niedziela, 27 września 2015

"Po prostu bądź" i podaj chusteczki...[przedpremierowo]

Wyd. FILIA , 2015
W twórczości Magdaleny Witkiewicz, specjalistki od szczęśliwych zakończeń, znajdziemy zarówno przezabawne komedie romantyczne, jak i powieści obyczajowe o poważnej tematyce. I jedne i drugie napisane są z lekkością, mają w sobie emocje, prawdę i coś, co trudno określić słowami. Taki rodzaj ciepła, serdeczności płynącej z kart książki prosto do czytelniczych serc. 

Tak się składa, że częściej sięgałam po Witkiewicz "na wesoło" i na listę nierefundowanych antydepresantów wpisałabym z całym przekonaniem "Balladę o ciotce Matyldzie" oraz "Moralność pani Piontek". Do obyczajówek może nie tyle nie miałam zaufania, ile nie czułam akurat takiego zapotrzebowania. Do czasu.
Zauroczona subtelną okładką oraz intrygującą  zapowiedzią poczułam, że najnowszą "Po prostu bądź" po prostu muszę poznać.

Poznałam. Zaczęłam czytać w leniwe niedzielne przedpołudnie, leżąc jeszcze w łóżku. Gdyby nie to, że tego dnia mieliśmy "katering", na obiad byłyby kanapki. Trudno bowiem było oderwać się od  tej opowieści, niby prostej, niby przewidywalnej w zakresie głównych wydarzeń, ale poruszającej, wciągającej po uszy, sprawiającej, że czytelnik włazi z butami w świat bohaterów i choć ściska mu się serce, nie chce z niej wyjść. Po przewróceniu ostatniej kartki tak trudno było się pozbierać... (....)

[EDYCJA: 7.10.2015]  

Na dalszy ciąg recenzji zapraszam na stronę  magazynu
" Życie i pasje"/klik/

"Ostatnia wolność" T. Różewicz

 Ostatnia wolność, Tadeusz Różewicz, Biuro Literackie 2015.


Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Milcząc można nieraz wyrazić o wiele więcej niż potokiem słów. Czy poeta ma prawo do milczenia? Od niego wymaga się zaangażowania, "krzyku", coraz to nowych wierszy o ważnych sprawach, o życiu, człowieku i świecie. Poeta, to przecież ten, który "pamięta", dzięki niemu będą "spisane czyny i rozmowy".* Tymczasem milczenie to właśnie ostatnia wolność literata.

Tadeusz Różewicz przyznaje poecie prawo do strajku. Wiersz może się zapodziać, tak jak okulary, czy zegarek. Poeta może zapomnieć,  zagadnięty może (co prawda  z zakłopotaniem) odpowiedzieć, że obecnie nic nie pisze, nic nie ma na warsztacie, ale "inni poeci piszą nieugięte poezje i nieugiętym głosem wygłaszają jej  do równie nieugiętych słuchaczy". Właśnie, słuchacze. Odbiorcy są nieustępliwi. Chcą, oczekują, domagają się coraz to nowych wierszy, zabierania głosu na przeróżne tematy. Czyż nie wypatrujemy kolejnych tomików naszych ulubionych twórców? Czyż nie rozglądamy się za nowymi utworami i nie szukamy nowych odpowiedzi na coraz to nowsze pytania? 
Poeta nie ma łatwo. Zwłaszcza, gdy jest perfekcyjny, ambitny, świadomy. Nie zawsze  ma ochotę pozostawać w swej roli. wolałby uciec, schować się gdzieś obok. Poza wierszem.
Czy "wszystko jest poezją"? Niekoniecznie, ale ta "do połowy przemyślana pół myśl pół prawda pół idea" znalazła "legion bezmyślnych entuzjastów i naśladowców". Przyjmowanie, ze wszystko jest poezją, a każdy człowiek artystą - jest przesadą. Nie trudno o konkluzję, że owszem,  każdy jest twórcą, ale nie każdy jest dobrym poetą. Niby tak oczywiste, banalne, ale prawdziwe i warte przypominania. Szczególnie  obecnie, gdy tak wiele osób sięga po pióro z mniejszym lub większym powodzeniem.

