wtorek, 20 grudnia 2016

"Anioł do wynajęcia" M. Kordel, czyli nowa, śliczna opowieść wigilijna



Znak 2016
Drodzy Czytelnicy!

Dajcie sobie spokój z Dickensem! Oto pojawiła się nowa "opowieść wigilijna", chwytająca za serce, otulająca kocykiem i podająca kubek cynamonowej herbaty, pomagająca obudzić prawdziwego Ducha Świąt, uwierzyć w miłość, przyjaźń i dobroć. Książka tak piękna, tak świąteczna, że bardziej być nie może!
Urzekła mnie niesamowicie i koniecznie muszę ją Wam polecić.

Magdalena Kordel, autorka  m. in. "Uroczyska" i cyklu "Malownicze" tym razem przeszła samą siebie i sprawiła nam wspaniały prezent - akurat idealny pod choinkę. Napisała współczesną baśń, w której znajdziemy wiele ważnych wartości, o których często zapominamy w codziennym życiu, wśród naszych problemów i trosk.

Główna bohaterka, Michalina to jakby skrzyżowanie Dziewczynki z Zapałkami z Kopciuszkiem. Co prawda pantofelka nie zgubiła, ale na początku całej historii nie ma ciepłej kurtki. Jest bezdomna, a jej sytuacja życiowa - skomplikowana. Na szczęście pojawia się dobra wróżka (florystka Gabrysia) a nawet dwie, choć ta druga (Nela) to raczej "jędza", ale taka o złotym sercu. Jest też zła macocha i przystojny książę (Kotula!). Nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko ma swój sens.
Oczywiście wszystko dzieje się we współczesnych realiach, z kwiaciarnią, drewnianymi figurkami ze starej szopki, malowaniem bombek i pieczeniem piernika w tle. 

Akcja toczy się  od ostatniego dnia listopada aż do magicznego wieczoru 24 grudnia, ale nie wszystkie kolejne dni są opisane, tylko te, w których działo się coś ważnego dla bohaterów. Sięgamy też do przeszłości (poznajemy, co doprowadziło Michalinę do desperackiego kroku i dowiadujemy się na kogo i dlaczego czeka Nela).

Nie mogę wyjawić więcej z fabuły, nie chcę odbierać magii czytania. Zapewniam, że będzie to  ciepła, serdeczna, wzruszająca opowieść, znajdziemy tam zarówno gorzkie chwile, jak i zabawne momenty. Oczywiście zakończenie musi być szczęśliwe. Takie książki są jak miód na serce.

"Anioł do wynajęcia" opowiada o ludziach i aniołach, o ziemskich pomocnikach aniołów, o zwykłych cudach,  o tym, jak wiele można uczynić wyciągając dłoń ku osobie w potrzebie, o tym, że całego świata nie zbawimy, ale możemy uszczęśliwić choć jedno istnienie. Powieść daje nadzieję, przywraca wiarę w ludzi, wzbogaca, uszlachetnia, przynosi wiele emocji. Na końcu znajdziemy kilka przepisów na świąteczne specjały. Może ktoś zechce z nich skorzystać. Zapowiadają się apetycznie.

Uroku opowieści dodają powtarzane sformułowania np. "I nastał grudzień, dzień trzynasty", "I nastał grudzień. Dzień czternasty".
 
Dodam jeszcze, że książka ma w sobie coś z klimatu starej dobrej "Jeżycjady" oraz z "Ani z Zielonego Wzgórza". Jeśli ktoś zna Józefa, będzie wiedział, o co chodzi...


 ***
Życzę Wam, aby każdy, gdy znajdzie się w trudnej sytuacji, spotkał swojego anioła, a także, by sam stał się dla kogoś potrzebującego pomocy takim aniołem. Dobrych, pełnych miłości i wzajemnego zrozumienia, zaczytanych Świąt!

poniedziałek, 19 grudnia 2016

"Co do czego , tato?" - gra dla dzieci

Spodziewaliście się u mnie recenzji gry planszowej?
A kuku!


Dzięki uprzejmości projektu Grajmy! nie tylko mieliśmy fajną zabawę, ale także powstał tekst omawiający zasady gry "Co do czego , tato?" oraz jej wartości edukacyjne i wychowawcze:
Zapraszam do lektury:

http://zycieipasje.net/2016/12/16/co-do-czego-tato-gra-edukacyjna-recenzja/

Niewykluczone, że recenzje gier będą się pojawiać tu co jakiś czas.


niedziela, 18 grudnia 2016

"Dziewczyna z pociągu" P. Hawkins

Świat Książki 2015
"Dziewczyna z pociągu" to światowy bestseller, na którego podstawie powstał film cieszący się równie dużą popularnością.
Jedni się tą powieścią zachwycali, drudzy - odradzali jej czytanie. Nie dążyłam jakoś specjalnie do tego, by ją poznać, ale skoro miałam ją w zasięgu, to czemu nie... W końcu miałam okazję, by wyrobić sobie własne zdanie.

Cóż, powiem tak: jeśli komuś ta książka podobała się, dostarczyła mu wielu emocji, czytelniczej satysfakcji - to cieszę się razem z nim. Oto przecież chodzi  w czytaniu - by czerpać przyjemność.
Ale każdy lubi co innego, ma inne oczekiwania i czytelnicze doświadczenia. Stąd też te rozbieżne opinie, zachwyty i narzekania.
Osobiście bliżej mi do tych drugich.

"Dziewczyna z pociągu" to wspaniały... produkt marketingowy, szeroko reklamowany, rekomendowany przez literackie sławy z samym Kingiem na czele. Takie "wabiki" na mnie działają wręcz odwrotnie - jestem sceptycznie nastawiona do takich zabiegów, podobnie jak do porównań z innymi książkami.
Moim zdaniem,  ta powieść - jak  na debiut autorki - jest całkiem w porządku, ale jednak przeciętna,  warta całego szumu wokół niej. Ot, takie "wiele hałasu o nic".

