czwartek, 31 stycznia 2013

Owocnego stycznia kres, czyli podsumowanie w planie ;-)

Dziś przypada Międzynarodowy Dzień Przytulania (drugi jest w czerwcu), zatem przytulam mocno wszystkich tu zaglądających i zapraszam na podsumowanie miesiąca. Zupełnie nie wiem, skąd tak mnie naszło na statystyki, bo nie mam tego w zwyczaju. Powiedzmy, że to nowość "Agnestariusza..." na 2013 rok, choć regularności nie gwarantuję.
Ad rem:

W styczniu przeczytałam  10 książek ( ta wysoka liczba wynika po części stąd, iż w większości nie były to obszerne lektury).
W tym:
- w ramach styczniowej Trójki E-pik: 8 
(książka oparta na wątku autentycznym -2, z polskim miastem - 4 , należąca do serii -2)
- w ramach "Pod hasłem" (imię): 2
- pod kątem "Klasyki Młodego Czytelnika": 3 
(w tym jedna jeszcze nie opisana)
- egz. recenzyjny (dla Czytajmy Polskich Autorów): 1

Ostatnia styczniowa lektura natomiast  wpasowuje się w ramy nowego projektu, którego mam przyjemność być współtwórczynią i uczestniczką, a mianowicie:
 Napiszę o niej wkrótce. Postaram się też uzupełnić wypowiedzi o pozostałych przeczytanych -dotąd nieopisanych- powieściach.

Książką stycznia bezapelacyjnie uznałam biografię ks. J. Twardowskiego pióra M. Grzebałkowskiej "Ksiądz Paradoks...".

W tym miesiącu dużo się działo.
Przeprowadziłam wywiad z Aliną Białowąs, autorką "Galerii uczuć".
Brałam udział w I etapie konkursu na Blog Roku 2012. Dziękuję ogromnie za Wasz wkład w "dwie kulki" ;-)  
Nawiązałam współpracę z pewnym wydawnictwem (niech to pozostanie niespodzianką, aż do recenzji).
Wygrałam w konkursie z "Pół życia" J. Picoult Wyd. Prószyński i S-ka.

Zaiste, to był owocny czas!



środa, 30 stycznia 2013

Stosik oraz powód do skakania aż pod sufit ;-)

Styczeń umyka, a ja nie pokazałam stosika!
Oto on:
 Od dołu patrząc:
 -cztery "Rebisy" stanowią wygraną w przedświątecznym konkursie Matrasa, ta najgrubsza księga zawiera opowiadania z gatunku urban fantasy, mimo obaw, mam ochotę spróbować z czym to się je ;-) Najbardziej zaś z tego zestawu interesuje mnie "Teodora".
 - "Modliszka" wyd . Prószyński i S-ka  - egzemplarz recenzyjny - recenzja ukazała  się na stronie Czytajmy Polskich Autorów. Zainteresowanych zapraszam do zajrzenia tam ;-)
- "Zapach spalonych...." - pożyczony w święta, wrażeniami już się dzieliłam.
- pozostała szóstka to nabytki  wyprzedażowo-promocyjno-gratisowe wiadomo skąd ;-) Najbardziej cieszę się z autobiografii D. Lessing, choć to akurat drugi tom.

Teraz przyznam się, dlaczego skakałam z radości. Pod sam sufit, prawdę mówiąc, nie dałam rady, ale i tak cieszę się nieziemsko!
Pamiętacie, jak pisałam o "Pół życia" Picoult? Oto efekt: [KLIK]

Wygląda na to, że szykuje się kolejny stosik....
I jeszcze będzie niespodzianka, ale na razie ciiiii.....

Tymczasem pozdrawiam gorąco i podskakując, udaję się ku domowym i rodzinnym zajęciom...

PS. Dziękuję ślicznie za głosy w konkursie na Blog Roku 2012 (E00160 na nr sms 7122), czas na głosowanie kończy się jutro o 12-ej, przy tak ogromnej liczbie uczestników (547) zdobycie dwóch kulek, oznaczających ilość głosów w przedziale 6-50, uważam za sukces.  Ważny był dla mnie sam udział, na żadne wysokie lokaty nie liczyłam.
Dziękuję jeszcze raz!
Natomiast w drugim etapie trzymam kciuki za "Krytycznym okiem", którego regularnie nie czytam, ale cenię.




poniedziałek, 28 stycznia 2013

Czuć spaleniznę....

