środa, 28 września 2016

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" - wrzesień z Agathą trwa!

Postanowiłam, że tak "na drugą nóżkę" w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą" przeczytam jeszcze jakąś powieść ze słynną panną Marple. Z bibliotecznej półki wybrałam, raczej losowo,
"Zwierciadło pęka w odłamków stos". Tytuł brzmi pięknie, prawda?

Dopiero w trakcie lektury dowiedziałam się, że to wers z poematu "Pani z Shalott" A. Tennysona (angielskiego poety epoki wiktoriańskiej, który jako pierwszy poeta w historii otrzymał tytuł szlachecki.) Cóż, jestem żywym dowodem na to, że "Ludzie ostatnio prawie nie czytują Tennysona"  jak zauważyła jedna z bohaterek - pani Bantry. Za to dość często czytują Christie, co może ich zachęcić do sięgnięcia po twórczość wspomnianego poety, a także do baczniejszego przyglądania się charakterom ludzkim wzorem niedoścignionej panny Marple. 

W tej powieści spotykamy słynną Jane Marple w podeszłym wieku, fizycznie nie ma już tyle sił, ale pamięć i umysł funkcjonują bez zarzutu, toteż nadinspektor ze Scotland Yardu, Dermot Craddock z powodzeniem korzysta z jej celnych wskazówek i to właśnie ona rozwiązuje zagadkę morderstwa w posiadłości Gossington Hall. 
Zaraz, zaraz, czy tam już coś się kiedyś nie wydarzyło? Ależ tak, pamiętna "Noc w bibliotece"! Tym razem mamy nieco inną sytuację - po tragicznych zdarzeniach pani Bantry sprzedała tę rezydencję, zostawiwszy sobie tylko domek myśliwski i zaczęła podróżować po świecie. Teraz powraca do St. Mary Maid, które znacznie się rozbudowało (nowe Osiedle) i unowocześniło (np. supermarket). Jej dawny dom obecnie zamieszkuje słynna aktorka Marina Gregg waz z mężem, producentem filmowym. Pani Bantry została zaproszona do nich na przyjęcie charytatywne. W jego trakcie dochodzi do tragicznej sceny - jedna z pań goszczących na bankiecie nagle umiera.  Szybko okazuje się, że została otruta. Wydaje się jednak, że stała się zupełnie przypadkową ofiarą... I to nie ostatnią...

Wszystko jest mocno podejrzane. Kto kogo chciał tak naprawdę zabić? Czym zawiniła dobroduszna i gadatliwa Haether z Towarzystwa St John Ambulance? Czy Marina powinna obawiać się o własne życie?
Tu trzeba mądrego detektywa i naprawdę niezłego kombinowania, bo nic do niczego nie pasuje, nic konkretnego nie wynika ze śledztwa. Od czego jednak mamy pannę Marple! 

Przypadkiem jakiś czas temu poznała nieszczęsną panią Badcock (ofiarę), toteż wyrobiła sobie o niej zdanie. Dobrze wsłuchała się w relację pani Bantry, zwróciła uwagę na istotne szczegóły, które zupełnie nie były brane pod uwagę. Sporo poczytała w prasie na temat kontrowersyjnej Mariny (gwiazdy "z temperamentem", z problemami psychicznymi, borykającej się z poważną traumą z przeszłości) . Krok po kroku wpadła na to, czego policjanci nie wymyśliliby nawet za sto lat. Znów zatriumfowała jej znajomość ludzkich charakterów i kobieca przenikliwość!

Świetna lektura. Podobało mi się literackie nawiązanie do poezji Tennysona, obecne od motta aż po finał powieści. Zagadka kryminalna znów mnie zaskoczyła, nie przewidziałam takiego obrotu sprawy. Bardzo też chciałbym pochwalić warstwę obyczajową. Oprócz wątku kryminalnego Christie przedstawiła jak staroświecka, choć dziarska, staruszka  odbiera zmiany zachodzące w miasteczku, jak żyją młodzi mieszkańcy (np. Cherry, pomoc domowa), słowem - oddała małomiasteczkowy klimat.

