piątek, 29 listopada 2013

Tak jakby stosik... + suplement

Listopad już niemal za nami, doczytuję porozpoczynane książki, tytuły notuję w miarę na bieżąco w zakładce "Lektury 2013". Żadna nie zalicza się do jakiegoś wyzwania, nawet Trójka E-pik tym razem zupełnie nie zrealizowana.

Na powyższym zdjęciu znajdują się książki, które u mnie zagościły ostatnio:
4 od dołu  - biblioteczne,
2  najgrubsze - recenzyjne,
2 na górze - nabytki własne.

Plan na grudzień: dokończyć zaczęte i nadrobić zaległości. Upolować w bibliotece coś fajnego - mają sporo tego, co bym chciała przeczytać.


Dopisek z 29. 11:
Dziś w skrzynce czekała na mnie przyjemność w niebieskiej okładce. Już w czytaniu! Egz. rec.
( wrzucam okładkę, bo tak szybciej niż robić sesje foto danego tomiku)


środa, 27 listopada 2013

"Kochanie, zabiłam nasze koty" , czyli moja ulubiona książka Doroty

Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir Sur Blanc 2012.
  • Spośród 4 przeczytanych przeze mnie książek Doroty Masłowskiej (do kompletu brakuje mi sztuki "Między nami dobrze jest" ) ta podobała mi się najbardziej.
  • Niektóre zdania/akapity czytałam wciąż de novo tak były piękne, wpadały w ucho; fraza i metaforyka autorki wyjątkowo przypadły mi do gustu.
  • Zupełnie nie zgadzam się z opiniami, że to powieść o niczym, bez fabuły, beznadziejna. Nie jest to jednak książka dla każdego. Niektórzy preferują napisane okrągłymi zdaniami opowieści "z życia wzięte", których fabułę da się zapisać w punktach jak w szkole - "przebieg wydarzeń".
    Tu natomiast ważniejsza jest  forma, sposób narracji, język.
  • To rzecz o zazdrości  o przyjaciółkę, samotności,  wyobcowaniu i frustracji. Także o zwariowanej współczesności, z której często chce się wyciągnąć korek i spuścić wodę - jak z tego oceanu ;-)
  •  Wcale nie jest o kotach (choć pojawia się tu kot), ani o ich zabijaniu (cho padają strzały i leje się krew- ale w sumie nie wiadomo, czy to jawa, czy sen.... Te dwie przestrzenie zazębiają się ze sobą w całym tekście.
  • Tytuł jest parafrazą tytułu komediowego serialu.
  •  Surrealistyczno-oniryczny klimat, trochę taki lynchowsko -allenowski.
  • Bywa psychodelicznie, ale i zabawnie.
  • Sytuacja z Go i jej kotem ( oboje samotnicy, outsiderzy) kojarzy się z Holly Golightly i jej kotem. ("Tylko spojrzałam na niego i wiedziałam,że jest taki jak ja, że to przeznaczenie"( s. 129))
  •  Postaci: Farah - główna bohaterka, Joanne i jej "hungarysta", szef salonu fryzjerskiego "Hairdonism", sąsiad z pierwszego piętra (leczony psychiatrycznie), Gosha (Go) - ekscentryczna dziewczyna z kręgu artystycznej bohemy. Pisarka, Ernest.
    Syreny ( stare i wyliniałe śmieciarki, a nie zjawiskowe "arielki" - świetne kreacje!
     Generalnie - plejada rozmaitych freaków.
  • Przestrzeń: lato w wielkim mieście, gdzieś nad oceanem,  jest jakby "nowojorsko", amerykańsko, ale to w sumie takie "wszędzie i nigdzie".
  • Motyw autotematyczny. Niemoc twórcza. Autorka jednocześnie bohaterką własnej książki (albo postać będącą jednocześnie autorką ;-) )
  • Narratorka "gada" do czytelników - lubię to!
  • Klamrowa budowa. Zaskakująco uporządkowane jak na Masłowską.
  •  "W waszym życiu też chyba nie zawsze jest miejsce i czas , żeby czytać Sartre'a w oryginale od tyłu i do góry nogami" ( s. 5)  - uwielbiam to zdanie.
  •  Słowa Sławomira Mrożka ( z okładki):
    "Dorota Masłowska ma podstawową zaletę: umie opowiadać, niezależnie od innych zalet, czy przywar pisarskiego rzemiosła. Jej metafory, porównania, sposób opowiadania, cały sposób, budzą zdumienie, potem rozbawienie, a nierzadko wrażenie autentycznej poezji. Ta mieszanina wszystkiego ze wszystkim stanowi i jej uroku".
  •  Ktoś gdzieś kiedyś marudził, że "Kochanie, zabiłam nasze koty" jest krótka, ma dużą czcionkę i sporo światła. Spodziewałam się zatem naprawdę kilku zdań rzuconych "krowami" na stronę  i przeplatania rycinami. Tymczasem jest to normalna książka, niewielkiej objętości - fakt, ale nie każda musi być od razu "cegłą" maczkiem drukowaną. Czcionka i w ogóle całość przyjazna i wygodna do czytania. Przynajmniej ja sobie chwalę.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Pluszowy miś w wersji kryminalno-filozoficznej

