czwartek, 29 listopada 2012

"Wyśpiewam wam wszystko" Urszula Dudziak

U. Dudziak, Wyśpiewam wam wszystko, Kayax 2012

Darzę sympatią i szacunkiem charyzmatyczną, pełną energii artystkę, lubię jazz (choć preferuję odmianę smooth niż tradycyjny, czy też klasyczny), ale o tej książce zbyt dobrej opinii nie mam.
Zbiór wspomnień, anegdot, dykteryjek i refleksji ułożonych pod hasłami - tytułami rozmaitych utworów muzycznych wydał mi się zbyt chaotyczny. Nie upieram się przy chronologii, ale przydałby się jakiś klucz, a nie tak od Sasa do Lasa, na zasadzie co mi się przypomni. Nierówny jest też "kaliber"  - Dudziak opowiada zarówno o sprawach ważnych- związanych z karierą zawodową, rodziną, jak i o błahostkach, które w moim odczuciu zamiast ubarwiać  - nie tyle zaśmiecają, ile bałaganią. Podobnie jak liczne anegdoty o innych osobach. A w końcu to miała być osobista opowieść. Mimo zamieszczonych fragmentów pamiętników, a także stylu radosnej, szczerej paplaniny, Dudziak nie "wyśpiewała wszystkiego".
Książkę można w sumie "opanować" w jeden wieczór. Ja czytałam na raty, zarzuciłam, teraz powróciłam i dobrnęłam do końca.
Najbardziej utkwiło mi w głowie, jak Urszula przecedziła barszcz do zlewu, jak pomylono ją na scenie z również nieźle śpiewającą siostrą ("Złaź, Danka, niech Ula śpiewa"), a także jak muzyków okradano (parę razy autorka opowiada o tym, jak stracili pieniądze, albo sprzęt).
Ciekawe są wspomnienia o Jerzym Kosińskim i jego zdania zanotowane przez ukochaną.
Walorem publikacji są liczne fotografie dokumentujące życie prywatne i sceniczne. Podpisy pod zdjęciami - niby miały być zabawne, ale nie wszystkie wyszły.
Do niewyrównanego tekstu trzeba się przyzwyczaić.
Wiem, że "Wyśpiewam..." wydano też w formie audiobooka- czyta sama autorka! Ciekawa jestem, jak to brzmi. Świetnie by było, gdyby w tle pobrzmiewały melodie utworów będących "patronami" poszczególnych rozdzialików. A może tak jest?

poniedziałek, 26 listopada 2012

"Boska trucizna" Anton Cziż

A. Cziż, Boska trucizna,
Wydawnictwo Otwarte 2010
  
Nota na okładce głosi tak:
Sankt Petersburg, rok 1905. W śnieżnej zaspie zostaje znalezione ciało młodej kobiety. Okoliczności śmierci bada radca kolegialny Wanzarow. Pozornie banalna sprawa niespodziewanie się komplikuje. W śledztwo zostają wmieszani ekscentryczni naukowcy, piękności w woalkach oraz tajne carskie służby. Czy rozwiązanie zagadki kryje się w świętych tekstach kultu aryjskiego boga Somy?
„Boska trucizna” to mistrzowsko skonstruowany kryminał. Rosja w przededniu rewolucji jest tłem dla trzymającej w napięciu intrygi. Kapitalny język i poczucie humoru autora dodają smaku opowieści o zbrodni i tajemniczym napoju.

Natomiast ja ze swej strony stwierdzam, że "Boska trucizna" to trzy i pół setki stron znakomitej rozrywki. Kryminalna fabuła przyprawiona humorem i przesycona rosyjskim klimatem sprawiła, że wsiąkłam po uszy i ani mi w głowie było zaprzestanie lektury. Moje zapotrzebowanie na książkę tego typu zostało zrealizowane z pełnym zadowoleniem.

Śledztwo przypominało zabawę w kotka i myszkę, z tym, że z Wanzarowa był niezły kocur - nawet "nosił gęste wąsy przystrzyżone nieco na styl koci" (s. 20), natomiast myszka, jak się okazało, była niejedna. Cały czas coś się działo, pojawiały się nowe postaci.  Nie było wiadomo, czy dana osoba wystąpi tylko epizodycznie, czy może odegra większą rolę w fabule. Trochę nieraz mieszały mi się te wszystkie nazwiska, ale nie pogubiłam się. Co ciekawe, dużo tu kobiecych ról, jakby według przysłowia "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". Tylko zamiast mocy piekielnych mamy Ochranę i Oddział Specjalny - rywalizujące ze sobą, plus policja śledcza - między młotem a kowadłem będąca. Pewne damy wiele krwi napsują naszemu detektywowi, a i żona dorzuci swoje trzy grosze.

