sobota, 31 stycznia 2015

"Wyspa z mgły i kamienia" M. Kawka


Okładka książki Wyspa z mgły i kamienia








Kreta, wyspa śród morskiej rzucona otchłani, 
Żyzna, pełna uroków - a siedzą tam na niéj 
Roje luda, a liczy dziewięćdziesiąt grodów. 
Moc tam różnego szczepu i mowy narodów.
(Homer, Odyseja, p. XIX)



Do sięgnięcia po twórczość Magdaleny Kawki zachęcił mnie czat z tą autorką zorganizowany przez Magazyn Obsesje na facebookowym profilu. Nie przypuszczałam jednak, że tak szybko jedna z jej książek trafi w moje ręce, ale akurat  zobaczyłam w bibliotece "Wyspę z mgły i kamienia". Przyznam, że ani okładka, ani opis zamieszczony z tyłu okładki nie byłyby wystarczającym impulsem do tego, abym wybrała tę pozycję z półki. Zadziałało raczej skojarzenie nazwiska pisarki oraz wpływ wspomnianej rozmowy. 


Bohaterką powieści jest pięćdziesięcioparoletnia Julia, z  zawodu lekarz anestezjolog, która po rozpadzie kolejnego związku sprzedaje - mimo braku pełnej aprobaty ze strony dorosłych córek - odziedziczone po babce kamienice  i postanawia przeprowadzić się  gdzieś daleko. Wybiera Kretę. Realizuje swój plan i osiedla się w miejscowości Falasarna. W tej części wyspa zachowała swój naturalny koloryt, dziki stan nie przytłoczony zanadto zdobyczami cywilizacji i nie zadeptany przez turystyczną stonkę. Kobieta spotyka tu dość nietypowe towarzystwo ekscentrycznych obcokrajowców, którzy znaleźli tu swoje miejsce na ziemi, a także pozna pewnego intrygującego mężczyznę, uważającego się w pierwszej kolejności za Kreteńczyka. Nie będzie to jednak taka schematyczna opowieść o nowym życiu, nowym domu w egzotycznej scenerii i nowym księciu z bajki... O takich książkach też zresztą jest mowa, na przykładzie twórczości  Mary Slayer (fikcyjnej autorki), która masowo produkuje takie bestsellery - a co i kto za tym się kryje... - to już odsyłam do "Wyspy z mgły...".
Czas poznać krainę, o której Julia od dawna marzyła - za sprawą zaszczepionego przez ojca zamiłowania do historii  i archeologii oraz książek: "Labirynt nad morzem" Z. Herberta, "Kolos z Maroussi" Millera,  tekstów Evansa (archeologa, reportażysty). Los jednak nie zaplanował dla pani doktor sielanki, dość szybko wplątała się w pewną tajemniczą sprawę (zaczęło się od udzielenia pomocy rannemu strażnikowi wykopalisk) i podążyła jej tropem...

Drugą  bohaterką powieści jest  tytułowa wyspa - Kreta. Wyspa o specyficznej przyrodzie, o ciekawej historii i kulturze sięgającej początków cywilizacji,  naznaczona dramatycznymi wydarzeniami czasów wojny, których echa pobrzmiewają do dziś, tragicznymi losami mieszkańców.
Wyspa odmalowana została przez autorkę  niezwykle plastycznie. Te wszystkie zatoki, górskie kręte drogi, skaliste wybrzeża,  malownicze pejzaże, widoki domów, wiosek, czy archeologicznych pokładów wewnątrz starej kopalni oddane się z dużą  dbałością o realizm szczegółu i szczerość przekazu. Pisarka pokazała Kretę nie taką żywcem wyciętą z oferty biura podróży, ale z perspektywy jej rdzennych i przybyłych mieszkańców, od tej trudniejszej, surowszej, dalekiej od sielanki strony.

W powieści znajdziemy  wątek archeologiczny, wokół którego została zbudowana w dużej mierze akcja. Mamy też wątek sensacyjny, no i nie może zabraknąć perypetii uczuciowych. Wszystko razem stanowi zgrabną całość, która daje ogromną czytelniczą satysfakcję i zapada w pamięć. Tak, po latach na pewno zatrą mi się szczegóły, ale będę pamiętać o czym to było, w przeciwieństwie do wielu książek, które skwituję zwięzłym "czytałam kiedyś".

Nie zauważyłam, żeby "Wyspa z mgły i kamienia" była szeroko promowana, a szkoda, bo nie zasługuje na to, by zginęła w tłumie. To powieść na wysokim poziomie, choć jak najbardziej z kręgu literatury popularnej, napisana ładnym językiem. Jest w niej  spokój "starej dobrej prozy", ale i emocje, jakie niesie ze sobą fabuła z przygodową żyłką.

Czuję się ukontentowana tą lekturą  i polecam łaskawej uwadze czytelników.

Magdalena Kawka, Wyspa z mgły i kamienia, Wydawnictwo MG, 2013.

piątek, 30 stycznia 2015

Po macoszemu

Natasza Socha „Macocha” Wyd. FILIA 2014

Okładka książki Macocha
Nie miałam tej książki w planach, ale skoro akurat napatoczyła się w bibliotece, no to czemu nie… Przeczytałam ją właściwie od  ręki, znaczną część w okolicach obiadu, wieczorem dokończyłam. Kilkadziesiąt stron leciało migiem. Taki typ. W dodatku w formie zapisków z pamiętnika. Zachwycona nie jestem, ale co się pośmiałam – to moje!

Na początku strasznie mnie irytowała bohaterka – narratorka. Wykreowana została na infantylną, egoistyczną, próżną istotę. Rozumiem, że to wszystko  w zabawnej, humorystycznej konwencji, ale bez przesady…. Zgadzam się, że pewnie trudno było Romie emanować radością i entuzjazmem, gdy nagle jej sytuacja domowa uległa zmianie. A mianowicie: przyjechała nastoletnia córka jej męża (z pierwszego małżeństwa) z zamiarem zamieszkania u nich. Ale te „mordercze” plany  pozbycia się intruza….Mnie to raczej nie ubawiło…  No i nawet w komedii jakoś nie na miejscu wydaje mi się określanie  (nawet tylko  w myślach bohaterki) córki swojego partnera mianem „zezowatego potwora ze skundlonymi włosami” i tym podobnymi epitetami. Podejście Romy do Kasi rzutuje w pewien sposób na jej relację z Brunonem – nie musi lubić jego córki, ale jakiś elementarny szacunek jej się należy. Skoro „po wierzchu” wszystko jest poprawnie, to biorąc pod uwagę jej notatki – jest w tym fałsz.  Zabrakło też udziału tego całego Bruna w rodzinie – jakby zupełnie się nie angażował w jej sprawy. Cóż, być może ważniejsze były dla niego operacje chomików…

Krzywe zwierciadło, w którym pokazano tę „patchworkową rodzinkę” aż nadto zostało przechylone.
Potem  - może się przyzwyczaiłam, bo już dałam się porwać komedii, ale i tak do głównej bohaterki sympatią nie pałałam, za to bardzo polubiłam jej matkę z Niemiec (czy ona miała w ogóle  jakieś imię? Bo nie utkwiło mi w pamięci. Chyba funkcjonowała jako Matka. Kojarzyła mi się za sprawą swojego temperamentu z postacią Simony z dawniejszych odcinków „M jak miłość”), czyli  „babcochę”  - dla Kasi. I tu brawa ogromne za tę pomysłową, trafną nazwę! (matka macochy = babcocha).