Z okazji  Dnia Pluszowego Misia wyciągnęłam z czeluści archiwum tekst z 2008 roku napisany przeze mnie( jeszcze pod panieńskim nazwiskiem) na konkurs  IK dla uczestników DKK.
Clifford Chase, Oskarżony pluszowy M., Wydawnictwo Amber


Miś, czy nie-miś…? Oto jest pytanie…

Drogi Czytelniku, jeżeli podczas lektury „Oskarżonego pluszowego M.” zaczniesz nagle gorączkowo rozglądać się po całym domu (z piwnicą i strychem włącznie) w poszukiwaniu swoich starych pluszaków, a następnie będziesz je obsesyjnie przytulał – nie dziw się. Taka reakcja jest całkiem możliwa… Niemożliwy zaś jest brak emocji. Tej książki opatrzonej chwytliwym podtytułem - „filozoficzna powieść o miłości, samotności i wolności”- nie da się tak po prostu odłożyć na półkę. Już fragmenty wystarczą, by w głowie powstało „kłębowisko myśli”.
Miś – pluszowy przyjaciel, towarzysz dziecięcych zabaw, czasopismo dla najmłodszych, sympatyczny Uszatek z dobranocki, poczciwy Kubuś Puchatek „o bardzo małym rozumku”, słynna komedia Barei, maskotka, pamiątka, biały futrzak pozujący do zdjęć w Zakopanem, „Hej dziewczyno oo, spójrz na misia aa…on przypomni chłopca ci…” – zobacz, drogi Czytelniku, można mnożyć takie przykłady. Miś, niedźwiedź na stałe zagościł w naszym życiu, kulturze, świadomości. Zazwyczaj kojarzymy go z ciepłem, dobrem, wszelkimi pozytywnymi uczuciami i wartościami. Tymczasem powieściowy miś został posadzony na ławie oskarżonych, postawiono mu absurdalną liczbę 9678 zarzutów, obciążono go złem całego świata, ze zbrodniami popełnionymi w czasach starożytnych włącznie. Rozprawę poprzedziło brutalne pojmanie przy udziale brygad antyterrorystycznych, pobyt rannego pluszaka w szpitalu i w więziennej celi. Pluszowy miś w szponach wymiaru sprawiedliwości… Groteska, absurd…przychodzi tu na myśl „Proces” F. Kafki, nie tędy jednak chyba wiedzie droga, którą chciałby Cię, drogi Czytelniku, poprowadzić autor. Wątek sensacyjny, nawet wzbogacony przez dość niezwykłą postać – zabawkę, nie jest rewelacyjną stroną powieści. Zdaje się, że pisarzowi chodziło o zupełnie coś innego…
Drogi Czytelniku, czy zastanawiałeś się kiedykolwiek nad bytem misia? Wkroczmy w krąg zagadnień ontologicznych. Czy miś ma płeć? Czy posiada wolną wolę, świadomość? Jaka jest jego tożsamość? Miś to miś i tyle – tak pewnie powiesz Czytelniku, zanim ulegniesz sugestywnej prozie C. Chase’a. Później nieco inaczej spojrzysz na swego zakurzonego przyjaciela z oberwanym uchem, którego wyciągniesz z głębi szuflady i otchłani pamięci. W rzeczy samej, kimże jest tytułowy oskarżony? Powstał w fabryce zabawek, gdy trafił do rodziny Ruth „był dziewczynką o imieniu Marie”, później jako „chłopiec Winkie” przechodził z rąk do rąk, przekazywano go najmłodszemu z rodzeństwa. Nie był zwykłą maskotką, albowiem myślał, czuł, tęsknił, bał się…. Z czasem zrodziła się w nim pewna „moc”, która pozwoliła mu najpierw nauczyć się samoczynnie zamykać i otwierać oczy, a potem mówić, chodzić, jeść, wydalać, a nawet wydać na świat potomka! Dzieje tego wyzwolonego, zbuntowanego pluszaka stanowią niezwykle poruszającą i dającą do myślenia historię. To paraboliczna opowieść o poszukiwaniu samego siebie, własnej istoty, własnego miejsca na ziemi, własnego szczęścia.
