 2/3 wyzwania zrealizowałam, bo traktuję je elastycznie - akurat nie miałam nic z wątkiem XIX-wiecznej Anglii więc nie kombinowałam, nie szukałam specjalnie po bibliotekach. Natomiast we wrześniu - wyszło 100% normy.

1. Literatura faktu - "Most" Geert Mak
Od literatury faktu nie stronię, wręcz przeciwnie. Akurat miałam z biblioteki tomik z wydawanej przez Czarne serii Sulina, którą bardzo lubię i cenię.
Geert Mak jest holenderskim historykiem, prawnikiem, pisarzem i dziennikarzem. Ma na koncie kilkanaście książek, m.in. "Moja Europa".  Niewielka objętościowo publikacja "Most" dotyczy mostu Galata łączącego  brzegi Złotego Rogu w Stambule. G. Mak w swym reportażu przybliża historię budowli oraz sylwetki różnych i barwnych osób  tam pracujących i spędzających czas. Rozmawia z handlarzem wkładek do butów, sprzedawcą herbaty, bukinistą, dziewczyną sprzedającą losy na loterię, wędkarzami, chłopakami handlującymi papierosami, tragarzem itp. Z ich opowieści wyłania się obraz przemian społecznych, ekonomicznych i  kulturowych, jakie zachodziły w złożonej narodowościowo Turcji, a także uwidacznia się turecka mentalność, odmienna od zachodnioeuropejskiej. Honor, religia, bieda, życie z dnia na dzień to tylko parę rysów tematycznych, jakie podjęte są w reportażu.
Autor  powołuje się na opisy mostu i w ogóle Stambułu/Konstantynopola w literaturze ( m.in. E. de Amicis - tak, ten od "Serca"!,  O.Pamuk,  E.Safak to tylko niektóre nazwiska, bogata bibliografia podana na końcu książki ). Porównuje, rozważa, rozmawia, stawia pytania, daje do myślenia.
Rzetelny reportaż z literackimi odniesieniami, ciekawe i wartościowe ujęcie dotyczące Turcji. Znakomicie się czyta.
2. Polska fantastyka - "Nagi cel" Adam Snerg - Wiśniewski
Poczatkowo,  gdy zobaczyłam kategorie, myślałam, że wreszcie sięgnę po Pilipiukową "Operację Dzień Wskrzeszenia", wygraną niegdyś w konkursie, ale zrewidowałam mozliwości czasowe i odpuściłam. Postanowiłam skorzystać z okazji (taka mała mobilizacja) i skończyć zaczętą w ubiegłym roku książeczkę pt. "Nagi cel". Zjawiła się ona na moich półkach, bo słyszałam co nieco o autorze, zagadkowej i znamienitej postaci w historii polskiej literatury s-f, chciałam spróbować choć jeden jego utwór. Lema znają wszyscy, nawet ci, którzy fantastyki naukowej nie czytują, zaś o Snergu zapomniano - oczywiście wyjąwszy fanów gatunku.
Nie będę się rozpisywać o fabule, bo szkoda mi czasu i energii. Zainteresowanych odsyłam tutaj http://snerg.lh2.pl/bibl/opisy/nagi_cel_opis.html
 Nie potrafiłam się wczuć w świat przedstawiony, przenieść się na Dach Świata, do stereonu, w wir perypetii bohaterów mających na celu udaremnienie wybuchu bomby w jednym z włoskich miast. Nie ogarnęłam teorii, tych wszystkich bytów, ekranów, przełączników, stereonów...
Czytałam automatycznie, bez zaangażowania, bez emocji.  "Nagi cel" spłynął  jak po kaczce. Nie dla mnie taka literatura.
3. Klasyka światowa-  T. Capote "Miriam" (zbiorek opowiadań) 
Klasyki nigdy za wiele. Gdybym miała we wrześniu więcej czasu sięgnęłabym np. po "Nanę" Zoli, albo "Panią Bovary" Flauberta albo .... No jest parę tytułów rodem ze światowego kanonu, których jeszcze nie było mi dane poznać. Do Trójki -e-pik wybrałam jednak książeczkę z serii Koliber (KIW).
Lubię amerykańskich pisarzy XX wieku - Salinger, Faulkner, Fitzgerald i oczywiście w tym gronie Capote-  z moim ulubionym "Śniadaniem u Tiffany'ego" na czele. Sukcesywnie poznaję inne jego utwory. Jest w nich nie tylko realizm, ale i nutka niesamowitości, niezwykły klimat. Opowiadania są nieco oniryczne, nieco groteskowe, nastrojowe, sugestywne. Często ich bohaterami są dzieci, dość dziwne dzieci. W tytułowym utworze panią Miller nawiedza dziewczynka( niemal jak Genowefa vel Aurelia w "Opium w rosole" wpada na obiadek) - postać o niezidentyfikowanej proweniencji.
Tomik zawiera  4 teksty: "Pan Bida" ( pan skupujący sny), "Dzieci w dniu urodzin" (ekscentryczna panna Bobbit), "Miriam", "Drzewo nocy" (podróżni w pociągu, Łazarz). W nawiasach zapisałam sobie charakterystyczne "punkty", by pamiętać choć odrobinę o czym były te utwory.