Fabuły w sumie w tej powieści brak. Całość dzieje się w przeciągu roku, od przyjazdu Kasi – do jej wyjazdu, a pomiędzy – mamy szereg luźnych scenek z życia wziętych, przez krzywe zwierciadło przepuszczonych. Zlepek epizodów, mniej lub bardziej zabawnych, dotyczących nie tylko Romy, Bruna i Kasi, ale także ich przyjaciół, znajomych, sąsiadów, tudzież przypadkowych ludzi (np. o fiksacji na punkcie barbie jednego z użytkowników kafejki internetowej, perypetie klientów biura matrymonialnego prowadzonego przez Romę z koleżanką…) plus  inne dodatki. To tak jakby powieść była ciastem i dodano za dużo środka spulchniającego…

Dla mnie dla książka, owszem, była rozrywką, ale nie nazwałabym jej ciepłą i wzruszającą. Jeśli ktoś szuka dramatu obyczajowego z pogłębioną psychologią postaci, studium przypadku relacji macocha-pasierbica – to nie ten adres. Natomiast tym, którzy mają ochotę na lekką, „głupkowatą” komedię, chcą się pośmiać i oderwać od codzienności – polecam.

Na koniec mam jeszcze tylko taką uwagę. Znalazłam w treści błąd rzeczowy. I wytknę go tutaj, bo mnie on bardzo razi. Otóż brzmi to następująco:
"Polecam panu od biologii nowelkę Sienkiewicza Dobra pani" (s. 57)
Polecona lektura pasuje do sytuacji z biologiem, ale autor się nie zgadza. Można niby zrzucić tę gafę na konto bohaterki, o niezbyt dużym rozumku, ale jednak – sądzę, że to może zmylić część czytelników i nie najlepiej świadczy... Tu więc minus.



czwartek, 29 stycznia 2015

Lawendowe lato Zuzanny

Okładka książki Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna. Tom I.
Wyd. Novae Res 2014

Szukałam i znalazłam, co prawda nie wśród lawendy, lecz pomiędzy książkami na bibliotecznym regale, pierwszy  tom "trylogii chorwackiej" Agnieszki Lingas- Łoniewskiej. W tej części cyklu, który równie dobrze można nazwać "lawendowym", poznajemy historię Zuzanny Skotnickiej, a także niejako otrzymujemy wprowadzenie do wątków dotyczących jej sióstr - Zofii oraz Gabrieli. One będą głównymi bohaterkami kolejnych tomów.

Zuzanna -  rudowłosa singielka o niesamowitym spojrzeniu - poświęca się karierze w korporacji, nie ma czasu na życie osobiste, nawet kaktusa zasuszyła... Niezbyt chętnie, ale w końcu decyduje się na spontanicznie zorganizowany zlot sióstr przy okazji "pracowej" wycieczki z firmy szwagra.
Zofia - jej bliźniaczka, zupełnie inna z charakteru, swoje zdolności artystyczne realizuje w rękodziele, zajmując się domem i  rodziną, w której pozornie wszystko gra... Jej mąż Adam prowadzi znakomicie prosperującą firmę programistyczną -  zabiera swoich pracowników w nagrodę na wyjazd do Chorwacji. Tam osiedliła się najmłodsza z sióstr Skotnickich - Gabriela, która pracuje jako masażystka i wychowuje kilkuletniego synka.  

Zuzia, Zosia i Gabrysia znakomicie się bawią,  imprezują i wspominają epizody sprzed lat.... Główna bohaterka I tomu musi zmierzyć się z przeszłością. Okazuje się bowiem, że Robert, jeden z kadry Adama, niegdyś był  jej bardzo bliski, a potem stało się coś niewybaczalnego, co ich rozdzieliło na szereg lat....   Tak jak każdy kij ma dwa końce, to i każda historia podobnie - bywa, że znany tylko jedną wersję wydarzeń, w dodatku niepełną, a może nieprawdziwą... Często u podstaw rozpadu związku leży nieporozumienie, błędne założenia, duma... Robert i Zuzanna mają sobie wiele do wyjaśnienia, nie jest oczywiste, czy dadzą sobie kolejną szansę....

Tłem pełnych emocji zdarzeń jest malownicza, pachnąca lawendą Chorwacja, Półwysep Pelješac,  Dubrownik, wyspa Korcula... Biura podróży powinny ochoczo włączać się w promocję tej serii, albowiem autorka tak sugestywnie przedstawiła tamtejsze krajobrazy, że na pewno wiele osób zamarzy o zobaczeniu ich na własne oczy. Taka "żywa" reklama zakątków Chorwacji.

Oczywiście nie mogło zabraknąć muzyki. Nie dość, że każdy rozdział  ma "swoją" piosenkę, to są one obecne  np. w dzwonku telefonu bohaterki, czy jako element imprezowego spotkania sióstr...   Może ktoś kiedyś wpadnie na pomysł wydawania książek Agnieszki Lingas- Łoniewskiej w komplecie z płytą CD... Takie zestawy to dopiero byłaby gratka!

W moim odczuciu ta powieść wydała mi się ciekawsza, bogatsza od poprzednich książek autorki, które miałam okazję przeczytać. Miała więcej kolorów, więcej postaci, a co za tym idzie - więcej związanych z nimi scenek,  przywołanych wspomnień, wątków. Wszystko razem było tak opowiedziane, że  książkę pochłonęłam od razu i nabrałam apetytu na kolejne, lawendowe części. Zwłaszcza, że kolejny wątek został sprytnie zapowiedziany na koniec, co więcej, została zasugerowana niecodzienna sytuacja... Tym razem przeszłość zapukała do drzwi Zofii...

Agnieszka Lingas-Łoniewska  porusza się w konwencji romansu, tu i ówdzie go ubarwiając humorem, czy (jak  to miało miejsce w innych powieściach)  nutą kryminalno-sensacyjną. Nie ma co udawać, że jest inaczej. Na taki typ literatury jest  bardzo duże zapotrzebowanie, więc dlaczego  polskie czytelniczki miałyby szukać tylko na półkach z literaturą zagraniczną... Mogą mieć rodzime  romanse,  romanse z problemami. Już kiedyś stwierdziłam, że książki wrocławskiej pisarki  kojarzą mi się z twórczością Nory  Roberts -  jednakowo zaczytujemy się w nich po uszy! Humor, cięte riposty bohaterów, zwłaszcza  kobiet, charakterne postaci, zawirowania uczuć, emocjonalny rollercoaster - to łączące je elementy. Moim zdaniem, to bardzo dobry wzorzec, znakomita droga do tego, aby urzec rzesze czytelniczek. Tym bardziej, że "lawendowa  trylogia" przypomina takie serie u Nory, która często opowiada historie np. trzech sióstr, trzech braci, czy czterech przyjaciółek. 

Cóż więcej dodać, po prostu  - "Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna" podobało mi się bardzo, pomogło mi oderwać się od szarej rzeczywistości.  To także był przerywnik od poważnej lektury, do której w danym czasie nie miałam głowy. Cieszę się, że wtedy znalazłam "lawendę".

czwartek, 22 stycznia 2015

Aniołowie.... przybywajcie!

David Jeremiah, Aniołowie. Kim są? Jak pomagają? Co ujawnia Biblia?, Wydawnictwo M, 2014

Aniołowie Taka oto nietypowa lektura towarzyszyła mi w  adwentowo-bożonarodzeniowym okresie.
Co wiemy o aniołach? Jak już opędzimy się od wyobrażenia  postaci w długiej szacie ze skrzydłami i złotą świecącą aureolą, jak już przypomnimy sobie film z  Meg Ryan, Nicolasem Cage'm i cudowną ścieżką dźwiękową, to tak naprawdę okazuje się, że nasza wiedza o aniołach właściwie jest mizerna. Chyba że ktoś jest wytrawnym biblistą.

David Jeremiah, amerykański pastor, przygotował coś na kształt monografii aniołów opierając się na tym, co na ich temat można przeczytać w Biblii. Ta rozprawa nie jest jednak żadnym dyskursem teologicznym, ale popularyzatorskim wykładem, skierowanym bezpośrednio do Czytelnika. To  bardzo swobodny przekaz, dość "luzacki", pełen zwrotów na "ty", przykładów, pytań, wykrzyknień. Styl jest "kaznodziejski", ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Autor książki nie grzmi z góry, ale zaprasza na wspólną wędrówkę w poszukiwaniu odpowiedzi na wiele pytań i wątpliwości, zaprasza nas na podróż z prędkością niebiańskiego światła poprzez wieki i stronice Pisma Świętego.