Jeżeli nadal, drogi Czytelniku, wzruszasz ramionami na kwestię misiowej ontologii, zwróć uwagę na postać Małej Winkie. Jej status ontologiczny nastręcza wiele trudności. Wyskoczyła z brzucha Winkiego niczym Atena z głowy Zeusa. Była ideałem istoty żywej, kwintesencją miłości, radości i piękna. W niewoli okazała się dziwem o niezłomnej postawie i niezwykłej umiejętności – wchłonęła treść biblioteki profesora i przemawiała fragmentami ksiąg, zawsze adekwatnie do sytuacji. Przejawem jej cierpienia, tęsknoty i buntu wobec utraty swobody było powolne a konsekwentne znikanie. Stawała się coraz jaśniejsza, aż rozpłynęła w niebycie. Kim lub czym była? - oto zagadka.
Dlaczego w ogóle bohaterem został miś, a nie na przykład piesek czy pajacyk? Być może i tu ukryte jest drugie dno. Drogi Czytelniku, sięgnij po „Słownik symboli” W. Kopalińskiego. Dowiesz się, że niedźwiedź jest symbolem m. in. ciemności, pierwotnej siły, brutalności, ale także odwagi, szlachetności, zabawy, melancholii, podświadomości, opieki i macierzyństwa. Czy wiedziałeś, że w wierzeniach ludów Północy niedźwiedź uważany jest za protoplastę człowieka i przypisuje mu się posiadanie duszy? Czy masz pojęcie, że w alchemii niedźwiedź symbolizuje sekrety pramaterii i odpowiada wszelkim etapom początkowym i instynktom? Powieściowemu Winkiemu można przypisać bardzo dużo rozmaitych znaczeń, także tych, które wyodrębnił Kopaliński, a więc tych głęboko zakorzenionych w kulturze.
Problematyka filozoficzna, refleksyjna zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan. Sporo rozważań, uwag, czy też obserwacji dotyczy współczesnego świata i społeczeństwa. Pojawiają się kwestie terroryzmu, homoseksualizmu, równości społecznej, tolerancji. Gdy spojrzysz, drogi Czytelniku, na świat i ludzi oczami misia, zobaczysz, jak wiele zarzutów pod adresem człowieka mogłyby wysunąć pluszowe zabawki. Egoizm, bezduszność, fanatyzm, biurokracja, bezmyślność to tylko niektóre „łatki”, jakie pisarz przypina ludzkości, tym samym prowokując do zastanowienia się i zrewidowania naszych postaw wobec wszystkiego, co jest w jakikolwiek sposób „inne”.
Po przeczytaniu tej książki będziesz mieć, drogi Czytelniku, zupełnie inne spojrzenie na misie w ogóle, a w szczególe na swoje własne (o ile je masz, a to jest dość prawdopodobne). Przekonasz się, że Clifford Chase, którego nazwisko w świecie literatury na razie nie istniało, ma coś mądrego do przekazania, a dodatkowo potrafi nietuzinkową treść ująć w równie niebanalną formę. Nie jest to kolejna powieść „w stylu…”, ani zgrabne naśladownictwo któregoś z ostatnich bestsellerów. Po prostu – to książka, którą przeczytasz jednym tchem, będziesz ją przeżywać na swój sposób, a potem niewykluczone, drogi Czytelniku, że będziesz do niej powracać.


