poniedziałek, 29 grudnia 2014

Klasycy dzieciom



W jubileuszowej kolekcji Wydawnictwa Nasza Księgarnia nie mogło zabraknąć klasyki. Trudno sobie wyobrazić, aby najmłodsze pokolenie nie poznawało utworów literackich takich jak, np.: „Paweł i Gaweł”, „Przyjaciele”, „Chory kotek”, „Andzia”, „Powrót taty”, „Stefek Burczymucha”, „O Krasnoludkach i o sierotce Marysi”, na których wychowywali się ich rodzice i dziadkowie. Bez znajomości tych wymienionych, jak i wielu innych tekstów kanonu literatury dziecięcej, a zarazem kanonu naszej kultury narodowej, jakże ułomne byłoby funkcjonowanie młodego człowieka w języku i rodzimych kontekstach kulturowych. 
Antologia „Klasycy dzieciom” zawiera najpopularniejsze utwory wierszem i prozą pióra Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Aleksandra Fredry, Stanisława Jachowicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego oraz Marii Konopnickiej. Oprócz  najsłynniejszych tekstów trafiają się mniej znane, czy rzadziej publikowane. Są wśród nich łatwiejsze i trudniejsze w odbiorze.
(...)
Ciąg dalszy -----> [LINK]

wtorek, 23 grudnia 2014

Dobrych Świąt!

 
rys. Zofia Stryjeńska, Zima, ok. 1939
Gwasz., pap. 48x69,5



Niech ten świąteczny czas 
otuli Was 
ciepłem i dobrocią... 
Wesołego kolędowania!


Juliusz Słowacki - fragm. "Złotej czaszki"

Chrystus Pan się narodził
Świat się cały odmłodził...
Et mentes... 
 
Nad sianem, nad żłobeczkiem
Aniołek z aniołeczkiem
Ridentes...
 
Przyleciały wróbelki
Do Panny Zbawicielki...
Cantantes... 
 
Przyleciały łańcuchy
Łabędzi, srebrne puchy
Mutates...
 
Puchu wzięła troszeczkę,
Zrobiła poduszeczkę
Dzieciątku...
 
 Potem go położyła
I sianem go nakryła
W żłobiątku.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

"Najlepsze buty na świecie" - reportaże

Można pokusić się o stwierdzenie, iż polska literatura reportażem stoi. Świadczy o tym chociażby wydana pod redakcją M. Szczygła „100/XX. Antologia polskiego reportażu”, czy niesłabnąca popularność książek H. Krall, R. Kapuścińskiego,  M. Szejnert, W. Tochmana  i wielu innych znakomitych reportażystów.  Wydawnictwo Czarne wręcz specjalizuje się w tym gatunku, w ramach serii publikując coraz to nowsze teksty. Tym razem do rąk czytelników trafił zbiór „Najlepsze buty na świecie” Michała Olszewskiego. (...)(więcej - tutaj)

niedziela, 21 grudnia 2014

Zaskoczona Zawadzką ("Taka jestem i już!")

Okładka książki Taka jestem i już! 
Gdybym miała wybrać jedno słowo, którym miałabym określić wspomnieniową książkę „Taka jestem i już!” Magdaleny Zawadzkiej, byłoby to: zaskoczenie.

Po pierwsze, zaskoczyło mnie, choć zdaję sobie sprawę z upływu czasu, że słynny Hajduczek, czyli Basia z ekranizacji „Pana Wołodyjowskiego”, obchodziła w tym roku siedemdziesiąte urodziny. Dla niej czas jakby się zatrzymał, zawsze postrzegałam ją jako kobietę w średnim wieku, ale żeby już 70 lat ? Niemożliwe! Elegancja i uroda idą u pani Magdaleny w parze, a swój wygląd zawdzięcza, jak sądzę, w dużej mierze pogodzie ducha, umiarowi i dobrym genom. W książce znajduje się zdjęcie mamy aktorki – Danuty Zawadzkiej w wieku 90 lat, z adnotacją, że bez liftingów i botoksów. Naprawdę, pozostaje tylko pogratulować i podziwiać! I życzyć każdemu, by tak świetnie wyglądał jak ta pani.