Uroku powieści dodaje motyw pani Knight, upierdliwej opiekunki, która chce usadzić pannę Marple najlepiej pod kocem z budyniem i puddingiem, gruchając do niej słodko "czujemy się zmęczone". Na szczęście Marple ma swoje sposoby i nie daje się poskromić. To jest całkiem zabawne, ale i dające do myślenia, bo niestety, niektórzy mają tendencję do uszczęśliwiania kogoś na siłę i za nic mają cudze preferencje.

Nie mam zbyt wielkiego porównania, ale wydaje mi się, że Marple z całym szacunkiem dla jej umiejętności analizowania i logicznego myślenia, była przedstawiana jako wścibska, przemądrzała osóbka. W tej powieści takiego wrażenia nie odniosłam. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki stanowi jej  "lekarstwo" na starość, łatwiej jej pracować umysłem niż dziergać  na drutach (gubi oczka). Nadal jest baczną obserwatorką i słuchaczką,  zna się na ludziach po prostu.

Na koniec chciałabym przytoczyć bardzo trafną charakterystykę pewnego typu ludzi, ukutą rzecz jasna przez pannę M.:
"... nigdy nie myślała o nikim prócz siebie. Była taką osobą, która mówi ci, co robiła, widziała, czuła czy słyszała. Nigdy nie wspominała, co zrobili czy powiedzieli inni ludzie. Życie to dla niej rodzaj jednokierunkowej ulicy. Liczy się tylko ruch. Inni są jak... czy ja wiem, tapeta na ścianach".

"Zwierciadło pęka w odłamków stos"  jako powieść kryminalno-obyczajowa sprawiła się na medal. Cieszę się, że ją przeczytałam. Za jakiś czas pewnie znów "łyknę" porcyjkę Agathy...

PS. Różowa okładka jakoś nie bardzo mi pasuje.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą"wyrażam zgodę na opublikowanie jej na blogu "Na tropie Agathy"


niedziela, 25 września 2016

Co my wiemy o Mickiewiczu...

 













Pokaźna to księga, a jaka ciekawa! Rzetelnie przygotowana publikacja.
 

" (...) Urbankowski wnikliwie przyjrzał się życiu i twórczości mistrza polskiego romantyzmu, rozprawiając się z wieloma często błędnymi wyobrażeniami na jego temat. W obszernej monografii szczegółowo przedstawił dzieje romansów Mickiewicza, jego związki z towianizmem, okoliczności śmierci, a także kwestie związane z rzekomo żydowskim pochodzeniem poety, podobieństwem postaci literackich do realnie istniejących. (...)"


całość mojej opinii: tutaj


sobota, 24 września 2016

Bake off? OFF! OFF!

[Źródło: pixabay.com]
Programów kulinarnych ci u nas dostatek. Zdarza mi się rzucić okiem na ten czy ów, przeważnie na popołudniowe powtórki - w trakcie prasowania. Sporadycznie odcinki "Top Chefa", "Masterchefa", także tej edycji dla dzieci. Obejrzałam także ze dwie edycje "Hell's Kitchen", bodajże 1 i 3. Czasem zaczepię o "Kuchenne Rewolucje", a dawniej dawniej - programy Roberta Makłowicza (te były z gatunku poznawczych, a nie show). Jeszcze pamiętam "Słodki biznes", gdzie profesjonaliści wykonywali spektakularne torty.

W ubiegły poniedziałek natomiast spróbowałam nowego programu: "Bake off - Ale ciacho!"
Chyba ob-ciacho. Tak nudnej i sztucznej produkcji chyba jeszcze nie widziałam. To ma być niby najbardziej apetyczny program w telewizji?
Zgroza. Oddajcie fartucha!

Uczestnicy-amatorzy (było ich początkowo 12) rywalizują w dziedzinie rozmaitych wypieków. W tym odcinku (to już trzeci) akurat przygotowywali słodkości - w pierwszej części makaroniki według podanej im receptury, w drugiej - swoje popisowe ciasteczka.
Małą dygresja o makaronikach - gdybym miała gotować masę  jednocześnie mierząc termometrem, by osiągnęła 119 stopni, a potem wystudzić do iluśtam - to bym zwariowała. A gdyby ktoś oceniał moje ciasteczka niemalże "z linijką i cyrklem" (idealne makaroniki muszą mieć takie owakie parametry) - to jak wyżej.

