środa, 30 kwietnia 2014

"Kto to pani zrobił?" A. Passent

Gdzie można dostać dobre szpilki?
 W PASSENTerii!!
(A.G.)



Wyd. Wielka Litera 2014





Do córki Agnieszki Osieckiej i Daniela Passenta miałam zawsze neutralny stosunek. Nie oglądałam jej - i nadal jakoś mi się to nie składa - w telewizji, nie drażniła mnie więc jej maniera, która razi wiele osób. Natomiast gdy napatoczył mi się numer "Twojego Stylu" to jego lekturę zazwyczaj rozpoczynałam od felietonów, w tym także pióra Agaty Passent i przyznam, że czytałam jej teksty z przyjemnością. Potem podpadła mi ta osóbka bardzo, ale już nie wnikajmy dlaczego. Z czasem się "od-obraziłam", znów mi była obojętna. Kiedy dowiedziałam się o jej książce, uznałam, że może być ciekawie i chciałam przeczytać. I oto zrealizowałam ten zamiar, całkiem sobie to chwaląc.

"Kto to pani zrobił?" to wybór felietonów, jakie Autorka publikuje już od 18 lat na łamach Twojego Stylu. Zatem mamy do czynienia z pełnoletnią felietonistką! Tytuł pochodzi od jednego z tekstów, który zaczyna się od oburzenia "fachowca" na stan ściany, na której miałby zamontować półki (ściana krzywa, nic się nie da zrobić!), a jego meritum stanowi zdanie "Polski mężczyzna nie czuje się spełniony, zanim do cna nie skrytykuje swego poprzednika.". Rzeczywiście, coś w tym jest, zwłaszcza w połączeniu z tendencją Polaków do uważania siebie za eksperta we wszelkich dziedzinach, ciągłego krytykowania. To tylko jednak czubek góry lodowej.


Agata Passent błyskotliwie, celnie, niekiedy z przekąsem odmalowuje portret człowieka współczesnego i realia otaczającego go świata, świata pełnego absurdów i paradoksów. "Dostaje się" i mężczyznom i kobietom. Teksty zgrupowano w rozdziałach o następujących, jakże wymownych tytułach np.: "Baba w futrze, czyli z życia Polaka", "Pasożytka, czyli z życia Warszawki", "Szeherezada z mokrą szmatą, czyli z życia kosmopolitki", "Doświadczona dziewica, czyli z życia matki, żony i kochanki", "Mężczyzna w lufciku, czyli z życia myślicielki", "Tanio popsuję, czyli z życia mojego".

Autorka zgrabnie wbija szpileczki, ale nie kłuje nimi złośliwie, tylko zaznacza i uwypukla, ironicznie prezentując swoje obserwacje. Takie literackie szpilki znajdziemy tylko w "passenterii"!!! Codzienność i ludzie nieustannie zaskakują, wachlarz wad, przywar i stereotypów jest szeroki, zatem materiału do tekstów nie brakowało i na przyszłość nie zabraknie. Nie ma tu skandali, sensacji i rewolucji, nikt się nie obrazi ( no chyba, że brak mu zdrowego rozsądku i dystansu do siebie, ludzi i świata). Na uwagę zasługuje różnorodność poruszanych kwestii. Są m.in. sprawy damsko- męskie, wspomnienia, inspiracje. Można tej pani nie lubić, ale nie można jej odmówić inteligencji, ironii (także autoironii) zmysłu obserwacji i umiejętności krytycznego myślenia.


Okładka - na pierwszy rzut oka nie wzbudza sympatii, mi również się nie spodobała. Wykombinowałam jednak sobie, o co tu chodzi. To przecież "słitfocia", autorka pstryka swój portrecik z przymrużeniem oka w dosłownym tego słowa znaczeniu, by w taki przewrotny sposób podkreślić to metaforyczne "przymrużenie". Występujące w otoczeniu Passent rekwizyty typu młotek, drabina i kask według mnie nie tylko wiążą się z tytułowym felietonem, ale pokazują, że dziennikarka nieco wyremontowała swoje teksty, chce zburzyć mur stereotypów i zbudować parę interesujących tez.