Punktem wyjścia do rozważań stała się osobista historia choroby, kiedy to David Jeremiah odczuwał, że byłby o wiele spokojniejszy, gdyby miał przy sobie Anioła Stróża. Cóż, on nigdy go nie widział, ale przecież inni widywali anioły, zatem - czy to z jego duchowością coś było nie w porządku? Czy aktywność anielska skończyła się w czasach biblijnych? Czy "angelomania", jaka zapanowała w latach 90. XX w. to tylko rozrywka albo taktyka Szatana? David Jeremiah stawia naprawdę sporo pytań i zmusza do zastanowienia się."Jak wypracować zrównoważony i solidny punkt widzenia zbudowany na fundamencie realności Boga i wiecznej prawdy?" ( s. 9) - spróbujmy razem tego dokonać, zdaje się mówić pastor.

Milion ludzi na całym świecie czyta dwumiesięcznik wydawany przez Guidesposts "Aniołowie na Ziemi", w którym zamieszczane są historie o ludziach, którzy są przekonani, że spotkali aniołów. Czy to wiąże się z otwarciem na duchowość? Magazyn "Life" określił anielskość etykietą "Bóg w wersji light". Czy w tym nie kryje się zagrożenie - szatańska pułapka?
Jeremiah przywołuje kilka przykładów ingerencji aniołów np. opowieść o tym, co zdarzyło się w Ravensbruck (Corrrie Boom "A Prisoner - And Yet" - ukryta przed rewizją Biblia), czy historię Walta Sheparda - cudem uratowanego w wypadku na autostradzie. Czy wierzymy w to, co się zdarzyło?
Biblia  zakłada istnienie aniołów, mówi o nich wprost ponad trzysta razy.

"Podróżując" przez różne fragmenty Biblii wraz z przewodnikiem, uzyskujemy takie oto podsumowanie, kim są aniołowie:
to wywołujący lęk wojownicy Boga, nosiciela i siewcy Jego gniewu i mocy,
- chronią, ratują i bronią ludzi,
- prowadzą, dając jasne i konkretne wskazówki od Boga,
- pocieszyciele i służący, którzy przynoszą zachętę, dodają siły gestem i słowem,
- posłańcy, którzy informują i  objawiają dobrą nowinę.
Znajdziemy też ostrzeżenia. Nie wolno nam przedstawiać aniołów zgodnie z naszą wolą i wyobraźnią. Takie przedstawienia, które znamy z obrazów, czy figurek nijak mają się do Biblii, bo anioły to nie "puch i pianka", "dostępne jak aspiryna" (Magazyn "Time"). Biblia stanowi jedyne wiarygodne źródło informacji. Nie wolno pozwolić, by aniołowie zastąpili w naszym życiu Boga. Nie wolno przesadnie czcić aniołów.

Następnie David Jeremiah przygląda się kanałom komunikacyjnym (Bóg- anioł- człowiek) oraz analizuje status aniołów wg takich oto haseł: byty stworzone dla nas, stworzone na początku, niezliczeni, niebiańscy, byty duchowe, byty duchowe- a jednak ograniczone, są jak wiatr, jak ogień, jak gwiazdy. Rozważa  sytuacje, kiedy pojawiają się aniołowie oraz do jakiego stopnia jesteśmy do nich podobni. Wreszcie  omawia rozmaite grupy aniołów oraz ich imiona, wszak na pewno o nich słyszeliśmy (serafini, cherubini, archanioł Gabriel itd.) Zadaje także pytania - czy aniołowie wykonują całą pracę Boga, czy wżeniali się w rasę ludzką. Wspomina o anielskich orszakach i aniołach piekieł.

Publikacja zawiera indeks cytatów z Pisma Św., bibliografię. Co ciekawe, prezentuje protestancki punkt widzenia, ale stanowi cenne źródło informacji dla katolików. Nie wiem, czy mogę, ale nazwałabym tę książkę "popularnoreligijną". Być może niewiele osób wyrazi swoje zainteresowanie taką tematyką (ale może się mylę), w każdym razie jest to ciekawa i mądra książka, którą dobrze się czyta, tak jakby słuchało się znakomitego, trafiającego do  słuchaczy, mówcy.


  • ISBN: 978-83-8021-002-8
  • Okładka: miękka
  • Wymiary: 140 x 202 mm
  • Ilość stron: 230
  • Rok wydania: 2014
  • Wydawca: Wydawnictwo M

środa, 21 stycznia 2015

Notatka w kratkę 1/2015

Styczniowy wieczór. Zimy brak.Wyprzedaż sanek z lekka śmieszy. Tumani. Przestrasza.
Tak sobie siedzę i się herbacę. Białą o smaku granatu sączę. Przegryzając z rzadka wisienką w czekoladzie. Normalnie szaleństwo o tej porze. Ale co tam...
(Steinbecka jeszcze nie czytam, przeglądałam tylko)

Dawniej często pisałam takie luźne notki, co jakiś czas tylko wpadała opinia książkowa. Potem recenzje wzięły górę. Czy to dobrze, czy źle, sama nie wiem. Wracam jednak do poprzedniej formy.
Pogawędzę zatem o tym, że czytam - powoli jak żółw ociężale - "Głosy Pamano". Ciężka tematyka, obszerna forma, wspaniała narracja. Mam za sobą dwie powieści lżejszego kalibru, ale do ich opisania jeszcze nie jestem gotowa. Stosik będzie, jak najbardziej. Niebawem.

Kulinarnie odkrywam nowe światy. Na przykład bakłażan - pyszny! On wcale nie jest taki gorzki jak go malują! Nie odsączałam tak, jak to niby się powinno i nie złego się nie działo. Robiłam też pierogi, co u mnie jest rzadkością, tak częstą  niemal jak 29 lutego. I cóż, ciasto powinno być elastyczne, a potem z natury ono twardnieje. A mi wyszło na odwrót. I weź tu zrozum pieroga! Nadzienie z rozmrożonych truskawek, z serkiem wiejskim wymieszanych. O dziwo, nie rozpadły się podczas gotowania. Victoria!

Odkurzam. Dywan, angielski, blog dotyczący książek Nory Roberts. Coś innego, coś nowego za mną chodzi... Może zrobię szalik na drutach? Eeee ;-)

Zdarzyło mi się filmy oglądać. Rzadko to ma miejsce, ale dzięki temu ja te filmy potem pamiętam. I tak, jeszcze w zeszłym roku obejrzałam "Angelfalls" z Heather Lockler na podstawie powieści Nory Roberts, to się chyba thriller nazywa, nie wiem, ale podobało mi się. Next: "Legenda Zorro", niby tysiąc razy już leciało, ale ja nie widziałam. Może być. Fajna rola chłopca - syna tego tajemniczego człeka w masce, którego grał Antonio Banderas ( grał Z., nie syna!) i last: "Odsłona" z Nastassią Kinsky -  ujmujący obraz w starym stylu, spokojny, ale do końca nie zrozumiałam o co chodzi, bo się zgubiłam gdzieś...
Przypomniałam sobie ulubionego "Forresta....", zaś na "Prosto w serce" z H.Grantem koncertowo przysnęłam, by obudzić się na literkach. Co za se(a)n(s)!

Wystarczy tego nudzenia, puszczam notatkę w kratkę w świat.
Tymczasem!

wtorek, 20 stycznia 2015

Kocha, lubi, szanuje....

Jeśli ktoś tu wdepnął, licząc na recenzję nowego tomu Alice Munro, będzie zawiedziony.
Tym razem mowa o książce  dla dzieci - o uczuciach.
Moja opinia - tutaj.

niedziela, 18 stycznia 2015

Celińska - w dwóch odsłonach









8571_99903988571
Moje wrażenia z lektury wywiadu-rzeki i recitalu artystki opublikowane na stronie Magazynu Obsesje.


Zapraszam do lektury  oraz do sięgnięcia po książkę i wybrania się na spektakl/recital z udziałem Stanisławy Celińskiej.

piątek, 16 stycznia 2015

Wywiad z autorką wywiadów? Czemu nie!