Dłużyło się okrutnie, oglądało - średnio.
Bardzo mnie zdziwiło, a wręcz oburzyło, że uczestnicy co trochę oblizywali palce. To niehigieniczne i nieprofesjonalne. Dobra, każdemu się zdarza, ale w telewizyjnym programie, gdzie uczestnicy walczą o tytuł polskiego mistrza wypieków -  nie wypada. Nie powinno się tak robić. Podobnie jak oblizywać łyżki i znów nią mieszać.
Jedna z uczestniczek dała drugiej masę do skosztowania. Tamta oczywiście dziabnęła paluchem - z całego pojemnika. Gratuluję zasad czystości przygotowywania jedzenia. Szef Amaro wygonił by je do domu. 

Jurorami w programie są  jakieś cukierniczo-kulinarne sławy, ale zwykłemu szarakowi - całkiem nieznane. Ale o to chodzi. Oni są po prostu nudni. Zupełnie nie przykuwają uwagi widza.

Najgorzej, moim zdaniem, wypadają jednak prowadzące.
Jedna ma wadę wymowy, druga brzmi jak Myszka Miki, czy inna postać z kreskówki. Obie mówią sztucznie, teatralnie. Takie "gwiazdy ze spalonego teatru", jak się dawniej mawiało. Coś mi się zdaje, że kroją się nowe celebrytki.
A te szanowne prowadzące to Anna Gacek (zdecydowanie lepiej wygląda w radiu) oraz Paulina Mikuła (vlogerka-polonistka, mówiąc inaczej - Miodek w spódnicy).
Nie przypadły mi do gustu.

Jedynym elementem, broniącym się w tym programie, są felietony Roberta Makłowicza. W obejrzanym przeze mnie odcinku była mowa o napoleonce vel kremówce.


"Bake off - Ale ciacho!" to według mnie najgorszy z programów kulinarnych, jakie można zobaczyć na szklanym ekranie. Wieje nudą i sztucznością. Zatem: OFF!







piątek, 23 września 2016

O thrillerze godnym polecenia

Tłoku na blogu nie ma, co nie znaczy, że przestałam czytać i pisać. Teksty trafiają czasem gdzie indziej, ale linkiem oczywiście się podzielę.
Tym razem zapraszam do przeczytania moich wrażeń z lektury "Masek zła" Iwony Banach. Do tej pory znałam autorkę z przezabawnych komedii, przekonałam się, że w  poważnej, mocnej literaturze tez jest mistrzynią.
Mój tekst znajdziecie tutaj.

wtorek, 13 września 2016

Fiku-miku, siódemka Nike!

Od lat śledzę Literacką Nagrodę Nike, staram się czytać książki nominowane i nagrodzone (choć nie tak, że wszystkie "na siłę"), cieszę się, gdy do finału trafiają moi faworyci.
Niestety, odnoszę wrażenie, że ostatnio ranga tej nagrody jest w mediach spychana na margines, w zeszłym roku była bodajże retransmisja gali o dość późnej porze.
W tym roku - już nie w Dwójce!
 Transmisja  2 października o godz. 20 w TVN24, które jest partnerem gali.

Oto jest już tegoroczna siódemka:
  1.  Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, Agora ( czeka na półce)
  2. Ziemowit Szczerek, Tatuaż z tryzubem, Czarne
  3. Piotr Matywiecki, Którędy na zawsze, WL
  4. Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne
  5. Maciej Płaza, Skoruń, W.A.B.
  6. Bronka Nowicka, Nakarmić kamień, Biuro Literackie
  7. Renata Lis, W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu, Sic!

 Z powyższych czytałam tylko książkę Weroniki Murek ( moja recenzja - tutaj) i mocno trzymam za nią kciuki.
 Żałuję, że nie dostała się do finału Stryjeńska. Diabli nadali Angeliki Kuźniak.




Zaznaczam na zielono przeczytane pozycje:

wtorek, 6 września 2016

"Moje córki krowy" K. Dębska

Okładka książki Moje córki krowy
Świat Książki 2016
Nie widziałam filmu, ale chciałam przeczytać książkę - "Moje córki krowy". Zamówiłam ją w bibliotece i oto przyszła moja kolej. Przeczytałam, zachwycona nie jestem. No nie podobało mi się! Teraz główkuję, co tu o tym napisać...