Wanzarow jest młody, ambitny, wierzący w prawdę i walkę ze złem. Jego cechą charakterystyczną jest wada wymowy-"Dostojny pan wydawał śmieszny dźwięk, w którym mieszały się "s", "sz" i "f" jak zbłąkane owieczki. W ustach silnego rosłego mężczyzny niewinna wada wymowy wydawała się rozczulająca, jeśli nie rozbrajająca... (s.23) Śledczy wydaje się być jegomościem dość ociężałym, bynajmniej nie umysłowo! Jego sokratejski sposób rozumowania, drążenie tematu, logika budzą podziw. Bywa nawet porównywany do Sherlocka Holmesa, ale z tego jest niezbyt zadowolony. To zupełnie inny typ niż Kurt Wallander, niemniej zyskał u mnie taką samą sympatię.( niestety nie mam zbyt dużego porównania, jeśli chodzi o literaturę kryminalną i detektywów).

Autor zmieszał w literackim tyglu takie ingrediencje jak: symbolika pentagramu, starożytna mitologia - bóstwo Soma, eliksir życia, motyw faustowski, nietzscheańska teoria nadczłowieka, szpiegostwo, manipulowanie ludźmi,  rewolucyjne nastroje, rosyjska zima, towarzystwo opiumowe oraz wiele innych wątków i motywów. Doprawił wszystko humorem, suspensem i wlał w kryminalną formę. Wstrząśnięte, nie mieszane. Dla mnie- pyszna czytelnicza mikstura.

Cziż został okrzyknięty drugim rosyjskim Akuninem. Coś w tym jest, choć za mało znam twórczość obu, by przeprowadzać dokładniejsze porównania. Grunt, że przy książkach obu pisarzy świetnie się bawiłam, a niekoniecznie prozę tego typu czytuję zazwyczaj. 
Odniosłam wrażenie, że nad "Boską trucizną" unosi się duch "Mistrza i Małgorzaty". Co prawda tu nie ma mieszania płaszczyzn i nierealnych postaci, ale atmosfera zamieszania, zagmatwania wydały mi się podobne.
W pewien sposób też powieść Cziża pasuje mi do "Korzeńca", i jak już wróci do mnie ten drugi tytuł, ustawię je obok siebie na półce.
Tak czy owak, bardzo mi się podobało i aż szkoda, że tak długo kazałam tej książce czekać.
Chętnie poznałabym inne przygody Wanzarowa. Ciekawe, czy wydawnictwo zamierza kontynuować serię.

 --------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Książka wpasowała się w wyzwanie listopadowa Trójka E -pik: pisarz z kraju sąsiadującego z Polską 


czwartek, 22 listopada 2012

Żadnych zmian, ratunku!

Zachciało mi się grzebać w szablonach, ustawieniach i przeżyłam chwile grozy.
Przestawiło mi się tak, że zrobił się paskudny granatowy szablon i poznikało wszystko, co tu mam, czyli lista blogów, bannery, logo, linki itp. I żadne cofanie się nie pomagało, mojego bloga, jakiego widzicie na co dzień, nie było, tylko ta nowa pozbawiona elementów składowych wersja, choć posty się zachowały oczywiście.
Jakieś kopie zapasowe, cuda wianki... Kombinowałam i nie wiem jak, ale cudem udało się powrócić do starego wyglądu, zielono-fioletowego. Może i nieładnego, nudnego, ale przynajmniej stałego i obecnego na miejscu.
Ufff, przestraszyłam się nieźle. 
Nie chcę już nic zmieniać.. Żadnych nagłówków, czcionek, kolorów. Niech będzie jak jest.Nie ruszam.
Dobranoc

wtorek, 20 listopada 2012

"Kapitanówna" M. Pruszkowska, Z. Krippendorf

Źródło zdjęcia nakanapie

M.Pruszkowska, Z. Krippendorf, Kapitanówna, Wydawnictwo Press 86, 1995.

Powieść określiłabym jako pensjonarsko - marynistyczną. Dość staroświecką i nudnawą. Z początku tak mnie nużyła, że porzuciłam książkę na dłuższy czas, potem się zmobilizowałam i skończyłam - co nieco się fabuła rozkręciła, ale porywająca nie była. Przygoda, intryga, humor, romantyczna historia - obecne, ale całość w porównaniu na przykład do książek Kornela Makuszyńskiego (weźmy chociażby "Pannę z mokrą głową" czy "Szaleństwa panny Ewy") wypada blado. Ma jednak swój urok, momentami bowiem trudno się nie uśmiechnąć.