To miał być thriller, tak? Słowo na wyrost. Raczej powieść obyczajowa z wątkiem psychologicznym i kryminalnym, taki "amerykański dramat", poruszający ważną tematykę społeczną - alkoholizm, przemoc...

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, autorka oddała głos bohaterkom: Rachel, Megan i Annie, których losy splatają się ze sobą.
Rachel, borykająca się z przeszłością, topiąca problemy w alkoholu,  codziennie dojeżdża  podmiejskim pociągiem do Londynu, z okna obserwuje okolice, gdzie kiedyś mieszkała z byłym mężem,  przygląda się pewnej parze (nadaje im imiona, idealizuje ich życie). Nie zachowuje się racjonalnie,  postępuje  jak stalkerka wobec  swojego eks i jego żony.  Jej pociągowe obserwacje zaczynają mieć znaczenie, gdy okazuje się, że zaginęła Megan (kobieta, którą widziała z okna). Niestety, Rachel ma kłopoty z pamięcią, nie jest wiarygodnym świadkiem. Usiłuje jednak się zmobilizować, chce pomóc w śledztwie, próbuje poskładać w całość przebłyski pamięci, wydobyć z niej obrazy i właściwe skojarzenia.
Nie będę przybliżać dalej  fabuły, dużo o niej już napisano.
Skupię się na własnych wrażeniach z lektury.

Od pierwszych stron odczuwałam niepokój i poddenerwowanie, potem znużenie, irytację. Wszystko było takie "ślamazarne", monotonne. Nie potrafiłam się zaangażować w losy postaci, wszystko spływało po mnie jak po kaczce, brakowało mi zaciekawienia, takiego "nie mogę się doczekać, kiedy...", "co będzie dalej...", tu raczej z niecierpliwością przewracałam kartki z myślą "no dobra, ile jeszcze zostało do końca...", serio miałam ochotę sprawdzić dla świętego spokoju zakończenie, przekonać się, czy moja teoria była słuszna i przestać brnąć dalej.
Tak, udało mi się wskazać sprawcę  morderstwa, choć przypisywałam mu inne motywy.
Monotonność i  przewidywalność to nie są cechy dobrego thrillera.
"Dziewczyna z pociągu"   to opowieść  o toksycznych relacjach, uwikłaniu w traumy z przeszłości, o tym, że nic nie jest takie, jak nam się wydaje, że nie można idealizować rzeczywistości. Jako thriller - wypada słabo, jako powieść obyczajowa z domieszką innych gatunków - ujdzie w tłoku. To rzeczywiście książka na jeden raz, szybko się czyta ( tu nie mamy do czynienia z literacką ucztą, to raczej  fast-food )ale żeby zarywać dla niej noc? Nie przesadzajmy.

Pauli Hawkins już podziękuję. Gratuluję spektakularnego debiutu, ale to może być gwiazda jednego sezonu. Po takich "bestsellerach" mam ochotę wrócić do półek z klasyką lub do  sprawdzonych już autorów współczesnych. Odechciewa mi się kolejnych mocno reklamowanych nowości.



środa, 14 grudnia 2016

"Wymysliłam cię, Irena Jarocka We wspomnieniach" M. Pryzwan

Wydawnictwo Marginesy
Gdyby takich ludzi jak Irena Jarocka było więcej, świat byłby o wiele lepszy i piękniejszy. Wspomnienia stu bliskich osób o  tej piosenkarce zebrała Mariola Pryzwan, tworząc nie wymyślony portret wspaniałej piosenkarki o szlachetnej, nietuzinkowej osobowości. Lektura dostarcza wielu wzruszeń.  Warto przeczytać tę książkę i jednocześnie przypomnieć sobie nagrania wokalistki, nie tylko te słynne „Kawiarenki”. 


sobota, 3 grudnia 2016

Notka w kratkę - grudniowa


Jak to? Już grudzień? Coraz bliżej święta. Kartki wypisać trzeba by powoli...
Dziś głupi deszcz psuje mój śliczny biały śnieżek. Chlapa taka, że z zaplanowanej wyprawy do biblioteki nici. Całe szczęście wczoraj udało się z dzieckiem na sanki wyskoczyć. Mąż wyskoczył, szczerze powiedziawszy, ja wygrzewałam się z książką ;-)
Czytam wspomnienia o Irenie Jarockiej, zaglądam do nietypowej kulinarnej książki Katarzyny Meller i próbuję zacząć słynną "Dziewczynę z pociągu".
Udało mi się wyjść na beieżąco z egzemplarzami recenzyjnymi, nawet mogłam się zanurzyć w biblioteczne półki.nie żebym już nie miała własnych nieprzeczytanych...
Stosiki książkowe mam zaległe z całego roku, gdzieś mam zdjęcia, poszukam, przypomnę sobie co jeszcze na półkach przybyło i "fotnę, "obiecuję".
Tymczasem oto te najnowsze - od wydawnictwa Marginesy.
Ten wpis miał być w czwartek, ech....
Od tamtego dnia przybyło mi książek ( tomik poezji Gałczyńskiego, "Klub Pickwicka", "Skrawki"K. Sienkiewicz) i... gra planszowa, tak, tak, do recenzji. Już przetestowana, wkrótce relacja.

W piątek skończyłam drugi tom "Stulecia Winnych" - i dobrze, że miałam pod ręką trzeci tom, bo od razu musiałam przekartkować, by sprawdzić, czy bohaterka przeżyła... AAA, co za emocje!
Jeśli autorka jeszcze "popełni" jakąś trylogię, to poczekam spokojnie na całość i będę czytać hurtem. A tak, to teraz czekam na 3 część "Alicji w Krainie Czasów", a między tomem 1 i kolejnymi "Stulecia..." miałam 2 lata przerwy...


