czwartek, 28 lutego 2013

Daktyle, kapusta i luty w liczbach

Uwielbiam i znam na pamięć wiersz Danuty Wawiłow, ale tym razem nie mogę powtórzyć "Gdzie się podziały moje daktyle...", bo moje daktyle wcale nie wyparowały, a wręcz przeciwnie - objawiły się niespodziewanie w czeluściach szafki, gdzie leżały całkiem zapomniane w paczuszce, schomikowane jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Nie przeterminowały się na szczęście i dostarczyły rozkosznie pysznej przekąski wieczorową porą - przy lekturze równie smacznej (przynajmniej dla mnie) powieści.
Jest nią "Tristan 1946" Marii Kuncewiczowej. Tak nieopatrznie raz wyjęłam z półki ten tomik z serii Koliber i tak tylko zerknęłam.... i już nie odłożyłam. Piękna, spokojna, psychologiczna proza. Delektuję się nieśpiesznie. Jeszcze mi trochę zostało, powitam z nią marzec, ale zapiszę chyba na luty, bo jednak w rozpoczęłam i większość przeczytałam w tym miesiącu. Zastanawiam się też, czy ma sens takie rozliczenie miesięczne, bo co z lekturami z przełomu?
O 'Tristanie..." chciałabym napisać szerzej, zrobię to jak już skończę, ochłonę i ubiorę wrażenia w zdania.

O ile daktyle są dość poetyckie, to kapusta kojarzy się z prozą życia, choć i krztynę romantyczności można jej przypisać - " bez ciebie noc taka pusta...". Jednak nie romantyczną, a całkiem przyziemną miałam przygodę z tym warzywem.
Otóż nie dalej jak wczoraj wybrałam się do warzywniaka na naszym osiedlu, a jest to mały wąski sklepik. Poczyniłam sprawunki i wycofywałam się już do wyjścia wzdłuż zastawionej wszelkim dobrem ogrodniczym lady, gdy nagle - łup! Rozejrzałam się, czy aby nie strąciłam czegoś torebką... Okazało się, że tuż obok mojej głowy, z górnej półki spadła... główka kapusty. Opatrzność czuwała!!! 
Ponoć poprzedni klient tak wybierał i przebierał w tej kapuście niczym w ulęgałkach, że zostawił je byle jak ułożone, niestabilnie, no i siłą grawitacji ( a może i jakąś diabelską, kto wie...) spadła głowa... Ekspedientka trochę się przejęła, trochę narzekała, że musi poprawiać, jak ktoś tak "przesegreguje" na półkach, trochę się razem ze mną śmiała z przypadku. Swoją drogą, czy nie lepiej było kapustę umieścić gdzieś niżej, a na wysokościach coś bardziej efemerycznego....
A to feler, westchął seler....

Z warzywnych dywagacji przejdźmy do cyferek. 
W lutym przeczytałam 8 książek, przy tym jednej jeszcze nie skończyłam, a pozostałe to przeważnie opowiadania bądź niezbyt obszerne powieści.
Recenzyjnych sztuk jeden (Wielka Litera jako wydawnictwo zapowiada się obiecująco), pożyczonych  - sztuk jeden (co prawda niewypał, ale zdarza się), reszta - zbiory własne.
Bieżąca Trójka E-pik zrealizowana w 2/3 (bez wątku niewolnictwa), za w kategorii "książka ulubionego autora" trafiły się aż trzy (Nora Roberts, Doris Lessing. Maria Kuncewiczowa - każdą pisarkę/jej twórczość lubię za coś innego).
W "W królestwie Nory Roberts" opublikowane dwie wypowiedzi, jedna dotyczy lektury z końca stycznia, druga- z lutego. 
Nie udało mi się tym razem wyrobić z "Pod hasłem" / list,/ a planowałam "Listy do młodego pisarza" Llosy, cóż, innym razem.

Książką miesiąca wybrałam ex aequo "Korytarz" oraz (nieco awansem)"Tristana 1946"- za dostarczenie wyjątkowych emocji i czytelniczej satysfakcji.

Plany na marzec - skończyć "Tristana...", jak się pojawi egzemplarz do recenzji  - czytam priorytetowo, może zabiorę się za Broniewskiego, no i ciekawe, co "zada" nam Sardegna....Może marcowa Trójka E-pik zainspiruje mnie, co by tu wyciągnąć z półek...

Trzymajcie się ciepło i uważajcie na spadające kapusty!
A.



sobota, 23 lutego 2013

Opowiadania do zapamiętania - krótko o "Korytarzu".


"Korytarz" Marka Ławrynowicza (W.A.B 2006) to zbiór siedmiu opowiadań, których wspólny mianownik stanowi motyw śmierci i przemijania. Wbrew pozorom nie jest to lektura smutna i przygnębiająca, bo teksty są utrzymane w nieco ironicznym tonie i poetyce absurdu, zaprawione czarnym humorem, a wspomniany w nocie na okładce "hrabalowski duch" rzeczywiście jest wyczuwalny. Podobnie jak  - moim zdaniem - "duch czechowowski". 

