piątek, 31 lipca 2015

Do kosza



Poniższy tekst napisałam jakiś czas temu na Konkurs - kartka z podróży  „Jeden przełomowy dzień życia”, już się nie przyda, więc niech sobie tu "leci".

Zderzenie

Droga Elu!
Dobrze wiesz, jak lubię święty spokój w zaciszu mojego wiejskiego domu, gdzie rozbrzmiewa radiowa Trójka, klawiatura stuka, a koty mruczą uroczo. Czasem jednak potrzebuję trochę ponapawać się „gwarem wielkiego miasta”. Przeobraziłam się więc w kobietę taką bardziej „światową”. Sukienka i makijaż poprawiły mi humor i dodały skrzydeł, może to śmiesznie brzmi, ale naprawdę działa. Pojechałam do Krakowa, ot tak, powłóczyć się bez celu po uliczkach, zajrzeć do  znajomych antykwariatów i księgarni, posiedzieć na plantach, wpaść do ulubionego „Pierwszego Lokalu Na Ulicy Stolarskiej Idąc na Lewo Od Małego Rynku”. I wyobraź sobie, że wpadłam, ale zanim tam na kawę – na Macieja L. Tak, tego samego, o którym właśnie pomyślałaś. Kopę lat nie widzieliśmy się, ale jak to mówią: góra z górą się nie zejdzie… Dosłownie zderzyliśmy się pod Wierzynkiem. Żałuj Elka, że nie widziałaś naszych zdziwionych min! Siłą sentymentu (oraz zderzenia, cha cha) poszliśmy na kawę. Na Stolarską.
Mieliśmy sobie co opowiadać, od liceum przecież upłynęło sporo lat. Gdzie się podziewałaś, co studiowałeś, bla bla bla. Aktualności, przy muzyce - o sporcie, lista przebojów, program radiowy z naszej pogawędki by ułożył. Tylko „ powtórki z rozrywki” nie było. Zupełnie nie wspominaliśmy o tamtej sytuacji…. Nie wracaliśmy do tego. Trudno powiedzieć, dlaczego. W ogóle zastanawiałam się, czy on pamięta… Ja pamiętałam, ale raczej nie zamierzałam poruszać tego tematu. Przynajmniej nie teraz.
Nie byłam Maćkiem tak oczarowana jak przed laty, ale przyznam, że czułam coś w rodzaju satysfakcji, gdy łowiłam zazdrosne spojrzenia dwóch kobiet siedzących przy stoliku obok. W końcu towarzyszył mi typ niemal jak z reklamy: wysoki, elegancki, wysportowany, ciemnooki, z lekko szpakowatymi włosami. Niekoniecznie „macho”, raczej taki gość, z którym można konie kraść. Mimo garnituru. Tu sobie wyobraź jak on w tych kancikach i kołnierzykach skacze przez ogrodzenie stadniny, a potem chwyta na lasso jakiegoś gniadego araba i cwałuje niczym Indianin po prerii… Głupia jestem, wiem. Ale ad rem.
Wyobraź sobie, że ktoś do Maćka zadzwonił. Okazało się, że jego kolega ma do oddania dwa niedrogie bilety na Majorkę, z pilnych przyczyn nie mogą z żoną jechać. Szukają kogoś w zamian ich, żeby bilety nie przepadły. Myślałam, że spadnę z krzesła, gdy Maciej rzucił lekko, jakby prosił o przysuniecie cukierniczki: „Słuchaj, a może my polecimy?”
To była propozycja całkiem na luzie, koleżeńska, bez zobowiązań. Nie wyobrażaj sobie, Elka, „niewiadomoczego”. Zgodziłam się spontanicznie. Sama nie wiedziałam, co mną kierowało. Miałam jednak dziwne przeczucie, że od tej decyzji wiele zależy.
Wylot był nazajutrz, toteż nie było chwili do stracenia. Załatwiłam opiekę moim kotom (zadzwoniłam do sąsiadki, która ma drugie klucze, już nieraz mi pomagała), w Galerii Kazimierz kupiłam strój kąpielowy, parę łachów, uzupełniłam kosmetyczkę. Nocowałam w hotelu. Sama. Elka, nie wyobrażaj sobie, mówiłam.
No i poszły konie po betonie, a raczej samolot pofrunął po niebie
Majorka okazała się rajsko piękna. Hotel - wygodny, komfortowy, Mieliśmy osobne pokoje, jeśli o to chcesz zapytać. Fantastycznie spędzaliśmy czas, zwiedzaliśmy, pływaliśmy, plaża, drinki z palemką, takie tam.. Dużo rozmawialiśmy: o muzyce, filmach, literaturze. Nawet zbieżny mamy gust, jak się okazuje. Plotkowaliśmy, a jakże. Trafiliśmy do małej kawiarenki, gdzie podają przepyszne makowe torty Obżeraliśmy się po uszy. …. Ta sielanka trwała krótko, bo tylko 3 dni, ale wiesz, warto było. Oderwaliśmy się od rzeczywistości, naładowaliśmy akumulatory. Byliśmy dla siebie parą kumpli, którzy dobrze się bawią.
A tamto sprzed lat? Cóż, w końcu udało nam się o tym porozmawiać. I nie uwierzysz, czego się dowiedziałam… Ech, gdyby można było cofnąć czas, gdyby nos Kleopatry był krótszy… Cóż… Marzenia… Wtedy ktoś nieźle namieszał między nami, ktoś uwierzył w fałszywe tony, ktoś odpuścił, ktoś uniósł się dumą… Potem nasze ścieżki rozeszły się. Zbyt daleko, zbyt szybko. Wciągnęło nas życie, inni ludzie, inne sprawy. Tamto pozostało w cieniu pamięci, otoczone mnóstwem pytajników.
Wróciłam do domu zmęczona, ale szczęśliwa. Kocury się ucieszyły. Sąsiadka dbała o nie jak o własne lecz wiesz, pańskie oko kota tuczy. Z Maciejem umówiliśmy się, że czasem będziemy się spotykać,  tak na kawę, czy do kina. Nie sądzę, żeby którekolwiek z nas liczyło na coś więcej niż przyjaźń. Nie wróciliśmy z Majorki jako para, choć pewnie tego się spodziewałaś. A tu masz babo placek. Z wyspy przywiozłam słomkowy kapelusz pełen wspomnień i marzeń. Powiesiłam go na ścianie nad biurkiem, niech mi przypomina majorkańskie chwile.
Tamten dzień w Krakowie, kiedy spontanicznie zdecydowałam się na  wyjazd z Maćkiem okazał się dla mnie szczególnie ważny, wręcz przełomowy. Doprowadził do tego, że rozliczyliśmy się z przeszłością. Postanowiłam napisać powieść. Opowiedzieć naszą historię ku pamięci, ku przestrodze. Może to komuś innemu pozwoli nie zaplątać ścieżek…
Trzymaj kciuki, aby nie opuściła mnie literacka wena. Kończę te moje bazgroły, bo zaraz wyruszam w drogę - wybieramy się z Maćkiem na kręgle.