Co to ja miałam w ogóle... A, już wiem. Tak sobie oglądałam różne programy, seriale i mam takie spostrzeżenia.
Kto by nie wygrał jakiś talent-show, to i tak jacyś ludzie będą marudzić, a fałszuje, a nie zasługuje, a za brzydka, a nie pasuje itp. itd. Jeszcze się taki nie urodził, kto by każdemu dogodził. Nic nowego. Tylko ciekawa jestem, czy te marudy tak wspierały swoich faworytów,  jak fani zwycięzców. Bo często każdy "olewa", licząc na innych, a potem - im żal.
Każdy ma swoje ulubione seriale, ale też takie, które mu nie odpowiadają. Wtedy logiczne, że przestaje je oglądać po 1-3 odcinkach. ale nie, okazuje się, że niektórzy lubią się męczyć.
Niemal każdy serial ma teraz swój fan page, i nie rozumiem, po co udzielają się tam ci, którym dana produkcja się nie podoba. Narzekają, marudzą, piszą teksty  typu "beznadzieja", "mam nadzieję, że nie będzie kolejnego sezonu". Normalnie, jakby im za karę kazano oglądać...  Nudzą się, czy co... Nie rozumiem takiego podejścia, nie odpowiada mi, to nie oglądam, ale nie komentuję i nie psuję innym przyjemności z dzielenia się wrażeniami z ulubionego serialu czy programu.

Co jeszcze?
Trzeba się brać za przygotowania świąteczne. To co by tu poczytać.... ;-)






wtorek, 29 listopada 2016

"Schronisko" Marika Krajniewska

Papierowy Motyl, 2015
Nie ma to jak po ciężkiej, trudnej lekturze (mianowicie - Przeznaczeni K. Gocholi), zabrać się się dla odmiany za ciężką i trudną...
Nie narzekam jednak, bo takie książki jak Schronisko warto poznawać, nawet kosztem własnego przygnębienia po przeczytaniu. Zyski są większe od strat. Walory językowe tej prozy stawiają ją w rzędzie publikacji, które spokojnie mogłyby pretendować do literackiej Nagrody Nike.
Mam za sobą już dwie książki pióra Mariki Krajniewskiej i jestem przekonana, że warto wydobyć ją z cienia. Zasługuje na to bardzo.

Niewielka objętościowo, ale tematycznie ciężka niczym sztaba żelaza, powieść na formę monologu wewnętrznego głównego bohatera, uwikłanego w trudne życiowe sytuacje: nałogi najbliższych i ich konsekwencje. Młody mężczyzna zajmuje się psami w schronisku, potem prowadzi nielegalny, brutalny detoks dla lokalnych narkomanów. Obarcza się winą za rodzinne kłopoty, miota się w swoich emocjach, odczuciach, decyzjach. Cierpi. Poszukuje. Błądzi. Próbuje. Pomaga.

Schronisko opowiada o poczuciu straty, upadku, lęku, o nadziei. O trudnych relacjach międzyludzkich. O tym, że schronieniem dla człowieka jest drugi człowiek.

Czytelnik brnie jak po grudzie, przedzierając się poprzez krótkie zdania, niedopowiedzenia, obserwacje, odczucia i myśli bohatera. Kaleczy się słowami jak odłamkami szkła. Boli. To jednak szlachetny ból. W tekście nie ma zbędnych wyrazów, każda cząstka wypowiedzi jest ważna. Czasem zachwyca poetyckością,  czasem uderza brutalnie. Daje do myślenia. Jest w tej opowieści prawda. To się czuje. 

Impulsem do napisania Schroniska były prawdziwe wydarzenia, jakie rozegrały się kiedyś w mieście na Syberii i wstrząsnęły opinią publiczną. Autorka zainspirowana nimi stworzyła fikcyjnego bohatera i fabułę. Przekonująco przedstawiła jego motywacje i postępowanie.

Niepozorna, wręcz brzydka okładka skrywa ciekawą, nietuzinkową treść. Polecam miłośnikom  prozy psychologicznej.

Polecam także powieść "Białe noce" Mariki Krajniewskiej - moja opinia pod linkiem:/tutaj/


czwartek, 17 listopada 2016

Alicja w krainie czasów. Czas zaklęty (tom 1), Czas opowiedziany (tom 2) - Ałbena Grabowska

W pewien piątek przyniosłam z biblioteki pierwszą część nowej trylogii Ałbeny Grabowskiej "Alicja w krainie czasów". Dorwałam się do lektury, w sobotę po południu już przewracałam ostatnie kartki. Całe szczęście, że po niedzieli dostałam mail z biblioteki, że zamówiony  drugi tom już na mnie czeka. Ten też pochłonęłam szybko. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wyczekiwać na  trzecią powieść z tej serii.
Jestem pod ogromnym wrażeniem tych książek. To, że nie mogłam się od nich oderwać, wiele o nich świadczy. Są wciągające, fascynujące, dobrze osadzone w epoce, barwne, pełne emocji i co ważne - napisane staranną polszczyzną, pięknym, adekwatnym do treści językiem.