Po drugie, zaskoczyło mnie, a raczej zachwyciło, że aktorka w swoich wspomnieniach posługuje się pięknym, literackim językiem, a w dodatku pisze świetne, mądre felietony na różnorodne i uniwersalne tematy. Ostatni tekst ( z 2014 r.) ironicznie odnoszący się do całkiem niedawnych wydarzeń „polityczno-społecznych”, to prawdziwy majstersztyk – naśladujący gwarę, slang i wszelkie możliwe błędy językowe.
Zawadzka to Mistrzyni Słowa. Celowo napisałam to wielką literą. Jeśli dotąd nie znalazła się w gronie Mistrzów Mowy Polskiej, to chyba najwyższa pora, by przyznano jej ten zaszczytny tytuł. Ogromną dbałość o poprawną polszczyznę wyniosła z rodzinnego domu. Rodzice wpoili jej pęd do wiedzy i potrzebę kształcenia się, dali przykład swoją postawą, mieli szerokie zainteresowania i mimo licznych obowiązków i zajęć znajdowali na nie czas. W tym przypadku nauka nie poszła w las, a skorupka nasiąkła tym, co dobre, piękne i mądre.

Po trzecie, nie miałam pojęcia, iż pani Magdalena jest zapaloną podróżniczką, która odwiedziła wiele zakątków świata. Była m. in. w Australii, w Indiach, na Alasce i w południowej Afryce, zjeździła niemal całą Europę. Z każdej z wypraw przywiozła nie tylko zdjęcia i wspomnienia, ale także cenne doświadczenia. Przygoda, kiedy to znalazły się wraz z koleżanką w bluzkach od piżamy, bez paszportu i pieniędzy na dworcu w Rumunii, bo wyskoczyły podczas postoju na zakupy (konkretnie zakup koniaku na prezent), a pociąg odjechał,  dobrze się skończyła( Jak? Przeczytajcie!).  Pokazała, że z sytuacji – wydawało by się - beznadziejnej jest jednak wyjście. To był dla aktorki „chrzest bojowy”, po którym oduczyła się leku przed nieznanym światem.

Po czwarte, nie wiedziałam, że artystka ma w dorobku role szekspirowskie, w tym w spektaklach Teatru Telewizji. Występowała m. in. jako Ofelia, Lady Makbet, czy Katarzyna w „Poskromieniu złośnicy”, grała tytułową rolę w „Beatrix Cenci”. Oprócz tego wcieliła się w mnóstwo innych postaci.
Gdybym miała wskazać role, z którymi najbardziej mi się kojarzy, to z pewnością byłyby to... gwiazda „bigbitu” z „Wojny domowej” oraz... pani Malinowska, stomatolog, matka trójki dzieciaków z filmu „ Mów mi Rockefeller” i „Goodbye Rockefeller”.
Nie zawsze też pamięta się o udziale Zawadzkiej w programach rozrywkowych i występach w kabaretach „Owca”, „Dudek” i '”Pod Egidą”.

Po piąte, Zawadzka przez wiele osób postrzegana jako „żona Gustawa Holoubka” udowadnia, że sama w sobie jest postacią ciekawą, wartościową i godną uwagi. To kobieta z klasą, inteligentna, utalentowana, a przy tym skromna. Pięknie opowiada o swoim dzieciństwie, młodości i późniejszym życiu, dojrzałości, rodzinie, karierze, żałobie. Nie plotkuje, dzieli się swoją historią, doświadczeniem i przemyśleniami.

Taka jestem i już!” to rozszerzone, poprawione i uzupełnione wydanie książki „Kij w mrowisko” z 1999 r., zawiera felietony drukowane w latach 1995 – 1999 w miesięczniku „Kobieta i Styl”, fotografie m.in. Zofii Nasierowskiej i Chrisa Niedenthala oraz reprodukcje okładek czasopism z wizerunkiem Magdaleny Zawadzkiej. Miło się ogląda różne oblicza aktorki na przestrzeni lat.

Muszę przyznać, że do tej pory moja wiedza na temat osoby i znajomość dokonań Zawadzkiej były znikome, teraz – czuję się doprawdy zbudowana i pełna podziwu dla jej wspaniałej osobowości. Polecam zapoznać się również.


Za wartościową lekturę dziękuję Wydawnictwu Marginesy, które zadbało również o pozytywne wrażenia estetyczne, a to za sprawą solidnej i barwnej okładki.
 

niedziela, 14 grudnia 2014

Podwójny, a nawet potrójny Elf, w sam raz na Gwiazdkę!

Szczerze przyznam, że nie przepadam za psami, ale jeszcze parę książek Marcina Pałasza i będę musiała to odszczekać... Zdaje się, że całkiem przypadkiem zostałam fanką serii o Elfie - przygarniętym ze schroniska psie o wielkich uszach, ogromnym sercu i wcale nie małym rozumku.