Różewicz potrafi  pięknie i celnie opisywać rzeczywistość, uczucia,  ale i równie pięknie o tym milczeć. Znakomity obserwator otaczającego świata z gracją przysiada na krawędzi wiersza, "na obrzeżach poezji". Oprócz rozważań nad  istotą poezji i wolnością poety, czyli treści, jakby nie było, autotematycznych,  autor czyni notatki do poematu o dotyku, najważniejszym ze zmysłów, przygląda się architekturze i sekcji zwłok anioła upadłego. W lirykach poświęconych małżonce wzrusza czułością codzienności. Daje też wyraz poczucia przemijania,  relacji z Bogiem, zbliżania się do końca swej drogi.

Każde słowo jest cenne, ważne, na swoim miejscu. Wiersze są nieprzegadane, konkretne, lapidarne, przyprawione tu i ówdzie ironią, zadumą. Pełne wrażliwości. Oprawione w bezinterpunkcyjną, "białą" formę. Na wskroś "różewiczowskie". Nieprzemijające w treści, wytrawne w stylu.

W tomiku "Ostatnia wolność" zamieszczono utwory z ostatnich lat życia poety drukowane do tej pory tylko w czasopismach: "Odra", "Topos", "Kwartalnik Artystyczny". Znalazł się tu także nigdy nie publikowany wiersz "Listy od W...". Ten tekst oraz "Znalezisko"  i "Na 60. rocznicę ślubu" stanowią bardzo osobiste liryki.  Dopiero po śmierci poety  zostały ogłoszone przez jego żonę, Wiesławę.
Po raz pierwszy  światło dzienne ujrzał też nietypowy utwór, zapisek "moje życie - autobiografia" skonstruowany z kolejnych rocznych dat, począwszy od 1921 - roku narodzin poety, z wyróżnioną czerwonym pisakiem datą 1939, aż po 1976 i dopisaną uwagę "no i co z tego?" No właśnie, co? Jaki jest sens życia, zdaje się pytać ironicznie poeta. 

Trudno wyobrazić sobie polską poezję  XX w.  i początków XXI wieku bez  twórczości Tadeusza Różewicza. Nie obędzie się bez niej podręcznik szkolny, ani leksykon literatury, czeka ją "wieczny recykling" w kolejnych pokoleniach na nowo czytających "Ocalonego" i inne strofy np. z tomu "Niepokój".
Laureat Nagrody Nike za tomik "Matka odchodzi", moim zdaniem, niesłusznie był pominięty przez Komitet Noblowski. Jakże to byłoby zacne i piękne uhoronowanie kunsztu wszechstronnego autora, poety, dramaturga, prozaika, eseisty. Być może dla skromnego Różewicza stanowiłoby to jednak zbyt duże obciążenie, wówczas nie  mógłby "strajkować" i bezkarnie milczeć nad pustą, białą kartką...

"Ostania wolność" to takie poetyckie pożegnanie ze zmarłym w ubiegłym roku wybitnym literatem. Odzyskał wolność...




* Cz. Miłosz, "Który skrzywidziłeś"

niedziela, 20 września 2015

Zeszyt "keratywnych" zadań ;-)

Dla wszystkich sympatyków serii „Zosia z ulicy Kociej” świeżo wydany „Sekretnik…” to prawdziwy niezbędnik! Taki inspirujący „zeszyt ćwiczeń” pełen zabawnych zapisków, równie zabawnych rysunków Agaty Raczyńskiej, ciekawych zadań i zwariowanych, „keratywnych” pomysłów. Ołówki naostrzone? Kredki pod ręką? To zaczynamy zabawę! (...)

Więcej pod linkiem.

czwartek, 17 września 2015

Po prostu.... będzie!