Trudno zachować powagę w obliczu spraw ostatecznych, gdy pracownik kostnicy wygłasza teorię, ze najlepszym deseniem ubioru do trumny są prążki, bo mają charakter horyzontalny, albo gdy krewny mówi, że ulubioną melodią zmarłego była piosenka "Czyżyk -pyżyk, gdzieś ty był". ("Czarne oczy nie chcą spać"). Puenta tego samego opowiadania jest z kolei refleksyjna i głęboko mądra. Dedykowałabym ją zwolennikom ekshumacji i ponownych pogrzebów.
"Miejsce" w iście barejowskim stylu pokazuje ponadczasową rywalizację między ludźmi różnych statusów społecznych o splendor i sławę - tu akurat o najatrakcyjniejsze miejsce wiecznego spoczynku.
Opowiadanie "Nafta" zamieszczałabym w szkolnych podręcznikach obok "Mendla Gdańskiego". Dotyczy  masowej eksterminacji ludności żydowskiej  i zawiera ważne pytanie. 
"Trasa" przedstawia tragiczny los artystów estrady, w moim odczuciu -podszyte Gombrowiczem.
"Wielka sława to żart..." chciałoby się zanucić po lekturze "Retrospektywy" - tekstu  o tym, jak polityczne układy wpływały (wpływają?) na sztukę i jej twórców.
Tytułowy "Korytarz" - rozgrywajacy się w poczekalni wydziału onkologicznego kliniki - niesie nutę melancholii.
Na koniec słowo o moim ulubionym utworze z tego tomu - "Książę Krokodyl". Autor przenosi nas do carskiej Rusi, gdzie obserwujemy jak cieśla i malarz wznoszą makietę dworu "ku chwale ojczyzny", by "mateczka" - caryca, miała co oglądać, gdy będzie przepływała obok statkiem. Rzemieślnicy dokonują cudów, poświęcają się,  kto inny zaś spija śmietankę i brnie po trupach do sukcesu, ale łaska pańska na pstrym koniu jeździ...

 Marek Ławrynowicz - literat, satyryk, autor licznych słuchowisk, imający się w życiu rozmaitych zawodów, niekoniecznie związanych z wykształceniem - znakomicie włada kunsztem pisania opowiadań. Teksty zawarte w "Korytarzu"  są zgrabnie i różnorodnie skonstruowane, niosą paletę uczuć i nastrojów, osadzone w konkretnej sytuacji dają się umieścić w ponadczasowej perspektywie, są uniwersalne. Zapadają w pamięć i skłaniają do refleksji. 

Ta literacka perełka stała u mnie na półce ładnych kilka lat. Sama nie wiem, dlaczego tak długo po nią nie sięgałam. Mam do tej niewielkiej objętościowo książeczki ogromny sentyment - dostałam ją w nagrodę za poprawną odpowiedź na zagadkę w Literackim Biurze Śledczym na antenie Trójki. Teraz cenię ją podwójnie - jako wyjątkową pamiątkę i wartościową literaturę.

piątek, 22 lutego 2013

Całe zdanie (o) Chmielewskiej

Drodzy Entuzjaści i Wielbiciele twórczości Joanny Chmielewskiej!

Z przykrością zawiadamiam, iż do Waszego zacnego grona niestety nie dołączę. Mimo usilnie podejmowanych prób, nie zaraziłam się bakcylem "chmielewszczyzny". W trakcie czytania, o ile nie natrafiam na nużące fragmenty, bawię się nawet nieźle, ale na dalszy ciąg ochoty nie nabieram. Z przyjemnością wyłuskuję drobne smaczki, żarty i  powiedzonka autorki, ale całościowo niestety to nie moja bajka.

Łączę wyrazy szacunku,
Agnesto

Jak już nieraz wspominałam (najczęściej gościnnie komentując adekwatny post na blogach okołoksiążkowych), z bogatego dorobku twórczego pisarki poznałam  tylko "Zapalniczkę" (kilka lat temu) oraz "Klin" (będzie ze dwa lata wstecz), a także gdzieś w odchłaniach pamięci kołaczą mi się jakieś Pawełki (?) i Okrętki, coś o skarbach i krokodylu (?). Chciałam spróbować kolejnych, a nuż w końcu załapię ten fenomen? Cóż...

Właśnie skończyłam "Całe zdanie nieboszczyka". Przez część "kopenhasko - brazylijską" ledwo przebrnęłam, męczyłam niemal tydzień, nie wciągało mnie zupełnie. Część "francusko - polska", skoro już tak geograficznie sobie oznaczam, na szczęście sprawiła, że moje czytanie ruszyło z kopyta - było żwawiej i śmieszniej. Bohaterka ma niebywałą tendencję do wpadania w tarapaty, ale i niesamowite sposoby, by się z nich wykaraskać. Nie straszne jej chyba nic. Ani karkołomna jazda po górskich serpentynach, ani samotna żegluga super-jachtem, ani uwięzienie w lochu, ani cała banda gangsterów wraz z Interpolem i Diabłem. Galimatias i heca na sto fajerek. Przy tym można dowiedzieć się wielu praktycznych rzeczy: warto zaopatrzyć się w atlas świata, nawet za "bardzo drogie pieniądze", znać języki obce  i tabliczkę mnożenia, a parafrazując pewien tytuł można dodać "szydełko noś i przy pogodzie". 
Muszę też wspomnieć o kalendarzyku Domu Książki z użytecznymi tabelkami zawierającymi np. przelicznik mil morskich, odległości między wybranymi miastami oraz inne ciekawostki. Dziś to już niemal eksponaty muzealne, ale pamiętam takie kalendarzyki  kieszonkowe.