Skąd ten swąd? Nie tylko dlatego, że zapomniałam dziś o gotującej się kaszy i przypaliłam garnek, a potem, wściekła, rzuciłam rękawicę kuchenną na gorący palnik. Przeczytałam "Zapach spalonych kwiatów" Melissy de la Cruz.
 Jeśli znacie więcej książek tego typu, to podajcie mi tytuły, żebym.... wiedziała, co omijać szerokim łukiem. Na pewno już nie sięgnę po nic pióra tej autorki.
 "Zapach.." miał swego czasu swoje pięć minut na blogach, jakoś tak wbił mi się w głowę i chciałam to przeczytać, a ponieważ nadarzyła się taka możliwość, to z niej niebacznie skorzystałam.
Nie będę się rozwodzić nad fabułą, bo już pisano nieraz o tej książce.
Nie podobała mi się, a przeważnie same zachwyty wzbudza.Cóż, nie gustuję w "paranormalach", a to był raczej romans paranormalny, skręcający w obyczajowo-sensacyjno - fantasy.
W przypływie dobrego nastroju mogę poczytać o czarownicach,  cudownych eliksirach, o magii, o przejściach w szafie do innego świata i innych takich. Jednak co za dużo, to niezdrowo. A tu są i czarownice, i błękitnokrwiści (?), i bóstwa z mitologii skandynawskiej (chyba, bo nie znam się na tym), i różne światy z tunelami, mostami itp., i gryf żywiący się chrupkami cheetos, i wskrzeszanie zmarłych, i tajemnicze zbrodnie, i echa procesów z Salem, i toksyczna substancja w oceanie, i sceny rodem z harlequina z serii "gorący romans". Namieszane strasznie.
Na upartego to nawet szybko się czytało, gdzieniegdzie było dość zabawnie,  choć były momenty, gdy irytowałam się i chciałam odłożyć powieść. Najbardziej w chwili, gdy jedna z czarownic (które miały zakaz używania swych mocy, ale łamały go czasem troszeczkę) - Joanna pracując w ogrodzie nagle zmieniła grabie w miotłę i na niej poleciała... Nie, no! Magia - dla mnie może być, ale taka w postaci szczypty magicznej przyprawy do napoju, talizmanu, odczytywania przyszłości, przeczuwania czegoś, taka magia jak w "Czekoladzie" J. Harris, czy nawet w serialu takim o czarodziejkach z Shannon Doherty w jednej z ról (zapomniałam tytułu), ale nie latanie na miotle!!! Nie w takiej konwencji.

Wszystko to dzieje się współcześnie, w XXI w., ale jednocześnie historia ma korzenie w dalekiej przeszłości, wręcz mitycznej.  Całość może i ciekawa (jakby to tylko było inaczej ujęte), ale zbyt "zamerykanizowana" jak na mój gust. Bardzo potoczny język  niekiedy.

O, jedynie co mi się podobało, to motyw biblioteki. Jedna z czarownic jest bibliotekarką, która martwi się o przyszłość swojego miejsca pracy. Pokazane są różne sylwetki tamtejszych pracowników, fajna rola (jak by tak ująć to filmowo) Hudsona.

Dziać i wyjaśniać zaczęło się dopiero pod koniec, wcześniej było takimi skokami - od postaci do postaci, nieraz trudno było wyczuć, czy dany wątek/bohater przyda się w późniejszym rozwoju wydarzeń.

Kolejny przykład kombinowania z tytułem - oryginalny to "Czarownice z East Endu". A ten "zapach spalonych kwiatów" jakoś szczególnie ważny dla powieści nie jest, moim zdaniem

Nie moja bajka taka literatura. Na szczęście szybciutko się toto czytało.

niedziela, 27 stycznia 2013

"Ze wspomnień Samowara" B. Hertz

B. Hertz, Ze wspomnień Samowara,  Czytelnik 1961   

Mało kto dziś pamięta o Benedykcie Hertzu (1872 -1952). Zawdzięczamy mu m.in przekład bajek Kryłowa, satyry, utwory dla dzieci.
"Ze wspomnień Samowara" - pod tym uroczym tytułem kryje się zbiór opowiadań, opartych na wspomnieniach autora z dzieciństwa i szkolnych czasów. 
Samowar to przezwisko nadane przez kolegów z klasy, wzięło się ze skojarzenia krępej i niskiej sylwetki chłopca z naczyniem do przyrządzania herbaty.
Narrator w gawędziarskim stylu, z humorem opowiada o dziecięcych zabawach, radościach i rozczarowaniach, o szkolnych perypetiach, o wagarach, ściąganiu, dokazywaniu na lekcjach, bójkach,  wysiadywaniu kurcząt, o polowaniu na pastowane prosię, o gorzkich migdałach, o  pływackiej brawurze i koleżeńskich postawach. Wspomina znakomitego pedagoga Adolfa Dygasińskiego, który uwrażliwiał wychowanków na piękno przyrody.
Przygody Samowara są zabawne,ale i naukę z nich wyciągnąć można, choć Hertz nie moralizuje i kazań nie prawi. 
Książeczka  to stara i  niewielka, ale skarb wielki. Literacka pamiątka minionej epoki.
Lektura budzi dziwne uczucie, tak jakoś chce się westchnąć, ech, gdzie te niegdysiejsze śniegi... gdzie te czasy, gdy dzieci bawiły się w odsiecz wiedeńską albo inszy Grunwald, gdy miecz z patyka i tarcza z tektury były podstawowym wyposażeniem małych rycerzy, a pudełko po lekarstwach stanowiło pożądaną zabawkę, gdy wymieniano się znaczkami i kawałkami sznurka, gdy w szkole pisano stalówką,  za karę uczeń zostawał "w kozie".. gdy rodzynki i migdały były tylko od święta, a zostać dorożkarzem było marzeniem niejednego chłopca...
Ze słów wartych ocalenia zapadło mi w pamięć jedno - 'wisus'. Kto dziś używa takiego wyrazu... 
Ba, nie wiem, czy i 'samowar' w dzisiejszych czasach jest dla wszystkich zrozumiały... Wznowienie tomiku Herzta - dla kolejnych pokoleń - musiałoby być opatrzone przypisami.