Na pewno nie będę przybliżać fabuły - tylko krótko o moich odczuciach z lektury.

Teoretycznie powinnam wzdychać z zachwytu, płakać i śmiać się na przemian, ale nie doświadczyłam takich stanów. Powieść przyjęłam na chłodno. Bohaterki nie przekonały mnie do siebie na tyle, bym mocno zaangażowała się w przeżywanie ich dramatycznej sytuacji.

Tematyka powieści jest ciężka i przygnębiająca. Dotyczy choroby, śmierci, żałoby, opieki nad osobą ciężko chorą i uciążliwą dla otoczenia, a także trudnych relacji rodzinnych, konfliktu między siostrami. To wszystko to niezwykle ważne problemy, ale też wymagają odpowiedniego podejścia, pokazania ich bez patosu, ale i bez spłaszczenia. W przypadku "Moich córek krów"  - było... nijako. Sztucznie.
Opowieść prowadzona jest na przemian z perspektywy dwóch sióstr po 40-tce: Marty i Kasi.
Ich monologi(pamiętniki) nie są jednak zbyt zróżnicowane językowo. Całość napisana w bardzo prostym, lekkim stylu. Zbyt monotonnie, irytująco według mnie. Wulgaryzmy niekoniecznie zawsze na miejscu. Forma słaba.

Bohaterki -  warte siebie nawzajem. Jedna jest gwiazdą telewizyjnego serialu, ma dorosłą córkę-studentkę, samotna, "psychicznie popaprana" - sama o sobie mówi dosadniej. Druga - dzieli dom z rodzicami, pracuje w szkole, ma  bezrobotnego męża, nastoletni syn popala trawę, ona sama uderza w drinki.
Są od siebie różne. Tylko jak zdjąć im "powłoki"  to zostaje w sumie to samo.
Obie sfrustrowane, egoistki, wiecznie niezadowolone, obwiniające się wzajemnie, pełne pretensji i żali, ziejące nienawiścią. Żadna nie robi nic, by coś zmienić w swoim życiu.
To ich niby pojednanie - wydaje się sztuczne, ot, żeby powieść miała finał, ale w epilogu skutków tej zgody jakoś nie widać. Znów każdy sobie rzepkę skrobie. Czy coś się zmieni? Nie sądzę.

Postaci drugoplanowe - nijakie. Tych głównych też nie da się lubić, a co za tym idzie - współczuć im. Żadna postać nie ma w sobie czegoś, co by ją wyróżniało, ocieplało jej wizerunek.

Oczywiście jest mnóstwo głosów, że to taka wzruszająca, życiowa opowieść. Taa, te wszystkie "Trudne sprawy" i "Ukryte prawdy" też są życiowe. 
Od literatury oczekuję czegoś więcej. Tu tego nie dostałam. Książkę wyrzucam do kosza. W przenośni, bo to biblioteczna.

Film może kiedyś obejrzę, może aktorzy "uratują" moją opinię o "Krowach".


Lektura przydała się do zabawy "Pod hasłem" u Ejotka. W tym miesiącu obowiązywały "kreseczki i ogonki" ;-)

poniedziałek, 5 września 2016

"Morderstwo w Orient Expresie", czyli wrzesień z Agathą Christie


W ramach zmian w czytelniczym repertuarze postanowiłam wziąć  udział w wyzwaniu "Wrzesień z Agathą Christie". Nie jestem wierną i zagorzałą fanką twórczości tej pisarki, ale kilka jej książek mam za sobą ["Noc w bibliotece", "Słonie mają dobrą pamięć",  "Dziesięciu murzynków"(= "I nie było już nikogo" ), "Pierwsze, drugie zapnij mi obuwie"] i złego słowa powiedzieć o nich nie mogę.

Czasem lubię sięgnąć po klasyczny kryminał. Tym razem z bibliotecznej półki wybrałam powieść, której tytuł wydawał mi się bardzo znany,  jednym słowem - "pewniak". I nie zawiodłam się.