Moc serdeczności!
- Paulina

czwartek, 30 lipca 2015

"Znowu kręcisz, Zuźka"

To książka dla dziewczynek z charakterem, które zamiast ubierać lalki wolą bawić się w detektywów i wchodzić do betoniarki. Chłopcy też nie będą się nudzić się przy czytaniu, bo tu draka goni drakę, a heca hecą pogania. Rodzicom również spodoba się zabawna lektura, co najwyżej ze zgrozą będą myśleć, oby ich potomek nie brał przykładu z bohaterki....

Całość mojej wypowiedzi:  tutaj.

niedziela, 19 lipca 2015

"Sposoby na zaśnięcie" (antologia)

Biuro Literackie, Wrocław 2015

Bywają różne sposoby na zaśnięcie np. liczenie baranów albo słuchanie kołysanek. Niektórzy radzą przed snem wypić szklankę ciepłego mleka. Oczywiście można też poczytać. Tylko nie jestem pewna, czy akurat ilustrowana antologia współczesnych wierszy dla dzieci napisanych przez plejadę znakomitych poetów, raczej niekojarzonych z literaturą dziecięcą, okaże się wystarczająco usypiającą lekturą. Przecież tyle tu się dzieje zarówno w sferze literackiej, jak i graficznej!

W poetycką podróż wyruszamy specjalnym pociągiem dźwiękowym z utworu Wojciecha Bonowicza "Wiersz od Marcinka". Przy opowieści Zbigniewa Macheja o pchlich skokach i akrobacjach spotkamy urocze patchworkowe pieski Ewy Kozyry- Pawlak. Z uwagą przeczytamy pełen przerzutni wiersz "Słówka i wyrazy" Bogusława Kierca,  przy okazji zachwycimy się akwarelowymi makami i zającem pędzla Marii Ekier. Za siedem gór i siedem lasów - niekonwencjonalnie i matematycznie zapraszają nas w "Liczankach" Anna Podczaszy (tekst) i Zuzanna Orlińska (ilustracje). Niezbyt pedagogiczna, ale jakże życiowa okaże się się rymowanka Darka Foksa "Zimne grzanki", w którym ojciec i syn kolokwialnie będą chcieli "wrąbać śniadanie", oczyma "pożerać pajdki", a na końcu - zaczną "dłubać w nosie". Jerzy Jarniewicz zabawnie rozprawi się ze zdrobnieniami nagminnie obecnymi we współczesnym języku, a Marta Ignerska narysuje nam "Bojaka" w wersji uzbrojonej i nieuzbrojonej. Prawda, że nie można się nudzić? A to jeszcze nie wszystko, bo nie wspomniałam o Wielorybie-Niedorybie z wiersza Joanny Mueller, ani o utworach Filipa Zawady i Bogdana Zadury, ani o ilustracjach Joanny Olech, Joanny Rusinek, Tomasza Brody  oraz paru innych osób.

Poeci bardzo poważnie potraktowali zadanie napisania utworów dla najmłodszych czytelników, którzy są odbiorcami bardzo wymagającymi. Wspólnie z ilustratorami stworzyli szereg rozmaitych opowieści, może niekoniecznie skłaniających do zapadnięcia w sen, ale inspirujących do zadawania pytań i pobudzających wyobraźnię, rozwijających artystyczny gust. Te wiersze zapewniają przyjemność czytania: dzieciom - pozwalają na obcowanie z prawdziwą poezją, dorosłym - przynoszą dużą satysfakcję i możliwość szerszej interpretacji. Przenoszą  w inny świat, pełen fantazji, niecodziennych zdarzeń, czy innego ujmowania codzienności. Prezentują rzeczywistość znaną i bliską dzieciom, ale nadają jej nieco niezwykłości.

Autorzy nie ograniczyli się do operowania rymem, humorem i morałem - elementami typowymi w twórczości dla dzieci,  nie bali się wprowadzić całego "arsenału" środków poetyckich. Ilustratorzy natomiast  zaprezentowali różne style i techniki, na swój sposób interpretując poetyckie wyobrażenia. Dzięki temu oglądanie tej, przepięknie zresztą wydanej przez Biuro Literackie, księgi staje się wspaniałą przygodą - przygodą ze sztuką.

Jedynym, w sumie niewielkim  mankamentem, w moim odczuciu, jest brak krótkich biogramów twórców. Nie dla każdego czytelnika, zwłaszcza niezbyt orientującego się we współczesnej poezji i branży graficznej, nazwiska zamieszczone na okładce i w spisie treści są znane. Chętnie przeczytałby o nich coś więcej. Zresztą, zainteresowani - poradzą sobie i wyszukają potrzebne informacje. Tymczasem będą delektować się poezją wraz ze swoimi pociechami.

"Sposoby na zaśnięcie" to taka poetycka perełka na półce z książkami dla dzieci. Znajdą w niej coś dla siebie i młodsi i starsi. Warto zajrzeć do tego zbioru, nie tylko przed snem...

Dobranoc!