Magdalena Adaszewska, dziennikarka, rozmawiała z aktorem Tadeuszem Plucińskim, czego efektem jest książka:
"Na wieki wieków amant"
(przypominam moją recenzję-link).
 Tymczasem ja - porozmawiałam z nią, a  oto skromny efekt:

czwartek, 15 stycznia 2015

Prawdziwa historia prawdziwej bohaterki

2eb3f11731


Życia i działalności Ireny Sendler oraz jej poglądów i postaw nie da się ująć w paru zdaniach. Anna Mieszkowska poświęciła jej obszerną biografię, przedstawiła historię wielką, tragiczną i prawdziwą. Na dobrą sprawę, książka, którą dzięki wydawnictwu Marginesy możemy trzymać w rękach, jest już trzecią publikacją o tej niezwykłej postaci.(...)
Cała recenzja mojego autorstwa na stronie Magazynu Obsesje.

wtorek, 13 stycznia 2015

"Próba miłości..." K. i J. Klejnoccy

Autorów książki „Próba miłości...” znamy skądinąd: Katarzyna Klejnocka jest redaktorką pisma „Newsweek Polska”, pisze recenzje książkowe, publikowała w „Gazecie Wyborczej”, „Wysokich Obcasach”, jej mąż Jarosław to pisarz, poeta, krytyk literacki, przez szereg lat nauczyciel języka polskiego,  ma tytuł naukowy doktora, obecnie pełni funkcję dyrektora Muzeum Literatury. Tymczasem państwo Klejnoccy podzielili się z czytelnikami nie artykułem, powieścią, czy esejem, ale bardzo osobistą historią o tym, jak zostali rodzicami zastępczymi.
(...)
Książka została opublikowana w serii „Bez fikcji” i nie jest to poradnik ani przewodnik. Stanowi szczere, takie „kawa na ławę”, wyznanie na dwa głosy (...)


Cała opinia na stronie: Czytajmy Polskich Autorów.

niedziela, 11 stycznia 2015

Wyższe sfery

Lubię kulinarne eksperymenty i próbowanie nowości, ale z przyjemnością wracam do tradycyjnych smaków i sprawdzonych dań. Podobnie mam z literaturą. Sięgając po różne książki poniekąd ryzykuję, bo nigdy nie wiadomo, jak będą mi "smakować". Toteż czasem z premedytacją wybieram takie, po których wiem, czego się spodziewać.
Właśnie na tej zasadzie wyciągnęłam ze stosu przy oknie tomik "Arystokraci" opatrzony nazwiskiem Nory Roberts. Potrzebowałam akurat lektury lekkiej, przyjemnej,  nie absorbujacej, a już na pewno nie przygnębiającej. Zresztą dawno już nic tej autorki nie czytałam, a przecież lubię. I tak   okołoświąteczny czas spędziłam w towarzystwie wyższych sfer, a mianowicie ( fikcyjnego) książęcego rodu de Cordina.
Okładka książki Arystokraci
Książka "Arystokraci"  zawiera dwa opowiadania. Są to
"Beztroski książę" (""The Playboy Prince", wcześniej ukazało się jako "Książęcy urok")
oraz
 "Błękitna krew"  ("Cordina's Crown Jewel", poprzednio pod tytułem "Arystokraci")

Pierwsze z nich rozgrywa się w europejskim ( fikcyjnym) księstwie Cordina. Poznajemy całą rodzinę: księcia Armanda, jego syna Bennetta (miłośnika kobiet, koni, rozrywek), córkę Gabriellę ( 10 lat temu została uprowadzona przez wroga, ale wszystko dobrze się skończyło) oraz następcę tronu Aleksandra i jego żonę Eve. Ona właśnie spodziewa się potomka. Towarzystwem i pomocą służy jej daleka krewna lady Hannah. Ta skromna i niepozorna kobieta skrywa jednak pewną tajemnicę, jej obecność na książęcym dworze nie jest czysto towarzyska, ma pewne zadanie do wykonania. Przy okazji wpada w oko księciu Bennettowi, ale niełatwo ją zdobyć. W dodatku odwieczny wróg rodu de Cordina, Deboque przygotowuje kolejny atak. Czy zostanie udaremniony, jaką rolę odegra w tym Hannah i czy beztroski książę się "ustatkuje" - o tym przeczytamy w tej minipowieści.

Drugi tekst zabiera nas do Ameryki, gdzie przebywa rodzina Gabrielli de Cordina. Jej córka Camilla ma już dość obowiązków księżniczki i oblężenia przez dziennikarzy. Zdesperowana obcina włosy i wypożyczonym autem ucieka w świat, jedzie przed siebie, gdzie oczy poniosą... Podczas ulewy dochodzi do niegroźnego wypadku, dziewczyna znajduje schronienie w chacie ekscentrycznego, aroganckiego gbura imieniem Delaney - archeologa. Ci dwoje drą ze sobą koty, ale oczywiście między nimi iskrzy. Camilla pomaga przepisywać artykuły, odkrywa tajniki archeologii, sama "łapie bakcyla" i już wie, czym chce się zajmować. Wiele się dzieje na płaszczyźnie uczuciowej. Nieporozumienie prowadzi do "krachu", ale pewna intryga kończy wszystko happy endem.

"Arystokraci" to taki słodko-pikantny tomik, charakterystyczny dla Nory Roberts, która w romans wplata nutkę sensacji, przygody, dodaje konkretny wątek tematyczny, a postaci obdarza "charakterkiem", ciętym językiem i poczuciem humoru.
Gdybym miała  porównać, to pierwsze opowiadanie wydaje mi się spokojniejsze, bardziej statyczne, mimo wątku sensacyjnego, natomiast drugie- bardziej dynamiczne, żywe, barwniejsze. "Błękitna krew"  ponadto zawiera wątek archeologiczny,  i  właśnie to opowiadanie, choć schematyczne, podobało mi się bardziej.
Całość  jednak wypada przyjemnie, to jakby przystawka i główne danie.

Zajrzałam zatem do kolejnego zakątka królestwa Nory, tym razem do Cordiny... pewnie  niebawem wyruszę na kolejną podróż z bohaterami jej powieści.

sobota, 10 stycznia 2015

"Srebrna Natalia", czyli pasmo biograficzne trwa

Okładka książki Srebrna NataliaOstatnio wręcz pasjami czytuję rozmaite biografie, toteż na mojej czytelniczej ścieżce nie mogło zabraknąć  "Srebrnej Natalii" - opowieści o gruzińskiej księżniczce, żonie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, pióra ich córki, Kiry, zwanej w dzieciństwie Kijkiem. 

Książka opublikowana w 2014 r. przez Marginesy nie jest nowością - to rozszerzone, poprawione i uzupełnione wydanie "Srebrnej Natalii" (2006), wzbogacone o nowe zdarzenia, zdjęcia i dokumenty.  A także  np. o taką ciekawostkę, że latem 2013 r. w Kaliszu "panna Nata" stała się bohaterką gry miejskiej - zabawy literackiej w szukanie śladów tej uwiecznionej poetyckimi strofami kobiety. W Kaliszu- albowiem to właśnie z tym miastem związana była spora część życia Natalii, córki Wiery ze Snaksarewów i Konstantego Awaliszwili (Awałow). 

Pierwsze rozdziały poświęcone są korzeniom - rodzinnym koligacjom i "cieniom Gruzji", dzieciństwu i dorastaniu Naty. W kolejnych - przemawia sama Natalia ( za sprawą spisanych przez córkę wspomnień)  i snuje opowieść o niezwykłym związku z poetą. Cytuje przy tym obszerne fragmenty jego utworów, także tych zaginionych, czy zniszczonych. Potem przedstawione są  dalsze losy rodziny - po otrzymaniu przez Konstantego karty mobilizacyjnej... Następnie czytamy o  pobycie w "zaczarowanym Krakowie", o ciężkich chwilach choroby, o innych kobietach w życiu Kota... wreszcie  o arkadyjskim pobycie w Praniu, tragicznym okresie śmierci i żałoby. Ostatnie rozdziały poświęcone są pieczy Natalii nad dorobkiem literackim męża, jej pracy nad tłumaczeniami, a także szczecińskim czasom, morskim wyprawom i własnej twórczości Natalii (pod pseudonimem Anna Glińska ukazały się "Kasia i inne", "Dom na Celnej", "Spotkajmy się w Bangkoku", "Gdzie mój dom"). Z zamorskich wypraw Gałczyńska wysyłała córce listy, których wybór  zamieszczono na kartach tej książki.