Czas zaklęty - to wymowny tytuł, bo mamy do czynienia z magią, ale nie taką rodem z "Harry'ego Pottera", tylko taką "od szeptuchy" (magiczna moc ziół, wpływ księżyca, duchy, klątwy, uroki, niewyjaśnione zdarzenia).
Przenosimy się do roku 1880, do Kodorowa, gdzie mieszka hrabia Jan Księgopolski wraz z małżonką Elżbietą, która wniosła ów majątek w posagu. Hrabia romansuje z dziewczętami ze służby. Pomagająca w kuchni Natalia łudzi się, że z Janem łączy ją coś wyjątkowego.  Okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży. Znany schemat, prawda?
Natka popada w szaleństwo, chce, aby jej dziecko było niezwykłe, snuje się przy księżycu, mamrocząc zaklęcia... Nie ma szans na ziszczenie się marzeń wiejskiej, prostej dziewczyny o byciu panią na włościach, o miłości. Państwu Księgopolskim los nie sprzyja, narodzony po wielu perturbacjach synek umiera. Na dwór niejako "w zastępstwie" trafia Alicja... Dziecko zyskuje opiekę i dobrobyt, ale jakim kosztem! Nie mogę wyjawić zbyt wielu wydarzeń.
I tu jakby kończy się opowieść na znanych motywach, najciekawsze dopiero się zaczyna.
Mała Alicja dorasta, wykazuje niesamowite zdolności do nauki, chłonie wiedzę jak gąbka, nawet taką, jakiej w tamtych czasach nie udzielano dziewczętom, kształcono je raczej w haftach, tańcach, grze na fortepianie, a nie matematyce, fizyce, chemii. Alicja jawi się jako mały geniusz, jest otwarta na świat, nowe doświadczenia, stopniowo poznaje tajemnice dworu. Potem, a jakże, dowiaduje się o swoim pochodzeniu. Niestety, rodzina darzy ją chłodem, obojętnością. Gdyby nie ciotka Barbara i guwernantka Krysia, to już całkiem źle byłoby na świecie tej mądrej, utalentowanej dziewczynie.
Tom pierwszy wieńczą dramatyczne wydarzenia: skandal w Warszawie po seansie wywoływania duchów z udziałem Alicji, odesłanie niechlubnej "bohaterki" do domu, tragiczny w skutkach wybuch.

Autorka w zajmujący sposób opowiedziała o losach Alicji, ciekawie zarysowała tło obyczajowe,  realistycznie odmalowała  społeczeństwo XIX w., ale także wprowadziła nutę realizmu magicznego. Zahaczyła też o historię -  akcja dzieje się pod zaborami, pojawiają się odpowiednie wzmianki.  Fikcja znakomicie została osadzona w realiach tamtych czasów. Pojawiają się również autentyczne postaci - Henryk Sienkiewicz i Deotyma.

Pokuszę się o nazwanie Ałbeny Grabowskiej współczesną Eliza Orzeszkową. W "Czasie zaklętym" czułam coś z klimatu "Nad Niemnem" i pozytywistycznych nowel. Ale trzeba przyznać, że to proza mocno współczesna, w pewnych momentach daleka od "wiktoriańskiej przyzwoitości", nie wulgarna, ale też nie owijająca w bawełnę.


Czas opowiedziany - o ile tom 1 był bardziej obyczajowy, to ten  można nazwać sensacyjno-przygodowym. I znów brawa za trafny tytuł - znajdziemy tu jak szkatułce wiele opowieści, każda z napotkanych postaci snuje swoją historię.
Alicja przebywa w wiedeńskiej klinice neurologicznej, gdzie sama uczy się języka niemieckiego, odcięta od wieści od rodziny, jej "leczenie" jest kwestią dyskusyjną, trafia na terapię do samego Freuda, przy jego pomocy rozpoczyna studia medyczne. Jest jedną z najlepszych studentek, ale w tamtych czasach kobieta-lekarz, naukowiec nie była akceptowana w szerokim gremium. Alicja pracuje w uniwersyteckim zakładzie anatomii, zakochuje się w obojętnym na nią koledze. Nie brakuje burzliwych wydarzeń, które wywracają życie panny Księgopolskiej do góry nogami. Staje się na uczelni persona non grata. Jej powrót do ojczyzny jest pod znakiem zapytania. Kto by się spodziewał, że przyjdzie jej uciekać, włóczyć się po kraju z cyrkową ekipą wyjątkowych indywiduów, cierpiąc głód i chłód, przeżywać zdarzenia , od których włos się jeży na głowie. Los zawiódł ją do Paryża - tu Alicja, dla której jakby czas się zatrzymał, pracuje w szpitalu dziecięcym, jako modelka u fotografa i u samej Coco Chanel. Wychodzi za mąż. Poznaje autora "Wielkiego Gatsby'ego". Przezywa osobista tragedię. Otwiera się przed nią nowa perspektywa - czy dzielna kobieta podejmie działalność szpiegowską? O tym - w kolejnej części....
W drugim tomie, obejmującym 40 lat życia bohaterki, również pojawiają się autentyczne postaci wplecione w fikcyjną fabułę. Nie brakuje namiętności, emocji, budzących grozę scen, awanturniczych przygód. Bardzo skrótowo o nich wspomniałam, żeby nie odbierać czytelnikom przyjemności ich poznawania.
Czytałam opinie, że autorkę poniosła wyobraźnia,  piętrzą się nieprawdopodobne zdarzenia. Ale czy to źle? Moim zdaniem, właśnie na tym polega uroda i niepowtarzalność tej powieści. Śledząc perypetie Alicji nie można się nudzić,  czytając o Emily, Florence, cyrkowcach i innych postaciach kołacze się w głowie "co dalej, co dalej?". Poziom wciągnięcia w lekturę - maksymalny.

Mam tylko jedną uwagę - kiedy Emily pokazuje koleżankom ćwiczenia jogi, zaczyna od zbyt trudnych pozycji, z początkującymi nie siada się w pozycji lotosu i nie robi się świecy tak "z marszu". Szkoda, żeby niezorientowani czytelnicy nabrali błędnego, stereotypowego przekonania o jodze. Dobrze chociaż, że Emily przyznała, że stanie na głowie osiągnęła po roku ćwiczeń.
;-)




niedziela, 13 listopada 2016

"Trzy połówki jabłka" A. Kozłowska

Wydawnictwo Otwarte 2007
Zasypują nas książkowe nowości, kuszą uroczymi okładkami, nęcą cytatami i promocyjnymi hasłami. Wszystkie są wspaniałe, przepiękne, przezabawne, trzymające w napięciu i doprowadzające do łez ze wzruszenia... Niestety, bardzo często te "hity" rozczarowują. Nie dorastają do oczekiwań, jakie sobie wyrobiliśmy na podstawie tej całej promocyjnej otoczki.