Lektura wpasowała się w styczniową Trójkę - E-pik.

czwartek, 24 stycznia 2013

Bim -bomuję w pewnej sprawie...

Im bardziej pada śnieg,
Bim- bom...
Tym bardziej przyda się głos,
Bim - bom...
W konkursie na Blog Roku
Bim - bom....
O treści E00160
(to zera nie 'o')
Pod numer 7122
Bim - bom...
Za 1, 22
Cel charytatywny
Bim - bom...
Dziękuję ślicznie -
agnestariusz.blogspot.com

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Dygoty i Dygaty

Wyd. Książka i Wiedza 1979
Gdyby nie to, że mam w pamięci pozytywny odbiór "Jeziora Bodeńskiego", to po "Pożegnaniach" (1948) pożegnałabym się z panem Dygatem, ale w takim razie kiedyś pewnie jeszcze sięgnę po "Disneyland".
Niewielkich rozmiarów powieść nie zachwyciła mnie, a wręcz znużyła. Nie dało się nie odczuć gombrowiczowskiego klimatu (maski, formy, pozy i pozory), co akurat powinno mi odpowiadać, ale jednak nie ujęło na tyle, bym była usatysfakcjonowana lekturą. Całość sprawiała wrażenie rozdygotanej, przeważnie za sprawą głównego bohatera, idealistycznego buntownika, który jednak był dość pasywny w swych działaniach. Bo i cóż czynił?Odsunął krzesło spod pani Loli (niczym szkolny urwis), wybrał się na piknik z fordanserką Lidką, balował w paryskich lokalach.... Z drugiej strony cóż miał robić, skoro zewsząd słyszał, że świata nie zmieni...
Owszem, był inny, niepokorny, postępował niekonwencjonalnie odcinał się od swej warstwy społecznej. Sam o sobie mówi tak: "Od dawna już żyłem w niezgodzie z otoczeniem. Miałem wstręt do szablonów i schematów wzajemnego obcowania ludzi ze sobą, prześladował mnie ustawiczny odruch korygowania na własna rękę wszystkiego, co wydawało mi się w życiu niesłuszne, fałszywe i niesprawiedliwe, a wreszcie już prze samą przekorę postępowałem na przekór wszystkiemu, co widziałem dookoła" (s.13)
Przyznaje się do nieuczciwości, ale motywuje to na swój sposób: " (...)ciągle kłamię ludziom na mój temat i opowiadam im byle co. Ludzie żądają od człowieka, ażeby miał konkretne treści, pytają go, co słychać u niego, jak mu się powodzi, jakie ma plany na przyszłość, i nie mogą absolutnie przyjąć człowieka bez treści życiowych, to byłaby dla nich ciężka obelga, zjawisko nie nadające się nawet do rozważania. Ja nie miałem żadnych gotowych treści, z którymi mógłbym zapoznać zahaczających mnie współtowarzyszy życia, musiałem zmyślać i podawać im najtypowsze, schematyczne, łatwe do strawienia". (s. 182) Nie można  więc wierzyć do końca w to, co mówi  ów bohater. Nawet pobyt w obozie w Oświęcimiu wydaje się "podejrzany".
Rzecz składa się z dwóch części, pierwsza dzieje się tuż przed wojną, druga - pod jej koniec. Atmosfera jest niespokojna, niepewna, rozedrgana. Ewidentnie coś się zmienia, coś się kończy, odchodzi w niebyt. Epoka, wartości, hierarchia klasowa. Arystokraci, zamożni mieszczanie potracili majątki w wojennej zawierusze. Dziewczyna do towarzystwa z kawiarni zostaje żoną hrabiego i nabiera pańskich manier. Lokaj otwiera restaurację i zatrudnia w niej pana z wyższych sfer.
Smaku dodaje szczypta absurdu (dialogi ze staruszką w willi 'Quo vadis', która  - staruszka nie willa - chciała sprzedać bohaterom szkaradny zegar i kota w charakterze psa; rozmowa z kelnerem w Kasynie w Podkowie Leśnej) oraz barwną plamą zarysowana postać Maryny.
Geograficznie mamy tu Warszawę, Pruszków, Komorów, Podkowę Leśną, Milanówek (wspomniany przy okazji trasy kolejki), a także Paryż  i - choć tylko na płaszczyznie rozmów- Wiedeń.