Przyznam, że nie miałam zielonego pojęcia o tych sprawach - o podróżach statkiem, tłumaczeniach z rosyjskiego, o powieściach dla młodzieży... W ogóle znałam postać Natalii tylko przez pryzmat poezji K.I.Gałczyńskiego, czyli bardzo jednostronnie. Tymczasem Kira Gałczyńska z ogromną starannością i dociekliwością zbudowała portret swojej matki, w wielu odsłonach, w wielu barwach. Uniknęła "laurki". Udało jej się osiągnąć przekaz bardzo osobisty, szczery, niezwykle rzetelny.
Kira wyznaje, że do dziś nie może pogodzić się z odejściem matki, rozmawia z nią tak jak wtedy, gdy była mała, jak i teraz, gdy  sama ma więcej lat niż ona w chwili odejścia. Jak mówi: "Ta książka jest dalszym  ciągiem naszych wielu rozmów, naszych wspólnych podróży, zaczętych lektur i niedosłuchanych koncertów. (...)  jest także relacją z moich rozmaitych poczynań (...) moją próbą opowiedzenia o niej, o jej dniu codziennym, wesołym i smutnym, o lekturach, koncertach i przyjaciołach". ( s. 361)

Niewątpliwie ta biografia bliskich sercu osób stanowiła dla Kiry duże wyzwanie, może nawet dzieło życia. To element oddania hołdu pamięci rodziców. Istotny wkład w historię literatury. Ważną kwestią jest to, iż biografię napisała córka, ale za punkt honoru postawiła sobie rzetelność i uczciwość w przekazywaniu informacji, faktów.  Próbowała wiele spraw zrozumieć, dotrzeć do nich. Natomiast bardzo krytycznie odniosła się do biografii pióra Anny Arno, wytykając autorce wiele błędów rzeczowych i przeinaczeń, zarzucając tendencyjność i brak profesjonalizmu.

"Srebrna Natalia" to piękna  podróż sentymentalna, która otwiera czytelnikowi wiele drzwi i okien, odkrywa zakamarki, jakich nie znajdziemy w podręczniku literatury, czy leksykonie. To opowieść o niepospolitych osobowościach, dwóch poetyckich duszach, które znalazły porozumienie na tym ziemskim padole. O kobiecie niesamowitej urody, nazwanej Cesarzową. O wyjątkowym uczuciu, łączącym "srebrną Natalię" i "zielonego Konstantego". Taka prawdziwa legenda...
Warto się nad tą  książką pochylić.


"Srebrna Natalia, czyli palcem planety obracasz" Kira Gałczyńska, Marginesy 2014.




czwartek, 8 stycznia 2015

Genialni matematycy (Remanent cz. 3)

„Między duchem a materią pośredniczy matematyka”
(H. Steinhaus)

WYD. ISKRY 2014



Zacznę od osobistej dygresji. Otóż, z własnej i nieprzymuszonej woli na egzaminie maturalnym zdawałam matematykę, która wówczas była jednym z przedmiotów do wyboru. Wychodziłam z założenia, że zawsze jakieś zadania rozwiążę, bo nigdy nie miałam serca do elaboratów z historii, o biologicznych testach nie wspominając. Nieskromnie przyznam, że w miarę sobie radziłam, z wyjątkiem geometrii analitycznej, z której to dziedziny chyba żadnego zadania nigdy nie  zrobiłam do końca. W studenckich czasach przez dwa lata mieszkałam ze studentką matematyki, stąd nieobce mi pojęcia „analiza matematyczna” , „algebra liniowa”  itp.. Wiem także, że „topologia” to wcale nie nauka o drzewach ;-) Obecnie nie sądzę, abym bez solidnej powtórki potrafiła cokolwiek rozwiązać, albowiem „czas zatarł i niepamięć”  te wszystkie wzory, dowody,  definicje i metody...
Tak czy inaczej, matematykę darzę ogromnym szacunkiem i sentymentem, wszak to „królowa nauk”. Powyższy wstęp stanowi niejako wyjaśnienie, skąd wzięło się u mnie zainteresowanie książką  o lwowskich matematykach.

Do przeczytania mojej opinii o tej książce zapraszam na stronę Czytajmy Polskich Autorów.



Remanent, czyli książka przeczytana  w 2014 r.

środa, 7 stycznia 2015

Szeptem o "Szeptusze"

Okładka książki Szeptucha
 Wyd. MG 2014
Rozglądam się na boki i spoglądam za siebie... Ciiiiii.... Tak szybciutko szeptem powiem, żeby mnie Redaktor Obsesja nie słyszała.... Bo wiecie, ona tę "Szeptuchę" bardzo polecała, zachwycała się nią.... a tu  masz babo placek! (Gdybym chciała być bardzo złośliwa, dopowiedziałabym - krowi. Tak w estetyce tej powieści pozostając).
Czytałam i czytałam.... i uszami przekładałam. Już  setna strona, a nadal lipa.....
Zaczęło się nawet zgrabnie - wspomnienia dziewczyny wychowywanej przez babcię, która była szeptuchą, wiejską "uzdrowicielką", leczącą za pomocą ziół i modlitwy.  
Rzecz dzieje się w Waniuszkach, wsi na Podlasiu, gdzie panuje ład i porządek,  każdy zna swoje miejsce i powinność, wszystko toczy się w rytmie natury i świąt kościelnych, jak w "Chłopach" Reymonta, taka "mityczna" wieś.
Potem zaczęły się schody: jak tylko pojawiła się jakaś postać na horyzoncie- to bach- historyjka, ciach- obrazeczek! Momentami gubiłam się, o czym to właściwie jest.
Nie mam nic przeciwko dygresjom, retardacjom, opowieściom szkatułkowym, ale na litość boską, skoro już odbiegać, to trzeba mieć od czego! Jakaś fabuła by się przydała, a w tej powieści oś główna jest tak cienka jak nić babiego lata. Wróć! Babie lato przynajmniej się snuje... Tak cienka jak badylek (przynajmniej coś wspólnego z zielskiem będzie). Uwaga: zdradzam fabułę: była sobie szeptucha, pomagała ludziom, potem jej zadania przejęła następczyni (wnuczka), pomagała -miała dar widzenia, potem miała romans z takim jednym z wielkiego miasta, który kręcił film o lokalnym kolorycie. Koniec. Celowo to spłaszczyłam, ale naprawdę tak to z grubsza wygląda.
No dobra, powie ktoś, że cały urok w tych "dygresjach".  Ale gdzie umiar? Jak to się mówi, co za dużo, to niezdrowo, a w tym przypadku - ma miejsce znaczny przesyt. Umyka główny temat, główna bohaterka. Rozłazi się wszystko. Ponadto wygląda to tak, jakby autorka nazbierała historii, z takimi tragicznymi na czele (a to przed laty Trofim zakatrupił rodzinę, a to hipisom dziecko umarło, a to inszy trup.... ). Nie mam nic przeciwko mocnym akcentom, ale dwa grzyby w barszcz to za dużo, a tu było ich nie dwa, a cały koszyk!
Dalej. Nie podobał mi się język. Plastyczny- to eufemizm. Kanciasty i wulgarny po prostu. Znów miałam wrażenie, że autorka przesadziła.
Kolejne myśli, jakie nachodziły mnie podczas lektury:
- ile jeszcze stron zostało do końca ...;-D
- autorka nie może się  zdecydować w którą stronę zmierza...;
- narzekałam kiedyś na "Mrówki w ogniu",ale chyba wolę te "Mrówki...";
- do sedna, autorko, do sedna...;
- fuj! bleee.....;
- z kogo bardziej się wyśmiewa: z "miastowych", którzy szukają prawdziwego wiejskiego życia, czy z mieszkańców wsi, którzy "robią  cepelię", by wydoić pieniądze od turystów...;
 - drugim Redlińskim to ona nie będzie... (w treści pojawia się "Konopielka", nasuwa się też "Awans" - pod względem tego "organizowania wiejskości" dla klientów);
- momentami jednak zabawne;
- dobrze pokazane  przemiany wsi, ludzkiej mentalności;
- zgrzytało: bohaterka wspomina jak chodziła w dzieciństwie do spowiedzi i ksiądz straszył piekłem, wyobrażała je sobie "jako rodzaj nocnego klubu z feerią efektów świetlnych i zawsze nowym programem rozrywkowym" (s. 27) - a skąd niby dziewczynka z zabitej dechami wsi miała takie porównania?
Oleśka - z czego żyła? Płacili jej za ziołolecznictwo? 