Gdy odczuwa się przesyt przereklamowanych nowości, dobrze czasem sięgnąć po książkę wydaną ładnych kilka lat temu, o której - owszem - pies z kulawą nogą słyszał, nawet nie jeden, ale o szerokiej popularności mowy nie było. Warto kupić w kiosku czasopismo z powieścią w prezencie za 12,99 zł, wyszukać coś w koszu z wyprzedaży, czy poszperać na bibliotecznych półkach. W ten sposób można trafić na porcję dobrej lektury, która nie udaje, że jest czymś więcej niż jest w rzeczywistości, nie mami nas obietnicami na wyrost.

Taką perełką, która w przyjemny sposób mnie zaskoczyła, okazała się wydana w 2007 r. powieść Antoniny Kozłowskiej "Trzy połówki jabłka".
Główną bohaterką jest Teresa, zabiegana anglistka, żona i matka, przeżywająca trudne chwile i uczuciowe rozterki.  Przypadkiem po wielu latach spotyka w tramwaju pewnego mężczyznę i pojawia się "sakramentalne" pytanie: czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki? Czy stara miłość nie rdzewieje? Obecnie oboje są w związkach. Marcinowi niedługo urodzi się dziecko. Teresa pomaga jego żonie. Wróżba z kart brzmi dość niepokojąco... Czy warto burzyć stabilny ład dla ekscytujących chwil? Jaki będzie bilans zysków i strat?

Fabuła prowadzono jest dwutorowo - na przemian pojawiają się fragmenty "Teraz" i "Dawniej",  poznajemy bohaterów w czasach licealno-studecnkich, ich zachowania, dylematy, decyzje i konsekwencje tych wyborów.  To właśnie one rzutują na teraźniejszą sytuację postaci.
Niby temat podjęty w "Trzech połówkach..." jest banalny, ale jakże życiowy. Któż z nas bowiem nie zastanawiał się, co by było, gdyby..., gdyby wybrał inaczej, podjął inną decyzję... Wehikuł czasu - to byłby cud... A kto wie, czy przyniósłby poprawę losu, czy wręcz z deszczu pod rynnę...

To dobra proza obyczajowa, spokojnie można ją postawić na półce "literatura kobieca" (przyjmując ten mocno umowny podział), emocjonalna, konkretna, nieprzegadana.Czyta się ją lekko, szybko, ale nie bezrefleksyjnie. Nie ma morałów, są znaki zapytania.
Co ciekawe, jakoś trudno kibicować poczynaniom bohaterów (bywają dość irytujący), ale też nie można ich zostawić zanim nie dowiemy się, co z nimi będzie. W końcu mowa o trzech połówkach, zatem jakby nie było - zawsze któraś odpadnie, stworzona "hybryda" nie ma szans....
Cały czas czytelnika nurtuje, co zaważyło w przeszłości, że losy tych osób potoczyły się tak a nie inaczej.  Komuś zabrakło odwagi, zdecydowania, otwartości,  szczerości, za dużo było między nimi niedomówień, nakładanych masek, brak pewności co do uczuć i zamiarów partnera... Szerokie pole do rozważań i dyskusji.

Chętnie sięgnę po inne powieści tej autorki. Życzę sobie i Wam owocnych poszukiwań na półkach z książkami.

niedziela, 6 listopada 2016

"Nowy początek przy alei Rothschildów" S. Zweig

Okładka książki Nowy początek przy alei Rothschildów
Marginesy 2016
"Nowy początek przy alei Rothschildów" to piękne, pełne ciepła i nostalgii zakończenie sagi o rodzinie Sternbergów.  Już ta jasna zieleń na okładce wnosi optymistyczną nutę. I taki też jest ten ostatni tom - niesie nadzieję, że wszystko się ułoży, choć nic już nie będzie takie samo jak dawniej.

Z poprzedniego tomu wiemy, że nie wszystkim członkom żydowskiej rodziny udało się przeżyć wojnę. Niektórym udało się wyjechać. Ci, którzy pozostali we Frankfurcie, bądź do niego powrócili, muszą zorganizować sobie życie na nowo - w nowych warunkach społeczno-politycznych. Nastąpiła reforma walutowa, na rynku pojawiły się przedtem niedostępne produkty spożywcze, ruszył handel. Stolicą Republik Federalnych Niemiec ogłoszono Bonn, a kanclerzem  został Adenauer. 

Symbolem tych zmian dla mieszkańców domu przy Alei Rothschildów 9 staje się  serwis obiadowo-kawowy Maria firmy Rosenthal, który kraj związkowy Hesja wysłał "obywatelom pochodzenia żydowskiego ocalałym z narodowego socjalizmu". Po latach prześladowań i cierpień, chociaż w taki sposób chciano ułatwić nowy początek mieszkańcom, którym miasto i kraj tak wiele zawdzięcza. Nie obyło się bez ironicznego komentarza ze strony Fritza - ten serwis ma im zadośćuczynić za krzywdy, niektórzy honorowi ludzie mają makabryczne pomysły, jeśli chodzi o Żydów, mają dobre intencje, ale trzeba się takich osób wystrzegać. Besty przypomina jednak słowa swojego męża Johanna Isidora - dobre czyny są lepsze niż dobre intencje.

Siedziba Sternbergów znów nabiera życia, gromadzi się rozproszona rodzina. Ci  z Palestyny wracają w nieco większym składzie, odnajduje się ukochana gosposia Josepha, znów wprowadza się Anna z mężem i dziećmi, a nawet przyjeżdża Alice z całą familią. Fritz otwiera kancelarię prawną, to on pomógł w odzyskaniu praw do mieszkania.
Znów mamy sporo opisów jedzenia, przedmiotów, ubrań. Klimat znany nam z pierwszego tomu, zresztą w przekładzie tej samej tłumaczki ( pozostałe są dziełem innych).

Akcja toczy się w okresie od września 1948 do kwietnia 1950 roku. Pojawia się sporo wspomnień bohaterów, jak też wzmianek o najistotniejszych wydarzeniach z przeszłości (reminiscenscje z dzieciństwa, młodości bohaterów, okruchy tamtych dni, Otto, papuga ciotki Jettchen, sprawa Anny, Theo.... itp.)
Czytelnik ma poczucie ciągłości, nawet jeżeli od czasu lektury poprzednich tomów zdążył już to i owo zapomnieć.