Tytułowa bohaterka, Elżbieta, przy pomocy ciotki Zuzy- żony okrętowego ochmistrza, nielegalnie dostaje się na pokład. Ma do spełnienia tajemniczą, bardzo ważną misję, można powiedzieć rodzinną. Pasażerka na gapę szybko zostaje wykryta, ale nie ponosi konsekwencji. Znakomicie przyjęta przez załogę i współpasażerów, czuje się na statku jak ryba w wodzie, wprowadzając przy tym mnóstwo zamieszania i nieporozumień. Wraz z ciotką i panią Aliną ewidentnie coś knują, a swój tajemniczy plan wprowadzają w życie w Stambule. Swoje poczynania dziewczyna opisuje w pamiętniczku, którego fragmenty przeplatają narrację.Córka kapitana jest osóbką energiczną, żywiołową wręcz, roztrzepaną, odważną, pomysłową, zakręconą, ale o dobrym sercu. Rejs jest dla niej przygodą życia, ale i lekcją dojrzałości, odpowiedzialności. Spośród bohaterów, w większości sympatycznych,  wyróżniają się panny Schmaltz - "hybrydy", "zgagi", uprzykrzające życie załodze i innym podróżnym, egoistyczne babsztyle zainteresowane sobą i handlem. Postaci te ukazane są w negatywnym świetle, ośmieszane, na końcu dostają zasłużoną nauczkę.

Powieść zawiera wartości edukacyjne i wychowawcze. Czytelnik poznaje specyfikę życia i pracy na statku, zajęcia, rozrywki, zwyczaje i przesądy marynarzy, a także funkcjonowanie jednostki pasażersko - handlowej, zawijającej do portów Morza Śródziemnego. Wiele treści zdezaktualizowało się na przestrzeni lat  wraz z rozwojem technologii, praw handlu, czy logistyki. Oprócz wiadomości marynistycznych są  także turystyczne: opisy zabytków i miast odwiedzanych przez bohaterów. Pojawiają się echa wojny - los rodziny kapitana. Poznawczy charakter ma  zastosowanie żeglarskiej nomenklatury, marynarskiego żargonu (as- asystent, chief, radzik - radiotelegrafista, ochmistrz i inne)
W wymiarze moralnym - ukazane wartości takie jak szacunek, praca, rodzina, prawda, altruizm. Potępione kłamstwo (choć bohaterka kłamie i udaje, to w tym przypadku cel naprawdę uświęca środki), egoizm, skąpstwo itp.

"Kapitanówna" (1967) została wydana przez  Press 86 w 1995 roku w serii "Lektury nastolatek".  Gdybym wtedy czytała tę powieść, pewnie bym ją odebrała inaczej, z większym zainteresowaniem. Może nawet nie przeszkadzałby mi spoiler zamieszczony na tylnej okładce.
Dziś książki Pruszkowskiej są mało popularne i rzadko spotykane, choć pewną furorę nadal wywołuje "Przyślę panu list i klucz" ( miód na serce mola książkowego). Niejako pod wpływem tej lektury sięgnęłam po kolejną spod  nazwiska autorki (tu w duecie z enigmatyczną Zofią Krippendorf). Niestety, już tak zachwycona nie byłam.
Obawiam się także, że współczesnym nastolatkom raczej do gustu by ta powieść nie przypadła, choć chciałabym się mylić.

*Przeczytaną książkę podpięłam pod zadanie listopadowej Trójki E-pik: powieść wydana przed 2000 rokiem

piątek, 16 listopada 2012

Ale "Szopka"!

 Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! 
(M. Gogol) 

Tu tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Gorzki i przerażająco prawdziwy jest obraz rodziny  przedstawiony w debiutanckiej książce Zośki Papużanki, krakowianki z teatrologicznym wykształceniem, doktorantki literaturoznawstwa, autorki tekstów kabaretowych.

Moją uwagę zwróciła ta powieść jeszcze na etapie zapowiedzi - w ulotce promującej serię 'nowa proza polska' Szara okładka z sugestywną kobiecą twarzą (jak widać plany graficzne uległy zmianie) oraz  rekomendacja Leszka Bugajskiego  wzbudziły moją ciekawość. Potem przypadkiem usłyszałam fragment tekstu czytany w radiowej Trójce.  Do tego przeczytałam recenzję sugerującą gombrowiczowskie tropy. Ciągnęło mnie do "Szopki". Nic więc dziwnego, że gdy wygrałam tę książkę w blogowym konkursie nieomal skakałam z radości.