 Reasumując, wrześniowe lektury w ramach Trójki E-pik uważam za udane, bo choć nie zaprzyjaźniłam się ze Snergiem, to reportaż G. Maka okazał się świetny, a Capote- nie zawiódł moich oczekiwań, był jak stary znajomy.

Ciekawe, jakie zadania będą na październik...




piątek, 28 września 2012

Skandynawsko - filipińskie piekło

M. Axelsson, Daleko od Niflheimu, W.A.B 2003
Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy sięgnę po inne książki Majgull Axelsson, jeżeli jej domeną jest tak trudna, poważna i przytłaczająca problematyka jak w debiutanckim "Daleko od Niflheimu". Nie chodzi o to, że unikam takiej tematyki ( wręcz przeciwnie -przykład tutaj), ale jej nadmiar, ciężar i intensywność źle na mnie wpływają. Już i tak mam dosyć po telewizyjnych wiadomościach, czy radiowych informacjach, jak się jeszcze naczytam, to zwijam się w środku jak uschnięty liść i rozsypuję w drobny pył. Szwedzka pisarka doprowadziła mnie właśnie do takiego stanu, mocno przeczołgała psychicznie, przejechała pazurami po szybie. Nie zawsze jest się gotowym na taką literaturę.
 Niflheim to mitologiczna kraina, królestwo lodu i zimna,  ciemności, otchłań, miejsce, gdzie odchodzą dusze zmarłych, odpowiednik piekła. Fabuła powieści rozgrywa się w Szwecji i na Filipinach,- wyspach, które jawią się być rajem, jednak to pozory. Niflheim wcale nie jest daleko, to na ziemi jest prawdziwe piekło. "Piekło to inni" rzekł J.P. Sartre. Piekło to my - aż prosi się dodać.
Cecylia Lind, kobieta po czterdziestce, rozwódka, pracownik dyplomatyczny ambasady szwedzkiej powraca do rodzinnego domu, by opiekować się umierającą matką. We wspomnieniach przenosi się do dzieciństwa, czasów dojrzewania, odżywają dawne lęki, upokorzenia, traumy (znów staje się małą dziewczynką, która się zsikała, wyśmiewaną). Nie do zatarcia są obrazy z pobytu na Filipinach po erupucji wulkanu Pinatubo, gdzie ledwo uszła z życiem z katastrofy i straciła towarzyszy. Tak do końca nie wiadomo, co tam się stało, historia opowiadana jest w strzępach, niedopowiedziana. Bohaterkę dręczą wyrzuty sumienia, nosi w sobie ciężar tajemnicy. Czeka na telefon od dawnej przyjaciółki, czuje, że jest jej coś winna, wie, co naprawdę się stało z Butterfieldem, mężem Marity, z którym los zetknął ją w rejonie Manili.
Teraźniejszość Cecylii jest pełna bólu i cierpienia, przeszłość - jeszcze bardziej. Szwedka dźwiga straszne brzemię, dramatyczny balast, nie da się od niego uciec, jest uwikłana. Obrazy z Filipin są szczególnie tragiczne, zwłaszcza historia małej Dolly, naświetlająca sytuację dzieci pracujących w fabrykach, zmuszanych do pracy i dręczonych w krajach "trzeciego świata", a także życie rodziny Ricarda odzwierciedlające kondycję społeczno- ekonomiczną państwa.
W innym wydaniu ta powieść nosi tytuł "Droga do piekła", chyba trafniejszy niż ten odwołujący się do mitologii (choć uzasadniony w treści  powieści). Axelsson ukazuje piekło ludzkiej duszy, w której w ekstremalnych sytuacjach rozgrywają się dramatyczne wybory. Stosując retrospekcję, a w niej przeplatanie się wspomnień z różnych czasów, pisarka doskonale oddała stan psychiczny bohaterki, chaos panujący w myślach, ciężar sumienia, stan który doprowadził ją do skraju.
Ciężko zebrać myśli po tej lekturze, zdecydowanie to nie jest książka dla nadwrażliwych. Poruszająca, intrygująca, zajmująca, ambitna - owszem, ale zbyt depresyjna. Takie chyba właśnie są skandynawskie powieści obyczajowe. Na razie dziękuję Majgull Axelsson i życzę jej kolejnych literackich nagród.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Daleko od Niflheimu" czytałam w ramach sierpniowej "Trójki  e-pik" - zadanie: literatura skandynawska