Wiem, że nie którzy nie trawią Agaty Passent, ale może nie warto się uprzedzać na podstawie paru występów w tv. Nie upieram się, by na siłę kogokolwiek przekonywać do tej książki. Na próbę proponuję siegnąć po teksty publikowane w "Twoim Stylu". Gdy komuś przypadnie do gustu styl autorki, wtedy może siegnąć po więcej- cały zbiór "Kto to pani zrobił?". Sympatyków pióra założycielki Fundacji "Okularnicy" namawiać nie trzeba, wiadomo: kto lubi, ten przeczyta.

Wspomnę, że książkę rekomenduje Kuba Wojewódzki w Kronice Popkuluturalnej w "Polityce",
a 7 maja o godz. 19.00 w Faktycznym domu Kultury w Warszawie, ul. Gałczyńskiego 12 odbędzie się spotkanie z autorką, które poprowadzi Rafał Bryndal.

niedziela, 27 kwietnia 2014

"Zamek z piasku" M. Witkiewicz


Okładka z LC
Są powieści, o których tyle się czyta i słyszy, że podświadomie nabiera się ochoty na ich przeczytanie. Jeśli do tego z satysfakcją czytało się inne książki danego autora, to tym bardziej. Tak miałam w przypadku Magdaleny Witkiewicz. Po "Pannach roztropnych" ( głowy nie dam, czy ja "Milaczka" kiedyś czytałam), "Lilce i spółce" oraz "Balladzie o ciotce Matyldzie" nabrałam apetytu na więcej. Co i rusz dowiadywałam się o kolejnych publikacjach oraz emocjach, jakie wywołują. Pomyślałam, spróbujemy - zobaczymy...
I zapisałam się w kolejce bibliotecznej do "Zamku z piasku".
( Żony i pensjonaty też są  w tutejszym księgozbiorze, hurra!)
W końcu udało się wypożyczyć. Z premedytacją odłożyłam lekturę na weekend. No i pochłonęłam - wczoraj wieczorem zaczęłam, dziś w międzyczasie skończyłam. Lubię takie książki, które czyta się prawie za jednym zamachem, od których trudno się oderwać.

Muszę przyznać, że jakoś szczególnie to mnie "Zamek z piasku" nie zachwycił, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobał. 
Początkowo było tak, jakby to określić... sucho, skrótowo, jak opowiadania w gazetce z krzyżówkami. Niezbyt mi ta powieść "siadła" od strony opisowej, czułam niedosyt. Nie bardzo też "widziałam" bohaterów, nie umiałam ich sobie wyobrazić. Nawet, jeśli było to podane, to nie zapamiętałam, jak wyglądali.
Im dalej w las, tym jednak z coraz większym zaciekawieniem śledziłam perypetie postaci, ich  problemy, wybory i decyzje. Bo tu  o wiele ważniejsze niż kolor oczu, szereg szczegółów i zarys tła było to wszystko, co działo się w sferze uczuciowej, emocjonalnej.
Magdalena Witkiewicz w opowieści o Weronice, Marku, Kubie, Ewie, Dominice poruszyła wiele trudnych spraw. Główne z nich to pragnienie dziecka i niemożność jego posiadania, zdrada emocjonalna i realna, samotność w związku,  kryzys, zagmatwane relacje. Według niektórych (zdaje się nielicznych) opinii powieść jest przewidywalna, banalna. Nie dostrzegłam tu schematu. Na dobrą sprawę, to każde z rozwiązań fabularnych komuś tam może wydawać się oczywiste. Autor jednak musi jakoś to poukładać. Mnie tu wiele zaskoczyło, nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Interesujące jest to, że tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy Marek był uczciwy, czy oplątała go Dominika, podczas gdy Weronika nie poprzestała na rozmowach i e-mailach z Kubą. W ogóle ta Dominika wydała mi się intrygującą postacią, taka jakby femme fatale, szkoda, że było jej tak mało.
Nie będę streszczać fabuły, to można sobie znaleźć tu i tam, ale najlepiej przeczytać samemu - przenieść się na parę godzin do Gdańska, na Kaszuby oraz do sławnej już Amalki, przeżyć wiele wzburzeń i wzruszeń.
Ta książka nie należy do serii "Z tulipanem", ale ze względu na pewne (subtelne) epizody też by do niej pasowała.