Do "Szopki" hej, czytelnicy,  do "Szopki", bo tam cud... Tak żartobliwie tylko kolędę trawestuję, bo tematycznie to żadna rewelacja. Sceptycy wzruszą ramionami, mało to bowiem portretów kilkapokoleniowej rodziny w literaturze, mało opisów problemów w relacjach międzyludzkich, konfliktów, dramatów istnienia? Na pęczki. Tu jednak nie o treść  tylko, a o formę chodzi. O język. O narrację. O sposób budowania i prezentowania postaci. Nie bez powodu debiut Papużanki ukazał się w serii "nowa proza polska", bo odbiega od klasycznego, tradycyjnego dyskursu powieści.

Autorka operuje narracją przesuwając punkt ciężkości coraz to do innych bohaterów, oddaje im głos, a przy tym nie pozwala czytelnikowi przywyknąć do tymczasowej choćby chronologii. Nie wiadomo, czy na następnej stronie będzie relacja wnuczki, czy wspomnienia dziadka z okresu wojny, czy scena z czasów, gdy ów jegomość jeszcze tylko funkcję męża i ojca, albo nie-ojca pełnił, czy może z perspektywy innego członka rodziny zobaczymy kawałek powieściowej rzeczywistości. "I nigdy nie będzie jasne, kto jest narratorem, kto postacią, kto tłem, kto bohaterem, czyje są słowa, które się piszą." (s.5) "Szopka" jest nieprzewidywalna.

Brawa należą się Papużance za znakomity słuch językowy i ciekawe pomysły. Za oddanie słowem pisanym wrzasków, słowotoków, myślocieków, wielogłosowego jazgotu (np. na imieninach). Gromkie oklaski za nieprzypadkowe użycie pozornie przypadkowych wielkich liter wyrazów w monologu matki ścierającej ze ściany brzydki napis. Za wypowiedź karpi wigilijnych. Za szopkę metaforyczną i dosłowną (krakowska, konkursowa - z witrażami i złotą kopułą z chochelki oraz  sklecona z desek w ogródku przez dzieci na wakacjach). Z mojej strony zaś szczególne standing ovation za scenę telefonicznego zaproszenia na celebrację sznycli. 

W hucznych rekomendacjach "Szopki" pojawiają się w ramach kontekstu nazwiska Zapolskiej i Kuczoka. Owszem, jest tu pewna dulszczyzna, kołtuństwo, a  jeden z bohaterów, mąż- "stary", później stający się dziadkiem  (Czy właściwie padło w powieści jego imię- zastanawiam się) przypomina Felicjana Dulskiego, milczącego pantoflarza, umykającego cichaczem z hałaśliwego terytorium, gdzie panuje niepodzielnie żona, herod- baba. (Herod- do szopki pasuje jak znalazł ;-)) Powiązań z prozą Kuczoka nie znajduję, tyle że w "Gnoju" też antyrodzina była pokazana. Bliższych skojarzeń nie mam. Natomiast dostrzegłam podobieństwo do stylu  D.Masłowskiej i G. Bełzy, ale zaznaczam, iż to nie wtórność.

Bardzo mi się podobało. Zastanawiam się tylko, czy po generalnie świetnie przyjętym debiucie autorka skusi się na "popełnienie" (ech, jak ja nie znoszę tego wyrażenia) kolejnych książek. A jeśli tak, to czy w podobnej konwencji językowej i narracyjnej? Sama nie wiem, czy chciałabym czytać "Szopkę" bis.


Zośka Papużanka, Szopka, Świat Książki 2012



niedziela, 11 listopada 2012

Poezja i frytki, czyli powrót na Jeżyce

Znajomość starszych tomów Jeżycjady zawdzięczam bibliotece, nowszych- Inviernicie. Z czasem  na moich półkach zagościły wybrane - ulubione "("Szósta klepka", "Kwiat kalafiora", "Nutria i Nerwus") - nie wykluczam powiększenia kolekcji. Najnowszą powieść cyklu - "McDusię" nabyłam  dość spontanicznie. Przeczytałam szybko już jakiś czas temu, pora na spisanie zaległych refleksji.

Miło było powrócić do poznańskiej dzielnicy i zajrzeć w okna bloku przy Roosevelta 5. U Borejków gości Magda (córka Kreski), która przyjechała, aby uporządkować rzeczy po nieodżałowanym profesorze Dmuchawcu, a przy okazji poukładać swoje sprawy uczuciowe. Laura przygotowuje się do ślubu. Kuzyni Ignacy i Józef dorastają i rywalizują ze sobą. Bernard Żeromski jak zwykle realizuje swoje zwariowane pomysły artystyczne. Jest świątecznie i refleksyjnie.