Spodziewałam się "okrągłej" powieści,  takiej z fabułą, wątkami pobocznymi,  nutą magii, romansu, sensacji, czego tam jeszcze...opisami przyrody, tymczasem to taka siląca się na współczesną prozę " ni pies, ni wydra". Przede wszystkim, mimo tych makabrycznych epizodów, nudna.
Nie jest to aż tak zła powieść, abym spluwała trzy razy przez lewe ramię, ale nie zachwyciła mnie, nie podobała mi się zupełnie. Postaci nie polubiłam, nie przejęły mnie ich losy. Jedynymi "światełkami w mroku" byli stara Chodorkowska (staruszka zatracająca się w odchłaniach wspomnień i niepamięci) i Wawrzyniec (świetna scena z bykiem, zdrowy chłopski rozum, cięte i  mądre gadki), akurat oni się autorce udali.

Rozgadałam się, ciiiiiiiiiiiiiiiii............... Tylko niech to zostanie między nami, bo jeszcze szeptucha jaki urok na mnie rzuci.... ;-)




   (Książka akurat  pasuje  do wyzwania "Pod hasłem" - styczeń 2015 r.)

niedziela, 4 stycznia 2015

"Przebudzenie" numer dwa!




Okładka książki Przebudzenie
Zainspirowana pomysłem Ejotka wyruszyłam na poszukiwanie "zdublowanych" tytułów, czy jak to określiłam książek - "bliźniaczek tytułowych". I tak odkryłam, że na półce mam drugie "Przebudzenie", tym razem pióra Katarzyny Zyskowskiej- Ignaciak, pisarki znanej mi  jak dotąd tylko ze znakomitej powieści "Nie lubię kotów". Już parę razy miałam tę książkę w ręku, zwłaszcza, że należy do lubianej przeze mnie serii "Babie lato", ale jakoś nigdy się nie zdecydowałam na przeczytanie. Teraz nadarzyła się idealna okazja!

Muszę przyznać, że ta powieść nie tyle mnie przebudziła, co nie dała zasnąć, bo jak już zaczęłam, to  tak czytałam pół nocy, a dziś po prostu musiałam dokończyć. Zatem pod względem  zaciekawienia i wciągania daję fabule wysoką notę. Niekiedy trafiają się książki, które rozkręcają się powoli, a my dajemy im szanse ( np. góra do setnej strony) albo odkładamy znużeni. W tym przypadku  od samego początku czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, a potem nie ma czasu na nudę. Już na wstępie mamy tajemniczy obraz - gdzieś nad jeziorem, pożar na wyspie, przypatrująca się tej pożodze kobieta.... Okazuje się, że to był sen bohaterki, ale skąd w jej głowie takie sceny? Oto jest pytanie!

"Młoda dziennikarka Zuzanna niespodziewanie otrzymuje spadek po nieznanym krewnym - malowniczą posiadłość na Mazurach. Zafascynowana przeszłością swoich przodków, powoli zaczyna zgłębiać tajemnice rodziny. Nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że grozi jej niejasne niebezpieczeństwo. Kto z najbliższego otoczenia dziewczyny jest przyjacielem, a kto śmiertelnym wrogiem? " - notka na okładce, moim zdaniem za bardzo spłyca fabułę. Wydaje mi się, że wiele osób może się  zrazić takim opisem, bo  to już schemat: bohaterka dostaje spadek, wyjeżdża, w nowym miejscu rozpoczyna nowe życie,  poznaje rodzinną przeszłość, a następnie znajduje szczęście miłość i następuje happy end. Czyż nie mamy już dosyć takich historii?

Tymczasem Zyskowska- Ignaciak bierze trochę ze schematu lecz całość ubiera w inne, ciekawe barwy.  Nie unika wątku miłosnego, ale w końcu dlaczego miałoby go nie być, zwłaszcza w  tomiku pod znakiem "Babiego lata"!
Co dobrego zatem zaproponowała nam autorka:
 - Legendy o dawnych plemionach i rodach (Galindowie- plemię bałtyckie, pruski ród von Schenk) - historia klątwy sprzed wieków;
-   Losy rodziny Marii Wieluńskiej, babci Zuzy w trakcie wojny i w późniejszych czasach ( dramat utraty wszystkich bliskich);
- Mazury (okolice Giżycka, Jezioro Dobskie, wyspa Gilma - miejsce pogańskiego kultu) i  motyw żeglarski;
- Wróżby z kart i symbolika znaków np. wąż zjadający własny ogon jako symbol nieskończoności);
- Tajemniczy, magiczny, pełen napięcia nastrój;  bardzo dużo tajemnic, zagadek, niebezpieczeństw;
- Wątek kryminalny (zabójstwo w Anglii, "akcja z brzaną i obrzędy na wyspie");
-Niejednoznaczność bohaterów;
- Zaskoczenie ( niesamowite posplatanie wszystkich kawałków, niespodziewany finał);

Tytuł - na pozór nie kojarzy się z treścią. A jednak! Główna bohaterka w  wirze tych wszystkich niespodziewanych, tajemniczych, nagłych i podejrzanych wydarzeń powoli odrzuca ziarno od plew,  odchodzi od dotychczasowego jałowego życia ( nota bene podobny żywot wiodą postaci z "Nie lubię kotów"), dokonuje wyborów. "Budzikiem" staje się odkrycie rodzinnej historii sięgającej kilka wieków wstecz,  które zapoczątkowały list z Anglii, karteczka ze znakiem  podrzucona pod drzwi i prastary pierścień.

Niebanalna ( nie do końca zmyślona - jeśli chodzi o tematykę plemion na ziemiach mazurskich) historia oraz lekkie pióro Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak  sprawiły, że "Przebudzenie" wywarło na mnie spore wrażenie. To książka, którą się pochłania, z ciekawą i nietuzinkową fabułą, wyróżniająca się z tłumu opowieści obyczajowych o popularnych motywach spadku, wyjazdu, nowego domu/pensjonatu/kawiarni itp. Na pewno mi osobiście nie zatrze się w pamięci.
Przy tym jeszcze autorka potrafi snuć narrację i  wypunktować jednym krótkim  zdaniem  coś mądrego, istotnego, refleksyjnego.
Cieszę się, że w końcu zapoznałam się z tą powieścią i nie omieszkam sięgnąć po inne tytuły pióra Zyskowskiej.

Chaotycznie i notatkowo bardziej, ale na świeżo chciałam zapisać wrażenia.
Książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością z własnych zasobów w ramach "Pod hasłem" - styczeń 2015- bonus .



sobota, 3 stycznia 2015

"Przebudzenie" - moja pierwsza lektura w Nowym Roku!