"Zamek..." to powieść w sumie z happy endem, ale przede wszystkim z morałem. Związek trzeba ciągle budować, jak tytułową budowlę z piasku, dbać o niego i odbudowywać, gdy trafi się niszczycielska fala. Może to i banalne, "coelhowskie", ale co z tego, skoro to najszczersza prawda!  I nie rozmawiać z nieznajomym. Pięknie o tym śpiewa Michalina Malczewska w utworze "Zamek z piasku" do słów Magdaleny Witkiewicz. 
Ponadto: motocyliści są jak koty.
I tym miłym akcentem kończę te chaotyczne zapiski.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Poeta odchodzi

 Tadeusz Różewicz 
(1921-2014)

Na odejście poety i pociągu osobowego

Nie wie
jaki będzie jego ostatni wiersz
i
jaki będzie pierwszy dzień
na świecie bez poezji

pewnie będzie padał deszcz
w teatrze będą grali Szekspira
na obiad będzie zupa pomidorowa

albo na obiad będzie rosół z makaronem
w teatrze będą grali Szekspira
będzie padał deszcz

muzy nie dały mu gwarancji
że z ostatnim tchnieniem
wypowie coś budującego
jasnego
więcej światła i tak dalej

prawdopodobnie
odejdzie
tak
jak odchodzi opóźniony
pociąg osobowy
z Radomska do Paryża
przez Zebrzydowice






Odeszła kolejna wielka postać polskiej literatury.
Przybył następny numer w kartotece po drugiej stronie życia, znów miała miejsce śmierć w starych dekoracjach.
Mam nadzieję, że dorobek poetycki i dramaturgiczny Tadeusza Różewicza zostanie ocalony w pamięci pokoleń i doceniany nie tylko w szkolnym kanonie.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Dwóch panów z Brukseli, nie licząc psa, czyli "Małżeństwo we troje" E.-E. Schmitta


Okładka książki Małżeństwo we trojeNiejednokrotnie już wspominałam, iż Eric-Emmanuel Schmitt należy do moich ulubionych autorów. W miarę możliwości staram się czytać wszystko, co ukaże się spod jego pióra. Lista przeczytanych jest już całkiem spora, zatem mam  porównanie i wiem, że ten francuski pisarz, choć potrafi ująć jak nikt, bywa jednak nierówny. Nie wszystkie jego teksty jednakowo mi się podobają, nie każdy utwór jest na takim samym poziomie. Różna też bywa reakcja czytelników - każdy ma bowiem inne oczekiwania i potrzeby.
Niedawno bardzo pozytywnie odebrałam  "Tajemnicę pani Ming", następnie złowiłam w bibliotece "Małżeństwo we troje". Z tego zbioru opowiadań  też jestem niezwykle zadowolona. Co więcej, udało mi się wychwycić wspólny mianownik tych kilku tekstów, bo trzeba wiedzieć, że wbrew pozorom, mimo swej różnorodności tworzą spójną całość.

"Dwóch panów z Brukseli"  - Genevieve niespodziewanie dostaje w spadku majątek (trochę mi się tu skojarzyła "Lista moich zachcianek" G. Delacourta, również proza francuska). Narrator powoli odkrywa całą historię siegając do dnia, w którym wspomniana kobieta brała ślub, a w katedrze, niejako cichaczem, związek zawarli także dwaj panowie....
Lekcja tolerancji, altruizmu. Zupełnie inne spojrzenie na kontrowersyjne sprawy.