Honor hrabiny


Zaznajamiając się z wybraną twórczością J. I. Kraszewskiego nie mogłam pominąć bardzo popularnej i cenionej "Hrabiny Cosel". Pamiętam, że dawno temu w telewizji był emitowany serial/film na podstawie tej powieści, z Jadwigą  Barańską w roli tytułowej, ale wówczas nie byłam tym zainteresowana, kilka lat wtedy pewnie miałam;  nie oglądałam też potem powtórek, pewnie wychodząc z założenia, że coś historyczne to "bleeee". Teraz dla odmiany chętnie bym ekranizację zobaczyła, chociażby dla porównania swoich wyobrażeń na podstawie lektury poczynionych. Nie pasowała mi Barańska do postaci Anny Hoym/Cosel, zwłaszcza w początkowej fazie wydarzeń. Ciekawa jestem też pozostałych osób - jak aktorzy je odegrali.

Sięgając po "Hrabinę Cosel" spodziewałam się, że będę ją "męczyć" długie tygodnie, co rusz porzucając na rzecz innych lżejszych, ciekawszych książek. Tymczasem nie mogłam się wprost oderwać, szczególnie przy drugim tomie ( dla niewtajemniczonych - te tomy to jakby części powieści, niezbyt obszerne, nie żadne cegły). Rzecz dzieje się w czasach saskich, poznajemy dwór króla Augusta II Mocnego i dzieje jego romansu z Anną Cosel, kobietą o silnym charakterze i niezłomnym honorze, która nawet uwięziona i bliska obłędu nie odpuściła swego prawa, gdyż dla niej słowo, przyrzeczenie było święte. To historia niesamowitego wzlotu i upadku; opowieść o tym, jak kruchy bywa lód, na którym stąpa się mając fałsz i intrygę za podpórki.

Kraszewski zaskoczył mnie pozytywnie kreśląc kreacje bohaterów tak żywe i wzbudzające wiele emocji. Na początku nie pałałam sympatią do hrabiny,  wydawało mi się, że zbyt łatwo wsiąkła w dworskie huczne życie biorąc pod uwagę jej dotychczasową kondycję, odosobnienie, duchowość. Potem jednak, gdy sytuacja się zmieniła,  Cosel została "zdegradowana", ale nie dała się zniszczyć i walczyła o swój honor - szczerze jej kibicowałam, licząc na powodzenie jednej z prób ucieczek i zyskanie wolności, czy też dokonanie zemsty. Postać ta ulega przemianom, taki dynamizm też wpływa pozytywnie na jej odbiór u czytelnika. Obok głównych ról historycznego romansu pisarz ukazał galerię rozmaitych dworaków, intrygantów, karierowiczów, birbantów, perfidników, towarzyszy królewskich hulanek i swawoli. Na ich tle odmiennie wypada Rajmund Zaklika, polski szlachcic, dorównujący siłą Augustowi, wzór wierności, szlachetności, odwagi, oddany sługa i przyjaciel. Cechował go etos wręcz rycerski. Warto zwrócić na niego uwagę. To też postać dynamiczna.