 Poniekąd z okazji Dnia Języka Ojczystego, ale i nie tylko, odnotowałam kilka specyficznych słówek i powiedzonek, jakie w powieści padają (gdybym zaznaczała na bieżąco, byłoby ich więcej):
"urżnąć się w czarnoziem"
"mięta z bubrem" (co to jest ten "buber"/"bubr"????!!!!)
"chała"
"łysy knur" (hi, hi ;-) )

Zapis 'maquillage' to już językowy relikt ;-)



czwartek, 21 lutego 2013

Opowiadania Kasdepke

Od czasu do czasu  z myślą o Elwirce kupuję  wybrany tom kolekcji Książki Dla Małych i Dużych. Tym razem kierowała mną chęć poszerzenia swojej znajomości literatury dziecięcej, bo opiera się ona mocno na klasyce, a współczesnych twórców znam głównie ze słyszenia i z widzenia - czytając o nich na blogach, portalach, czy też oglądając okładki w księgarniach.
Nazwisko Kasdepke nie było mi obce, ale dopiero teraz miałam okazję sięgnąć po jego teksty. Fioletowa okładka zza szyby kiosku skutecznie przyciągnęła moje oko, a i wesołe zwierzątka wydały się bardzo przekonujące - toteż już niedługo potem czytałam w domu Elwirce ładne i przyjemne historyjki.

Książka zawiera trzy opowiadania datowane na 2003 rok.  Każde z nich ma mądre przesłanie, wynika ono z  fabuły,  nie jest podane w formie morału na końcu.
Żółwik Franio (chyba polski kuzyn żółwia Franklina) nie chce nosić swoje skorupy, woli modne spodnie. Wkrótce przekonuje się, że nie można sprzeciwiać się naturze, a pomoc przyjaciół bywa nieoceniona. Konik Jacuś usilnie chce zostać kimś innym, szuka jakby swojej tożsamości. Po wielu próbach i przygodach znajduje drogę dla siebie, nie trudno Zrozumieć morał tej historii, że każdy powinien zajmować się tym, do czego ma predyspozycje. Opowieść o kaczorku Heniu pokazuje przykład kogoś, kto odstaje od innych, jest dziwny, nieśmiały, nietypowo się zachowuje, ale nie jest gorszy. Tu także mamy wzór odwagi i poświęcenia.

Liczne dialogi, bogate lecz nietrudne słownictwo, zabawne sceny to walory, które sprawiają, że opowiadania Kasdepke  sprawdzą się nie tylko w głośnym czytaniu - na przykład przez rodzica, ale i w samodzielnej lekturze dziecka ćwiczącego tę umiejętność. Odpowiednia czcionka dodatkowo temu sprzyja. 
Ilustracje są barwne i dość przyjemne, choć nie nazwałabym ich rewelacją. Mina żółwia w opowiastce o Jacusiu - bezcenne ;-)
Niemniej do utworów pióra pana Grzegorza zarzutów nie mam i chętnie poznam ich więcej. Z przeprowadzonego przeze mnie rekonesansu wynika, że będę mieć czego szukać ( liczna bibliografia), a nazywając autora "współczesnym klasykiem" nie pomylę się chyba.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Plus i minus - hurtem o dwóch książkach Nory R.


Wydane w Polsce w 1994 roku przez Silhouette opowiadanie Nory Roberts "Z nakazu sądu" (tytuł.oryg. "Falling for Rachel") należy do cyklu o Stanislaskich, rodzinie o ukraińskich korzeniach.

( Foto okładki- stąd)
Rachel, prawnik na państwowej posadzie, dostaje z urzędu sprawę dziewiętnastoletniego Nicka Le Beck złapanego podczas wynoszenia sprzętu elektronicznego ze sklepu. Pozostali sprawcy włamania - członkowie gangu Kobry - dali nogę. Chłopak nie po raz pierwszy wpada w tarapaty, ale pozostaje lojalny wobec kolegów, nie chce ich wsypać. Sędzia Beckett, dość ekscentryczna osóbka, ustanawia nad oskarżonym nadzór kuratorski. Przez dwa miesiące kuratelę nad młodocianym włamywaczem mają sprawować pani adwokat Stanislasky oraz Zack Muldoon, przyrodni (właściwie to nawet "przyszywany") brat Nicka, były marynarz, obecnie właściciel baru. Obojgu niezbyt odpowiada taka sytuacja, ale cóż....

Nie zamierzam streszczać fabuły, powiem tylko, że perypetii nie brakowało, iskrzyło i wirowało. Wątek romansowy oczywiście był, ale nie przesłaniał innych, a "intimate moments" były subtelne. Roberts nie skupiła się tylko na sprawach uczuciowych między bohaterami. Ciekawie przedstawiła wątek "resocjalizacyjny"; pokazała jak skomplikowane relacje rodzinne i trudne dzieciństwo wpływają na osobowość jednostki, jak istotna jest potrzeba przynależności do grupy społecznej (brak oparcia w rodzinie sprawił, że Nick szukał go w bandzie "uliczników", w gangu młodzieżowym); pokreśliła wartość i rolę rodziny (zjazd rodu Stanislasky, starania Zacka, dobry przykład/wzór dla Nicka). Nie zabrakło także braterskiej rywalizacji oraz poświęcenia dla bliskiej, ważnej osoby.
Sporo się działo zarówno w warstwie fabularnej, jak na płaszczyźnie emocjonalnej między bohaterami. W dialogach  - humor, docinki, cięte riposty - w książkach Nory nie ma słodkiego" tiu tiu tiu" i natchnionych sentencji. 
Barwne różnorodne postacie (wspomnę tu chociażby drugoplanowego kucharza Rio- sympatycznego wielkoluda z Jamajki), żywy język, nutka sensacji  (napad  i strzelanina w barze) i niepokoju ( gdy czytelnik drży o życie bohatera, nawet jeśli wie, że musi być happy end) to charakterystyczne elementy twórczości Nory Roberts, za które zresztą ją lubię.