"Pies" - piękna opowieść o istocie człowieczeństwa i szlachetności psiego charakteru, łącząca teraźniejszość z wojenną przeszłością.  Sięgniecie po mitologiczną symbolikę (Argos/Ulisses)

"Małżeństwo we troje"  - nieco przewrotna opowieść z epoki. Ona, on i duch Mozarta.

"Serce w popiele" - transplantologia  w islandzkiej scenerii. Wybuch wulkanu. Dwie siostry i ich synowie. Trudne sytuacje, niezrozumiała do końca relacja. Zaskakujące reakcje. Na mnie ten tekst wywarł bardzo duże wrażenie.

"Dziecko upiór" - Nic wspólnego z opowieściami grozy!  Po raz kolejny Schmitt zadaje nam trudne pytania i prezentuje moralne dylematy.


Na końcu zamieszczono posłowie -  "dziennik" pisarza,  w którym poniekąd mamy wyeksplikowane "co autor miał na myśli", co go zainspirowało.
Korzystając zatem z wiarygodnych źródeł podaję, iż dominantę w niniejszym tomie stanowią:
- motyw ukrytej architektury
- konieczna mediacja
- symboliczne wcielenie.
Ponadto wszystkie teksty tak czy owak są o miłości, co też świadczy o spójności zbioru.


E.-E. Schmitt znakomicie snuje swoje "opowieści o niewidzialnym", o "najważniejszym", porusza trudne tematy, stawia pytania, intryguje, wzbudza emocje. Jest wyrafinowany w swej prostocie, subtelnie malując różnobarwny obraz relacji międzyludzkich.


piątek, 18 kwietnia 2014

Wielkanocnie i wiosennie

Kwiecień-plecień zdecydował się na "trochę lata", gdzieniegdzie drobnym deszczykiem kropi,  szmaragdowa trawa rośnie w oczach, drzewa i krzewy rozkwitają... Ani się obejrzymy, kiedy wiosna buchnie majem...
Tymczasem zaś duchowo i fizycznie przygotowujemy się do Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Zamieniamy się w (prawie)perfekcyjne panie domu i robimy kuchenne rewolucje. Nieraz bywa ta kuchnia piekielna, ale mamy nadzieję na niebo w gębie i spokój w sercu.

Życzę Wam mile spędzonych Świąt Wielkanocnych, 
zdrowych, spokojnych i rodzinnych.  
Wytchnienia od codzienności.
Przyjaznej aury i życzliwej atmosfery.
Niech kwitną Wasze pasje i uczucia.


Oto efekt moich kulinarnych szaleństw: kruche zajączki - na tle przedświęconkowego rozgardiaszu:




 Gdyby ktoś miał ochotę włożyć książkę do koszyczka, to warto się rozejrzeć:
http://www.matras.pl/ksiazki.html



Pozdrawiam wiosennie!

środa, 16 kwietnia 2014

"Historia kotem się toczy" R. L. Górska

O twórczości Renaty L. Górskiej słyszałam wiele dobrego, ale dotychczas nie miałam okazji sama się o tym przekonać. W bibliotecznych nowościach ostatnio trafiła się popularna i wręcz rozchwytywana "Historia kotem się toczy", toteż czym prędzej ją zamówiłam, a następnie wypożyczyłam i przeczytałam.