czwartek, 21 listopada 2013

Znacie specjalistkę od szczęśliwych zakończeń?


Miałam przyjemność przeprowadzić dla magazynu kultiralno-literackiego
"Szuflada" wywiad z Magdaleną Witkiewicz.
Emocje, ciepło, humor, optymizm i życiowe problemy - to wszystko znajdziemy w książkach tej gdańskiej autorki. Nie wszystkie jeszcze czytałam, ale na pewno to nadrobię, zwłaszcza, że pożądane tytuły znajdują się w zasobach lokalnej biblioteki.
Z ciekawością czekam też na przyszłe publikacje - na opowieść o Augustynie P. i o  czereśniach...
Tymczasem zapraszam do przeczytania rozmowy z autorką m. in. "Milaczka, "Szkoły żon" i "Zamku z piasku".


PS. Zastanawiam się - opisać wrażenia z lektury "Kochanie, zabiłam nasze koty' czy nie...?
A może słówko o starym spektaklu obejrzanym na TVP Kultura?

niedziela, 17 listopada 2013

Złoty notes zamknięty na zawsze...

Dziś w wieku 94 lat odeszła Doris Lessing. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla w 2007 r., wybitna pisarka o ciekawej biografii. Nie zapisze już nic w złotym notesie, nie usłyszy jak trawa śpiewa i nie opisze już więcej wspomnień z farmy w Rodezji, ani o kocich osobowościach.

Smutno mi wyjątkowo, bo bardzo ceniłam jej twórczość.
Starałam się w miarę możliwości poznawać jak najwięcej jej publikacji, zamierzałam zagłębić się także w jej autobiografię. Mam już zatem jeden punkt obowiązkowy do czytelniczych planów na Nowy Rok.

Oto lista książek pióra Doris Lessing ( wg spisu w BiblioNETce). Zaznaczyłam pogrubieniem te, które czytałam, a podkreśliłam to, co mam.
  • Alfred i Emily
  • Dobra terrorystka
  • Drugie opowieści afrykańskie
  • Dwie kobiety
  • Fala po burzy
  • Idealne matki ( to opowiadanie wydano także w tomie Dwie kobiety)
  • Lato przed zmierzchem
  • Mara i Dann
  • Martha Quest
  • Mężczyzna i dwie kobiety
  • Mrowisko: Opowiadania
  • O kotach
  • Odpowiednie małżeństwo
  • Opowieści afrykańskie
  • Pamiętnik przetrwania
  • Piąte dziecko
  • Playboy science fiction (antologia; wraz z Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas), Le Guin Ursula K. (Le Guin Ursula Kroeber), Spinrad Norman i inni)
  • Pod skórą: Autobiografia do roku 1949
  • Podróż Bena
  • Pokój nr 19
  • Przed zstąpieniem do piekieł
  • Rafa Trzech Szkieletów (antologia; wraz z Toudouze Georges Gustave, Stephenson Carl, Johnson Dorothy M. (właśc. Johnson Dorothy Marie) i inni)
  • Spacer w cieniu: Autobiografia 1949-1962
  • Szczelina
  • Trawa śpiewa
  • Złoty notes
  • Znów ta miłość