"Z nakazu sądu" okazało się  książką, która bawi, wzrusza i wciąga po uszy. Stawiam jej wielki plus.
 --------------------------------------------------------------------------------------------------------
(żródło okładki: tu)

"Kwestia wyboru" (A Matter od Choice, 1984) wyd. Amber (1997) znalazła się niegdyś w serii książek  "Wszystko dla Pań" dodawanych  do czasopisma "Pani Domu". Żałuję, że wówczas nie zbierało się u nas tej kolekcji. Przyznam jednak, że z przeczytanych dotychczas przeze mnie książek Nory Roberts  ta podobała mi się najmniej. Gdybym od niej zaczęła swoją znajomość z pisarką, to zapewne nie byłaby ona długa. Na szczęście na początek trafiłam na coś całkiem przyzwoitego, a potem była już tendencja zwyżkowa.
Wróćmy jednak do "Kwestii wyboru", która okazała się wyborem nietrafnym.
Schematyczna, przewidywalna, i choć z nutką sensacji (śledztwo, przemyt, strzały snajpera), to zbyt romansowa i w tej warstwie banalna, słaba. 
James Sladerman, zwany "Slade" pracuje w policji, jest znakomity w swym zawodzie (kontynuuje rodzinne tradycje), ale jego pasję stanowi pisanie - właśnie tworzy swą drugą powieść. Nadkomisarz Dodson (kojarzył  mi się on z prokuratorem z serialu "Gliniarz i prokurator" choć nie był łysawy  i nie miał psa, jak wnioskuję z opisów) zleca mu nietypowe zadanie - ma zostać "bodygardem" jego chrześnicy, Jessiki, córki zmarłego przed paru laty sędziego Sądu Najwyższego w Connecticut. Antykwariat prowadzony przez dziewczynę jest ważnym punktem przerzutowym w zakrojonym na szeroką skalę przemycie kosztowności. FBI prowadzi śledztwo, tropy prowadzą właśnie do tego sklepiku - ktoś tam pracujący macza palce w przestępczym procederze. Czy Jessika jest w to zamieszana? Czy grozi jej niebezpieczeństwo? Slade ma to sprawdzić, pozostając incognito. Oficjalnym powodem jego pobytu w posiadłości sędziego jest pomoc w uporządkowaniu i skatalogowaniu obszernej biblioteki, a także potrzeba spokojnego miejsca do pracy twórczej. James niezbyt ma ochotę "niańczyć zepsutą bogaczkę, która albo szmugluje dla rozrywki, albo jest zbyt tępa, żeby widzieć, co się dzieje pod jej własnym nosem...", ale musi podporządkować się poleceniom przełożonego. Nie wie, jak odmienne od rzeczywistości okażą się jego przypuszczenia.
Nietrudno się domyślić, że tych dwoje coś połączy i to szybko.

Wątek sensacyjny związany z przemytem nie jest porywający, nie wymaga od czytelnika główkowania, kto za tym stoi, a rozwiązanie - nie zaskakuje.
Całość wydała mi się zbyt melodramatyczna. Tego właśnie określenia potrzebowałam od początku pisania tego tekstu. Nie można jednak zaprzeczyć, że czyta się szybko i przyjemnie - bez zgrzytów.
Niestety, stawiam minus.

W tomiku oprócz tekstu opowiadania znalazłam ciekawostki biograficzne na temat autorki i listę jej książek.











niedziela, 17 lutego 2013

Kocie książki

Wszystkim kotkom, kotom i kociętom 
- wszystkiego najkociego - 
w dniu ich święta i na co dzień!

"Jakim rozkosznym stworzeniem jest kot! Momenty radosnego zaskoczenia w ciągu dnia, miękka ciepła gładkość pod ręką, kiedy budzicie się zimną nocą, gracja i wdzięk, nawet u zupełnie zwyczajnego dachowca..."

(Doris Lessing, O kotach, Prószyński i S-ka, 2010, s. 190)


Przyszło mi na myśl, że z okazji Światowego Dnia Kota sporządzę sobie coś w rodzaju Top-10, ale liczba będzie pewnie inna,  ulubionych książek o kotach, z kocimi bohaterami w roli głównej.
Oto one:

  • "Puch kot nad koty" J. Grabowski
  • "Koty, kotki, kocięta" B. Dzitko
  • "Przygody Filonka Bezogonka" G. Knutsson
  • "Przygody kota Filemona"/ "Filemon, Bonifacy i szczeniak" S. Grabowski, M. Nejman
  • "Kot w stanie czystym" T. Pratchett
  • "Dewey. Wielki kot w małym mieście" V. Myron
  • "To, co warto wiedzieć, wiem od swojego kota" S. Becker ( moja recenzja -klik))
  • seria "Kot, który..." L. J. Braun (znam dopiero jeden tom, mam 3 na półce)
  • "Podróże z moją kotką" A. Ziółkowska- Boehm ( do tej książki mam sentyment, kupiłam ją dawno temu, ot tak sobie)
  • .........  wpiszę awansem "O kotach" D. Lessing - jeszcze nie przeczytane
  • "Chory kotek" S. Jachowicz - seria  małych żółtych książeczek z Wilgi - ulubiona Elwirki
Ponadto przypomnę kilka innych kocich postaci, tudzież utworów z kotem,  z którymi miałam do czynienia:
  • "Mistrz i Małorzata"  - kreacja Behemota
  • "Alicja w Krainie Czarów" - uśmiechnięty Kot z Chesire
  • "Blues dla czarnego kota" Boris Vian
  • "Kocia kołyska" K. Vonnegutt - tu o kotach akurat nie ma, tylko motyw z kołysanki się pojawia, ale wyjątkowo lubię tę książkę, notabene dawno już nie czytałam....
  •  "Opowieści Druida" Gardasiewiczowie
  •  baśniowy "Kot w butach"(Perrault?)
  • "Kot na deszczu" E. Hemingway
  • "Śniadanie u Tiffany'ego" T. Capote
  • ........................
     