Bardzo ładna powieść! Taka "okrągła" (skoro już o toczeniu się mowa),  pełna - zawierająca wszystko to, co powinna mieć dobra proza obyczajowa, aby wciągnąć czytelnika i spełnić jego oczekiwania. Przynajmniej w moim odczuciu. 
Poznamy nietuzinkowe postaci (Ada, jej córki bliźniaczki Wiktoria i Marianna zwana Mają, ich babcia Janina - dla Ady początkowo "Wiedźmina", pani Luca, Kasia, Elżbieta, tajemniczy gbur spod lasu - Austriak, ksiądz Bytkowski i in.),  przeżyjemy za ich sprawą wiele emocji, niepokoi i wzruszeń. Znajdziemy wiele współczesnych tematów, życiowych sytuacji i problemów  (m.in. relacje na linii teściowa - synowa, w dodatku w nietypowej sytuacji rodzinnej, uroki i trudy życia w małym miasteczku, pogodzenie różnych charakterów i stylów bycia,  tragiczne wydarzenia, trudne wybory i  ważne decyzje  dotyczące pracy, uczuć, przyszłości itp., zagrożenie mieszkańców spowodowane atakami wandala, walka ze stereotypami i pozorami, nieprzewidywalność losu). R. L. Górska zgrabnie splotła ze sobą wątki uczuciowe oraz sensacyjne, powody do uśmiechu oraz nutkę niepokoju i grozy.
Bohaterami są w tej powieści ludzie, zwierzęta i miejsca. Oprócz ww. osób mamy tu wspomnianego w tytule kota - rasowego Alladyna, który występuje jako pewnego rodzaju "spoiwo" fabularne, a także jego "krewnych i znajomych", czyli inne okoliczne koty. Niektóre kończą niestety tragicznie. Jest też pies. Akcja rozgrywa się w Kasztelowie - niewielkim  miasteczku  koło Gliwic, które zaczyna się rozwijać, ale boryka się z kłopotami i zagrożeniami. Charakterystycznym punktem kasztelowskiej przestrzeni jest zamek - obecnie centrum kulturalne.
Narracja nie jest monotonna - obok perspektywy głównej bohaterki pojawiają się myśli tajemniczego psychopaty,  który odgrywa istotną rolę w całej fabule oraz... kocie komentarze! Do tego dochodzi gwara śląska w dialogach "gorolki" z teściową, rodowitą Ślązaczką. Podkreślić należy też  staranny literacki język, jakim operuje autorka. Pełne uroku i nieprzesadnych metafor opisy przyrody  gwarantują przyjemność lektury.
Na upartego można by zarzucić tej powieści przewidywalność. Np. skoro jest kobieta po przejściach i tajemniczy osobnik, to koniec końców musi coś być na rzeczy... Kto się czubi, ten się lubi itp.  Domyśliłam się też, kto stoi za nikczemnymi incydentami w miasteczku. Wcale jednak nie odebrało mi to przyjemności lektury, tyle bowiem było szczegółów, tak to wszystko było przedstawione, ułożone, że czytało się z zainteresowaniem, wręcz niecierpliwością, co dalej będzie....Nawet nie sądziłam, że tak mi się spodoba.

Na koniec...musza wom pedzieć, dyć to blank gryfno ksiunska!
                                                                                                                                      - Agnysa

środa, 9 kwietnia 2014

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wywieszka


Zamknięte.
Się sprząta. Się pisze. Się trochę czyta.


Jak już napiszę to, co mam do napisania i przeczytam to, co mam rozpoczęte, to będę chyba czytać same płaskie i banalne harlekiny, proste i emocjonalne historie oraz  "kiepskie" powieści. Może czegoś nie rozumiem, może się nie znam.  Może dziwna jestem, bo mi się podobają. Cóż poradzić! Czytam to, co chcę,  to, co lubię.

Coraz bardziej przekonuję się, że w życiu "nie zawsze jest miejsce i czas, żeby czytać Sartre’a w oryginale od tyłu do góry nogami". Dla niektórych jednak tak.

Tymczasem żegnam.
Pozdrawiam serdecznie.

środa, 2 kwietnia 2014

Babie lato na wiosnę - "Z jednej gliny" L. Fabisińska




Już ponad miesiąc temu  przeczytałam, ba, pochłonęłam, tę książkę! 
Moją wypowiedź na jej temat można znaleźć tutaj. 

Marzy mi się kolejna książka z serii "Babie lato", tymczasem spędzam czas w Kasztelowie z Adą, teściową, kotem i tajemniczym nikczemnikiem, czyli z powieścią Renaty L. Górskiej. A potem wchodzę w niebezpieczne związki za sprawą E.-E. Schmitta.
Do napisania!



















wtorek, 1 kwietnia 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" A. Martin- Lugand

Wyd. Wielka Litera 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", a nieszczęśliwi - topią smutki w strugach deszczu i alkoholu w nieco surowej acz malowniczej scenerii irlandzkiego miasteczka.