Filmu J. W. Hasa na podstawie "Pożegnań" nie oglądałam, ale przy okazji nie omieszkam tego uczynić. Proza Dygata bardzo "filmowa" mi się wydała, ciekawe jak wypadła okiem kamery.

Książka przydała się do styczniowej Trójki E-pik ( kategoria powieść z polskim miastem).



piątek, 18 stycznia 2013

W siódmą rocznicę śmierci - o biografii księdza Twardowskiego

Wyd. Znak 2012
Już w zeszłym roku przymierzałam się do tej książki, po kilkunastu stronach jednak odłożyłam ją, by mieć na potem, schomikowałam, by dłużej cieszyć się perspektywą dobrej lektury. W końcu zdecydowałam się, że przeczytam ją w styczniu 2013, nie bez powodu, bo właśnie mija siódma rocznica śmierci Księdza Twardowskiego. Ze świecą szukać kogoś, kto nie znałby choć fragmenciku z jego utworów,  są one bowiem znane, żywe, a i mnie bardzo bliskie. Nie o poezji  jednak miało być, a o biografii, którą nazwałabym raczej reportażem biograficznym.
Jestem pod ogromnym wrażeniem mrówczej pracy, jaką wykonała Magdalena Grzebałkowska, oraz jej dociekliwości i skrupulatności. Nie spodziewałam się znaleźć w książce tylu ciekawostek, szczegółów, cytatów, tymczasem autorka pokazała nie tylko dzieje i sylwetkę Twardowskiego, ale i w dużym stopniu odmalowała jego otoczenie, jego czasy. Gdy mowa na przykład o kamienicy przy ul. Elektoralnej 49, gdzie mieszkali Twardowscy, to mamy jej opis, gdy mowa o "Kuźni Młodych", gdzie w redakcji działał Janek, to dostajemy liczne cytaty z tego czasopisma itp. Bogaty wykaz dzieł cytowanych i indeks osób pojawiających się w tekście również świadczy o obfitości treści oraz o sumiennym przygotowaniu i wykorzystaniu materiałów.
Do osoby Księdza autorka podchodzi z sympatią, czego wyraz stanowi literacki list zamieszczony na końcu, pożegnanie dziennikarki z bohaterem swej książki. Przede wszystkim jednak widać obiektywizm, uczciwość, dokładność, szczerość.
Grzebałkowska pokazuje Jana Twardowskiego jako człowieka pełnego sprzeczności. Przyszły mi na myśl słowa Sępa- Szarzyńskiego "wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie..." - wypisz, wymaluj, taki był. Z jednej strony unikał splendorów, umniejszał swą wartość, nawet nie nazywał się poetą, tylko Księdzem Piszącym Wiersze, z drugiej - jak kania dżdżu czekał  na wypowiedzi krytyczne o swych utworach, dbał o nieposzlakowaną opinię, łaknął uznania.  Jakby dwie natury w nim siedziały, przy czym jedna do ziemskich obowiązków skromnego duszpasterza przeznaczona, druga  - na Pegazie ku słońcu lecąca...
Zdumiony popularnością, grzał się  w jej promieniach, tylko tak jakby cichaczem....dyskretnie.
Najbardziej poruszyło mnie to jak  Twardowski był wykorzystywany. Miał serce na dłoni, był dobroduszny, wręcz naiwny, a inni z tego korzystali, nie bacząc na nic. W głowie mi się nie mieści jak można starszej osobie (już nawet pomijając, że księdzu i poecie) zakłócać spokój późnym wieczorem dzwoniąc z "pilną" wiadomością " bo mi kot zginął", albo przeszkadzać w drzemce "bo przyszłam i mam cztery wiersze, żeby ksiądz zobaczył", czy inne historie w ten deseń. Nie wyobrażam sobie jak można publikować coś bez zgody autora, nie płacić mu honorariów i należnych tantiem. Jeśli nawet ktoś preferuje ubóstwo, to nie powód,by go z góry ograbiać! Serce się kraje, gdy się czyta o tym, jak żył w ostatnich latach... Owszem, miał grono oddanych przyjaciół, ale i nie brakowało "sępów".
 Autorka rzetelnie podaje, że nie każdy zapytany, zechciał podzielić się wspomnieniami o Twardowskim, wiele osób odmówiło rozmowy, odwołało spotkanie, jakby coś dziwnego się działo - takie odniosłam wrażenie.
Przykro czytać  o problemach, jakie powstały wskutek konfliktów różnych podmiotów z spadkobierczynią praw autorskich.

Biografia ma budowę jakby klamrową - rozpoczyna ją opis ostatniego dnia życia Księdza, a kończy wizyta autorki przy grobie.

Wartościowa, zajmująca lektura. Niewykluczone, że powrócę do niej jeszcze kiedyś.







czwartek, 17 stycznia 2013

"Zuzanna nie istnieje " M. Fox

M. Fox, Zuzanna nie istnieje,
Wydawnictwo Literackie 2011
 Z noty na okładce:
"...przepełniona erotyzmem opowieść o dawaniu i czerpaniu, cierpieniu i niesłychanym szczęściu, dojmującej samotności i wielkiej miłości, która zdarza się co najmniej dwa razy w życiu."