Odniosłam wrażenie, że powieść jest niezwykle "żwawa": dużo się dzieje, nie ma dłużyzn, przesadnych opisów, natłoku treści typowo historycznych, sfera obyczajowa i przygodowa dominują. Ciekawie ukazane postaci. Emocje. Sugestywne obrazy życia na dworze i sytuacji w państwie (ściąganie podatków, kosztowne imprezy, zbytki, najazd szwedzki) Trochę tonu krytycznego obnażającego przyczyny upadku kraju - np. uwaga narratora "wojsko nie płacone, ale pałac cudny". Zapadła mi w pamięć scena, gdy podczas biesiady Kyan rozlewa do licznych kieliszeczków i kielichów najlepsze wino a do królewskiego puchara trafiają mętne resztki - tak obrazuje rozdzielanie dochodów państwa - każdy urzędnik i minister najpierw napełnia własną kieszeń. Tym dworzanin rozbawia króla, ale czyż to nie jest ponadczasowa i wcale nie śmieszna metafora....?
Generalnie jednak Kraszewski nie uderza w krytykę, naukę, moralizowanie. Skupia się na bohaterach, akcji i emocjach. Z powodzeniem, sądzę. Nadal "Hrabina Cosel" jest powieścią poczytną, trafiającą do współczesnego czytelnika, nawet do takiego nie "zanurzonego" w tematyce historycznej.



wtorek, 25 września 2012

Speleolog w literackiej jaskini

W.A.B. premiera - październik 2012
Już wkrótce ukaże się nowa książka autora "Gnoju" i "Senności". Na spotkaniu z czytelnikami Wojciech Kuczok prezentował slajdy ze swoich speleologicznych wypraw i czytał fragmenty pochodzące z "Poza światłem" - świadczące o ogromnej wrażliwości i uważnej obserwacji świata miniatury, refleksje, zapiski podróżnika, odkrywcy.(Trzeba bowiem wiedzieć, iż laureat Nagrody Nike nie tylko sprawnie włada piórem, ale i z powodzeniem eksploruje podziemne korytarze - ma na swoim koncie kilka odkrytych jaskiń).
Był czas na pytania publiczności i odpowiedzi pisarza, a na koniec - światowa premiera - odczytanie roboczej wersji opowiadania, które wejdzie w skład kolejnej publikacji. To będzie coś innego, niż znamy do tej pory w wykonaniu Kuczoka. Jak wypadnie całość - to się okaże, ale sądzę, że może być ciekawie, przynajmniej tak mi się zdaje po wysłuchaniu próbki tekstu.
Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu autorskim. Pozostaję pod wielkim wrażeniem osoby pana Wojciecha- człowieka wielce skromnego, mądrego, mającego wiele pasji (góry, jaskinie, sport, film, literatura...), trochę niedzisiejszego, ale w pozytywnym znaczeniu - nie lansującego się za wszelką cenę.
Kropla drąży skałę, pisarz rzeźbi w języku. Narastają stalaktyty słów i stalagmity znaczeń, gdzieniegdzie pokrywa je warstwa ironii. Jaskinia literatury współczesnej bywa mroczna, trudna do przejścia,  Kuczok wyznacza w niej szlak, którego warto się trzymać.

poniedziałek, 24 września 2012

Kto czyta, nie błądzi.. Kto słucha....też nie!

 Zobaczcie, jaką informację znalazłam na fb (Opublikowana na profilu "Miłosz.biografia"):
Andrzej Franaszek zaprasza na jutro do Programu Drugiego Polskiego Radia. W poniedziałkowy wieczór, od 21.30 razem z Dorotą Gacek będą prowadzić nowy program:
"KTO CZYTA NIE BŁĄDZI?"
W pierwszym odcinku studio odwiedzą: Agata BIELIK, Dorota MASŁOWSKA oraz Zygmunt MIŁOSZEWSKI, którzy postarają się odpowiedzieć na pytanie - JAK ŻYĆ NA MIARĘ LITERATURY...
Nie wiem, jak Wy, ale ja dziś (poniedziałek) o 21.30 nastawiam radiową Dwójkę!
Zaś po południu wybieram się na spotkanie autorskie z jednym z moich ulubionych pisarzy.
Zapewne wspomnę o tym później ;-)

piątek, 21 września 2012

Nie sądź książki po tytule, że nie wspomnę po okładce

Prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po twórczość Maeve Binchy, gdyby nie kasia.eire i ten wpis. Przyznam, że nazwisko pisarki nie było mi tak do końca obce, kojarzyłam je z  grzbietów i okładek książek w bibliotece, jednak to nie był "mój" regał.  Tym razem jednak z premedytacją wypożyczyłam "Miłość i kłamstwa".  Tytuł i okładka z góry skazują książkę na miejsce  wśród romansideł i harlekinów. Wiele osób, które takowych lawstorów nie czytuje, ominie ją szerokim łukiem, a szkoda,  bo to bardzo bardzo ładna i mądra powieść obyczajowa.