Ani się obejrzymy, z drzew na potęgę zaczną spadać liście, a  z półek - książki. W jesiennej scenerii miło będzie poczytać. Już niedługo pojawi się w księgarniach najnowsza powieść Magdaleny Witkiewicz "Po prostu bądź". Słuchaj Krystyna, czy ty za bardzo nie rozpieszczasz czytelniczek? Ciągle nowe pomysły, nowe tematy...
W dorobku literackim tej autorki - "mistrzyni od szczęśliwych zakończeń",  znajdziemy zarówno lekkie, zabawne, a przy tym niegłupie komedie jak i  poważne ( choć nadal lekkim piórem pisane) powieści obyczajowe poruszające ważne tematy, opowiadające o dylematach współczesnych ludzi.


W oczekiwaniu na powieść, która po  prostu... będzie,  chciałam przypomnieć kilka książek Magdaleny Witkiewicz, jakie miałam przyjemność czytać.
Okładka książki Moralność pani Piontek
 http://agnestariusz.blogspot.com/2015/07/moralnosc-pani-piontek-dobry-humor-na.html













http://agnestariusz.blogspot.com/2013/04/sodkie-ciasteczko-czyli-ballada-o.html










 http://agnestariusz.blogspot.com/2013/03/katalizator-chichotu.html












http://agnestariusz.blogspot.com/2014/04/zamek-z-piasku-m-witkiewicz.html





Czytałam też kiedyś "Panny roztropne" (-w czasach średnioblogowych, stąd brak notatki, a w zamierzchłych przedblogowych - "Milaczka". Ależ to były przyjemne i przyjazne książeczki! Wiwat Bachor i pani Zofia!
Nie napisałam też ani słówka o "Szczęściu pachnącym wanilią" - czułam niedosyt, ta trzecia część serii milaczkowej mogłaby z powodzeniem być pierwszą, bo bohaterek tam było kilka (Ada, Karolina,  Kamila, Milena) i każda zasługiwała na własną opowieść. Oczywiście było tam waniliowo, o przyjaźni, optymistycznie, zabawnie i życiowo, ale mało, mało... - to wciąga jak jedzenie waniliowych babeczek :-)

Jaka ze mnie fanka -zarzuci mi ktoś - skoro nie przeczytałam wszystkich dotychczas wydanych książek Magdy Witkiewicz? Cóż, wszystko przede mną, trzeba przecież mieć coś w zanadrzu na przyszłość ;-) I nie chodzi o to, by znać na pamięć całą twórczość danego autora, ale aby czerpać radość i przyjemność, a czasem i mądrość z książek, po które sięgamy. Witkiewicz- optymizm w kapsułkach. Polecam.

środa, 16 września 2015

"Pałac. Biografia intymna" B. Chomątowska

I znów biografia! Ostatnio czytam je na pęczki ;-) Tym razem jednak bohaterem jest słynna, choć nie przez wszystkich lubiana budowla...

Zapraszam na kilka zdań o jednym z symboli naszej stolicy. /LINK/

wtorek, 15 września 2015

Halo, Frida Kahlo

Marginesy,2015
Jestem łasa na wszelkie biografie oraz na wątki związane z historią sztuki, zwłaszcza z malarstwem  Toteż połakomiłam się również na "Fridę" Barbary Mujicy - amerykańskiej pisarki, krytyczki literackiej, wykładowczyni języka hiszpańskiego, autorki powieści biograficznych ("Women Writers of Early Modern Spain. Sophias Daughters", "Sister Teresa", "I am Venus"), laureatki nagród im. T. Hoepfnera i Pangolin Prize.

Niestety, z "Fridą" rozminęłam się w drzwiach. Powieść technicznie jest bez zarzutu, oparta na retrospekcji, barwna,  ale niekoniecznie się w jej stylu odnalazłam. Nie odpowiadała mi wulgarność, z jaką wypowiadają się postaci.. Nie potrafiłam też przywiązać się do fabuły,  nie zaczytałam się po uszy, momentami wręcz brnęłam. Sądzę jednak, że to moje subiektywne odczucie. Cóż, czyżby ta książka nie trafiła u mnie na swój czas?