Zuzanna i Paweł. Spotkali się przypadkiem, a  może to było przeznaczenie? Dobrali się jak w korcu maku, odnaleźli się jak mityczne połówki jabłka czy też pomarańczy. Wzajemna fascynacja wyrwała ich oboje z letargu, w jakim tkwili po traumatycznej stracie bliskich osób.
Niestety, znaleźli się i zgubili, stracili się z oczu,  by ciągle się mijać, deptać sobie po piętach, ale w nieświadomości tego, jak są niedaleko siebie. Czy możliwe są takie zbiegi okoliczności?
Jak zaczarowani, oszołomieni sobą nawzajem, postanowili się odnaleźć. Nie było to łatwe, bo nic o sobie właściwie nie wiedzieli. Tymczasem znów zadziałał przypadek, a może los, opatrzność czy może coś jeszcze...
Czy się udało im spotkać? Czy Zuzanna istniała naprawdę? Pozostawię to w niedomówieniu....

Opowieść Marty Fox jest subtelna, poetycka, smutna i nielekka, niekiedy nudnawa, taka snująca się leniwie,  ale na swój sposób piękna. Nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji i lawiny wydarzeń, ale są emocje, refleksje, przeżycia bohaterów. Mowa  o sztuce, o mandalach, o magii liczb.
 Jest introwertycznie i ezoterycznie. Trochę toksycznie.

 Rzecz dzieje się we Wrocławiu i Krakowie, miejsca oddane bardzo realnie, włącznie z nazwami ulic, dzielnic i knajpek.

Lektura wymaga spokoju i skupienia.
W sumie to nie  potrafię określić, czy mi się ta książka podobała, czy nie... Nie uważam czasu nad nią spędzonego za stracony, ale drugiej takiej powieści raczej już bym nie chciała czytać.


Książkę zaliczam do wyzwania "Pod hasłem" (imię) oraz Trójka E-Pik  (kategoria z polskim miastem)






środa, 16 stycznia 2013

10 pytań do...

Nie nie, to nie będzie żadna nowa zabawa blogowa.
Pamiętacie Olę, która się ciągle nakręcała, bohaterkę "Galerii uczuć"?
 Przeprowadziłam wywiad z autorką tej książki. Kto ciekaw, zapraszam tutaj.
Przy okazji można wziąć udział w konkursie.
Polecam i pozdrawiam ;-)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Powróćmy jak za dawnych lat.... "Ania z Avonlea"

Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonlea, tłum. Rozalia Bernsteinowa, Nasza Księgarnia 1990.

Dopiero od niedawna zaczęłam kompletować tę serię, wcześniej miałam na własność tylko "Anię na uniwersytecie", a inne tomy wypożyczałam z biblioteki, no i mam poważne wątpliwości, że nie wszystkie czytałam. Jestem pewna tylko "Ani z Zielonego Wzgórza" (wszak to lektura szkolna!) oraz "Rilli ze Złotego Brzegu", (bo akurat pamiętam). Co do pozostałych, mogło się tak zdarzyć, że coś mnie ominęło, więc nie pozostaje nic innego jak sobie teraz wszystko uporządkować.
Brakuje mi jeszcze "Ani ze Złotego Brzegu" i "Doliny Tęczy". Przywiązana jestem do tej szaty graficznej, jaką prezentuje okładka obok. Co prawda pierwszy tom mam w innym, starszym wydaniu, ale jakoś to przeżyję ;-) Okazało się też, że mam skróconą wersję "Ani z Szumiących Topoli", a tytułowe topole to w oryginale wierzby.... O hecach związanych z tym tomem możecie przeczytać tutaj.
Cykl ma kilku tłumaczy - sprawdziłam to w swoich tomikach, są też inne wydania, a ostatnio pojawiły się nowe tłumaczenia. Niezbyt mam ochotę przekonywać się do nich, wolę pozostać przy wersjach może i staroświeckich, ale dobrze znanych.