Oryginalny tytuł brzmi "Quentins". To nazwa restauracji, miejsca wielce istotnego dla fabuły, splatającego wiele wątków. Poznajemy bowiem historie założycieli, pracowników i klientów lokalu. O Quentins ma powstać film dokumentujący przemiany  zachodzące w dublińskim społeczeństwie na przestrzeni lat, ale to właściwie tylko pretekst dla zaprezentowania galerii postaci i ich losów. Są one  równorzędnym  elementem do głównego wątku opowiadającego życiowe perypetie Elli Brady, która tak niefortunnie ulokowała swoje uczucia jak niektórzy swoje oszczędności. Dodam, że motyw oszustwa finansowego jest tu kluczowy, a czytałam tę powieść akurat jak media trąbiły o aferze z pewną parabankową instytucją.Bohaterów występuje sporo, do moich ulubieńców zaliczają się Deidre, oddana przyjaciółka Elli oraz Blouse - chłopak taki nieco w stylu Forresta Gumpa, najbystrzejszy nie był, ale wiedział to,co najważniejsze.
Troszeczkę  w tych opowieściach mieści się baśniowości  - odnaleźć można motywy typu: król w przebraniu chłopa sprawdza swych poddanych, dobra wróżka nagradza kogoś za dobroć i pracowitość, głupi Jaś odnosi sukces.... - ale to nie  stanowi żadnego mankamentu książki, wręcz przeciwnie. W życiu nieraz też dzieją się rzeczy na pozór nieprawdopodobne,  nie zdziwiłabym się, gdyby autorka czerpała z autentycznych zdarzeń i osób.

Maeve Binchy nie szczędziła wrażeń i rozterek wykreowanym przez siebie bohaterom, zadbała o realność i różnorodność postaci, o emocje i nasuwające się refleksje. Nie pozwoliła, by czytelnik się nudził. Tchnęła w tekst wiele ciepła, optymizmu, pogody ducha. Oczywiście, że jest happy end, ale czyż nie tego oczekujemy?

Z przyjemnością wsiąknęłam w świat "Quentins" i niewykluczone, że jeszcze się spotkam z prozą zmarłej niedawno Irlandki.

czwartek, 20 września 2012

Bomb(k)a czy bubel? - "Agent" M.Gretkowskiej

Na początku pozwolę sobie na małą uwagę. Wolałam, gdy seria "nowa proza polska" ukazująca się w wydawnictwie Świat Książki miała charakterystyczną jasną kolorystykę i jednakową szatę graficzną okładki. Wówczas z daleka widać było, że to seria, teraz każda książka jest z innej parafii, nieraz aż trudno dostrzec logo, które na szczęście niezmiennie w prawym górnym rogu tkwi. Pomijając kwestie estetyczne, to pozostaję fanką tych publikacji, albowiem lubię współczesną prozę polską, choć nieraz trudna i dziwna bywa.
Ad rem. "Agenta" przeczytałam pod koniec lipca, wrażenia pamiętam, choć z upływem czasu staję się coraz bardziej krytyczna (dystans od emocji w trakcie lektury). Twórczość Gretkowskiej nie jest mi obca, plasuje się u mnie na wysokiej pozycji, coraz bardziej jednak przekonuję się, iż najlepsze książki już za mną. Po nowe sięgam  raczej z przyzwyczajenia, być może nastąpi czytelnicze rozstanie. "Agent" nie tyle mnie rozczarował, co nie wywarł wielkiego wrażenia, wręcz zdenerwował. Szumne hasła reklamowe okazały się na wyrost.
Czytało mi się "najpierw powoli jak żółw ociężale", potem "ruszyła maszyna..." (szybciutko) i zahamowała z piskiem przy zaskakującym, bądź co bądź, zakończeniu. Postaci mnie mocno irytowały, zwłaszcza Dorota, której naiwność jest aż nienaturalna, nie mówiąc o Szymonie, którego uważam za  schizofrenika i żadne tłumaczenie jego postępowania mnie nie przekonuje. Nie zdradzę tajemnicy, bo na okładce o tym głoszą, że chodzi o prowadzenie podwójnego życia. Życia między Tel Awiwem a  Warszawą, między Hanną a Dorotą, między cierpkim smakiem dojrzałego wieku naznaczonego bólem przeżyć, a słodką nutą świeżości i fanaberią ułudy.
 Gretkowska porusza problematykę relacji damsko - męskich, rodzinnych, polsko -żydowskich, kwestie tożsamości narodowej, religii, tolerancji ( i jej braku), historycznych korzeni. Wszystko brzmi ciekawie, ale jak dla mnie było zbyt rozmyte, tematy nie rozwinięte, wątki epizodyczne. W ogóle pewne fragmenty i szczegóły są jakby wklejone w oczekiwaniu na rozwinięcie. Np. wizyta Gugla u dyrektorki domu opieki, gdzie przebywa jego matka albo jego perwersje z Eweliną - owszem to w pewien sposób charakteryzuje postać, ale to nie on jest głównym bohaterem (chyba że ma na takiego wyrastać), nie wnoszą te wstawki nic dla głównego wątku, a ów dotyczy  Szymona. Miałam wrażenie, że ta historia to za mało na powieść, za dużo na opowiadanie i wyszło takie coś pośrednie, niekoniecznie udane, jak drzewo z połamanymi gałązkami. Plusem jest ogromny ładunek ironii, celne ujęcie społecznej hipokryzji, w ogóle całe tło kulturowo - społeczne,  żydowska  "otoczka" wydały mi się ciekawsze od głównego nurtu fabuły.
Nie mam zwyczaju oceniać książek liczbowo, ale tej dałabym trójkę. Nie najgorsza, ale do rewelacji daleko.