Pewnie i tak pominęłam jakieś literackie koty, dopiszę jak mi się coś przypomni. Wypisałam tylko te tytuły, które czytałam. Wiem, że jest ich sporo więcej. Widziałam na blogach nieraz całe "kocie półki", kiedyś tez trafiłam na stronę ze spisem literatury "kociej" ;-)


Chciałam wyszperać z półek i zrobić zdjęcie okładek "kocich książek", jakie mam tu w mieszkaniu, ale już dziś nie dam rady, więc odłożę to na inny raz, niekoniecznie za rok ;-)
Tymczasem pokażę dwa "kocie" zdjęcia zrobione podczas Bożego Narodzenia. W rolach głównych Elwirka i Tina Chwilka ;-)


Elwi głaska 'kici'.
Kot polujący na słonia.

piątek, 15 lutego 2013

Oliwki, kobiety i żółw - "Sekret drzewa oliwnego"C. Miller Santo

Wydawnictwo Wielka Litera 2013
 Dotychczas drzewo oliwne wiązałam jedynie z treściami biblijnymi i kulturą śródziemnomorską, dopiero debiutancka powieść amerykańskiej dziennikarki Courtney Miller Santo poszerzyła mój zakres literackich  skojarzeń, i choć nie przepadam za oliwkami, to przez pryzmat tej książki patrzę na nie z większą przychylnością. Już sam tytuł "Sekret drzewa oliwnego" mnie zaintrygował, nota wydawnicza skusiła, a lektura okazała się warta zachodu i zainspirowała do oliwkowych dywagacji.
Według Słownika Symboli W. Kopalińskiego oliwka symbolizuje pokój i pojednanie oraz zwycięstwo, chwałę, honor, dumę, wolność, bezpieczeństwo, prawdę, sprawiedliwość, mądrość, rozum, oczyszczenie, miłosierdzie. Popularne powiedzenie głosi, iż "oliwa- sprawiedliwa". Oliwki i wytłaczana z nich oliwa obecne są w przemyśle spożywczym oraz kosmetycznym, kojarzą się z czymś dobrym, zdrowym, wartościowym dla naszego ciała, a także ducha. Te wszystkie symboliczne  znaczenia w pewien sposób odzwierciedlone są w opowieści o pięciu pokoleniach kobiet zamieszkujących w kalifornijskiej dolinie Sacramento. Dla bohaterek "Sekretu..." plantacja drzew oliwkowych to rodowe dziedzictwo, rodzinna chluba, źródło utrzymania, nieodłączny element  życia, a może i coś więcej...  
Co bowiem sprawia, że seniorka rodu Anna, licząca już 112 wiosen, cieszy się zdrowiem oraz znakomitą formą  i jest na dobrej drodze, by  zostać najstarszym człowiekiem na świecie? Jej córka Bets również wykazuje tendencję do długowieczności, a prawdopodobnie to samo czeka kolejne panie z rodziny Kellerów. Czyżby zbawienny wpływ na ich kondycję miała oliwa z najstarszego szczepu przywiezionego przez imigrantów z Australii? Czy zrywane o świcie ostatnie owoce pozostawione na gałązkach po zbiorach to składnik "eliksiru nieśmiertelności" i gwarancja dobrego zdrowia?  Zapachniało realizmem magicznym. Autorka jednak nie wiedzie nas w klimat baśniowej cudowności. Kluczem do zagadki długowieczności jest nauka, a dokładnie genetyka. Pracujący nad teorią "superstulatków" doktor Hashmi objął badaniami genetycznymi  mieszkanki posiadłości Hill House i ich rodziny.  Nikt nie przypuszczał, że naukowy projekt pociągnie za sobą tyle konsekwencji....
Stopniowo odsłaniają się rodzinne tajemnice, niektóre zaskakujące i kontrowersyjne. Zaburzony zostaje wieloletni ład, ulegają zmianie relacje i jakby wszystko chciało wywrócić się do góry nogami... Nie dla wszystkich będą to pozytywne zmiany, choć wiele się wydarzy i wyjaśni.
Trzeba zaznaczyć, że życie bohaterek nie jest sielankowe, ich relacje są pełne napięć, konfliktów, wzajemnych żali, zawiedzionych oczekiwań i nadziei. Nie stanowią jednolitego frontu. Znamienne jest to, iż babka łatwiej dogaduje się z wnuczką niż matka z córką. Różnice pokoleniowe i paradoksalnie zniwelowanie tychże po przekroczeniu pewnego wieku - umownej granicy starości - sprawiają, że współistnienie kobiet Kellerów na pewnej płaszczyźnie przestaje być możliwe, staje się piekielnie trudne i wzbudza potrzebę wyrwania się z "oliwnego" kręgu.
 Sporo dramatycznych zdarzeń i sytuacji dotyczących bohaterek miało miejsce w przeszłości, ukazane zostały one w licznych retrospekcjach. Nie bez powodu tytuł oryginału brzmi "The roots of the olive tree", albowiem korzenie są tu bardzo istotne, i nie chodzi tu tylko o dendrologię. To właśnie przeszłość rzutuje na obecny stan rzeczy, ale to nie stanowi żadnego filozoficznego odkrycia. W każdym razie porównanie rodziny opisanej w powieści do rozrastającego się drzewa, oczywiście oliwnego, sięgającego swymi korzeniami antypodów, nie wydaje się bezzasadne.
 Jeszcze słówko o żółwiu. Ten znany z długowieczności gad, symbolizujący też mądrość i doświadczenie pojawia się w baśniowej opowieści o Dziewczynce i Żółwiu, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Słuchają jej też prapraprawnuki Anny, a wraz z nimi czytelnik- znów owiany magiczną nutą - zaczyna się zastanawiać, czy w tej historii leży ziarnko prawdy i skrywa się tajemnica długiego życia....