Do książek Małgorzaty Musierowicz podchodzę z sentymentem, wracam jak do starych znajomych - co słychać, kto się z kim ożenił, komu się urodziło dziecko itp.  Lubię ten borejkowski klimat, gdzie pieką ciasteczka, piją herbatki, rzucają łacińskimi maksymami, cytują poezję i wysyłają ESD ;-)
Nie mam podejścia analitycznego, nie rozkładam powieści na czynniki pierwsze, nie czepiam się szczegółów Ot, czytam sobie emocjonalnie raczej. Oczywiście wolę starsze, wręcz najstarsze tomy, ale to pewnie dlatego, że tamte czytałam po kilka razy, te nowsze- raz, góra dwa może niektóre. Ale tamte czytałam "za młodu" że tak powiem, a z wiekiem nieco zmienia się odbiór pewnych książek, i te kolejne już odbierałam inaczej, z innej perspektywy.

Generalnie "McDusia" mi się podobała.Parę razy chichrałam się z dialogów, udzielił mi się  przedświąteczny nastrój, z ciekawością czekałam, czy coś się nie wydarzy w związku ze ślubem. Nie podzielam opinii, że to powieść nudna, staroświecka, moralizatorska itp. Taki a nie inny jest jest jeżycjadowy klimat i cóż poradzić, nie każdemu pasuje.
Co najwyżej mogę mieć zastrzeżenia, co do postaci. Nie podobało mi się zachowanie Idy. Zawsze była spontaniczna i bezpośrednia, ale tu przeszła samą siebie. Wzdychająca, słodka Laura nieco mnie irytowała. Przyznam, że nie jestem fanką tej bohaterki. Zastanawia mnie  "reaktywacja" Pyziaka i  umotywowanie jego życiowego postępowania. Ma nam być go żal, czy co...W szczegóły nie wchodzę, aby przypadkiem komuś nie wyjawić za wiele przed lekturą.

 Tytułowa bohaterka okazała się miłą, nieco poplątaną dziewuszką, przyzwyczajoną do popularnego, choć niezdrowego junky food (frytki, chipsy itp.), stąd poniekąd żartobliwa forma jej imienia.  Prawnuczka Profesora Dmuchawca nie gustuje w poezji, nie rozumie jej, woli dosłowne znaczenia, tym różni się od borejkowskiego towarzystwa, ale przecież nie każdy lubi wiersze i właśnie ta postać może stać się bliska wielu czytelni(cz)kom. Magdusia nie jest poetyczna (Laura za to w dwójnasób), ale romantyczna - owszem (motyw kłódek wieszanych na moście).
Poezja gości na kartach głównie za sprawą wiersza Kazimierza Wierzyńskiego, poety znanego,  lecz jakby zapomnianego. Literackie aspiracje ma też młode pokolenie, głównie w osobie Ignacego Grzegorza. Chłopak stanowi przeciwieństwo Ogorzałkówny, ale może "w tym szaleństwie jest metoda", wszak przeciwieństwa się przyciągają, czyż nie? Zresztą czy tak całkiem są inni..., nie sądzę.

W przypadku wielotomowych opowieści już tak jest, że czytelnicy mają swoich ulubieńców i antypatie, przywiązują się do nich i chętnie by urządzili życie bohaterów według własnego scenariusza, cóż, kiedy trzeba pogodzić się z zamysłami autora. Nie inaczej w tym przypadku - losy jeżycjadowych postaci leżą w ręku Małgorzaty Musierowicz. Ciekawe, co się wydarzy we "Wnuczce do orzechów"....




piątek, 9 listopada 2012

Jedenastka z serduszkiem

Zbieram właśnie myśli po lekturze "Szopki", zwiedzam dla odprężenia znajome blogi, patrzę a tu kolejny łańcuszek przez nie się przetacza. Zostałam nawet wyznaczona do odpowiedzi przez toskę82. Odpowiem na zadany zestaw pytań, ale wybaczcie, nie będę nominować kolejnych osób, bo i tak wkrótce będziemy się kręcić w kółko kopiując pytania i powielając nicki wyznaczonych. Już były podobne zabawy, sporo osób brało udział, czy to już nie nudne?
'Libster' to coś w  rodzaju "ulubiony"? Nie znam niemieckiego ni w ząb. Wcześniej było "Likely Blog Award"czy jakoś tak.. Polskiego łańcuszka nie ma? ;-)

Dobra, już nie marudzę.
Lecę z kwestionariuszem:

  1. Czy mogłabyś zostać wegetarianką lub weganką? 
    Weganką nie, ale wegetarianką mogłabym, mięso nie jest najważniejsze w moim jadłospisie.
  2. Przeszłość, teraźniejszość czy przyszłość? W jakich czasach chciałabyś żyć?
     Wehikuł czasu mógłby mnie przenieść co nieco wstecz.
  3. Żałujesz jakiś decyzji sprzed lat, czy chciałabyś się cofnąć w czasie i coś zmienić?
    Zawsze można by zmienić to i owo ;-) Ale po co deliberować nad czymś, czego się nie da zrobić.
  4. Za co najbardziej się lubisz?
     Nie zastanawiałam się nigdy nad tym. Może za niespodziewanie odkrywane pokłady cierpliwości... albo za kuchenne eksperymenty ;-)
  5. Czy wierzysz w przyjaźń między mężczyzną a kobietą? Tak
  6. W jakich kolorach widzisz świat?Szaro-fioletowych.
  7. Wymarzone wakacje? W Polsce czy może coś egzotycznego? Nie lubię podróży.
  8. Co Ci się ostatnio śniło? Ostatnio spałam na tyle krótko, że nie zdążył się przyczepić mi żaden sen do powiek, gdy wstałam rano.
  9. Ulubiony film? Gatunek? Sporo, np. "Śniadanie u Tiffany'ego", "Forrest Gump", "Kate i Leopold", głównie komedie, ale nie głupawe.
  10. Jesteś rannym ptaszkiem, czy może uwielbiasz długo spać, i późno chodzić spać? Jestem sową.
  11. Czy istnieje książka, która miała wpływ na Twoje życie? No, ba ;-) Może nie jakoś spektakularnie, ale wiele lektur wpływa na nasze postrzeganie świata i życie jako takie.

    Dziękuję za uwagę.

czwartek, 8 listopada 2012

Francuski warkocz - "Kobieta w lustrze"

Eric-Emmanuel Schmitt, Kobieta w lustrze, Znak 2012, s. 464.

Powieść - warkocz.
Trzy historie opowiadane na przemian. Trzy wątki, które na końcu się splatają, choć dzieli je przestrzeń i czas. Trzy kobiety, tak od siebie różne, ale mające coś wspólnego.

Anne z Brugii, XVI wiek, marzycielka, mistyczka-heretyczka, kontemplująca przyrodę i dogadująca się z wilkiem niczym sam Święty Franciszek. Ucieka niemal sprzed ołtarza, bo nie chce wieść życia typowej mieszczki jak jej ciotka. Wybiera życie w beginażu, takim świeckim zgromadzeniu kobiet. Czerpie energię z drzew, dotyka Absolutu, układa wiersze. W duchowej drodze wspiera ją mnich Brandoir, dziewczyna zupełnie inaczej pojmuje Boga niż głosi to Kościół. Poświęca się dla podłej kuzyki Idy. Męczennica.

Hanna, Wiedeń pocz. XX wieku, arystokratka z von przed nazwiskiem, małżeństwo jest dla niej eksperymentem, zaś macierzyństwo pragnieniem i lękiem. Kolekcjonuje szklane kule i millefiori. Żyje w ciągłym udawaniu i grze pozorów. Przyjaźni się z ekscentryczną, frywolną ciotką Vivi. Za jej namową podejmuje terapię u jednego z uczniów Freuda. Psychoanaliza przynosi wiele nieoczekiwanych rozwiązań i zmian.
Historia Hanny ukazana jest w formie  epistolograficznej - listy do kuzynki Gretchen.

Anny Lee - współczesna gwiazda holywoodzkiego kina, piękna, młoda i bogata. Jej świat to narkotyki, alkohol, mężczyźni zmieniani jak rękawiczki. Karuzela doznań. Szczyt sławy i upadek w otchłań uzależnień. Wyciąga do niej rękę Ethan, pielęgniarz, ale on sam też dźwiga pewien bagaż. Szansą - nowy scenariusz, którym zafascynowała się aktorka.

Wszystkie kobiety łączy to, że są nieszczęśliwe, niezrozumiane, inne, niepasujące do epoki, w jakiej przyszło im żyć. Przełamują konwenanse, nie godzą się na wciśnięcie w role, jakie im przypisuje społeczeństwo. Każda z nich na swój sposób przekracza granicę świadomości - przez mistycyzm, psychoanalizę z hipnozą, środki chemiczne.

Powieść wciąga po uszy, podsuwając nieraz lustro pod nos i zaglądając w oczy, które są ponoć zwierciadłem duszy...

Czytając, czułam się jak kot nad miską śmietany. Zadowolenia jednak nie okazywałam mruczeniem.

Schmitta jedni lubią, drudzy nie i  mają do tego całkowite prawo. Uważam jednak, że znajomość jednego tylko utworu, czy zakończenie znajomości na "Oskarze...", to za mało by wyrobić sobie o zdanie o jego twórczości. Mam za sobą prawie wszystko, co wyszło spod pióra tego autora i mogę stwierdzić, że jest on dość nierówny - owszem, nieraz zjeżdża do poziomu coelhowskich przypowieści, ale Nagrody Gouncourtów za ładne oczy chyba nie dostał.
Moje ulubione jego książki to "Przypadek Adolfa H.", "Kiedy byłem dziełem sztuki" oraz niedawno przeczytana "Kobieta w lustrze", wysoko też stawiam "Trucicielkę". Najmniej chyba przypadły mi do gustu "Zapasy z życiem".