Autorka, opierając się na biografii słynnej meksykańskiej malarki Fridy Kahlo, stworzyła literacką fikcję. Niektóre zdarzenia, postaci są zmyślone -  o czym informuje w posłowiu. Rozwija wątki, które nie zostały potwierdzone. Sugeruje fakty, które być może nie miały miejsca.  Jednak  jej zamiarem nie było napisanie dokumentu o życiu i twórczości artystki, ale uchwycenie jej osobowości oraz przedstawienie wszystkich psychologicznych niuansów relacji międzyludzkich. To się jej - jak mniemam - udało, ale jednak wolałabym typową biografię. Nawet w formie fabularyzowanej, ale całkowicie zgodnej z udowodnionymi faktami.

Narratorką Barbara Mujica uczyniła młodszą siostrę Fridy, Cristinę - przyjaciółkę, niemal 'bliźniaczkę", powiernicę sekretów, ale i rywalkę.  Była  jej zupełnym przeciwieństwem  - cicha, ładna, pozostająca w cieniu. Cristina opowiada  lekarzowi - psychiatrze o swoich relacjach z siostrą - od dzieciństwa aż po śmierć Fridy. Ukazuje ją jako egocentryczną, odważną, dziką, wulgarną, ale też nadwrażliwą, nieszczęśliwą, ukrywającą się pod maską. W swoich wyznaniach Cristina buduje obraz Fridy, opierając się na własnych wyobrażeniach, opiniach,  interpretacjach sytuacji i zachowań. Wiele sytuacji i scen przekazuje tak, jak jej to opowiedziała Frida, a ona przecież często koloryzowała. Sama też ubarwia swą opowieść, do czego się przyznaje lekarzowi. Zacierają się granice między prawdą a zmyśleniem.

"Frida" to opowieść o siostrzanej miłości i zazdrości, o skomplikowanej osobowości, która mogłaby być polem badań dla niejednego psychologa, o osobliwej parze ( Kahlo i Diego Rivera), o życiu naznaczonym skandalem i cierpieniem.  Znajdziemy tu odniesienia do historii -  obraz rewolucyjnego Meksyku I poł. XX w. oraz atmosfera środowiska szkolnego, artystycznego, komunistycznego.

Choć mi ta książka niezbyt przypadła do gustu, to cieszę się, że mogłam dowiedzieć się troszkę więcej o słynnej Kahlo, nawet jeśli była to tylko jednostronna, potencjalna, nacechowana emocjonalnie wersja wydarzeń - oczami Cristiny. Postać Diego Riviery  bardzo mnie zdziwiła, nawet zszokowała. Ogólnie rzecz biorąc życie Fridy stanowiło pasmo rozmaitych ekscesów, sukcesów, nieszczęść, dramatów. Emocji nie brakowało.Ta postać może naprawdę zafascynować, ale i zirytować. Warto ją poznać, tak czy owak.

Jeśli ktoś lubi powieści biograficzne, interesuje się malarstwem, psychologią, kulturą i historią Meksyku, jeśli interesują go ekscentryczne postaci świata sztuki - polecam.  Przy okazji warto przypomnieć sobie film "Frida" z Salmą Hayek w roli tytułowej, obejrzeć obrazy (głównie autoportrety) pędzla Kahlo.

niedziela, 13 września 2015

"Nie ma nieba" J. Kosowska

Niektóre książki są promowane tak natrętnie, że wprost z lodówki wyłażą, a są i takie, które trzeba za uszy z cienia wyciągać, bo naprawdę warto.
Do niedawna nie miałam bladego pojęcia o istnieniu Jolanty Kosowskiej, lekarki i pisarki oraz o jej twórczości literackiej. Teraz, po przeczytaniu "Nie ma nieba", wiem, że chciałabym przeczytać wszystko, co tylko wyszło i wyjdzie spod jej pióra. 
Jakiś czas temu przeprowadzałam wywiad z autorką dla portalu "Medycyna i pasje".
Dziś zapraszam w inne miejsce, na recenzję najnowszej powieści:

Moim zdaniem, autorka znakomicie zaczęła wypełniać pewną niszę na rynku wydawniczym, bo o ile seriale o tematyce medycznej cieszą się dużą popularnością, to wątków lekarskich w literaturze mamy jak na lekarstwo, nie licząc thrillerów medycznych Robina Cooka, czy Tess Gerittsen. W polskiej prozie obyczajowej natomiast wieje pustką, jeśli chodzi o tę właśnie tematykę.  Z góry jednak chciałabym zapewnić, że nie znajdziemy tu natłoku medycznego nazewnictwa i szczegółowych studium przypadku, co mogłoby odstraszać potencjalnych czytelników.  To powieść o lekarzach, ale przede wszystkim – o ludziach. (...)
 
Całość/ TUTAJ./

środa, 9 września 2015

Po prostu Cesaria


Wyd. Marginesy 2015
Bosonoga diva,  królowa morny i coladery, "afrykańska Billie Holliday" - fenomenalna pieśniarka z Zielonego Przylądka, czyli słynna Cesaria Evora śpiewała początkowo w barach za szklaneczkę trunku. Została odkryta "dla świata" już jako dojrzała kobieta, a karierę zrobiła będąc w wieku mocno balzakowskim. Koleje jej życia naznaczone były trudem i  smutkiem, potem chorobą. W dzieciństwie przebywała w sierocińcu. Gdy dorosła, nie miała szczęścia do stałych związków. Nie brakowało jej problemów.  Miała epizod niemal 10 lat muzycznego milczenia, etapy melancholii, jednak zazwyczaj kojarzono ją z pogodnym usposobieniem, poczuciem humoru. Miała swoje nałogi (alkohol, papierosy) i nawyki (stoliczek na scenie,  tradycyjny kabowerdyjski fartuszek, noszenie za nią torebki).  
 "Mówią o mnie Królowa Morny, Cesarzowa, Królowa Cabo Verde, a ja jestem po prostu Cesaria" (s. 139)
Chciała  być sobą, zwykłą Cize. Zawsze skromna, pełna prostoty, trochę "sroka" na błyskotki, uwielbiała ciuchowe zakupy. Nieważne czy to w Paryżu, czy na targu w Lublinie. Ze względów zdrowotnych unikała schodów. Nie była zmanierowaną gwiazdą, miała serce na dłoni, oddałaby bliźniemu ostatni grosz i  własną koszulę. Dbała o swoich przyjaciół, karmiła ich, obdarowywała.Ciut zbyt naiwna, zbyt prostolinijna. Lubiła się "buntować", robić  wszystko po swojemu. Uparta, rogata dusza.
W swych pieśniach przekazywała szczere emocje, potrafiła wyśpiewać smutek i nostalgię.Czyniła to po kreolsku. Autentycznie i celnie - wprost do serc tłumów słuchaczy na całym świecie. Jej najbardziej znane i cenione utwory to "Sodado", "Ausencia", "Besame mucho", "Miss Perfumado".  Zdobycie nagrody Grammy nie przewróciło jej w głowie, zawsze była "po prostu Cesarią.

Opowieść o tej niezwykłej, charyzmatycznej postaci sceny muzycznej snuje jej przyjaciółka, wierna fanka i towarzyszka, Elżbieta Sieradzińska - wokalistka, kompozytorka, tłumaczka i dyrektorka biblioteki. Zebrała bogaty materiał, szereg faktów, danych i wspomnień. Ożywiła dla czytelników portret legendy "world music", zabrała nas do dalekiego Mindelo i w trasę koncertową po całym świecie. Tekst uzupełnia kalendarium oraz dyskografia. Zamieszczono także bibliografię i oczywiście znajdziemy dużo zdjęć, reprodukcji okładek płyt, plakatów.