"Anię z Avonlea" przeczytałam z przyjemnością i pewnym rozrzewnieniem, nie wszystko pamiętałam, a niektóre fragmenty zupełnie jakbym po raz pierwszy widziała. 
Panna Shirley objęła posadę nauczycielki w szkole w Avonlea, zamierzała czułością i dobrocią zdobyć serca małych uczniów, kategorycznie odrzucała stosowanie kar cielesnych, a krzewienie dobra i piękna uważała za nadrzędną ideę. Dzieci ją rzeczywiście uwielbiały, a nawet krnąbrny Antoś Pye przekonał się do niej po pewnym incydencie... Wśród szkolnej braci był także Jaś Irving, wyjątkowo wrażliwy chłopiec obdarzony bujną wyobraźnią i marzycielską naturą (rozmowy ze "Skalnym Ludkiem"). Nic więc dziwnego, że szybko okazał się pokrewną duszą Ani.
Na Zielonym Wzgórzu pojawili się nowi wychowankowie - pod skrzydła Maryli trafiły bliźnięta: Tola - uosobienie grzeczności i Tadzio - wcielenie psotnictwa. Ten mały urwis dostarczył pannie Cuthbert i Ani wielu wrażeń, ale widoczne postępy w zachowaniu dały im też powód do dumy. Nie był to bowiem zły chłopiec, tylko o wielu rzeczach nie miał  jeszcze pojęcia. Ogólnie zaś był rozbrajający.
Przyjaciele  (mi. Ania, Diana, Gilbert, Janka....) założyli Klub Miłośników Avonlea, którego cel  stanowiła działalność na rzecz upiększenia miejscowości. Miłośnicy, jak ich pokrótce nazywano, dążyli do wykarczowania chaszczy, posadzenia drzewek, założenia kwietników, w czym zaczęła ich wspomagać cała społeczność. Ich chlubą zaś miało być odmalowanie Domu Ludowego (tu się zastanawiam, co to było w oryginale, rodzaj świetlicy, domu kultury, ale Ludowy??Inwencja tłumaczki?) Ten wątek wydał mi się z jednej strony "pachnący" ideą ZMP z lat 50-tych, z drugiej zaś - bardzo na czasie - istnieje bowiem sporo stowarzyszeń aktywizujących społeczność (głównie tereny wiejskie) i rewitalizujących okolice.
Ania nie byłaby sobą, gdyby nie wpadała w jakieś tarapaty albo nie miała przygód. W tym tomie m.in.
- przekonała się, że nie należy zbyt pochopnie sprzedawać krów, a pozory mylą i okropny sąsiad (pan Harrison) może stać się fajnym znajomym;
 -ugrzęzła w dachu kurnika podczas wyprawy po granatowy półmisek, a przy tym nie straciła pogody ducha;
- przeżyła serię niefortunnych zdarzeń podczas przygotowań do proszonego obiadu na cześć pisarki p. Morgan;
- odkryła ogródek Helen Grey i poznała jej historię;
 - odwiedziła zjawiskową Chatkę Ech, w której nie mniej zjawiskowa Panna Lawenda urządzała przyjęcia dla wyimaginowanych gości;
 - doświadczyła burzy stulecia, którą niejako sama "przepowiedziała";
- w specyficznych okolicznościach rozstała się z preparatem do likwidowania piegów;
-  wydała za mąż wspomnianą Lawendę.
Nie obyło się bez majówek z przyjaciółkami, poetycznych westchnień i marzeń. W ogóle było bardzo idealistycznie, sentymentalnie i uroczo. Także zabawnie. 
Przyjaźń, dobro i piękno - wydają się być nadrzędnymi ideami "Ani z Avonlea". I marzenia, koniecznie marzenia, i romantyczne wizje.
Nierealistyczny to świat, ale miło było spędzić trochę czasu na Wyspie Księcia Edwarda.


Książkę zaliczam do styczniowych wyzwań Trójka E -pik (książka będąca częścią serii) oraz "Pod hasłem" (imię)





niedziela, 13 stycznia 2013

Człowiek człowiekowi wilkiem? " Pół życia" J. Picoult



Nie jestem wierną fanką twórczości Jodie Picoult, ściśle rzecz biorąc czytałam wcześniej tylko jedną jej powieść, a mianowicie "Dziesiąty krąg" i odczucia miałam dość mieszane. Obiecałam sobie jednak dać tej niezwykle popularnej autorce drugą szansę. Podjęłam się więc lektury "Pół życia". Nastawiona byłam nieco sceptycznie, zwłaszcza, że nie przepadam za dramatami obyczajowymi. Tym większe okazało się moje zdziwienie, bo książka dostarczyła mi wielu wrażeń i w ogólnej ocenie wypadła całkiem nieźle.
Nie będę przytaczała zarysu fabuły, gdyż można go poznać z opisu wydawcy, zresztą, po co psuć sobie czytanie odsłanianiem kluczowych wydarzeń. Skupię się na innych aspektach, takich jak narracja, tematyka, ogólny klimat powieści oraz po prostu - moje wrażenia.