czwartek, 14 listopada 2013

Okrutna baśń o kobietach i sile przetrwania - "Gołębiarki" Alice Hoffman


"Gołębiarki" to powieść polecana zarówno przez popularną i niezwykle poczytną pisarkę Jodie Picoult jak i przez uznaną noblistkę Toni Morrison, rekomendowana również przez polską znaną autorkę Małgorzatę Gutowską - Adamczyk i chwalona przez czytelników. Jej lektura stanowiła zatem bardzo obiecujące wyzwanie. Podjęłam je z dużą ciekawością i niepewnością, czego mogę się spodziewać po Alice Hoffman. Przyznam bowiem, że po raz pierwszy słyszę o tej amerykańskiej pisarce, choć zrealizowany na podstawie jej powieści film "Totalna magia" gdzieś mi świta w czeluściach pamięci. Wróćmy jednak do książki uważanej za najważniejszą w dorobku tej powieściopisarki.

Powieść składa się z czterech części, narratorką w każdej jest inna bohaterka. Kolejno poznajemy dzieje Jael - córki skrytobójcy, Riwki - żony piekarza, Azizy - młodej wojowniczki oraz Sziry - "czarownicy". Są one jak cztery żywioły, o niektórych nawet mowa wprost: symbol Sziry  to  woda, a znak Jael stanowi ogień. Różnią się wiekiem, stanem cywilnym i  rodzinnym, charakterami. Mimo niejednorodności jest coś, co je łączy - niesamowita wola przetrwania,  siła, trudna do określenia kobieca moc. Ich losy -  pełne tragizmu, cierpienia, rozpaczy, naznaczone bólem, okrucieństwem i śmiercią - splatają się w trudnej wojennej sytuacji, w twierdzy Masada, gdzie wspólnie pracują zajmując się gołębnikami. Każda z kobiet dźwiga jakieś brzemię, cierpią, nie poddają się jednak okrutnej rzeczywistości. Twardo udeptują swoją ścieżkę mocą miłości, wytrwałości, nieraz zemsty, ale i przebaczenia, poświęcenia. Zdobywają się na naprawdę wiele, walczą - nie tylko bronią, ale i sprytem, uczuciem, czy za pomocą magicznych rytuałów i talizmanów. To, czego doświadczają, trudno jest sobie wyobrazić i przyjąć, sprawia to lekturę bardzo przytłaczającą i bolesną. 
Całość wieńczy epilog - ukazujący z perspektywy kilku lat zakończenie dramatycznej historii. Naprawdę trudno się pogodzić z tym, co czytamy, co się stało ze społecznością twierdzy Masada, a wśród nich z bohaterkami i ich bliskimi. Czy to było słuszne, heroiczne, jedyne wyjście z sytuacji? Nie wiem. Można tu postawić wiele pytań. Zapewne równie wiele byłoby odpowiedzi.

Powieść jest obszerna nie tylko pod względem ilości stron (niemal 600), ale i tematów, jakie w sobie zawiera - mamy oto całe spektrum relacji międzyludzkich ( np.kobieta- mężczyzna, ojciec- córka, matka - dziecko, przywódca- wojownik, pan - niewolnik, przyjaciel - wróg), uczuć i emocji (np.miłość, nienawiść, przyjaźń, zawiść, zaufanie, poświęcenie), kwestie takie jak walka o wolność, heroizm, wiara oraz wiele innych,  każdy czytelnik dostrzeże coś innego, zwróci uwagę na rozmaite aspekty. 
Autorka kreśląc portrety bohaterek, nie pominęła ciekawego historycznego tła, a  fabularny tok wydarzeń snuł się raz szybciej  raz wolniej, czasem - ujęty retrospektywnie, ale zawsze zajmująco. Jedyne, do czego można mieć zarzuty, to brak zróżnicowania  narracji w poszczególnych częściach - według mnie każda z bohaterek opowiadała jednakowo.
Finał sprawił, że po skończeniu lektury czułam się roztrzęsiona i wyczerpana emocjonalnie. Warto jednak było doświadczyć tej przejmującej historii rozgrywającej się w starożytnym Izraelu, w latach 70- tych n.e.