Autorka zadbała o urozmaicenie formy, wplatając w fabułę listy bohaterów, w tym zajmujący odrębny rozdział list Hansa, zwanego Don Juanem, do rodziców przebywających w Urugwaju. Dzięki temu zabiegowi możemy spojrzeć na rodzinę Sternbergów i sytuację w Niemczech z nieco innej perspektywy.

Będziemy świadkami narodzin wyjątkowego uczucia, przecież w powieści nie mogło zabraknąć wątku romansowego,
trochę melodramatycznego, naznaczonego pewnym dramatyzmem wyborów.
Odwiedzimy także afrykańską farmę, gdzie wnuk Betsy głowi się nad szkolnym wypracowaniem.

Całość uprzędzona jest z dobrej gatunkowo wełny, solidna i ciepła. Stefanie Zweig opowiedziała nam piękną historię, nie szczędząc smutnych momentów, ironicznych uwag, plastycznych opisów, wreszcie optymistycznego zakończenia.

Dla osób śledzących tę sagę, ostatni tom będzie wisienką na torcie. Tym, którzy jej nie znają, polecam sięgncie po książki we właściwej kolejności.



Tom 1 - Dom przy Alei Rotshchildów

Tom 2  - Dzieci z Alei Rotshchldów

 Tom 3 - Powrót na Aleję Rotshchildów

piątek, 28 października 2016

"Wajda". Kronika wypadków filmowych" - B. Michalak

wajda-kronika-wypadkow-filmowychKiedy zamówiłam tę książkę do recenzji, nie przypuszczałam, że będę ją czytać w smutnych okolicznościach.
Po śmierci Andrzeja Wajdy, wyjątkowego artysty kina, ta publikacja stała się dla mnie jeszcze bardziej wartościowa.
To piękna opowieść o filmowym dorobku reżysera, nie biografia. Polecam nie tylko miłośnikom jego filmów.
Oto mój tekst na łamach magazynu Życie i Pasje:


http://zycieipasje.net/2016/10/26/wajda-kronika-wypadkow-filmowych-bartosz-michalak-recenzja-patronacka/

Pochwalę się, że kiedyś miałam przyjemność być na wernisażu wystawy zdjęć z filmu "Piłat i inni", w krakowskim Domu Norymberskim, obecny był sam Mistrz. Miły, uprzejmy, uroczo staroświecki.
Nigdy nie byłam łowczynią autografów, ale tym razem poprosiłam o podpis.


Przy okazji,  jaki film w reżyserii Andrzeja Wajdy jest Waszym ulubionym? Którego nie znosicie? Który chcielibyście obejrzeć?

Przyznam się, że wszystkich nie oglądałam. Postaram się nadrobić zaległości.
Moje ulubione to "Panny z Wilka", "Ziemia obiecana", "Popiół i diament".
Kiedy oglądałam "Człowieka z marmuru" i "Człowieka  z żelaza"- w czasach licealno-wczesno-studenckich - wtedy nie bardzo je rozumiałam. Na razie jednak nie wracam do nich.

Niedawno obejrzałam ponownie "Pana Tadeusza", tym razem skupiłam się na walorach aktorskich, świetna sprawa.
A w książce Michalaka przeczytacie jak aktorzy "sztukowali" sylaby, by nie mówić w swoich kwestiach np "rzekł Klucznik" i by nie stracić rytmu wiersza.

Chętnie obejrzę "Powidoki", lubię taką tematykę. Widziałam tylko spektakl telewizyjny o W. Strzemińskim i K. Kobro pod tym samym tytułem.

środa, 26 października 2016

O tomiku utworów Andrzeja Poniedzielskiego







Wcale się nie obijam, czytam i piszę często-gęsto :-) Lokuję teksty tu i tam, tu już pies z kulawą nogą chyba nie zagląda, ale gdyby jednak ktoś tu zawitał, to prosze bardzo, podaję linki do moich tekstów.


Oto moja refleksja o twórczości Andrzeja Poniedzielskiego:
http://www.polscyautorzy.pl/index.php/pl/recenzje/928-andrzej-poniedzielski-dla-duszy-gram-proszynski-i-s-ka

środa, 19 października 2016

"Melanżeria"- A. K. Majewska

Z twórczością Anny Klary Majewskiej już miałam przyjemność się zetknąć. Jej powieści obyczajowe Rok na Majorce oraz Powrót na Majorkę – iskrzące się humorem, trochę z przymrużeniem oka traktujące o życiu, ale jednocześnie bardzo prawdziwe, przyjazne i swojskie – stanowią idealny antydepresant, bawią, odprężają, poprawiają samopoczucie. Według mnie mają w sobie coś z klimatu Dziennika Bridget Jones, ale nie silą się na bycie jego polskim odpowiednikiem. 

Nie czułam najmniejszych oporów, by sięgnąć po najnowszą książkę tej autorki. Nie zawiodłam się, choć muszę przyznać, że tym razem mamy do czynienia z nieco inną prozą, nadal napisaną z lekkością, ale o znacznie cięższym ładunku(...)
całą moją recenzję tej książki znajdziecie pod linkiem:

http://zycieipasje.net/2016/10/19/zycie-jak-poker-i-gorzka-czekolada-recenzja-powiesci-melanzeria-a-k-majewskiej/

Zapraszam.
http://www.wielkalitera.pl/

wtorek, 18 października 2016

"Ranczo" - współczesny serial wszech czasów

Jeśli chcecie zajrzeć za kulisy serialu, który  przez 10 sezonów dzielnie trzyma się na ekranie, ma doborową obsadę i wiele innych walorów, polecam książkę Eli Piotrowskiej i Marty Lipeckiej.
Moja opinia: tutaj. Zapraszam.



poniedziałek, 17 października 2016

"Epifanie" - James Joyce



BIURO LITERACKIE  2016

Na hasło "James Joyce" najczęściej pada odzew: "Ulisses". To w końcu najsłynniejsza, obwołana arcydziełem powieść irlandzkiego pisarza. Znane są także "Finneganów tren", "Dublińczycy", "Portret artysty w wieku młodzieńczym". Literaturoznawcy wspomną jeszcze o wydanym kilka lat temu zbiorze szkiców "Hotel Finna", o tomiku lirycznym "Muzyka kameralna", czy o opublikowanych listach pisarza. O "Epifaniach" niespecjalnie jest głośno.