Być może fragmenty związane z nagraniami, poszczególnymi płytami dla niektórych czytelników okażą się nużące, nie każdy bowiem aż tak wnikliwie studiuje dyskografie artystów i nie ma zacięcia dziennikarza muzycznego. Ale cała reszta związana życiem Cesarii,  jej sposobem bycia,  relacjami z innymi, śpiewaniem - to po prostu wciągająca i fascynująca historia. W dodatku nie napisana "sucho" lecz z lekkością i ikrą, z dialogami i scenami,  dzięki którym postać Cize staje przed nami jak żywa. To nie jest laurka,  bo Sieradzińska opowiada o "grzeszkach", nałogach, wadach swojej mistrzyni i przyjaciółki.  Nie jest to też tak do końca biografia, to również w jakimś stopniu opowieść autobiograficzna dotycząca muzycznych pasji autorki, zbiór wspomnień, opowieść o przyjaźni. 

Przyznam się, że jeśli chodzi o tę wokalistkę/pieśniarkę to do tej pory byłam takim "niedzielnym słuchaczem", można nawet powiedzieć, że dosłownie, albowiem znam ją dzięki muzycznej audycji "Sjesta" Marcina Kydryńskiego, nadawanej właśnie w niedzielne popołudnia.  Choć nie była to wcale jedna z moich ulubionych artystek (kojarzyłam i ceniłam ją tylko), to chętnie jednak poszerzyłam swoją wiedzę na temat Evory  z przyjemnością posłuchałam utworów, tym razem z większą uwagą i świadomością. 

W przypadku tej książki proponuję "czytanie zintegrowane": warto wziąć do ręki atlas geograficzny, odszukać Wyspy Zielonego Przylądka, włączyć nagrania Cesarii Evory i wyruszyć w biograficzno-muzyczną podróż pełną pięknych wrażeń. 
Polecam gorąco.
 

wtorek, 1 września 2015

Upał i opał, czyli na pora na stos...

Sierpień przysporzył nam cierpień.
Płanetnik głuchy jak pień
naszych na brak deszczu skarżeń
nie słuchał.

Zabrał cień 
i żarem dmuchał.

(ja)

 Jak to śpiewała Budka Suflera? W wielkiej żyliśmy saunie i rzadko tak wypełzaliśmy na suchy ląd? ;-) 

Skwar, spiekota,
 pył i kurz, 
chwila deszczu, mało burz
dość mam już.


Aura nie sprzyja pisaniu, teksty wiszą mi nad głową jak ten księżyc w pełni. Czytaniu też nie sprzyja. Utknęłam w kilku książkach. Dobre, ciekawe, ale mimo to mam jakąś blokadę. Zatem co zrobić, gdy blog zakurzony i spowija go cisza? Ano może stosik? Dawno go nie było cosik.
Nie wiem, czy udało mi się zgromadzić wszystkie przybytki od ostatniego razu, ale trudno. Będzie tyle, najwyżej coś dopiszę. 
O, już mam "zguby":
Dwa tomy "Pana Samochodzika..." z kolekcji w kiosku :-)
Oto i ów stos:
 5 szt.- nabyte w drodze kupna, w tym 2 książki z pierwszego numeru kolekcji Arcydzieła Literatury Rosyjskiej ( Mąż dzwonił " Agaa, jak się nazywa to, co mam ci kupić, to o carach?");
1 szt. - pożyczona (tu przyznam, że zawsze  czytałam-myślałam "Taorminą" a nie "Toarminą")
1 wygrana,reszta - recenzyjna, z czego 11 zrealizowane, ale mam jeszcze zaległości z poprzedniego stosika, prezentowanego w czerwcu.

Na deser - z okazji niedawnego Dnia Blogera życzę Wam i sobie radości blotworzenia :-)
Widniejącą na szczycie stosiku Norkę dostałam od męża z tej okazji.
Oto okładka mojego zeszytu, gdzie czasem czynię zapiski:






Follow by Email