"Gołębiarki" to opowiedziana kilkoma kobiecymi głosami egzotyczna baśń z tysiąca i jednej nocy. Baśń smutna, okrutna i bez szczęśliwego zakończenia. Poruszająca i  przytłaczająca. Ważna i piękna! Niełatwo ją udźwignąć emocjonalnie i trudno ją zapomnieć.

Na zakończenie, tak już na marginesie, kilka uwag technicznych:
Na uznanie zasługuje piękne wydanie tej powieści - wręcz hipnotyzujące zdjęcie na okładce, wytłaczane litery, połyskujący szlachetnie tytuł. Szkoda tylko, że oprawa nie jest twarda.
Brawa ogromne należą się tłumaczowi - Bohdanowi Maliborskiemu, znanemu m.in. z przekładów twórczości Doris Lessing. Znakomicie, moim zdaniem, uchwycił "ducha" tej powieści.

Za możliwość przeżycia tej trudnej acz pięknej historii  dziękuję 

piątek, 8 listopada 2013

Czy czasu strata na "Literata"?

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.  Darowanej, bo wygranej książce - w zęby, czy raczej w kartki zajrzeć trzeba.
Tym razem "ofiarą" padła debiutancka powieść kryminalna Agnieszki Pruskiej "Literat".
  • Dobry pomysł spalił na panewce, bo jedna mumia wiosny i dobrego kryminału nie czyni... 
  • Książkę zaczęłam czytać niemal od razu po rozpakowaniu przesyłki, ale stopniowo mój entuzjazm gasł. Ciekawie zapowiadająca się zagadka kryminalna utknęła w długich i nudnych fragmentach, gdy prowadzone jest śledztwo, a polega to głównie na rozdzielaniu zadań, oczekiwaniu na wyniki, raporty, zdawanie relacji przełożonemu, a nic z tego nie wynika, wszystko stoi w martwym punkcie.
  • Całość przewidywalna, nawet dla kogoś, kto nie czytuje kryminałów tonami.
  •  Występuje dwutorowość narracji (1os. i 3 os.)  i akcji (przeszłość/teraźniejszość)- myśli mordercy planującego zbrodnię (zresztą dość słabo napisane) oraz bieżące wydarzenia związane ze śledztwem.
  • Dużo postaci, ale niektóre niewiele albo nic nie wnoszą.
  • Główny detektyw- nadkomisarz Barnaba Uszkier -  godzi pracę z życiem rodzinnym, znajduje czas, by pograć z synami w RPG. Aspekt rodzinny wart podkreślenia.
  • Bardzo przypadkowe i naciągane "wpadnięcie" na właściwy trop. ( Na zasadzie -  daj mi znać, jakby  ktoś ci powiedział, że ktoś mu mówił, że  ktoś się dziwnie zachowuje...)
    Przestępca pojawia się trochę tak "deus ex machina".
  • Nie da się nie zauważyć, że w pewnym momencie na jakiś czas jedna z postaci (właściwie biernych, ale to nic) zmienia imię!!! W sumie co za różnica Angelika, czy Agata....
  •  "Oglądnąć"  - regionalizm małopolski uznany jest za poprawny,  jednakowoż mnie jego używanie drażni ( więc np. nie "oglądnę"  filmu, a obejrzę) i dziwi w tekście gdańskiej autorki.
  • Tytuł do bani. ( Przenośnia tak daleka, że aż nietrafna)
  • Nie będę pisać, że autorka ma potencjał, ale go nie wykorzystała, bla bla bla....Nie będę usprawiedliwiać, bo poza słabym wątkiem kryminalnym nie ma tu nic ciekawego, fajnego, dodatkowego...
  • Lubię ( też  kryminalną) literaturę polską. Pruskiej - czytać nie będę.

czwartek, 7 listopada 2013

Przestrzenie Banach, w dodatku szcześliwe

Nie, drodzy matematycy, nie pomyliłam się!
Nie chodzi mi bowiem o liniowo-topologiczne odkrycia Stefana Banacha, a o nagrodzoną w konkursie Naszej Księgarni powieść Iwony Banach - "Szczęśliwy pech", wydaną w przesympatycznej serii "Babie lato".