Okładka książki Przebudzenie
Wyd. FILIA 2014

Jedni są tą książka zachwyceni, drudzy- rozczarowani. Natomiast ja- jestem pośrodku, bo dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, choć niektórych pomysłów fabularnych nie przewidziałam. Chciałam poznać dalsze dzieje bohaterów powieści "Łatwopalni" , toteż w końcu zaspokoiłam ciekawość. Do stylu autorki zdążyłam się przyzwyczaić i naprawdę - nie narzekam.Nie jest to literatura "wysoka", ale Agnieszka Lingas-Łoniewska z założenia - i z powodzeniem - tworzy powieści popularne, a przy tym bardzo poczytne, utrzymujące się w zakresie romansowo-obyczajowo-sensacyjnym, z nutką humoru i szczyptą pikanterii.  W jej  książkach chodzi o emocje, o feerię uczuć i przeżyć bohaterów, ich problemy, życiowe zawirowania, a nie o kunsztowną stylistykę frazy, nie o wyrafinowaną formę literacką. W ten sposób opowiadane historie trafiają do serc wielu czytelniczek (przepraszam panów, ale chyba jesteście w znacznej mniejszości odbiorców tego typu prozy).

W "Przebudzeniu" emocji  oraz życiowych zakrętów nie brakuje. Bohaterowie muszą rozliczyć się z przeszłością, ułożyć jak autko z klocków lego swoją teraźniejszość i "przebudzić się", by jasnym wzrokiem spojrzeć w przyszłość. Może ich perypetie komuś dadzą do myślenia? Może ktoś znajduje się w podobnej, choć częściowo, sytuacji?
Monika, Jarek i Grzesiek muszą dokonać ważnych wyborów i uporządkować swoje relacje. Sylwia znalazła się na rozdrożu - czas na remont, nie tylko mieszkania, ale i związku. Bernie- chłop na schwał - on też nie ma lekko, o nie, bo trafiła go strzała Amora, a przeszłość wróciła niespodziewanie i to z niespodzianką...
Ktoś chce solidnie namieszać, ale zemsta okazuje się wcale nie taka słodka, bo kto pod kim dołki kopie... i mieczem wojuje...wiadomo... Konieczny jest udział policji z podkomisarz Dorotą na czele, na powieściową scenę wkracza też... Lukas, czyli stary znajomy Łukasz Borowski. I  nie jest czarnym charakterem!

To nie jest słodka opowieść  o spełnianiu marzeń w scenerii usłanej płatkami róż. Droga bohaterów jest kamienista, nierówna i pełna zakrętów. Tak łatwo się potknąć i upaść, ale gdy ktoś poda dłoń - lżej się podźwignąć i brnąć dalej. W "Przebudzeniu"  - wydanym w "zmysłowej i romantycznej" serii z tulipanem - są "wichry namiętności", ale też zarysowano poważne problemy, jak ten, kiedy  na szalach wagi znajdują się małżeństwo i zgubny nałóg, albo utrudnianie rodzicowi kontaktu z dzieckiem. Powtarzam, tu nie jest różowo.
Niby wszystko dobrze się kończy, ale  mamy parę znaków zapytania, a pewne drzwi nie zostają zamknięte...Co dalej? To już w  tomie III. Oczywiście czuję się zaintrygowana kontynuacją.

Cóż więcej mogę powiedzieć... Dlaczego czytam takie książki?  Bo lubię ;-)  Bo czasem nie mam głowy do skomplikowanych spraw i filozoficznych dyskursów, czy też nie mam ochoty na epicką rozlewność. Niektórzy odpoczywają przy kryminałach, innych bawi fantasy, ja zaś wolę  inną formę i nie gardzę "czytadłem", romansem, czy  fabułą obyczajową.  Dla mnie "Przebudzenie" stanowiło przyjemną lekturę wprowadzającą mnie czytelniczo w Nowy Rok. Stopniowo przyjdzie czas także na "trudniejszą" literaturę, ale  póki co... pójdę się przespać....


Książka akurat idealnie pasuje do wyzwania "Pod hasłem". Hasło na styczeń 2015 r. brzmi:
polskie dwa-tysiące-czternastki, czyli książki polskich autorów wydane w 2014 roku.






piątek, 2 stycznia 2015

"Spektrum" K. Głuszko (Remanent cz. 2)

Niedawno wpadła mi w ręce mała niepozorna, niecałe 100 stron tylko licząca książeczka, starannie wydana - w twardej oprawie. Wpadła i już nie wypadła, bo przeczytałam ją za jednym zamachem. Gdybym napisała opinię na świeżo, brzmiałaby mniej więcej tak: !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
 Jednak minęło już nieco czasu i spróbuję ująć myśli w słowa.
Okładka - Spektrum
Wyd. Dobra Literatura 2012

To nie jest powieść, ani też opowiadanie i ze świecą szukać tu literackiego kunsztu. Jest to mocne i bardzo osbiste wyznanie kogoś, kto "zawsze pozostanie inny od reszty", a my nigdy nie zobaczymy świata jego oczami.  To opowieść o inności, o cierpieniu, samotności, modlitwach, lękach, atakach psychozy, o pobycie w szpitalu psychiatrycznym, terapii insulinowej, elektrowstrząsach, zmaganiach z chorobą,  ale także o pewnym wtorku, który przyniósł chęć do życia i nowe siły do walki o siebie i własne szczęście - o tym wszystkim, czego doświadczył sam Krystian Głuszko, który  "utknął w spektrum autyzmu".

Przez kilka lat rzeźbił swój szkic, przelewając na papier skłębione myśli i przeżycia. To, o czym czytamy, wydaje się być jakimś "sajensfikszyn", ale to czysta prawda. To realne sytuacje z życia jednego z ludzi obok nas. Sytuacje i sprawy, o których nie mamy często zielonego pojęcia i z beztroską łatwością rzucamy epitetami typu "wariat", "psychol" itp. A to nie tak, nie tak.... To nieodgadniony megakomputer, jakim jest ludzki mózg po prostu inaczej "programuje" u niektórych osób. Każdy przypadek może być inny. Spektrum autyzmu jest naprawdę bardzo szerokim pojęciem. Nie czuję się kompetentna, by o tym pisać, ale przy okazji wspomnę o niezwykle ciekawej książce Luke'a Jacksona "Świry, dziwadła i Zespół Aspergera. Przewodnik dla użytkowników dorastania" (Wydawnictwo Fraszka Edukacyjna, 2005), gdzie mamy opis innego zaburzenia znajdującego się w spektrum autyzmu i też ukazanego z perspektywy osobistych doświadczeń  autora.

"Spektrum" K wydano w serii "Z wykrzyknikiem". Prezentowane są w niej  historie ważne, zawierające prawdę, takie, które powinny być wykrzyczane. Trudno o lepszy przykład, bo opowieść Krystiana Głuszka krzyczy każdym zdaniem, choć paradoksalnie - to krzyk szeptem. Szeptem pełnym wrażliwości, który dociera do czytelnika budząc w nim wiele emocji, empatię, ucząc zrozumienia i inspirując do poszukiwań.

 To nietypowa i niełatwa lektura, niezwykle poruszająca i stawiająca wiele pytań. Warto jej poświęcić czas.

Książkę z ciekawością przeczytałam dzięki Księgarni Matras.

Remanent, cz. 1 ("Poczytaj mi, mamo. Księga piąta")

 
Już po raz piąty wydawnictwo Nasza Księgarnia zaprosiło dorosłych na sentymentalną podróż do czasów własnego dzieciństwa, a dzieci - na fantastyczną przygodę z różnorodną literaturą. Ukazała się bowiem piąta część kolekcji zawierająca utwory z niegdyś bardzo popularnej serii „Poczytaj mi, mamo”. Takie wznowienie to prawdziwy skarb!
(...)
Ciąg dalszy mojej opinii --> (LINK)
Pod wspólnym hasłem "remanent" będą się ukazywać recenzje książek przeczytanych w 2014 r., ale dopiero teraz opisanych.


czwartek, 1 stycznia 2015

Przeminęło z wiatrem....