"110 ulic" M. Gutowska-Adamczyk

Okładka książki 110 ulic
Nasza Księgarnia 2007
Wszyscy kojarzą Małgorzatę Gutowską-Adamczyk z Cukiernią pod Amorem, Paryżem, Mariolą... a ostatnio z pewną "klątwą" :-) Tymczasem ta znana i lubiana pisarka ma w dorobku także powieści dla młodzieży. Właśnie przeczytałam "110 ulic" i jestem skłonna stwierdzić, że tę książkę powinna mieć każda szkolna biblioteka, bo to kawał dobrej, mądrej obyczajówki o problemach nastolatków, czyli literatura, jaką osobiście widziałabym w rękach młodzieży, a nie te wszystkie zmierzchy i inne szepty...
Wstyd przyznać, jak długo ta książka czekała na swoją kolej. Zaczęłam ją już kiedyś, ale wydawała mi się nie ciekawa, teraz byłam bardziej wytrwała i opłaciło się przewracać kolejne strony.

Głównym bohaterem jest szesnastoletni Michał Wierzbowski, który "olewa system", gra w kosza, jeździ na desce, stopniami w szkole się nie przejmuje, a myślami jest już na wczasach w Portugalii i obozie językowym w Londynie. W życiu jego rodziny zachodzi jednak poważna zmiana i Wierzbowscy lądują na stacji benzynowej pod Grajewem. Michał musi też zakasać rękawy, by wraz bratem i rodzicami "jakoś ciągnąć ten wózek". Niełatwo mu przyszło zmienić środowisko, czuł się jak lew w klatce. Nowa szkoła przyniosła nowe kłopoty. Początkowo zaskoczył  świetnymi stopniami, potem zaczęły się schody... Jego pomysły nie szły w parze z akceptacją ze strony nauczycieli. Wierzba robił co mógł, by zaistnieć. Były oczywiście i sprawy sercowe i pewna "marchewkowa wróżka". Nie sposób opowiedzieć tu szczegółowo, co się działo. Dość, że było ciekawie, a główny bohater ciągle zaskakiwał, był nieprzewidywalny. Ponadto było sporo postaci, których wątki były również zajmujące, szkoda tylko, że nie mogły zostać bardziej rozwinięte. Chętnie poznałabym szerzej dzieje Marzeny, rodziny Gwida, artysty Wiktora,  Anki z jej psem Pogo. Cóż, tu jednak prym wiodły problemy Michała, takiego "inteligentnego lenia", buntownika, chłopaka, który pod bluzą z kapturem skrywa wrażliwość i dobre serce.

Rzecz rozgrywa się w 2001 roku, od końca roku szkolnego aż do Nowego Roku 2002. Narracja skoncentrowana jest na głównym bohaterze, ale też często wraz z narratorem "spoglądamy" bliżej na inne postaci. Dużo dialogów, mało opisów czyni tę powieść wartką i "przystępną" nawet dla mniej zaprawionych w bojach z literaturą. postaci, nawet te drugoplanowe, są sympatyczne. Tytułowe ulice odnoszą się do planu miasta :-)

Ta powieść młodzieżowa może stać się bliska wielu nastolatkom. Mogą utożsamiać się z bohaterami. W każdej szkole znajdzie się taka perfekcyjna uczennica jak Marta i taka "gwiazda" z bogatym rodzicem jak Gwido, niejedna dziewczyna przeżywała to, co Andżelika, a i takich Michałów sporo by się znalazło. W gronie  pedagogicznym szkoły w Grajewie też mógłby chyba każdy odnaleźć "znajome typy".
W tle rozbrzmiewają dźwięki hip-hopu ( Kaliber 44, Łona), toczą się mecze koszykarskie i popisy skaterów (o ile dobrze to nazwałam, chodzi mi o jazdy i skoki na deskorolce).

To powieść o  tym, że rodzina powinna trzymać się razem, aby przetrwać trudniejszy czas, o tym, że nie powinno się nikogo zbyt łatwo "etykietkować", że nauczyciele powinni wierzyć w młodzież (nawet w takich "jaskiniowców" jak klasa II f), o dorastaniu, przemianie wewnętrznej, o przyjaźni, miłości, o problemach szkolnych. Na pewno nie jest to powieść perfekcyjna. Na upartego można by się doczepić takich kwestii: czy Michał nie miał przyjaciół w Warszawie, że tak bez skrupułów ich nabrał na wyjazd do Finlandii? Czy Mikołaj też nie kontaktował się z dawnymi kumplami? Jak ta nielubiąca gotować, omijająca kuchnię szerokim łukiem Jola okazała się autorką pysznych obiadków? Czy wątek spraw zawodowych i uczuciowych Anki naprawdę był konieczny dla całości fabuły (moim zdaniem taki doczepiony)? Bohaterowie wypowiadają się zbyt "literacko".  Ale i tak, bez rozpracowywania wszystkiego na drobne kawałeczki, cała historia wciąga i może być dla wielu nastolatków przestrogą, że warto doceniać to co się ma, nie marnować swoich zdolności, być uczciwym wobec innych.

Przeczytałam, że autorka czerpała z własnych doświadczeń z synami, jeśli chodzi o problemy szkolne i wychowawcze, być może też z własnego epizodu z nauczaniem, a ulice w Grajewie policzyła osobiście.
Miało być krótko, wyszło inaczej, tak czy owak - "110 ulic" polecam  młodym czytelnikom, ale i starsi nie będą zgrzytać zębami przy lekturze.
"220 linii" stanowi kontynuację i opowiada perypetie młodszego z braci, Mikołaja.


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Pod hasłem" ( lipcowe zadanie: trzy książki autorów o tym samym imieniu)

piątek, 17 lipca 2015

"Nikt nie widział, nikt nie słyszał..."M. Warda

Do niedawna wydawało mi się, że Małgorzatę Wardę znam tylko ze słyszenia i "z internetów", a nic jej pióra dotychczas nie czytałam. Niedawno okazało się, że się myliłam. W starym kalendarzu natknęłam się na zanotowany tytuł jej powieści "Nie ma powodu, by płakać". Niestety, nic z tej książki nie pamiętam - po prostu "czas zatarł i niepamięć" w przedblogowych czasach. Ale nie ma powodu, by płakać- zawsze mogę sobie odświeżyć tę lekturę, choć sądząc po opiniach na LC - nie wydaje mi się to konieczne i niezbędne.