A, słowo wyjaśnienia skąd wziął mi się taki tytuł. To taka zabawa słowna.
 Praca agenta służb specjalnych (bo o takowym, a nie np. ubezpieczeniowym w powieści mowa) może łączyć się podkładaniem/rozbrajaniem/wybuchami bomb,Szymon ma fabrykę bombek (choinkowych), szukając dla niej nazwy odrzuca takie ze słowem "bouble", bo brzmi jak "buble" (jest o tym dialog). Ze słowem "bubel" rymuje się nazwisko (przezwisko) Gugel (a przypadkiem odkryłam, że jest podobne do  "glaskugel" - niem. bombka).
Czy powieść "Agent" uznać za bombę czy bubel - pozostawiam każdemu do subiektywnego odbioru.





wtorek, 18 września 2012

Nareszcie!

 Witajcie!
Dobra, zwińcie ten czerwony dywan, bo jeszcze naniosę poremontowego kurzu ...;-)
Dziś ( niestety nie dało rady do niedzieli uporać się z problemem) wróciliśmy do domu. Elwirka z ciekawością zwiedzała "stare kąty", musiała też na nowo oswoić się z dzieciarnią i gwarem na placu zabaw, bo poszłyśmy oczywiście na dwór, by skorzystać z pięknej pogody - mam nadzieję nie ostatnie w tym miesiącu takie ładne dni.
Przed nami jeszcze trochę prac porządkowo - organizacyjnych i zakupów, ale już spokojnie możemy mieszkać u siebie. Do nowego wyglądu kuchni i łazienki muszę przywyknąć. Generalnie jestem zadowolona z efektu, choć wiele nerwów mnie kosztowały te wszystkie przygody. Nie chcę już wnikać w szczegóły, najważniejsze, że już wreszcie PO. 
Notatki z przeczytanych książek ukażą się wkrótce - jak już ogarnę dom i parę spraw, to chętnie opiszę swoje wrażenia.
A co u Was słychać?
Co czytacie, co się działo?
Opowiadajcie, a ja zaparzę herbatkę.

poniedziałek, 10 września 2012

W telegraficznym skrócie

 Sprawy remontowe: jak nie urok to... wiecie co.  A to przestój, a to awaria...
Główne rzeczy gotowe, ale jeszcze to i tamto i siamto...  i sprzątania po uszy...
Jednak mimo wszystko koło niedzieli powinniśmy wrócić do siebie. Cieszę się dziko.
Sprawy czytelnicze: "Hrabina Cosel" w trakcie. JIK mnie zaskoczył pozytywnie. 
Wrześniową trójkę-e-pik być może też uda się przeczytać, choć z opisaniem będzie gorzej (nadrobię).

Poza tym nienajgorzej ;-)
 Elwi ma się znakomicie i rozrabia że hoho!

Wypadłam z blogowego obiegu, ale taka przerwa też ma swoje plusy, choć przyznam, że się stęskniłam za Wami. Mam nadzieję wrócić z pisaniem pod koniec września, może za tydzień nawet już....

Ściskam  i pozdrawiam wrzosowo!
A.

Follow by Email