Autorka  przedstawiła wciągającą fabułę w bardzo uporządkowany sposób, na pewno taki układ ułatwił jej pisanie, a czytelnika pozbawił wrażenia chaotyczności czy zagmatwania. Jednak nie każdy lubi, jak ma tak wszystko ułożone równo w szufladach.
Powieść składa się z 5 części, każda z nich liczy 7-8 rozdziałów i skoncentrowana jest wokół jednej z bohaterek reprezentującej dane pokolenie, przy czym ich kolejność nie jest według wieku, ale  według tego, która postać wysuwa się na pierwszy plan zgodnie z bieżącymi wydarzeniami. Dzięki temu nie ma tu pięciu odrębnych opowieści (opartych mocno na retrospekcjach), bo wszystkie splata ciąg wydarzeń w planie teraźniejszym. Ciągłość tę podkreśla dodatkowo przemijanie kolejnych pór roku, zaznaczone w podtytułach poszczególnych partii tekstu np. 'Anna jesienią', Erin zimą'.
Na początku umieszczone zostało drzewo genealogiczne w postaci koncentrycznie ułożonych okręgów, gdzie umieszczono wszelkie istotne dane dotyczące Anny, Bets, Callie, Deb, Erin: daty urodzin, nazwiska mężów, informacje o innych potomkach( choć historia skupia się tylko na linii kobiecej rodu, to cała familia była dość liczna).
Dodatkowo zamieszczone zostały materiały dokumentujące działania doktora Hashmi, artykuły, prelekcje,  czy też  fragmenty korespondencji mailowej. Stanowi to pewną odmianę od toku powieściowego, w którym autorka wiele miejsca poświęca na dialogi i  relacjonowanie wydarzeń (także retrospektywnych). Nie ma tu nadmiernych, czy rozwlekłych opisów,  natłoku epizodów czy nużących dysertacji. Pisarka, sprawnie i lekko snując narrację,  skupiła się na postaciach i zdarzeniach z ich życia.

Odniosłam wrażenie, że Courtney Miller Santo napisała powieść rzetelnie, ale jakby według recepty, która podaje, jakie składniki są konieczne, jakie wątki trzeba ująć, by odnieść wydawniczy sukces. "Żelazny zestaw" to romans, zbrodnia, motyw homoseksualizmu. Wiadomo, że fabuła musi na czymś się opierać, czymś zaskakiwać, ale czy wszędzie muszą być  te same tematy? Zastanawiam się, czy akurat romans Callie i Amrita jest rzeczywiście niezbędny dla całości, ale to tylko moje prywatne spostrzeżenie.
Mam jeszcze parę uwag. Otóż, nie wiem czemu, ale nastawiłam się na większą dawkę realizmu magicznego i tego mi zabrakło. Trochę jakby "uciekł" po drodze motyw sekretu długowieczności związanego z oliwkami. Przydałoby się więcej malowniczości, zapoczątkowanego w pierwszej części urokliwego klimatu gajów oliwnych nie odnalazłam już potem. Wydaje mi się, że niektórym czytelnikom może nie podobać się metoda "eksploatowania" jednej postaci i przechodzenia do następnej, przy jednoczesnym odsuwaniu w cień pozostałych. Mi to w sumie nie przeszkadzało, przyjęłam po prostu ten zamysł autorki.
Nurtuje mnie kwestia - czy, i w jakim stopniu,  historia przedstawiona w "Sekrecie..." ma podłoże autentyczne.

Sądzę, że "Sekret drzewa oliwnego" może podbić serca czytelników, zwłaszcza płci żeńskiej, nie tylko ze względu na gatunek, jaki reprezentuje (saga obyczajowa), ale na kreacje postaci- kobiet niezależnych i biorących życie we własne ręce, przekraczających granice konwenansu i moralności. Nie bez znaczenia na poczytność tej książki okaże się  płynny styl i wartki przebieg fabuły.  Trudno się oprzeć, by nie przedłużyć codziennej porcji lektury o jeszcze parę stron, o kolejny rozdział, czy nawet całą część.
Dla mnie spotkanie z debiutem powieściowym Courtney Miller Santo było całkiem miłe, i choć nie wróżę autorce prestiżowych literackich nagród, o Noblu nie wspominając, to chętnie przeczytam jej kolejne publikacje, a kto wie, może i obejrzę filmy nakręcone na ich podstawie, bo mniemam, iż powstaną.