Okładka książki Nikt nie widział, nikt nie słyszał...Skorzystałam z książkowego kiermaszu, czy też promocji w jednym z popularnych marketów i moje zasoby zasiliła powieść "Nikt nie widział, nikt nie słyszał..." O, o tej to już nie zapomnę!!! Przeczytałam niemal jednym tchem, nie dałam jej długo poleżeć na półce, wdarła się w kolejkę czytanych bez pytania i z krzykiem.

Świetna, mocna powieść! Porusza ważny i przerażający temat porwań dzieci. Trzyma w napięciu i daje do myślenia.
Przeczytałam ją tuż przed wyjazdem z dzieckiem, zatem nic dziwnego, że moja czujność i kontrola wzrosły. 

Autorka splotła 3 plany fabularne:
 - Lena:  historia zaginięcia jej siostry Sary, życie rodziny po dramatycznym dniu sprzed prawie 20 lat, praca bohaterki w charakterze modelki;
- Agnieszka: we Francji, poszukiwanie swojej tożsamości, relacje z matką (?), kariera piosenkarki;
- Monika: przez szereg lat  ukrywana przez psychopatę (bo jak inaczej go nazwać), odnajduje się  i boryka z przeszłością, nie daje jej spokoju pewna dziewczynka (kim była i co się z nią stało -  jedna z kluczowych spraw).
Celowo tak hasłowo to ujęłam, choć zastanawiam się, czy i tak nie za wiele wyjawiłam....

Thriller psychologiczny na dobrym poziomie.

Mam tylko jedno zastrzeżenie, a mianowicie wyłowiłam małą nieścisłość.
W którym roku przestały obowiązywać fartuszki szkolne? Według mnie w latach 90. już ich nie nosiliśmy, tymczasem czytamy:
 "Jest ubrana  w szkolny fartuszek, granatowe rajstopy i czarne półbuty. W tym stroju w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym widziano ją ostatni raz." (s 289)

Nie wpływa to na fakt, że powieść jest godna uwagi.


Książka wpasowała się się w wyzwanie "Pod hasłem" ( w tym miesiącu 3 książki autorów noszących to samo imię: mój wybór to Małgorzata)

czwartek, 16 lipca 2015

"Het Tulpenvirus"

Marginesy 2015
Piękna okładka z kwiatowym motywem i złotymi literami okazała się skutecznym wabikiem, ale w końcu wynikło, że ostatnio nie mam szczęścia do kryminałów. Tym razem nie była to powieść polska, ani skandynawska, lecz dla odmiany - holenderska, autorstwa Danielle Hermans, absolwentki zarządzania w sektorze sztuki na uniwersytecie w Utrechcie. Jej literacki debiut został nominowany do nagrody Schaduwprijs, a prawa do przekładu kupiły wydawnictwa z 11 krajów.

Współczesny Londyn i  holenderskie miasto Alkmaar w XVII wieku - dwa "masakryczne" morderstwa. Co je łączy, bo na pewno są jakoś powiązane - to frapowało mnie od samego początku. Byłam bardzo zainteresowana  fabułą osnutą wokół tytułowych tulipanów. Przeskoki w czasie i miejscu akcji nie ułatwiały zadania, ale potęgowały ciekawość - jak te puzzle poukładać...

Czytelnik nie towarzyszy cały czas policji/detektywowi, ale śledzi działania krewnego i przyjaciół zamordowanego Franka, którzy usiłują dociec przyczyn zabójstwa i rozwiązać zagadkę związaną z  zabytkową księgą i tulipanami. Alek, Damian i Emma musieli zmierzyć się z nieznaną im dotąd gałęzią działalności stryja, tajemniczymi znakami, zgłębić tajemnicę zapuszczającą korzenie aż w 1637 roku i wcześniej. Ginęły kolejne osoby, w jakiś sposób powiązane z tajemniczą sprawą tulipanów, a im samym też groziło niebezpieczeństwo. W połowie książki nadal niewiele wynikało. Stopniowo "wyłaniały" się nowe postaci i nowe informacje, które miały wyraźny wpływ na intrygę. Ułożyło się to w mroczną opowieść o pasji, chciwości, spekulacjach i defraudacjach, różnych ludzkich motywacjach, także o zaufaniu. Pojawiły się tematy dotyczące religii, nauki, wolności, a także spiski, fundusze, think tanki. W tle "zamajaczyła" przestroga, że fanatyzm w jakiejkolwiek dziedzinie i formie do niczego dobrego nie prowadzi. Wręcz przeciwnie- stanowi zagrożenie.

 Po tej lekturze mam mieszane uczucia, z jednej strony- bardzo ciekawy, oryginalny temat czerpiący z mało znanych kart historii, z drugiej - taka jakaś "nijakość", pobieżność. Nie to, żebym domagała się rozlewnych opisów, ale po prostu nie było klimatu. Zbyt mało wątku holenderskiego, historycznych detali. Rozwiązanie akcji  wydawało mi się zbyt szybkie, zbyt przewidywalne. Bohaterów nie wyróżnia nic szczególnego, odniosłam wrażenie, że potraktowani zostali dość powierzchownie.

W ogólnym rozrachunku "Tulipanowy wirus", choć skonstruowany wokół interesującego wątku siedemnastowiecznej "tulipomanii",  rozczarował mnie. Niestety, w moim przypadku  to nie była powieść, od której nie można się oderwać. Czytałam ją na raty i z przerwą, w poczuciu niedosytu i niewystarczającego relaksu.
Może rzeczywiście ten kryminał to coś odpowiedniego dla fanów prozy Dana Browna, do których się nie zaliczam? Zaciekawić też powinien osoby z pasją ogrodniczą, które  mogą tu dowiedzieć się, jak cenne były niegdyś cebulki popularnej i lubianej rośliny oraz poznać dzieje okazu "Semper Augustus".
 Z noty na okładce wiem, że sprzedano prawa do ekranizacji. Sądzę, że może być z tego całkiem niezły film kryminalno-sensacyjny. Wszytko w rękach potencjalnego reżysera i jego załogi.