...a raczej przeminął...  
Rok dwa tysiące czternasty przeszedł do archiwum. Swoje skrzydła rozłożył nowiutki, mroźną świeżością pachnący dwa tysiące piętnasty. Maryla Rodowicz w jednej ze swych licznych piosenek śpiewa:
           "Pytają przy deserze
             i u piekielnych bram.
            Co nam ten rok zabierze
            a co daruje nam?
             (...)"
No ciekawe, co.... Nie mam hurraoptymistycznego nastroju. Bliżej mi do melancholijno-egzystencjalnego, wisielczo-humorystycznego stwierdzenia Grzegorza Kozery, cytuję:
"O rok jesteśmy starsi, o rok bliżej śmierci. Cieszmy się!"
 Zaiste, gaudeamus igitur, jeno fajerwerków oszczędźmy, dodałam.
Mimo wszystko, życzę  dobrego roku - Wam, drodzy Czytelnicy i Odwiedzacze (obojga płci) niniejszego bloga i sobie, zapisującej skromnie notatki w kratki.

Tak, czy owak -  jak się czytało, tak też czytać się będzie... zatem czas na podsumowanie "starego" roku czytelniczego i postanowienia na nowy. Czy z zeszłorocznymi wypaliło - nie pamiętam, sprawdzać mi się nie chce ;-)

2014
Przeczytałam łącznie 96 książek rozmaitego kalibru. 
Lwią część (62, o ile dobrze policzyłam) stanowiły zobowiązania recenzyjne, i tak: 
  • 28 - dla "Czytajmy Polskich Autorów" ( na blogu pojawiały się  linki do moich recenzji na portalu), ta ilość mnie nieco "przeraziła", mam jeszcze jedną przeczytaną nieopisaną oraz 3 otrzymane {nie wliczone do tych 28}, z którymi w tym roku już niestety nie zdążyłam.
  • 5- dla Księgarni MATRAS ( jedna jeszcze nie doczekała się recenzji, ale ta już powstaje).
  • 6-  dla Wydawnictwa M ( 1 przeczytana - oczekuje do opisania).
  • 3 - dla "Szuflady".
  • 9 dla "Wielkiej Litery" ( tu mała adnotacja, iż po zmianie osoby zajmującej się promocją w wydawnictwie przestałam otrzymywać propozycje do recenzji, nie napraszałam się zatem. Cóż, szat nie rozdzieram.)
  •  7 - dla "Marginesów" ( 1 recenzja oczekuje na publikację, a 1 otrzymaną ( nie wliczoną) mam jeszcze w zapasie).
  •  2 - okazjonalnie dla "Repliki".
  •  1 - propozycja od autorki.
  • 1 - z Wydawnictwa Literackiego - trafiła do "Obsesji".
11 książek własnych ( zakupione, wygrane, z wymiany)
  4 pożyczone prywatnie
19 - z biblioteki

Matematycznie chyba się zgadza, a jeśli nie, trudno. Zresztą, kogo to obchodzi...

Jestem zadowolona z tych 11 własnych, to prawie 1 na miesiąc, zatem całkiem nieźle rokuję na wyzwanie 12 książek na 2015 r., z tym, że potraktuję je zupełnie prywatnie - i tak już minął termin zgłoszeń (!), a sztywnej listy tytułów robić nie zamierzam, bo będę czytać to, na co w danej chwili będę mieć ochotę.
Ale pozostańmy przy podsumowaniu...

Nowością są współprace z Wydawnictwem Marginesy ( uwielbiam ich m. in. za literaturę biograficzną) oraz Magazynem Obsesje, w którym maczam palce czasem coś pisząc, czasem coś poprawiając ;-)
W "Obsesjach" właśnie zajmowałam się częściowo promocją książki "Grzeczna dziewczynka"  - recenzja i wywiad z autorką.
Przy okazji - kolejny wywiad czeka na publikację....

Była statystyka, teraz czas na top książek przeczytanych w 2014 r.
Sporo trafiło mi się świetnych, bardzo dobrych i dobrych książek. Mało niewypałów. Rozczarowały mnie "Malinche..."L. Esquivel, "Zdrada" Coelho oraz "Zupa z ryby fugu".
Dużo przeczytałam biografii/wywiadów, większość to jednak powieści.
Zdarzył się jeden tomik poezji ("Klangor" U. Kozioł).
Sporo też było literatury dziecięcej, i tu jednak też trafiały się wiersze ( w tomiku "Smok w powidłach", czy antologii "Klasycy dzieciom".
 Tradycją stało się wyróżnianie dziesiątki najlepszych, ale ja podam inną liczbę - jeszcze nie wiem, ile wyjdzie - w różnych kategoriach.

W kategorii `Rozrywka` prym wiodą: M. Kłosińska- Moeda ("Miłosne kolizje", "Kota lubi szanuje", "Kochaj i jedz, Brazyliszku") oraz I. Banach ("Lokator do wynajęcia", "Szczęśliwy pech").

W kategorii `Literatura zagraniczna`, której w tym roku u mnie było niewiele, odnotowania godne są: "Honor" E. Safak, "Tajemnica pani Ming" E.-E. Schmitta oraz "W domu innego" R. Brooka.

W kategorii `Reportaże`:"Serce narodu koło przystanku" W. Nowak.

 W kategorii ` Ku pokrzepieniu serc`: Żaba w papilotach, M. Biłas- Najmrodzka, E. Narbutt 
 Wolna miłość, R. Ligocka.

W kategorii `Tak zwane "babskie", ale...`: "Grzeczna dziewczynka" A. Białowąs, "Powrót na Majorkę" A. K. Majewska, "Z jednej gliny"L. Fabisińska 

W kategorii "Podróże w kulturze" - "Gottland" M. Szczygieł, "Białoruś dla początkujących" I Sokołowski, "Znaki szczególne" P. Wilk.

W kategorii `Z historią w tle` -"Made in Poland" (St. Likiernik) Marat/Wojcik.

 W kategorii "Podróże/ -Białoruś dla początkujących, I. Sokołowski

W kategorii `Biograficzne` -" Na wieki wieków amant" T. Pluciński/M. Adaszewska, "Taka jestem i już" M. Zawadzka,"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" M. Urbanek

W kategorii `Radiowe` - "Radiota. M. Niedźwicki, "Kochane Lato z Radiem" R. Czejarek.

W kategorii `Dzieciom` - "Sceny z życia smoków", B.Krupska, "Elf i pierwsza gwiazdka" M. Pałasz, "Hektor"S. Barnes.

W kategorii "Co się mieści w powieści" - tu będzie spora liga, a mianowicie:
  • Czas tęsknoty, A. Grzegorzewski
  •  Nie lubię kotów,  K.Zyskowska-Ignaciak
  •  Stulecie Winnych, Ałbena Grabowska
  •  Na wysokim niebie, D. Awolusi
  • Sońka, I. Karpowicz
  •  W powietrzu, I. Iwasiów
  •  Co się zdarzyło w hotelu Gold, G. Kozera,
W kategorii "Moje czytelnicze odkrycie" - Ałbena Grbowska, G. Kozera, M.Pałasz, K. Zyskowska - Ignaciak. 

W kategorii "Starzy znajomi" - R. Ligocka, J. Pilch, A. Stasiuk. M. Bruczkowski.



Mogłabym mnożyć te kategorie, ale już wystarczy, bo kilometr już napisałam...
Moje Książki Roku 2014 to
.......................... ( werble)................................

"Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli"  
oraz 
"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna"


Uff....

Teraz krótko o planach na 2015 r.
  • Opanować się i ogarnąć, a także odnaleźć;
  • Zrealizować zaległe recenzje;
  • Kupić upragnioną książkę A. Kuźniak o Zofii Stryjeńskiej;
  • Czytać własne zbiory (co najmniej 1 pozycję miesięcznie);
  • Myślałam o jakimś cyklu, ale chyba jednak nie;
  • Przymierzam się do wyzwania ( z małymi modyfikacjami):
 Na razie wystarczy, jeśli coś mi jeszcze się przypomni, albo wpadnie do głowy, to napiszę w osobnym poście.

Tymczasem trzymajcie się ciepło i czytajcie, co chcecie!

Pozdrawiam noworocznie-
Agnesto

Follow by Email