Co to jest epifania? Dosłownie oznacza: objawienie, olśnienie. Jako gatunek literacki odnosi się do krótkiej, prostej sceny, obrazu, który pod powłoczką banalności, potoczności, skrywa coś głębszego, ma w sobie filozoficzną nutę, otwiera jakieś drzwi...

Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z taką formą, toteż z ciekawością i niepokojem sięgnęłam po zbiór "Epifanii" Jamesa Joyce'a, który pod koniec lata ukazał się nakładem Biura Literackiego, w tłumaczeniu Adama Poprawy. 

Tomik zawiera 40 króciutkich tekstów (datowanych 1901-1902 i 1904 r.) w postaci dialogów, zarysów scen, zapisków, zanotowanych ulotnych chwil, przyszpilonych jak motyle w kajecie pisarza. Są one oszczędne w formie, szczątkowe, przywodzą czasem na myśl styl Mirona Białoszewskiego. Czasem dość poetyckie, czasem pospolite,  - zaskakują czytelnika, który nieraz zastanawia się, w jakim celu akurat to  pisarz zanotował. "Epifanie" opublikowano dopiero po 20 latach po śmierci autora.

Przykłady można przeczytać na stronie wydawcy:
http://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/ksiazki/epifanie/

James Joyce musiał być znakomitym obserwatorem, także słuchaczem, potrafił wyłowić z otoczenia, z ulicznego gwaru czyjąś wymianę zdań, jakiś obrazek zapadał mu w pamięć. Zapisywał to, co go poruszyło. Tak rodziły się inspiracje do wielkich dzieł i nieukończonych utworów.

Lektura tomiku "Epifanie" stanowi ciekawe doświadczenie. To raczej propozycja dla koneserów. 

czwartek, 13 października 2016

Szóstka w kalendarzu!

Dzień dobry,
dziś mamy czwartek, trzynastego. Jesienna pogoda ma się ku poprawie, słońce dziś pomachało nam zza chmur.  Szwedzka komisja ogłosiła werdykt - Literacką Nagrodę Nobla przyznając Bobowi Dylanowi, co jednych ucieszyło, a drugich zdegustowało. Na pewno wszyscy byli zaskoczeni. Ja nie jestem zadowolona. Cenię poetów i autorów tekstów, ale nie uważam, by Dylan aż na Nobla zasługiwał.
Trudno. Za rok kolejna "loteria" ;-)

Ale, ale... w sumie to ja nie o Noblu chciałam pisać...
Źródło: pixabay.com
Tak się składa, że dziś mam swoje blogowe święto - 6. urodziny!
Od 13 października 2010 r. wiele wody w rzece upłynęło i wiele książek się przeczytało.
Zaangażowałam się w tworzenie magazynu Życie i Pasje, na lamy którego serdecznie zapraszam:
http://zycieipasje.net
Ostatnio średnio aktywnie na blogu, ale staram się, by pajęczyną nie zarósł.

Z tej okazji kupiłam sobie biografię J. Pilcha.


Zapraszam na przekąski:
Źródło: pixabay.com    
Źródło: pixabay.com

i na tort:


Źródło: pixabay.com  
Proszę się częstować ;-)
Przy okazji możecie mi polecić jakąś dobrą książkę na jesień, coś nowego, coś starego, coś innego...

Miłego popołudnia!
AG


piątek, 7 października 2016

Notatka w kratkę, któraś tam....

Październik przywitał nas dość solidnym załamaniem pogody, ale cóż, deszcze, wykluczając te prowadzące do podtopień, są niezbędne. Nawet lubię, o ile siedzę w domu, słuchać tego szumu i nurkować pod kocyk z książką. Gorzej, gdy rano w kaloszach, płaszczach i parasolach marsz do przedszkola...

Było czarno, ale jednak się przejaśniło... i to nie tylko w pogodzie.

... kaloryfer parzy... znów zaczęli grzać!

Obejrzałam "Planetę singli" -  podobało mi się,choć bez szału, śmiałam się właściwie tylko na pewnej końcowej scenie.

Przeczytałam ( w końcu)  książkę M. Grzebałkowskiej ( super, że dostała Nagrodę Czytelników- Nike) "Beksińscy. Portret podwójny". Ciekawiła mnie i jednocześnie przytłaczała. Jak dla mnie było za dużo Zdzisława ( zwłaszcza info o wystawach) , za mało Tomasza. Obaj to skomplikowane przypadki psychologiczne.
Godna podziwu mrówcza praca autorki przy zbieraniu materiałów.

Za mną też "Biała Rika" M. Parys, "Melanżeria" A. K. Majewskiej ( recenzje wkrótce) oraz z literatury dla dzieci "Gry i zabawy z dawnych lat" K. Piętki i "Wczoraj, dzisiaj, jutro" Kasdepke.

Przeprowadziłam wywiad z autorką "Masek zła", Iwoną Banach - link.
Zostałam nagrodzona w konkursowym wyzwaniu "Wrzesień z Agathą". - link.

Tegoroczną Nagrodą Nike jestem nieco rozczarowana, ale o tym opowiem szerzej innym razem.  

Teraz mam na tapecie ( pamiętacie, że to jest "ten tapet"?) urocze "Jamnikarium"Agaty Tuszyńskiej. Naprawdę, nie trzeba być jakimś specjalnym miłośnikiem psów, by znaleźć w tej książce dużo frajdy.
Mówię to ja, kociara.

Tymczasem!