środa, 15 lipca 2015

"Trzy panie w samochodzie, czyli sekta olimpijska" M. Thiele


Ten tomik z serii "Babie Lato" wydany w ubiegłym roku trzymałam sobie na zapas i właśnie go "skonsumowałam", z uśmiechem i w dobrym nastroju. Jego autorką jest Małgorzata Thiele, kobieta dojrzała, debiutantka w dziedzinie literatury, laureatka  konkursu Naszej Księgarni. 

Od razu powiem, że tytuł - choć stanowiący ewidentne nawiązanie literackie (swoją drogą muszę w końcu przeczytać tego Jerome;-) ) - powinien iść do poprawki. Bohaterki, czyli Marta (narratorka całej opowieści), Bożena i Jolka to nie żadne spokojne i eleganckie "panie", tylko dziarskie, szalone "baby", które dadzą sobie radę w każdych okolicznościach przyrody. Wszystkie są o krok od półwiecza, ale wiek naprawdę nie ma znaczenia. Zainspirowane przez koleżankę z dawnej klasy, Olimpię, planują wyprawę do niej w odwiedziny do Portugalii. W związku z tym "ćwiczą" i urządzają sobie małe wycieczki krajoznawcze. Nie obywa się bez przygód. A to muszą na odludziu raptem znaleźć wodę do chłodnicy. Kawa nie nie nadaje. A to "ciotkują" autostopowiczowi w  kłopocie. Albo spotykają w opustoszałym miasteczku dziwne postaci w futrach i maskach... i same zostają... ha, nie powiem kim.

Marta jest rozwódką, pracuje w bibliotece, taka z niej raczej szara myszka, ale potrafi złapać wiatr w żagle. Barbara to taka "kwoka", nieustannie troszcząca się o dorosłych synów i lubiąca  wpaść na kawę z ciastkiem. Jola  - artystka o barwnej duszy dopełnia ten tercet znakomicie. Ich "guru" stanowi Olimpia, która chyba nawet nie przypuszczała, że jej pojawienie się w  rodzinnych stronach i spotkanie z koleżankami, tak zainspiruje i zmotywuje je do działania. Gdyby nie Olimpia, nie zebrałyby się i nie odbyły swoich wyjazdów, nie przeżyły tylu przygód, nie poznały tylu ludzi...

Początkowo miałam wątpliwości, bo liczyłam na zabawną lekturę, a było tak średnio-nijako i mocno obyczajowo. Na szczęście potem się rozkręciło, ruszyło z kopyta i choć nie pękałam ze śmiechu, to czytałam z przyjemnością i uśmiechem. Z Martą, Bożena i Jolą nie dało się nudzić! Sekta olimpijska daje czadu!

"Trzy panie..." cieszą humorem słownym i sytuacyjnym, literackimi nawiązaniami, wartkością i lekkością, w której osadzone są ważne życiowe sprawy. To przesympatyczna, kolorowa opowieść o przyjaźni,  z wątkiem uczuciowym. O tym, że często nie dostrzegamy tego, co mamy przed samym nosem, a pozory - jakże mylą! Dodatkowo książkę  z przymrużeniem oka mogę polecić fanom twórczości Jerzego Dychawskiego, autora słynnej trylogii o jędzonie ;-)  i powiem, że postać Nagieta okazała się kimś wyjątkowym dla jednej z bohaterek powieści Małgorzaty Thiele. 



Po książkę sięgnęłam, by zrealizować lipcowe zadanie  wyzwania-zabawy "Pod hasłem". Tym razem mamy przeczytać 3 książki autorów o tym samym imieniu. U mnie padło na Małgorzaty.
Ciekawe, czy ktoś trafnie " obstawi" pozostałe nazwiska pisarek i tytuły.

"Moralność pani Piontek" - dobry humor na początek

Okładka książki Moralność pani PiontekSłuchaj, Krystyna... jeśli szukasz jakiejś sympatycznej, zabawnej i lekkiej lektury na wakacyjny wyjazd, do czytania na plaży, na ławce w parku, czy na ciasnym, ale własnym balkonie, to bez dwóch zdań wybierz "Moralność pani Piontek". Nie, nie Dulskiej. Wiem, że tak się od razu ten tytuł kojarzy, ale to zupełnie inna para kaloszy. Tylko ostrzegam cię, mąszeri, gdy będziesz czytała w miejscu publicznym, weź pod uwagę, iż mogą wystąpić niekontrolowane wybuchy śmiechu, a co za tym idzie, rozmaite reakcje osób postronnych. Jedni spojrzą na ciebie jak na ufoludka, który nie dość, że czyta, to jeszcze chichocze. Drudzy popukają się w czoło i obejdą szerokim łukiem, a inni - oby tacy się trafili - może podejdą i zapytają, co też takiego czytasz... , zainteresują się i pobiegną do księgarni...

Wróćmy do Piontek. Wiem, mąszeri, dziś jest środa, ale mi nie przerywaj. Gertruda jest z domu Piontek, a nosi po mężu znamienite nazwisko Poniatowska i stara się być ze wszech miar arystokratyczną. Jest też despotyczna, bo nie może się pogodzić z faktem, że jej ukochany i jedyny syn, Augustyn Poniatowski, który co prawda zgodnie z jej marzeniem został lekarzem, ale o zgrozo - ginekologiem, wyprowadził się był.
Co więcej, zamieszkał (niekoniecznie z własnej woli) wspólnie z jakąś "lafiryndą". Która oczywiście żadną taką nie była, ale przecież pani Gertrudzie (harpii i piranii) nie wytłumaczysz... co innego, gdyby współlokatorka była dziedziczką fortuny, hektarów ziemi i stadniny koni...  - według wersji Cyryla. Przebrzydłego. Kumpla najlepszego.
Augustyn nie miał lekko ze swoją szanowną rodzicielką, ale i jego ojciec, Romuald miał przechlapane z małżonką, której na dobrą sprawę ciągle pobłażał wielkopańskie maniery i dziwactwa. Nawet pogodził się z widniejącym w garderobie strojem do trumny. Ze szpilkami Louboutine o czerwonej podeszwie włącznie. No co... musi być szykownie do grobowej deski!