To nie jest słodka historyjka o kobiecie po przejściach, która wyjeżdża w świat i  w górach nad jeziorem otwiera wymarzoną cukiernię, księgarnię czy pasmanterię, odnosi sukces, znajduje szczęście, miłość i następuje totalny happy end. To  gorzka  opowieść o długim i skomplikowanym procesie przeżywania żałoby i poczuciu niepowetowanej straty po tragicznym odejściu najbliższych, o (nie)radzeniu sobie z zaistniałą sytuacją, o tkwieniu we wspomnieniach, o trudnym i wręcz niewyobrażalnym powolnym powracaniu do "normalnego" funkcjonowania w społeczeństwie, do codziennych zajęć, pracy zawodowej. O pogrążaniu się w nie do końca może uświadomionej depresji. O tym, że trzeba dać sobie naprawdę dużo czasu, by po takiej traumie otworzyć się na innych i na świat, by pogodzić się ( w takim stopniu na ile to możliwe) z tym, co się stało.

Przeczytałam tę powieść w jeden wieczór, nieomal jednym tchem,  w tym samym dniu, w którym wyjęłam ją ze skrzynki pocztowej. Stopień nieodrywalności od lektury wiele o niej świadczy - coś w niej przykuło  moją uwagę tak, że zapominałam o wszystkim, a sterta prasowania leżała odłogiem. Chciałam od razu poznać historię Diane i przekonać się, jak sobie poradzi. Przyznam, że początkowo skusił mnie tytuł i okładka, ale w moim przypadku - nie żałuję lektury.

Nie twierdzę, że to wyjątkowa i rewelacyjna powieść osadzona w szerokich kontekstach, bo tak nie jest. Tak też chyba nie miało być. Jest to debiut literacki francuskiej psycholog klinicznej, Agnes Martin-Lugand. Nie każda książka, zwłaszcza debiutancka, musi być od razu perłą na miarę Nobla, czy - jako że bliższa  ciału koszula.... - Nagrody Goncourtów. Czytelnicy chcą zwykłych, życiowych, nieprzekombinowanych i emocjonalnych opowieści - taką właśnie napisała francuska autorka i wydała własnym sumptem. Zaryzykowała, spełniła swoje marzenie i odniosła sukces - prawa do publikacji sprzedano do kilkunastu krajów.
Przyznam, że zaskoczyły i zdziwiły mnie nieco niektóre opinie o  "Szczęśliwych ludiach...", a mianowicie, że to powieść zła, słaba, banalna - w moim odczuciu taka nie jest, ale zależy jakie kto ma oczekiwania i do czego porównuje. Czy jest to powieść schematyczna  - można polemizować. Nie da się ukryć, że wystepują tu znane motywy (wyjazd - początkiem zmian, homoseksualny przyjaciel,  "kto się czubi, ten się lubi" itp.).
Dobrze i zajmująco zrealizować schemat też jest sztuką, która nie wszystkim się udaje, według mnie Martin- Lugand się to udało. 
Nie zgadzam się, ze stwierdzeniem, że to "marne romansidło". Nie odczytałam tego jako romans, ale jako opowieść o stracie i próbie pogodzenia się z rzeczywistością,  o powracaniu do "normalności" chociaż już zawsze będzie inaczej...  Przytyk: "w dodatku facet nazywa się Edward" - wydaje mi się bezzasadny, może komuś nie podobać się to imię, czy występować ono w innych utworach, ale w sumie imię jak imię, niejednemu psu Burek, za przeproszeniem.