Za możliwość przeczytania "Sekretu drzewa oliwnego" serdecznie dziękuję 
wydawnictwu Wielka Litera




poniedziałek, 11 lutego 2013

Nie licząc kota, czyli.... przeliczyłam się


Wyd. Nasza Księgarnia 2012



Powołując się na własne pozytywne doświadczenia z serią "Babie lato"(czytałam "Serenadę..." i "Póki pies nas nie rozłączy"), a także na liczne zachwyty nad debiutancką powieścią Kasi Bulicz - Kasprzak, nastawiłam się na lekturę lekką, zabawną, uroczą, przyjemną. Niestety, przeliczyłam się- w moim odczuciu nie była ona tak zabawna i wciągająca jak "obiecano" w nocie na okładce, nawet miałam moment, że chciałam porzucić czytanie tej książki. Niby miała być niebanalna, ale dla mnie nihil novi sub sole.
Perypetie młodej kobiety, która dostaje spadek po ciotce, odkrywa rodzinne tajemnice, rozlicza się z przeszłością, porządkuje sprawy sercowe swoje i nowych przyjaciół.
Zgadzam się, że każdą tematykę można wałkować na tysiąc i więcej sposobów, można na przykład napisać bajkę o współczesnym kopciuszku, ale zrobić to tak, by w ferworze czytania nikt nie pomyślał "ale to już było", tylko "jakie to fajne". W przypadku "...kolejnej historii miłosnej" Bulicz - Kasprzak nie bawiłam się dobrze, a dominującym odczuciem była narastająca irytacja, przeważnie za sprawą postaci wiodącej.
Najciekawsze wydały mi się wątki z przeszłości (wojenne dzieje Wandy, historia rodziny Klausa,  młodzieńcze lata Joanny) i to one bronią całości książki, która jednak do moich ulubionych, czy miło wspominanych należeć nie będzie. 
Uwaga, będę się czepiać. 
- Główna bohaterka, Joanna Poraj, wykładowczyni literatury angielskiej, wcale nie przypadła mi do gustu. Sytuacji z jej udziałem, które mnie irytowały, było sporo, szkoda mi czasu na przytaczanie, podam tylko jeden, moim zdaniem wyrazisty, przykład.
Otóż Asia wydawała się osobą śmiałą, odważną, bezpośrednią - co się dziwić, gdy już po jednym, choć intensywnym, spotkaniu zamieszkała z nowo poznanym mężczyzną. Buntowniczka, samodzielna, niezależna i zaradna - o tym świadczą fakty z jej życia z czasów licealnych i studenckich.  Taki jej obraz nie zgadza mi się z jej zachowaniem. Owszem,  zapytana "co słychać" przez dawną znajomą, potrafiła odpalić "Przecież to cię i tak naprawdę nie obchodzi, a ja cię nawet nie pamiętam" (cytuję w przybliżeniu), ale nie umiała wyzwolić się spod skrzydeł natrętnej pani Lucynki i jej dyktatury z obiadami włącznie - w skrytości nazywała potrawy sąsiadki pomyjami, ale grzecznie do niej chodziła, dawała się naciągnąć na kupowanie ciastek, generalnie była nieasertywna.
I pomysły miała przednie - wielką starodawną szafę, do bagażnika osobowego auta chciała ładować... chyba, że to miał być żart, a ja nie załapałam...
- O jednej z postaci - Dorocie - wiadomo, że skończyła studia ekonomiczne, kurs fryzjerstwa, zajmuje się dekoratorstwem wnętrz, zna się na szyciu, remontach... i uczy techniki w gimnazjum. Nie doczytałam chyba, że odpowiedni dyplom ku temu też posiada...
- Numer z wylanym winem na spodnie znajomego, które trzeba natychmiast posypać solą i zaprać, a tu w drzwiach ukochany... - oklepany totalnie.  
 - Za mało kota! Wstawki narracyjne prowadzone z punktu widzenia zwierzęcia to zabieg ciekawy, ubarwiający powieść, ale prowadzony niezbyt konsekwentnie, mógłby ten kot częściej "zabierać głos" i komentować zdarzenia. Nie ukrywam, że kot w tytule działa na mnie jak lep na muchy, jednak z tej kociej opowieści nie jestem zbyt rada.
 - Skoro już o tytule mowa: myślałam, że przekornie rzecz biorąc, to nie będzie kolejna historia miłosna, że to taka "zmyłka". Niestety, tytuł jest szczery, a nie przekorny.
- Dziwi mnie używanie zdrobniałej formy imienia autorki. Owszem, Kasia brzmi sympatycznie, ale nieformalnie, nawet infantylnie, czy czytelnik ma myśleć, że te powieść napisała nastoletnia dziewczynka, czy co...  ( choć na "Spalonej róży" nastoletniej autorki właśnie widniało Anna Walczak, nie Ania). Jakoś nie widziałam książek z napisem na okładce "Kasia Grochola" czy "Gosia Gutowska Adamczyk", a przez stosowanie pełnych form imion te panie na sympatyczności nie tracą.
Nie wnikam już, z jakiej to przyczyny, na okładce widnieje "Kasia" zamiast "Katarzyny" - w każdym razie mi to jakoś nie pasuje.