Mam jeszcze taką uwagę. Schmitt jest  bardzo popularny i często wydawany. Wznowienia są jak najbardziej wskazane, skoro ludzie chcą czytać i poszukują danych tytułów. Bywa jednak tak, że ukazuje się tom, w którym jest kilka opowiadań z jednego, parę z drugiego wcześniejszego tomu. Czyli to samo pod nowym tytułem. Albo zebrane razem opowieści, poprzednio publikowane osobno, plus bonus w postaci dodatkowego tekstu. Trzeba być uważnym, by przez przypadek nie powielić sobie książek, kupując w szale nowości  to samo w innej okładce. Doskonale rozumiem zabieg marketingowy, ale wątpię, by zrozumiał to portfel przeciętnego czytelnika, który pała szczerą sympatią do prozy francuskiego pisarza.







środa, 7 listopada 2012

Hej, hej Mars napada...("Wojna światów" H.G. Wells)

Zdjęcie zapożyczyłam stąd,
mam takie samo wydanie.

"Hej, hej  Mars napada,
Dookoła ludzi gromada,
Hej, hej Mars atakuje,
Żadnej litości nie czuje..."

(Kazik)

Nie bez powodu nucę refren  piosenki Kazika, bo właśnie przeczytałam książkę o inwazji Marsjan. Wydana przez Iskry w 1977 roku w serii <<Fantastyka, przygoda>> "Wojna światów" długo czekała na półce, a do sięgnięcia po nią zmobilizowało mnie zadanie listopadowej Trójki E-pik. Science- fiction to w moim przypadku nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej, ale uważam, że spróbować warto każdego typu literatury. W tym przypadku mamy też do czynienia ze światową klasyką, więc co tu dużo mówić - w końcu przeczytałam.

Herbert George Wells (1866-1946)- biolog, dziennikarz, pisarz- nazywany jest ojcem gatunku s-f. W jego dorobku znaczące są powieści "Wehikuł czasu", "Człowiek niewidzialny", "Wyspa doktora Moreau", ale za najwybitniejszą uważana jest "Wojna światów" (1897). Wcale się nie dziwię, bo przetrwała próbę czasu i po ponad stu latach nadal przemawia do czytelnika, nawet nie będącego miłośnikiem fantastyki, takiego jak ja na przykład.

Pewnego razu astronomowie zaobserwowali dziwne wybuchy na Marsie. Wkrótce w pobliżu Woking spadł ogromny walec. Zjawisko zgromadziło wielu gapiów. Okazało się, że ów "meteor" otwiera się... Zaskoczenie Ziemian było "na rękę" (na mackę?) przybyszom z kosmosu, którzy zaczęli postępować ekspansywnie, traktując otoczenie Snopem Gorąca i wysyłając Maszyny Bojowe. Wojsko próbowało opanować sytuację, bezskutecznie... To, co się działo, to istny koniec świata. Chaos, panika, śmierć...
Narrator - już z perspektywy po inwazji - opowiada o swoich przygodach i przeżyciach z tego okresu, ale także o tym, co było udziałem jego brata, studenta próbującego przedostać się z Londynu, skąd masowo uciekała ludność, do rodziny. Pominąwszy fragmenty opisujące stwory z Marsa, ich machiny i broń, mamy obraz typowo wojenny -katastroficzny: tłum w przerażeniu i chaosie opuszczający zagrożone miasto, obłęd spowodowany paniką, rozłączenie z bliskimi, tragedie i zniszczenia. Exodus Londyńczyków pokazany jest bardzo wymownie - uciekają jak szczury z tonącego statku, mało kiedy dbając o bliźnich. Autor nieraz jednym zdaniem kreśli sytuację typu "przetoczyła się dwukółka ze śladami świeżej krwi na kołach", czy wspominając człowieka zbierającego rozsypane złoto - stratowanego przez konie i wóz.
Wells przedstawia portret człowieka w obliczu niebezpieczeństwa, zdeterminowanego wolą przeżycia, gotowego na wszystko. Bohater będący świetnym obserwatorem skazany jest na tułaczkę, głód, śmiertelne zagrożenie. Marsjanie w wizji angielskiego pisarza nie są zielonymi ludkami, to uproszczone pod względem anatomiczno-fizjologicznym organizmy, przewyższające ludzi techniką, ale na szczęście nieprzystosowane do ziemskich warunków. W zetknięciu dwóch światów przyszłość człowieka znalazła się na krawędzi, okupiona wielkimi stratami przygoda stała się nauczką. Lekcją pokory dla gatunku ludzkiego. Przytoczę tu motto "Wojny światów": "Któż bowiem żyłby w tamtych światach, jesli są one zamieszkałe?... Oni czy my jesteśmy panami świata?.. Czyżby dla człowieka wszystko zostało stworzone? (Kepler, Anatomia melancholii)