Oto moje opinie na temat "elfowych" książeczek (linki):














 








środa, 10 grudnia 2014

Granaty, brokuły i figa z makiem

To, że Elwirze nie smakował granat, przyjęłam ze zrozumieniem, ale tym, żeby Adela ( niewtajemniczonym wyjaśniam: kotka)  ze smakiem spałaszowała kawałek brokuła (gotowanego)  to się szczerze zdziwiłam...
Czytam sobie to i owo, genialną książkę o geniuszach lwowskiej szkoły matematycznej na przemian ze wspomnieniami i felietonami Magdy Zawadzkiej, poczytuję reportaże z Czarnego i dokarmiam się poezją Gałczyńskiego...

Przedświątecznie- zastój totalny. Sprzątać ponad normę nie zamierzam, zakupy poczynimy, coś upichcimy.. .(na wynos, bo wyjeżdżamy - najpierw do moich-  na "jedyny słuszny barszcz wigilijny", a nie żadne grzybowe ciapy czy czerwone z uszkami- dla mnie totalnie nie na tę okazję, potem już u "tubylców" - II dzień posiedzimy, choć ja to bym poleżała w ciszy z książką pod choinką...) 
Jakoś ogarnę, choć na razie z przygotowań  figa z makiem. Nic mi się nie chce, po co to wszystko...



wtorek, 9 grudnia 2014

Au...! Kryminał!

Okładka książki Autorka"Autorka" M.Ulatowska, J. Skowroński
 

Był  już "Literat" ( swoją drogą, nie przypadł  mi do gustu), przyszła pora na "Autorkę"...
Sięgając po nią upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu.  Zapoznałam się z kolejną książką pióra Jacka Skowrońskiego, którego powieści kryminalno-sensacyjne jak jedne z nielicznych tego gatunku czytuję oraz wreszcie spróbowałam prozy pióra Marii Ulatowskiej, przemiłej pisarki "od sosnowych dworków" ;-)

Trochę trudno mi sobie wyobrazić takie pisanie na spółkę, gdy każdy z autorów ma swoje pomysły, inaczej widziałby pewne kwestie, czy rozwiązania. Tu jednak państwo się dogadali znakomicie, skoro efektem jest  taki oto kryminał obyczajowy/ "obyczaj" kryminalny. Nie jestem znawczynią gatunku, ale jako zwykłej  czytelniczce -   bardzo mi się podobało.
 W różnych dziwnych okolicznościach giną czytelniczki pewnej poczytnej pisarki... Ona sama jest osaczana przez tajemniczego osobnika... Śledztwo prowadzi nadkomisarz Zawada ( taki troszkę "mankellowy"), pomaga mu profilerka...  Wszystko się gmatwa, to spraw zawodowych dochodzą problemy osobiste. Ważną rolę odgrywa obraz podarowany przez przyjaciela  bohaterce... 
W fabułę zagłębiać się nie będę, bo odbierać przyjemności lektury nikomu nie zamierzam. Powiem tylko, że najpierw myślałam, że już wiem kto za tym wszystkim stoi, potem jednak autorzy skutecznie zbili mnie z tropu, by w zakończeniu totalnie zaskoczyć.  Może ja się nie znam, powtarzam, ale wciągnęło mnie na tyle, że stwierdzam,  iż takie literackie duety obyczajowo-kryminalne to mogłabym czytać częściej ;-)
 I tak czytam różne opinie, a  w jednej z nich była mowa o tym, że doskonale widać, kto z autorów napisał  dany fragment, rozdział,  że "nie starali się zrównoważyć różnic w sposobie narracji i kreacji bohaterów". Ja akurat nie dzieliłam tekstu, co spod czyjej klawiatury wyszło, wszystko mi w jedną dobrą ( oczywiście zróżnicowaną) całość się łączyło.Moim zdaniem, nawet gdyby całość napisała jedna osoba i napisała  to dobrze, to te różnice w narracjach i kreacjach też być powinny. Skoro zamysł książki opiera się na przedstawieniu kilku perspektyw, różnych punktów widzenia, to siłą rzeczy  inne będą fragmenty o komisarzu policji, inne o autorce romansów, a jeszcze inne o psychopacie.
 Nie ma co rozkładać na czynniki pierwsze, trzeba przeczytać. Dla zwolenników rozrywki z dreszczykiem idealne!

sobota, 6 grudnia 2014

Ona temu winna....