Na początku czytania pomyślałam, że będzie banalnie, potem - że jest irytująco (zachowanie bohaterki), a jeszcze dalej - to już nic nie myślałam, tylko się śmiałam.
W skrócie powiem tak:
  • Postaci:
    Regi (ale wcale nie Regina) - niedoszła przyszła autorka bestsellerowych romansów, o bynajmniej nieromantycznej duszy; chodząca katastrofa, człowiek -demolka, bezczelna, nieobliczalna i zakręcona.
    Rafał - dość tajemniczy gość, ma psa Szatana i anielską cierpliwość, uciążliwą eks-małżonkę, w przeszłości  - szalonego dziadka.
    Tonino - drugoplanowy, ale uroczy obcokrajowiec, którego próby posługiwania się językiem polskim doprowadzają do łez ze śmiechu.
    Do tego listonosz, policjant, była żona, mieszkańcy Dębogóry - niezbędni w tym całym zamieszaniu.
  • Jest to komedia romantyczna, z akcentem na KOMEDIA. Mnóstwo w niej gagów, nieporozumień, głupich sytuacji, zabawnych scen i dialogów.
    Trochę może to przesadzone, przerysowane, do absurdu dążące, ale widać, że to celowe zamierzenia autorki
    Uśmiałam się jak norka!
  • Nie perypetie miłosne są tu tematem, ale poszukiwanie skarbu i różne po drodze przygody.
    Finał - ten w sferze uczuciowej - typowy i nietypowy zarazem, ale nie chcę zdradzać szczegółów.
  • Czułam gdzieś w oddali ducha ( teraz to już dosłownie) Chmielewskiej - głównie ze względu na komiczny wątek quasi-kryminalny: seria domniemanych morderstw dokonanych przez rzekomego zabójcę i liczne zamachy na życie bohaterów.
  • Nie wszystko mi w tej powieści grało, ale zważywszy na ubaw po pachy, można przymknąć oko na drobiazgi, zresztą nie da brać całości na poważnie.
    ( Zastanawia mnie np. czy "przyrodni brat siostry jej matki" to nie to samo co " przyrodni brat jej matki", czyli po prostu jej wuj, przyrodni...:-) )
Reasumując, kawał dobrej zabawy!
A kolorystyka okładki bardzo energetyzująca i optymistyczna.


Powieść przeczytałam w październiku w ramach Trójki E-pik jako optymistczną książkę na jesienną chandrę. Nadaje się jak znalazł!



niedziela, 3 listopada 2013

"Blogotony" Inga Iwasiów


Feministka, pisarka i akademiczka - takie potrójne określenie widnieje w nagłówku bloga Ingi Iwasiów.  Wydaje mi się, że najkrócej i  najtrafniej  charakteryzuje ono tę znaną profesorkę Uniwersytetu Szczecińskiego, literaturoznawczynię, honorową ambasadorkę Szczecina, autorkę m.in. nominowanej do Literackiej Nagrody Nike powieści "Bambino", opowiadań "Smaki i dotyki",  prac naukowych o twórczości W. Odojewskiego i L.Tyrmanda, a także z zakresu gender oraz najnowszej książki "Umarł mi. Notatnik żałoby".