Nie podzielam zdania,  że tytuł jest zupełnie nie związany z treścią. Nie wszystko przecież musi być  podane wprost, czasem trzeba sobie doczytać "między wierszami". Wolę też dziwaczne, zastanawiające, intrygujące tytuły niż proste i bezpośrednie nazwy, które szybko ulatują z pamięci ( czy to był domek czy dworek nad jeziorem, a może na wzgórzu, na wiśniowym, czy topolowym... itp. itd.)
"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to nazwa widniejąca na drzwiach kawiarni literackiej, którą prowadziła Diane, a od czasu wypadku nie przestąpiła jej progu, gdyż za bardzo kojarzy jej się ona z życiem sprzed tragedii. Nawet dźwięk dzwoneczka u wejścia przypomina jej  małą Klarę. To, co dzieje się z lokalem pod nieobecność szefowej, w pewnym stopniu odpowiada jej stanowi ducha - jest tu pusto i brudno. Bohaterka zmagając się  doświadczeniami losu, owszem, pija kawę i  czyta książki ( m. in. The Good Life Jaya McInerneya, kryminał Arnaldura Indridasona, Kroniki San Francisco Arminsteada Maupina) ale nie czuje się  szczęśliwa, co jest zrozumiałe w  jej przypadku.  Tu pojawia się pytanie  - czy kiedyś uda  się tej kobiecie odzyskać względny spokój i choć namiastkę utraconego szczęścia? Być może. Przed Diane jednak długa droga. I jakby dla niej są akurat słowa piosenki "Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest". Tylko nieraz potrzeba wiele czasu, by nauczyć się to dostrzegać.

Dla mnie ta książka to prosta opowieść o skomplikowanych sprawach. Romans nie stanowi jej meritum. Diane i Edward to dwoje samotników, zamkniętych w sobie i najeżonych, zatraconych w swym cierpieniu i przeżyciach z przeszłości, zagmatwanych emocjonalnie. Lgną do siebie, oswajają się nawzajem  jak dzikie zwierzątka, nieufne, niepewne siebie. To, co dzieje się między nimi jest w sumie dla nich korzystne, ale czy to zaowocuje w przyszłości? Oboje stawiają krok do przodu, nie ma jednak pewności, co dalej.
Wbrew pozorom nie jest to opowieść smutna,  choć wychodzimy od przygnębiających faktów. Bywa ironicznie, a za sprawą Judith i Feliksa, nawet zabawnie, czy chociaż "uśmiechnięto".
Zakończenie jest dość otwarte, pogodne i optymistyczne, ale nie daje ostatecznej odpowiedzi, pozostawiajac bohaterów i czytelników z nadzieją.

Oczami wyobraźni widzę filmową wersję "Szczęśliwych ludzi..." - W rolach głównych - Meg Ryan jako eteryczna Diane oraz Colin Firth jako gburowaty Edward. Do przebojowej roli Feliksa jeszcze nie mam kandydata. W literackich skojarzeniach ( np. pod względem klimatu, motywu, emocji) przyszły mi na myśl trochę "Wichrowe wzgórza", trochę "Łatwopalni", jakoś też mi pasuje C. Ahern głównie poprzez pryzmat "PS. Kocham Cię.", poniekąd także - pozostając wśród francuskiej literatury - "Lista moich zachcianek" G. Delacourta, a może i nawet opowiadania E. E. Schmitta.

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to, powtórzę, prosta opowieść o skomplikowanych sprawach, taka, którą się  po prostu pochłania. Emocjonalna, niegłupia, kobieca. Pozornie lekka, ale swój ładunek posiada. Podobała mi się o niebo bardziej niż  np."Wiśniowy Klub Książki".
Może nie każdy zapamięta tę lekturę, ale ja tak. Stawiam jej plusa, bo zgadzam się, że:
"W waszym życiu też chyba nie zawsze jest miejsce i czas , żeby czytać Sartre'a w oryginale od tyłu i do góry nogami"   
( D. Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty..., s. 5) 


 ***
PS. A teraz idę czytać Prousta. W oryginale, od tyłu i do góry nogami!
P.A.



Przypominam o "Korzeńcu"!


Dziś wieczorem - spektakl w TVP Kultura, a w międzyczasie - Magazyn Obsesje.

Zapraszam [link]

Follow by Email