Ale słuchaj, Krystyna, co ja ci będę opowiadać!!! Sama sobie przeczytaj. To naprawdę śmieszna powieść, komedia pomyłek, z motywem qui pro quo, oczywiście ze szczęśliwym zakończeniem. I wiesz, mąszeri,  wszystkie, absolutnie wszystkie postaci da się lubić. I tego Cyryla, o którym można powiedzieć , że w końcu przyszła kryska na Matyska. Na Cyryska :D  I Anulę, która "chciała, to sobie wzięła". I Anitę - pracowitę. ;-) I pana Romualda poczciwego i panią Janinkę zaczytaną i nawet Halinę, która  - zapewne o tym nie wiedząc - stała się spiritus movens całej hecy. Oczywiście także Gertrudę, mimo jej dziwactw i uciążliwości. Bo przecież chciała dobrze....

Fabuła nie jest skomplikowana, problematyka niespecjalnie poważna (choć jest pewna istotna kwestia), ale taki jest urok komedii. Grunt, że podczas lektury można świetnie się bawić, wplecione zostały także różne anegdoty i wesołe historyjki, np. ta o haśle "jesienny liść", "o zakopanym piesku" i "zabawie w pogrzeb".
Wiem, brzmi upiornie, ale zobaczysz, uśmiejesz się setnie. Stawiam tej książce ogromnego plusa za motyw książkowy (King, Sparks, Musso - autorka przemyciła swoich ulubieńców, hihihi) oraz za porcelanę z Ćmielowa.  Fabryka powinna ufundować pisarce chociaż pamiątkowy kubek za promocję :-)

To już wiesz, Krystyna, co będzie znakomitą lekturą na poprawę humoru, czy utrzymanie dobrego nastroju. Mam nadzieję, że Magdalena Witkiewicz jeszcze nie raz rozbawi nas do łez. Wiem, że coś się szykuje na jesień, ale tym razem raczej będzie bardziej obyczajowo i romantycznie.
A gdyby komuś zabrakło lekkich i zabawnych historii, to już wkrótce opowiem o kolejnej....


wtorek, 14 lipca 2015

"Dom przy alei Rothschildów" S. Zweig

Tę książkę wybrałam dość przypadkowo, tak intuicyjnie. Nazwisko autorki gdzieś mi "dzwoniło" i dopiero nota na skrzydełku okładki przypomniała mi, skąd je znam. Otóż Stefanie Zweig (1932-2014) jest autorką powieści "Nigdzie w Afryce", której ekranizacja została uhonorowana Oscarem za najlepszy film nieanglojęzyczny w 2003 r. Czytałam i oglądałam.
Tym razem to nie autobiograficzna powieść niemieckiej pisarki żydowskiego pochodzenia (urodzonej w Głubczycach i mieszkającej  niegdyś we Wrocławiu) lecz pierwszy tom obyczajowej sagi rodzinnej.

Wyd. Marginesy
Spotkałam się już z głosami osób rozczarowanych książką, zawiedzionych  tym, że sporo tu mowy o kulinariach i modzie, że dużo detali,  mało wydarzeń, że za mało "sagi w sadze". Ja jednak nadal tkwię w zadowoleniu i wręcz zachwycie nad atmosferą tej powieści.
Owszem, tu akcja nie pędzi w zastraszającym tempie, wręcz przeciwnie - snuje się leniwie. Autorka skupia się na opisach, szczegółach, codzienności bohaterów. Nie ma tu wyjątkowo głębokiej psychologi postaci, łatwo zarzucić powierzchowność. Nie można jednak odmówić powieści uroku, klimatu, barwności. 
Na pewno nie każdemu przypadnie do gustu taki styl narracji.  Trzeba mieć  zamiłowanie do nieśpiesznych fabuł, plastycznych opisów, detali, sentymentalizmu, do takiego "proustowskiego" skupiania się na smakach, kształtach, zapachach...
Mnie urzekł np. opis,  z którego aż "pachnie" owocami:
"Jak co roku w wakacje Josepha przyrządzała pierwszą marmoladę. Czerwona porzeczka oraz agrest z małej posesji w dzielnicy Seckbach, dostarczane przez pewnego mężczyznę z wózkiem i szpotawą stopą, wcześnie dojrzały i były większe niż zazwyczaj. Gdy Josepha mieszała w garach, w mieszkaniu i na schodach roztaczał się ów sycący zapach słodyczy i lata, który ożywiał każde kobiece serce. Kucharka była uszczęśliwiona, ale zarazem nieco zadziwiona sama sobą.
- Nie wiem - zwierzyła się chlebodawczyni, stojąc przy parującej kuchni - co się ze mną dzieje w tym roku. Mogłabym wekować tę marmoladę bez końca. Już nawet we śnie liczę słoiki i myję owoce. Ostatnio śniło mi się, że zabrakło cukru.
- Może to dlatego, że mój mąż i Otto tak często rozmawiają o wojnie - wysnuła przypuszczenie pani Betsy. - To musiało wywrzeć na ciebie jakiś wpływ."
(s. 111).
Zwrócił moją uwagę specjalny słój do miodu ("Szklana pszczoła rozpościerała brązowe skrzydełka na wieczku  musztardowego garnczka z miodem" - s. 136) - niezwykły pietyzm podawania i spożywania posiłków, tak rzadki w obecnych czasach. Przyznajcie, kto ma dziś osobny pojemnik do miodu i to z pszczołą... Ech, gdzie są niegdysiejsze śniegi...
Pierwszy tom obejmuje lata 1900-1917, a więc  wybuch pierwszej wojny światowej, schyłek pewnej epoki, a przynajmniej początek znacznych zmian w społeczeństwie, nowy porządek, niestety nie dla wszystkich korzystny.
Zweig opowiada o żydowskiej rodzinie Sternbergów z Frankfurtu. Głowa rodziny, Johann Isidor jest zamożnym i szlachetnym przedsiębiorcą, który małymi krokami od sklepiku pasmanteryjnego doszedł do bogactwa pozwalającego na zakup domu w prestiżowej dzielnicy, a nawet auta, będącego wówczas przywilejem nielicznych. Jego żona Betsy to kobieta wykształcona i pracowita, gospodyni pełną gębą, choć korzystająca z pomocy służby. Są i dzieci - pierworodny Otto, bliźniaki Erwin i Clara, rozbrajająca Victoria i najmłodsza Alice. Nie brakuje też majętnych ciotek. Ich życie to sielanka, zakłócona przez wojnę, która przerwała im pobyt w Baden Baden. I nie dane było malej Victorii posmakować śliwek w czekoladzie w złotych, szeleszczących papierkach... Patriotyczny obowiązek wezwał syna rodu do wojska, ale na cóż mu przyszło poświęcać się dla kraju, który tak im się odpłacił. Pojawiło się zarzewie antysemityzmu. Mimo to, Johann nadal kochał kraj, któremu przestał ufać.  
Wbrew pozorom bohaterowie przeżywają dramaty większe niż kwestia rodzaju mąki, z której upieczono świąteczną chałkę z warkoczem. Rzeczywistość wojenna każdemu z członków rodziny przyniosła brzemię trosk, trudnych wyborów oraz konieczności odnalezienia się w nowej sytuacji. Szkoda tylko, że autorka tych zagadnień nie wyeksponowała bardziej. 