Spotkałam się z Herkulesem Poirot, detektywem osobliwym, niepozornym, a genialnym. Wraz z nim jechałam wyjątkowo zapełnionym pociągiem relacji Stambuł - Calais i utknęłam w zaspach gdzieś w Jugosławii....
Nasz główny bohater zamierzał zwiedzić tureckie miasto (Hagia Sofia przecież ponoć taka piękna!), ale niestety, nie było mu to dane, gdyż pilnie wezwany do Londynu - musiał ruszać w dalszą drogę. Ledwo znalazło się dla niego miejsce w wagonie sypialnym. Towarzysze podróży, których miał okazję obserwować w wagonie restauracyjnym, byli rozmaitego pochodzenia, płci wieku, statusu, temperamentu. Nie wszyscy budzili sympatię.

Pociąg w nocy został unieruchomiony wśród zasp. To jednak nie był największy problem, albowiem wtedy została popełniona zbrodnia.... Jeden z pasażerów stracił życie w nader podejrzanych okolicznościach. Czy dokonał tego ktoś z zewnątrz, czy morderca był w wagonie?
Pan Poirot, poproszony przez swojego przyjaciela, szefa linii kolejowych Mr Bouc'a, zabrał się do  pracy śledczej. Przesłuchał wszystkich pasażerów i konduktora, zadając im dociekliwe, nieraz dziwne pytania. Skrupulatnie zbierał dane, próbując odtworzyć wydarzenia tej okrutnej nocy. Ostrożnie podchodził do śladów zbyt ostentacyjnie pozostawionych na miejscu morderstwa, nie wysuwał pochopnych wniosków. Krok po kroku posuwał się naprzód, choć im dalej w las, tym wszystko było bardziej zagmatwane.
Okazało się, że "korzenie" zbrodni w pociągu tkwią w rodzinnej tragedii, która rozegrała się parę lat temu w Ameryce.
Misterną łamigłówkę mógł rozwikłać tylko Herkules Poirot. Ku zdziwieniu pana Bouca i lekarza odrzucił wszystkie błędne teorie, oddzielił ziarno od plew i wyłuskał prawdę. Trzeba przyznać, że była zaskakująca....

"Morderstwo w Orient Expresie" to lektura wciągająca po uszy, wprost nie mogłam się od niej oderwać, dopóki nie dowiedziałam się, kto zabił. Cały czas byłam pod wrażeniem przenikliwości umysłu detektywa, jego fenomenalnej pamięci, dedukcji, umiejętności analizowania i kojarzenia faktów, a także intuicji i psychologicznego podejścia do poszczególnych rozmówców. 

Nie udało mi się odgadnąć sprawcy, choć przyznam, że  miałam swoich "faworytów". Czytelnik w sumie nie bardzo ma szanse, bo istotne dla przebiegu zdarzeń okazują się szczegóły dotyczące np. umiejscowienia zasuwki na drzwiach przedziału, a taką wiedzą nie dysponuje. Dowiaduje się o tym dopiero z relacji Poirota.

Powieść czyta się z zaciekawieniem, choć wydaje się monotonna -  główną część zajmują kolejne zeznania pasażerów, ale to właśnie one zbijają z tropu czytelnika wnosząc nowe dane lub obalając jego domysły. Podziwu godna jest logika, jaką w tym wszystkim odnajdujemy, choć początkowo łatwo przyznać rację jednemu z bohaterów, który używa określenia "dom wariatów".

Bardzo ciekawe są opisy  postaci, autorka obdarza je wyrazistymi cechami ( np. twarz owcy) i podaje to "okiem" detektywa, któremu żaden szczegół nie umknie. Nie obędzie się bez poczucia grozy, wszak pociąg tkwi nocą w śniegu, doszło do morderstwa, a kto wie, czy nie stanie się coś jeszcze...

Mamy do czynienia z jednością czasu, miejsca i akcji, rzecz rozgrywa się w ciągu kilku godzin w zamkniętej przestrzeni. Zakończenie - nieprzewidywalne, zaskakujące i kontrowersyjne.
Brawo dla Agathy Christie za skonstruowanie takiej fabuły!

Kiedyś na pewno skuszę się na jeszcze inne książki jej pióra. Tymczasem jestem usatysfakcjonowana kryminalną zagadką i zmierzam już w inne literackie rejony.




Wyrażam  zgodę na opublikowanie recenzji na blogu Na tropie Agathy.

Follow by Email