Powieść składa się z dwóch ksiąg- "Przybycie Marsjan", "Ziemia we władaniu Marsjan", liczą one odpowiednio 17 i 10  dość krótkich rozdziałów. Szybko się więc czyta, zwłaszcza, że tekst jest bardzo dynamiczny i utrzymany w stylu sprawozdawczym, żadnego "rozmemłania", opisowych dłużyzn, czy nadmiernych dygresji. W trakcie lektury trudno było się oprzeć, by nie przeczytać jeszcze jednego rozdziału i jeszcze...Co ciekawe, aż tak bardzo się nie odczuwa, że to utwór z nurtu s-f może dlatego, że Wells położył akcent na przeżycia człowieka, uniwersalne biorąc pod uwagę doświadczenia wojen.

niedziela, 4 listopada 2012

Cynamonowy listopad pod klepsydrą


Źródło: Instytut Książki
Listopad 2012 został przez Senat uchwalony miesiącem poświęconym Brunonowi Schulzowi. 19-ego listopada br. mija 70-ta rocznica śmierci pisarza i rysownika z Drohobycza. Jego spuścizna artystyczna jest niewielka, ale jakże cenna i wartościowa.

Obchody Miesiąca Schulzowskiego prezentują się dość bogato i ciekawie. Oto krótkie kalendarium:

8.11 - Kraków - wystawa "Xsięga Bałwochwalcza Brunona Schulza (1892-1942)"
14.11 - Kraków - w Fundacji Judaica – Centrum Kultury Żydowskiej na Kazimierzu - spotkanie z Krzysztofem Miklaszewskim – "Moja przygoda z Schulzem" – promocja książki pt. "Zatracenie sie w Schulzu" (PIW  2009)

 14 -18 .11- Wrocław -Festiwal Brunona Schulza, spotkania i dyskusje poświęcone Schulzowi, a także stosunkom polsko-żydowsko-ukraińsko-niemieckim oraz o śladach tych relacji w literaturze i sztuce.

  18- 23.11 - Kielce-  XVIII Festiwal Form Dokumentalnych Nurt 2012- edycja poświęcona autorowi "Sklepów cynamonowych".

23 - 25.11 -Łódź- muzyczno-teatralny weekend z Schulzem  – Teatr PINOKIO  spektakl "Bruno Schulz – "Historia występnej wyobraźni", koncert zespołu Bubliczki oraz koncert zespołu Bruno Schulz.

26.11 - Książnica Płocka- wernisaż wystawy "Bruno Schulz. W samotność swą zaklęty" oraz spotkanie z Janem Gondowiczem (autorem książki Schulz. – Warszawa: Edipresse, 2006)

  Do 30.12 w warszawskim Muzeum Literatury można oglądać wystawę zatytułowaną "Rzeczywistość przesunięta"- największy zbiór prac plastycznych Brunona Schulza udostępniony szerokiej publiczności. 

Wydarzenia związane z obchodami rocznicy będą miały miejsce również za granicą:

10.11 - Amsterdam -w Openbare Bibliotheek  "Wieczór z Brunonem Schulzem"a w Chicago (University of 19 i 20 listopada- Chicago -  konferencja - o Schulzu opowiedzą  literaturoznawcy z Niemiec, Japonii, Stanów Zjednoczonych, Belgii i Polski.

Warto zajrzeć na stronę http://brunoschulz.eu/

Ze swojej strony proponuję miniwyzwanie- czytajmy prozę Schulza i książki jemu poświęcone, oglądajmy jego prace plastyczne, bierzmy udział ( w miarę możliwości) w wydarzeniach kulturalnych związanych z tą postaciąa następnie dzielmy się wrażeniami.

Zdaję sobie sprawę, że miesiąc to za krótki termin na uwzględnienie także i Schulza w pękających w szwach planach czytelniczych wielu osób, zatem może przyjmijmy czas tak gdzieś do końca lutego, co?
Zrobię specjalną zakładkę i tam zbiorę  linki do Waszych wypowiedzi, które możecie wrzucać pod tym postem.(Żeby było łatwiej znaleźć ten wpis, to będzie doń przejście w zakładce)
Zapraszam.



Follow by Email