"Dom przy alei Rothschildów" jest jak zbiór scenek z epoki, która odeszła bezpowrotnie na oczach bohaterów, to  fotografia tamtych czasów, gdy nad sielanką zawisła katastrofa, a szlachetni i porządni obywatele zostali umniejszeni tylko ze względu na swe żydowskie korzenie. 

Jak wspomniałam, nie każdemu będzie z tą powieścią po drodze. Zależy co kto lubi. Sama chętnie poznam dalsze dzieje Sternbergów i znów zanurzę się w opisy i sceny, gdzie czas się zatrzymał... Wiem, że wskazywane są powinowactwa z "Buddenbrookami" T . Manna - te tomy u mnie wciąż czekają na lekturę, więc ewentualne podobieństwo stylu sprawdzę innym razem.

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Sklep w Paryżu" Maxim Huerta

Miałam ochotę na uroczą powieść w stylu "Sklepu rzeczy zapomnianych. Vintage" toteż zdecydowałam się na "Sklep w Paryżu", choć okładka, a dokładnie jej kolorystyka niezbyt mi się podobała. Dopiero podczas czytania zauważyłam, że przy lekkim półmroku (np. gdy czytamy przy lampce nocnej) widniejące na okładce mankiety sukni i listy związane wstążką delikatnie świecą, emanują "blaskiem", co wywołuje dziwne wrażenie. Od razu chce się rozsupłać kokardę i rozsypać fotografie, by poznać uwiecznionych na nich ludzi i ich losy....

Maxim Huerta Hernandez (ur. 1971 r.) zajmuje się dziennikarstwem, jest członkiem hiszpańskiej Akademii Nauk i Sztuk Telewizyjnych. Jego powieści: "Que se la ultima vez...", "El susurro de la caracola" (przy okazji apeluję o wydanie ich także u nas) oraz "Un tienda en Paris" (2012) odniosły sukces, ciesząc się uznaniem krytyków i czytelników. Na polskim rynku  całkiem niedawno pojawiła się ta ostatnia, w przekładzie Agaty Ostrowskiej.

To bardzo "kobieca" powieść napisana przez młodego mężczyznę, historia niemal prawdziwa, doprawiona  nutką realizmu magicznego. Niby podejmująca maglowany w kółko motyw "zaczynania od nowa", "zmian w życiu", "poszukiwania swojego miejsca na ziemi" to jednak ma w sobie "coś" i  urzeka klimatem.
Opisywany sklepik przy Rue Pont Louis-Philippe 10 istnieje naprawdę, a obok fikcyjnych postaci pojawiają się znane osoby świata sztuki i mody, takie jak Coco Chanel i Modigliani.
Autor przedstawia nam dwa plany: współczesny i  historyczny, z Madrytu naszych czasów zabiera nas w lata 20. XX w. do Paryża...

Bohaterką jest Teresa Espinosa, która po śmierci rodziców wychowywana była przez despotyczną, zasadniczą ciotkę. W dorosłym życiu kobieta też czuje się stłamszona, nie potrafi cieszyć się życiem, jest ostrożna, zachowawcza. Uczęszcza na lekcje malarstwa, ale nudzi ją szkicowanie, twierdzi, ze "potrzebuje kolorów". To dotyczy jednak nie tylko jej prac, ale i życia.  Staruszek malarz  uczy ją, że należy być cierpliwym, na kolor przyjdzie czas, wówczas gdy nauczymy się patrzeć. Więcej dostrzegać. Motywuje ją do działania.

Pewnego razu Teresa dość przypadkowo nabywa w antykwariacie stary szyld francuskiego sklepiku z tkaninami. I tu opowieść  rozkręca się... Zaczynają się dziać dziwne rzeczy w mieszkaniu np. sama włącza się wieża i akurat to francuska piosenka "La question" Francoise Hardy.  W głowie Teresy zaczyna kiełkować pewien pomysł... No i stało się. Pojechała do Paryża, kupiła sklepik - tak, tak, ten sam, którego szyld sprawił jej tyle zaskoczeń. W piwnicy lokalu znalazła zdjęcia - akty...
Ruszyła zatem śladami Alice Humbert, takie było jej przeznaczenie. Do czego doprowadziło? Nie wyjawię.

Drugi tor opowieści to dzieje Alice, dziewczyny  wywodzącej się z ubogiej rodziny, która została modelką i muzą paryskiej bohemy. Można rzec, że złapała Pana Boga za nogi, jednak w jej życiu było podobnie jak w baśni "Kwiat paproci". Czy była szczęśliwa? O tym przeczytajcie sami. Dość powiedzieć, że losy kobiet splatają się w sposób wcale nieoczywisty.

O ile szybko polubiłam Teresę i kibicowałam jej w rozbijaniu skorupy, to Alice nie cieszyła się moją sympatią. Szkoda mi było Erno Hassella, trzeba przyznać, że honorowy z niego gość.