Od razu daje się zauważyć pomysł na narrację. Pisarka oddała głos postaciom, dzięki czemu czytelnik ma ogląd sytuacji z kilku różnych perspektyw. Co ciekawe, "mówią" nie tylko główni bohaterowie, ale i epizodyczni, wnosząc swoją cegiełkę, choć zastanawiam się, czy szczegóły życia Helen są tak istotne dla całości fabuły, moim zdaniem, nie, ale można to uznać za ubarwienie. Autorka zastosowała  również- co zresztą wydaje się naturalne- retrospekcję. Po kawałku poznajemy przeszłość bohaterów, śledzimy wydarzenia, które doprowadziły do sytuacji będącej meritum akcji. Właściwie to cała historia jest "patchworkowa", podobnie jak opisana rodzina. Na zasadzie wspomnień, czy też reminiscencji, ukazana jest niesamowita relacja z eksperymentu badacza wilków, Luka Warrena, który poświęcił się całkowicie tym tajemniczym zwierzętom, spędził niemal dwa lata w puszczy i dostąpił przywileju przynależenia do watahy. Pierwowzorem tej postaci jest Shaun Ellis - o jego dziejach można przeczytać w książce "Żyjący z wilkami".
Skoro już o wilkach mowa,  to fragmenty ich dotyczące ich zachowania, funkcji w stadzie, hierarchii,  były tak ciekawe, że czytałam je z zapartym tchem. Naprawdę, stwierdziłam, że do tej pory  nic nie wiedziałam na temat wilków, ot, sztampowe informacje z encyklopedii. Dopiero po lekturze tej powieści dotarło do mnie jak fascynujące są te dzikie zwierzęta.

Tematyka "Pół życia" jest poważna i trudna. Pojawiają się tu: kwestia utrzymywania życia przy pomocy specjalistycznej aparatury, eutanazja, zgoda na pobranie organów do transplantacji, skomplikowane relacje rodzinne, oskarżenie o próbę morderstwa... Wystarczy rzec, że akcja dzieje się albo w szpitalu albo na sali sądowej, to już świadczy o "ciężkim kalibrze" tematycznym powieści. Ponadto występuje tu motyw syna marnotrawnego (powrót Edwarda po nagłym enigmatycznym wyjeździe przed laty), choć równie dobrze można mówić o ojcu marnotrawnym -wydaje się bowiem, że dla Luka ważniejsze były wilki niż własna rodzina. Z tymi postaciami wiąże się też motyw konfliktu ojca i syna. Później dochodzi konflikt między rodzeństwem.
Powiedzenie "człowiek człowiekowi wilkiem" w świetle tej powieści nabiera nowych znaczeń. Na przykładzie Luka widać, że człowiek  może stać się  wilkowi wilkiem, przy czym chodzi tu o umiejętność przystosowania do życia w stadzie, w dzikiej kniei. Wilk nie jest synonimem wroga, o to między innymi też apeluje badacz, by zdjąć widmo przesądów z tego gatunku, a łączyć pozytywne cechy. Wśród zwierząt zasady współistnienia są szlachetne, czego nie można powiedzieć o ludziach - dla nich przywołane powiedzenie nadal oznacza złe relacje.

Książka niesie wiele pytań - o  granice poświęcenia, granice między życiem a śmiercią, między prawdą a kłamstwem, światem zwierząt i ludzi. Daje do myślenia. Mimo ciężkiej tematyki, chłonie się kolejne rozdziały jak gąbka wodę.  W trakcie lektury ocena postaci zmienia się wraz z ujawnianiem kolejnych szczegółów, a postępowanie postaci może być przyczynkiem do wielu dyskusji.
Mnie szczególnie zajęła osoba Edwarda - motywy jego postępowania, poczucie odpowiedzialności, chęć chronienia rodziny. Oryginalny tytuł powieści brzmi "Lone wolf" i to określenie, według mnie, wyjątkowo pasuje do młodego Warrena.
Mnóstwo emocji, kontrowersyjne decyzje  bohaterów, dylematy moralne, dramatyczne wybory - trudno nie wsiąknąć w fabułę. Tak było i w moim przypadku. Pewne zastrzeżenia mam jedynie do zakończenia: wzruszająco - optymistyczne niby pasuje do fabuł tego rodzaju, ale według mnie jest zbyt naciągane. Fragment z epilogu, moim zdaniem, nie był taki konieczny...

Można zarzucić Jodie Picoult, że gra czytelnikom na emocjach, że konstruuje swe powieści tak, by poruszyć odbiorcę. Wiele osób jednak właśnie na to czeka, a skoro tego typu książki stają się bestsellerami, to trudno, by pisarka nie korzystała z takiej popularności i zapotrzebowania. Wyrobiła sobie wręcz pewną markę, bo poprzez emocjonalne, wzruszające, często oparte na faktach, historie dotyczące zakrętów i tajemnic życia zdobyła serca fanów na całym świecie, a jej twórczość wydaje się być dość charakterystyczną.
Cechy pisarstwa Picoult mogą być uważane za zalety albo wady, w zależności, co komu odpowiada, natomiast nie można autorce odmówić rzetelności w zbieraniu materiałów. W posłowiu składa podziękowania  specjalistom, którzy pomagali jej w przygotowaniach podając niezbędne informacje - m.in. lekarzom i prawnikom. Dziękuje także osobom, których teksty wykorzystała, bądź które ją po prostu inspirowały, szczególnie zaś Shaunowi Ellisowi i jego żonie. 

Nie mogę obiecać, że zacznę teraz masowo czytać książki pióra Picoult, ale przyznam, że się nie zawiodłam na "Pół życia" i jestem skłonna zapomnieć o niefortunnym dla mnie spotkaniu z "Dziesiątym kręgiem". Fanom autorki polecać tej powieści nie trzeba, bo prędzej czy później i tak ją przeczytają, natomiast pozostałych czytelników zachęcam, aby spróbowali - chociażby ze względu na niesamowite opowieści o wilczym stadzie i nietuzinkową postać Zirkonii.