W przygotowaniu ponoć "Nalewka zapomnienia"Bulicz - Kasprzak jednakże ja już bez  niej  zapomnę o twórczości tej autorki. Po takiej lekturze mam ochotę wrócić na "wyższą półkę" lub już sprawdzone ścieżki  Są czytadła fajne, znośne i nieznośne - wolę te pierwsze, a "Nie licząc kota..." do nich nie należy.




czwartek, 7 lutego 2013

Zamiast pączków.... ;-)

 Niniejszy stosik został ufundowany przez wydawnictwo Prószyński i S-ka w ramach nagrody w konkursie z "Pół życia" J. Picoult, tytuły wybierałam sama. 
Paczka przyszła  (na nóżkach kuriera i wcześniej środkiem transportu) wczoraj, ale pomyślałam, że dziś dopiero, tak przy okazji Tłustego Czwartku, zaprezentuję stosik, jak na "hobbystę - zbieracza" przystało (bo dziś jem więcej pączków, a mało chleba ;-) )
Krówka stanowi element dekoracyjny, nasz domowy to zwierz ;-)

 Zawartość przesyłki od razu przeszła "kontrolę jakości":


A także próbę ułożenia w malowniczą stertkę:

Mam jeszcze jedną świeżo przybyłą książeczkę, ale przedstawię ją w formie zagadki/rebusu.
Ciekawe, czy ktoś się domyśli, jaki to tytuł....

 / zapożyczone z internetu/ 

/ zapożyczone z internetu/

wtorek, 5 lutego 2013

poniedziałek, 4 lutego 2013

"Był sobie złodziej" J. Skowroński

Jacek Skowroński, Był sobie złodziej,
Wydawnictwo Otwarte 2009
Był sobie złodziej... nie żaden pospolity kieszonkowiec grasujący w autobusowym ścisku, nie opryszek walący łomem na prawo i lewo, ale prawdziwy profesjonalista wykonujący  czarną robotę w białych rękawiczkach, z niemal chirurgiczną precyzją realizujący misternie skonstruowane plany. Okradał bogatych niczym Robin Hood, czy inszy Janosik, z tą subtelną różnicą, że łupów nie rozdawał potrzebującym, a przeznaczał na zabezpieczenie własnej przyszłości. Mistrz mistyfikacji i metamorfoz wyglądu, specjalista od otwierania sejfów, nie rozstający się z wytrychem w sznurówce, złodziej wręcz doskonały.  Jednak dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie....

Bohater miał to nieszczęście znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze, został wzięty omyłkowo za kogoś innego i wpadł jak śliwka w kompot (bardzo niesmaczny zresztą). Uwikłano go w sprawę porwania syna biznesmena, nie obyło się bez mrożącej krew w żyłach strzelaniny i ofiar.   "Nasz" złodziej trafił w ręce policji i to na nim miało się wszystko skrupić. Ale jak tu wypić piwo, którego się nie nawarzyło, w dodatku za więziennymi kratami? Trzeba coś wykombinować...
Rusza lawina wydarzeń. Napady, zasadzki, ucieczki, pościgi, mylenie tropów... Co chwilę coś się dzieje. Na scenie zdarzeń występują też kobiety, tajemnicze i zjawiskowe, a wątki z nimi związane są nietypowe, czy raczej to same postaci  (zwłaszcza Marta ) nietypowo postępują.
Bohater  znajduje między młotem a kowadłem, a dokładnie między glinami a gangsterami -i jedni, i drudzy mają wobec niego pewne zamiary, niekoniecznie odpowiadające samemu zainteresowanemu. Wiele razy niemal psim swędem udaje mu się ujść z życiem.

Skoro już o głównej postaci mowa - nie da się Rafała jednoznacznie ocenić, z jednej strony nie można pochwalać jego procederu, ale z drugiej - trudno nie być pod wrażeniem jego technik i umiejętności w swoim "fachu". Czy można go nazwać czarnym charakterem, skoro staje się narzędziem w rękach jeszcze czarniejszych person? Czy można  mu współczuć, skoro bywa tak wyrachowany i cyniczny?

Średnio co dziesięć stron zaskakiwał mnie zwrot akcji albo kolejny element powieściowej rzeczywistości. Wszystko toczyło się z prędkością rakiety, a podane było z perspektywy... tytułowego złodzieja.  Splot wydarzeń może wydawać się zbyt nieprawdopodobny, ale w trakcie lektury nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Jest przygoda, akcja, napięcie i zaskoczenie. Znakomity materiał na film sensacyjny.

 Czego jak czego, ale wyobraźni i pomysłowości Jackowi Skowrońskiemu nie brakuje. Zresztą już czytając notę na okładce, gdzie widnieje informacja, iż autor potrafi prowadzić lokomotywy elektryczne, a w wolnym czasie m.in. uprawia winogrona i wędzi mięsiwa, można było się spodziewać ułańskiej niemal fantazji.

"Był sobie złodziej" to lektura dość nietypowa jak na moje czytelnicze preferencje, trafiła do mnie drogą konkursową już jakiś czas temu (jeszcze chyba w zamierzchłych czasach przedblogowych), odczekała swoje i wpasowała się znakomicie w potrzebę odmiany. Tak się bowiem złożyło, że zanim po nią sięgnęłam, miałam za sobą dwie spokojne, nastrojowe, wręcz statyczne pod względem akcji, książki i byłam żądna wrażeń, że tak powiem. Dostałam niebanalną, wciągającą powieść z gatunku kryminalno- sensacyjnych, której przeczytanie było świetną odmianą i przyjemnością.

Przyznam się, że mam na półce "Muchę" pióra tego samego autora. Słyszałam, że jest podobno jeszcze lepsza.... Zatem już wiem, co przeczytam, gdy znużą mnie dotychczasowe lektury i będę miała ochotę na odrobinę sensacji w niebanalnym ujęciu.







Follow by Email