środa, 28 września 2016

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" - wrzesień z Agathą trwa!

Postanowiłam, że tak "na drugą nóżkę" w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą" przeczytam jeszcze jakąś powieść ze słynną panną Marple. Z bibliotecznej półki wybrałam, raczej losowo,
"Zwierciadło pęka w odłamków stos". Tytuł brzmi pięknie, prawda?

Dopiero w trakcie lektury dowiedziałam się, że to wers z poematu "Pani z Shalott" A. Tennysona (angielskiego poety epoki wiktoriańskiej, który jako pierwszy poeta w historii otrzymał tytuł szlachecki.) Cóż, jestem żywym dowodem na to, że "Ludzie ostatnio prawie nie czytują Tennysona"  jak zauważyła jedna z bohaterek - pani Bantry. Za to dość często czytują Christie, co może ich zachęcić do sięgnięcia po twórczość wspomnianego poety, a także do baczniejszego przyglądania się charakterom ludzkim wzorem niedoścignionej panny Marple. 

W tej powieści spotykamy słynną Jane Marple w podeszłym wieku, fizycznie nie ma już tyle sił, ale pamięć i umysł funkcjonują bez zarzutu, toteż nadinspektor ze Scotland Yardu, Dermot Craddock z powodzeniem korzysta z jej celnych wskazówek i to właśnie ona rozwiązuje zagadkę morderstwa w posiadłości Gossington Hall. 
Zaraz, zaraz, czy tam już coś się kiedyś nie wydarzyło? Ależ tak, pamiętna "Noc w bibliotece"! Tym razem mamy nieco inną sytuację - po tragicznych zdarzeniach pani Bantry sprzedała tę rezydencję, zostawiwszy sobie tylko domek myśliwski i zaczęła podróżować po świecie. Teraz powraca do St. Mary Maid, które znacznie się rozbudowało (nowe Osiedle) i unowocześniło (np. supermarket). Jej dawny dom obecnie zamieszkuje słynna aktorka Marina Gregg waz z mężem, producentem filmowym. Pani Bantry została zaproszona do nich na przyjęcie charytatywne. W jego trakcie dochodzi do tragicznej sceny - jedna z pań goszczących na bankiecie nagle umiera.  Szybko okazuje się, że została otruta. Wydaje się jednak, że stała się zupełnie przypadkową ofiarą... I to nie ostatnią...

Wszystko jest mocno podejrzane. Kto kogo chciał tak naprawdę zabić? Czym zawiniła dobroduszna i gadatliwa Haether z Towarzystwa St John Ambulance? Czy Marina powinna obawiać się o własne życie?
Tu trzeba mądrego detektywa i naprawdę niezłego kombinowania, bo nic do niczego nie pasuje, nic konkretnego nie wynika ze śledztwa. Od czego jednak mamy pannę Marple! 

Przypadkiem jakiś czas temu poznała nieszczęsną panią Badcock (ofiarę), toteż wyrobiła sobie o niej zdanie. Dobrze wsłuchała się w relację pani Bantry, zwróciła uwagę na istotne szczegóły, które zupełnie nie były brane pod uwagę. Sporo poczytała w prasie na temat kontrowersyjnej Mariny (gwiazdy "z temperamentem", z problemami psychicznymi, borykającej się z poważną traumą z przeszłości) . Krok po kroku wpadła na to, czego policjanci nie wymyśliliby nawet za sto lat. Znów zatriumfowała jej znajomość ludzkich charakterów i kobieca przenikliwość!

Świetna lektura. Podobało mi się literackie nawiązanie do poezji Tennysona, obecne od motta aż po finał powieści. Zagadka kryminalna znów mnie zaskoczyła, nie przewidziałam takiego obrotu sprawy. Bardzo też chciałbym pochwalić warstwę obyczajową. Oprócz wątku kryminalnego Christie przedstawiła jak staroświecka, choć dziarska, staruszka  odbiera zmiany zachodzące w miasteczku, jak żyją młodzi mieszkańcy (np. Cherry, pomoc domowa), słowem - oddała małomiasteczkowy klimat.

Uroku powieści dodaje motyw pani Knight, upierdliwej opiekunki, która chce usadzić pannę Marple najlepiej pod kocem z budyniem i puddingiem, gruchając do niej słodko "czujemy się zmęczone". Na szczęście Marple ma swoje sposoby i nie daje się poskromić. To jest całkiem zabawne, ale i dające do myślenia, bo niestety, niektórzy mają tendencję do uszczęśliwiania kogoś na siłę i za nic mają cudze preferencje.

Nie mam zbyt wielkiego porównania, ale wydaje mi się, że Marple z całym szacunkiem dla jej umiejętności analizowania i logicznego myślenia, była przedstawiana jako wścibska, przemądrzała osóbka. W tej powieści takiego wrażenia nie odniosłam. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki stanowi jej  "lekarstwo" na starość, łatwiej jej pracować umysłem niż dziergać  na drutach (gubi oczka). Nadal jest baczną obserwatorką i słuchaczką,  zna się na ludziach po prostu.

Na koniec chciałabym przytoczyć bardzo trafną charakterystykę pewnego typu ludzi, ukutą rzecz jasna przez pannę M.:
"... nigdy nie myślała o nikim prócz siebie. Była taką osobą, która mówi ci, co robiła, widziała, czuła czy słyszała. Nigdy nie wspominała, co zrobili czy powiedzieli inni ludzie. Życie to dla niej rodzaj jednokierunkowej ulicy. Liczy się tylko ruch. Inni są jak... czy ja wiem, tapeta na ścianach".

"Zwierciadło pęka w odłamków stos"  jako powieść kryminalno-obyczajowa sprawiła się na medal. Cieszę się, że ją przeczytałam. Za jakiś czas pewnie znów "łyknę" porcyjkę Agathy...

PS. Różowa okładka jakoś nie bardzo mi pasuje.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą"wyrażam zgodę na opublikowanie jej na blogu "Na tropie Agathy"


Follow by Email