Jodie Picoult, Pół życia, Prószyński i S-ka, 2012.


Na całej połaci śnieg...

Wreszcie mamy prawdziwą zimę. Pejzaż śniegowy aż "woła" na sanki, ale niestety! Doleczamy kaszelki i katarki po całym tygodniu rodzinnego zbiorowego chorowania. Dziękujemy za miłe słowa i życzenia pod poprzednim postem.Wracam powoli na blogowe ścieżki....
Skończyłam biografię ks. Twardowskiego, muszę spisać tylko wrażenia. Mam też do skończenia jeden tekst dotyczący grudniowej lektury. Teraz w związku z chorobą czytałam sobie..."Anię z Avonlea" ;-) i zabrałam się dla odmiany za "Pożegnania" Dygata, ale coś nie umiem się wgryźć...  W takim razie co by tu....

sobota, 5 stycznia 2013

Klinika domowa

Pozwolę sobie zacytować koleżankę szanowną Klaudię Maksę :
"To COŚ dzisiaj za oknem nazywa się Pogodą? To przecież koło pogody nawet kurde nie stało. Szarówa jedna, wredna.... Tylko głowa boli ......"
Co prawda słowa te padły wczoraj, ale dziś też pasują jak ulał. A propos "ulał" - co to się dziś nie lało... deszcz, deszcz ze śniegiem... żabami rzucało nieomal. A wiało jak w Kieleckiem!
 
Mąż się rozchorował, kaszle, prycha, telepie się  z zimna, tu go boli, tam go strzyka, marudzi, ale przynajmniej środków zaradczych nie odmawia, cholinexy, skorbolamidy, miód, szałwię, syrop  grzecznie pobiera...
Ja migrenowata od paru dni, i jakoś w ogóle nie bardzo... Te wszystkie sylwestrowo-noworoczne ciasta i sałatki wybitnie mi nie służą...Albo wirus jakowyś.
Tylko Elwi z niespożytą energią po domu buszuje, nieustannie domagając się omawiania książeczki ze Świnką Peppą w roli głównej. Raczyła zdrzemnąć się po południu (Elwirka nie Peppa), stąd mam możliwość napisania paru słów.

Czytam aktualnie biografię ks. Twardowskiego, nazwałabym to raczej reportażem biograficznym. Lektura zacna, ciekawostek masa, a nawet nazwa miejscowości, w której teraz mieszkam, się pojawiła... Poeta znalazł się tu w czasie tułaczki wojennej po Powstaniu.
Więcej o tej lekturze innym razem.

czwartek, 3 stycznia 2013

"Nieplany" noworoczne

Postanowienia noworoczne mają to do siebie, że różnie z nimi bywa. Jednych  - mobilizują, drudzy - dość luźno je traktują. Zresztą plany planami, a w rzeczywistość skrzeczy i jest jak jest.
Postanowiłam dać sobie spokój z wszelkimi postanowieniami, a raczej z ich deklaracją. Natomiast swoje czytelnicze zamiary przekornie "nieplanami" nazwałam.
Bo i cóż tu planować... nie ulega wątpliwości, że czytać będę, a co i ile, to czas pokaże. Nawet przyznam, że chciałabym przeczytać w tym roku mniej, a uważniej, wolniej. Chciałabym powrócić do niektórych książek.
W sumie to przypadkowe tytuły w moich zbiorach można policzyć na palcach jednej ręki, pozostałe na pewno chcę poznać, a co za różnica, czy w tym roku, czy później na daną książkę kolej przypadnie....
Oczywiście egzemplarze recenzenckie, jeśli będą się trafiały, mają status priorytetowy. Poza tym zdaję się na swoje czytelnicze zachcianki ;-)
 Wybór mam spory, póki co mam ochotę na biografie - jedna już w czytaniu, potem ostrzę ząbki na księgę o Broniewskim, chciałabym też wreszcie przeczytać "Pożegnania" Dygata, bo ten Dygat jakoś za mną chodzi i osacza zewsząd...Można się spodziewać, że będzie też literatura czeska i coś z ubiegłorocznych stosików również.
Nie zakładam z góry udziału w wyzwaniach, jeśli już, to zainspirowana tematyką, bądź autorem, a nie na przykład kolejną literą alfabetu. Trójkę E-pik  realizować będę o ile naprawdę kategorie mi podejdą i znajdę pasujące książki we własnych zbiorach.
Zamierzam nadal eksploatować własne (i rodzinne) półki, już bez deklarowania poziomów w wyzwaniu "Z półki 2013".
Niebawem (szeroko pojętym) napiszę o paru moich grudniowych lekturach, których nie chcę pomijać milczeniem. Ciekawe, czy zgadniecie o których....;-)

Tymczasem!

Follow by Email