Wydane przez Wielką Literę "Blogotony" stanowią zbiór tekstów pogrupowanych w sześciu częściach, których tytuły już wskazują na rodzaj zawartej w nich treści: Zawodowo uczestnicząc, Przełamując fale (feminizmu i wszystkie inne), Tryb podróżny i osiadły, Myślenie jest polityczne, Mijanie, Blog w życiu (raczej nieprywatnym). 
Nietrudno wyjaśnić "blogotony" jako formę felietonów publikowanych jako wpisy na blogu. Ta nazwa ma jednak w sobie także coś muzycznego. Podążając za tym skojarzeniem, mogę stwierdzić, że  teksty serwowane przez Ingę Iwasiów nie brzmią fałszywie i choć różnorodne tematycznie (m.in. o książkach, filmach, podróżach, feminizmie, polityce i wydarzeniach kulturalnych) nie tworzą kakofonii, a budują harmonijne i mocne akordy. 
Można wyróżnić wśród nich ton osobisty, jednak najbardziej prywatne sprawy i wydarzenia z życia autorki nie są na pierwszym miejscu, a jakby "zanurzone" w szeroko  pojętej kulturze. To nie jest ekshibicjonistyczny dziennik "celebrytki", zresztą za taką  Inga Iwasiów żadną miarą nie uchodzi To osobiste notatki intelektualistki, która może być,  i zapewne jest, autorytetem dla wielu osób, nie tylko utożsamiających się z ideą feminizmu, czy krytyką feministyczną.
Zgodnie z tym, co autorka deklaruje we wstępie, jest  to autoprezentacja "z majaczącymi w tle przejawami kultury".  Taki subiektywny ( bo niby jak inaczej!) zapis uczestniczenia w życiu kulturalnym, zawodowym, codziennym, z wyostrzonym do maksimum zmysłem obserwacji i celnymi, nieraz ciętymi  czy ironicznymi uwagami. Trzeba podkreślić, że całość jest napisana przystępnie dla zwykłego odbiorcy, nie naukowym dyskursem pełnym specjalistycznych terminów. Zwyczajnie, a przy tym błyskotliwie, lekko i jednocześnie mądrze ( choć to się przecież nie wyklucza).
Widoczny jest - wspomniany także na początku - mozaikowy charakter zbiorku. Ta jakże różnorodna mozaika została jednak dobrze ułożona, bo choć najlepiej czytać tę książkę porcjami, to czyta się ją płynnie i z ciągłym apetytem na kolejny fragment. Przeczytamy  m. in. o edycjach Nagrody Nike, o wyjazdach do Wilna, likwidacji dwumiesięcznika Pogranicza, o Bałkanach wg Stasiuka, o kobietach  u  Wajdy, o karierze M. Szwai, o powieści "Na krótko", o filmach nagradzanych na festiwalu w Gdyni, o Euro 2012, wystawach, kongresach, własnych lekturach,  o prasie kobiecej, o współczesnym  języku... O tym, co dla Iwasiów ważne, ciekawe, zajmujące, irytujące, czy dające do myślenia.

Przy "Blogotonach" dobrze mieć pod ręką coś do pisania, by zanotować sobie a to interesującą uwagę ( np. że "Dziennik" Pilcha jest z Tyrmandowego ducha), a to wymieniony tytuł książki lub filmu (np powieść. "Numer zerowy" Pauliny Grych) - jako inspirację. Nie z każdą jednak myślą musimy się zgadzać, ale przynajmniej pole do rozmyślań mamy otwarte.
Inga Iwasiów jawi się jako "trzcina myśląca"; osoba zaangażowana w pełni w to, co robi, bezkompromisowa, krytyczna, szczera. Przyznam, że intuicyjnie czuję wobec niej sympatię ( nie tylko za rozmiar buta 35 slim), ale i pewien... respekt. Z duszą na ramieniu poszłabym na egzamin do prof. Iwasiów i pewnie z wrażenia odebrałoby mi głos. Zdecydowanie wolę pisać niż mówić, a już najbardziej - wolę czytać. 
Do "Blogotonów", które uważam za inspirującą i wartościową lekturę - jeszcze wrócę, tymczasem czuję się zmobilizowana, by wreszcie zmienić status stojących od dawna na półce powieści "Bambino" i "Ku słońcu" z "jeszcze nieprzeczytane" na "już  poznane".


Za impuls do poznawania twórczości Ingi Iwasiów dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

Follow by Email