Powieść Huerty to tajemnicza, zmysłowa sałatka hiszpańsko-francuska o wytrawnym smaku, łącząca dwa wątki, przyprawiona sztuką i podana z kieliszkiem wyjątkowego nastroju. Nie brakuje motywu uczuciowego, igrania z losem, symbolicznych znaków. Walizka pełna skrawków materiałów, kobaltowa sukienka, czy korek z imionami  wrzucony do rzeki - one też mają swoje znaczenie.

"Sklep w Paryżu" to klimatyczna proza, opowiadająca o spełnianiu marzeń i odczytywaniu przeznaczenia,  to wyprawa w czas zaklęty na starych fotografiach. Zajrzyjcie do sklepiku...

Ciekawostką jest zamieszczona na końcu bibliografia, co przecież nie często się zdarza w przypadku powieści obyczajowych. Tam znajdziemy literaturę, która na pewno przydała się autorowi w kreowaniu jego świata powieściowego, a może też zaciekawić czytelników,
m in.:
"Paris Between the Wars. Art, Style and Glamour in the Crazy Years"
"Le temps Chanel"
"Brzuch Paryża" Emil Zola

A na deser - okładka oryginału.Ta podoba mi się znacznie bardziej.


Z obserwacji: co czytali

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Powrót z wakacyjnego wyjazdu do Rabki zaowocował górą prania i garścią przemiłych wspomnień. Mam także parę książkowych obserwacji. 
Zabrałam ze sobą  kryminał "Tulipanowy wirus", ale lektura w plenerze niezbyt mi szła, toteż podczytywałam wieczorami w łóżku i w drodze powrotnej w samochodzie. I tak jeszcze nie skończyłam, ale przyznam, że fabuła łącząca współczesny Londyn i XVII w. Holandię  oraz wątek tulipanów są bardzo intrygujące.

Niestety, czytających osób nie zaobserwowałam zbyt wiele, ale jednak parę takich było.
Widziałam panią czytającą "Sezon burz" Sapkowskiego, obok dziewczynka czytała "Dziennik cwaniaczka".
W restauracji jakaś pani jadła zupę  i coś czytała (nie wiem co, niezbyt gruby tomik, ale zafascynowana była bardzo).
Przy tężniach jakiś tata czytał dziecku starutką książeczkę "Przygody Krasnala Hałabały" L. Krzemienieckiej, a jakaś mama - córce coś "młodzieżowego", nie wiem, co. 
Na ławce dwie panie, młodsza i starsza, obie czytały - u tej młodszej podpatrzyłam książkę o Havlu.

Mieliśmy okazję  posłuchać "Pippi..."  czytanej przez Edytę Jungowską podczas Festiwalu Literatury dla Dzieci. Bardzo się Elwirce ( 4 l.) spodobało. 

Na koniec anegdota z życia wzięta.
Otóż moja siostra opowiadała, że wracając raz  wieczorem do mieszkania, już miała iść naokoło chodnikiem wzdłuż ulicy, zamiast skrótem przez plac zabaw, bo tam siedziała grupka młodzieńców. Mogła więc narazić się na jakieś zaczepki.
Usłyszała jednak, że dyskutują o.... twórczości Lema i o tym, który polski pisarz jest najbardziej znany za granicą. Toteż śmiało ruszyła na skróty przez plac.
Budujące, prawda ?:-)


PS. Po perypetiach z odzyskaniem, uzupełnieniem listy książek przeczytanych w 2015 r. miałam problem z publikacją strony, ale już wszystko w porządku. Tytułu spisałam z głowy, nie w kolejności czytania. Być może coś pominęłam.
Zastanawiam się, o której  książce z ostatnio przeczytanych napisać najpierw...

niedziela, 12 lipca 2015

"Dwa życia Kiki Kain" M. A. Trzeciak

 (...) „Dwa życia Kiki Kain” to trzecia książka tej autorki, natomiast pierwsza, jaką miałam okazję poznać. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. I to już drugi raz w niedługim czasie, skromna publikacja wydawnictwa Novae Res zaskakuje mnie bardzo pozytywnie.
Nowa powieść pióra Trzeciak to opowieść o… opowiadaniu, kreowaniu historii, o tworzeniu fikcji, o przeplataniu się tejże z rzeczywistością. O kruchej granicy między tym, co realne, a co wyobrażone. O sztuce. O wolności. O wyobraźni. O miłości – też, inaczej się nie da. Takich haseł można dopisać więcej, każdy czytelnik przecież interpretuje inaczej, ma własne skojarzenia, odczucia. (...) 
Całość mojej wypowiedzi znajdziecie TUTAJ.


czwartek, 2 lipca 2015

Suszarka

Napomknęłam mężowi, że przydałaby mi się taka mała, podróżna suszarka. Poprosiłam, aby po drodze wstąpił do Tesco i jak będzie, kupił mi taką, tak mniej wiecej do 20 zł.
Jakiś czas później. Dzwoni mąż:
- Aga, jestem w Tesco, Jest taka suszarka, 18 metrów, no taka... mniejszej nie ma. Kupić?
Myślę sobie: 18 metrów? Chyba złotych. Przecież kabel nie może mieć 18 metrów długości...
 - Ale jaka ta suszarka, taka normalna, jak mam w domu, czy mała? - dociekam.
- No taka... 18 metrów,  innej nie ma, pytałem.
- 18 złotych, tak? - upewniam się.
- 18 metrów - upiera się mąż.
- Zaraz, zaraz, o jakiej ty suszarce mówisz?
- Takiej do prania...


(Kurtyna)

Zjadło mi listę :-(

Zostawiam bloga i wracam do zeszytów...
Właśnie chciałam dopisać parę tytułów do listy książek przeczytanych w 2015 r. i nie wiem co się porobiło, ale mi wszystko zniknęło i została pusta karta.
Odtworzyć kolejno tytuły z dopiskami, ponad 50 było  - niby się da, ale to żmudne i już nie to samo.
Zamykam teatrzyk.
Recenzje w ramach współprac oczywiście będą zrealizowane.

Follow by Email