Okładka książki Stulecie WinnychPrimum non nocere tak brzmi  naczelna zasada etyczna w medycynie. Tymczasem pewna lekarka: doktor nauk medycznych, specjalista neurolog i epileptolog przyczyniła się do tego, że się nie wyspałam, co odbiło się niekorzystnie na mojej cerze i samopoczuciu, nadwyrężyłam wzrok,  rytm serca zaburzył, a ciśnienie skakało jak piłka na trawie. Ona temu winna... Autorka  książek dla dzieci oraz kilku znakomitych  powieści,  z których jedną, a właściwie jej  pierwszy tom,  miałam okazję przeczytać, a wręcz pochłonąć, bo nie mogłam się oderwać od lektury...  - Ałbena Grabowska.
Zaznaczam, że zbieżność nazwisk - przypadkowa.

"Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli" to pierwsza część przepięknej i pełnej emocji sagi, rozpoczynającej się w przededniu I wojny światowej i snującej się przez kolejne lata aż po wrzesień 1939 r. Kolejne tomy obejmą dalsze losy bohaterów, w końcu ma to być tytułowe "stulecie". Osią powieści są dramatyczne dzieje rodziny Winnych oraz innych mieszkańców Brwinowa i okolic. Pisarka obok postaci fikcyjnych umieściła autentyczne np. rodzinę Iwaszkiewiczów,  S. Lilpopa, doskonale namalowała obyczajowe i historyczne tło. Wszystko wydaje się niesamowicie wiarygodne, nawet mimo dodania szczypty realizmu magicznego (Ania  ma nadprzyrodzony dar - "widzi" przyszłość). Powieść zaczyna się od burzy z piorunami, a potem - jest również burzliwie. Wojna i epidemia odciskają cię mocnym piętnem na familii bohaterów, przeżywają  oni cały wachlarz emocji, doświadczają (trochę patetycznie to zabrzmi, ale trudno) wichrów namiętności, dźwigają  ciężkie brzemię strasznych tajemnic.
Widoczne wpływy twórczości G.G.Marqueza  akurat świadczą na korzyść "Stulecia...", Ha, już sam tytuł zawiera nawiązanie, jeśli nawet nie celowe, to bardzo udane.

Mogę powiedzieć, że tę fascynującą książkę czytałam nie z duszą, ale z sercem na ramieniu, a potem długo nie mogłam się otrząsnąć po wyjściu ze "świata przedstawionego". Jeszcze chyba nigdy nie czekałam na drugi tom z taką ochotą jak w tym przypadku. Dla mnie jest to powieść "okrągła", w której wszystko jest comme il faut, dopracowane i niesamowicie sugestywne, prawdziwe, przejmujące i trzymające w napięciu. Dla takiej literatury warto zarwać noc!

Cieszę się, że w końcu sięgnęłam po twórczość pani Ałbeny. Pierwsze spotkanie na pewno nie będzie ostatnim, bo już  po jednej książce  przekonałam się o jakości jej prozy. 
Wszystkie tomy "Stulecia..." po prostu MUSZĘ przeczytać, ale i jestem na tyle zaintrygowana, by spróbować także innych tytułów - kto wie, może są równie dobre... ;-)



środa, 3 grudnia 2014

Zupa - do zlewu

Przepraszam, jeśli kogoś zwiódł powyższy tytuł, bo nie będzie to wpis o kulinarnej porażce , czy przygodzie w kuchni lecz notka dotycząca "Zupy z ryby fugu" Moniki Szwai.

Okładka książki Zupa z ryby fugu
SOL 2010
Albo "wyrosłam"  z książek tej autorki, albo trafiłam na słabszą pozycję, bo wrażenia mam mętne i mieszane. Na początku zupełnie mnie nie wciągało, tak brnęłam niemal do setnej strony, jakieś takie "głupkowate" wszystko było. Potem jakoś szło, ale szału nie było, sama końcówka ujdzie - już chyba typowe dla Szwai- zamieszanie i rozwikłanie - uff, koniec.
Generalnie powieść koncentruje się na tematyce posiadania potomstwa i różnych metod jego "pozyskania", w tym in vitro,  zatrudnienie surogatki. Tak trudną i poważną problematykę można "ugryźć" w lekki, nawet komediowy sposób, ale w tym przypadku  - moim zdaniem - to nie  wyszło. Głupkowaty chaos i pięć grzybów w barszcz. Niby dobrze się skończyło, ale ani przesłania, ani jakieś wyraźnej idei w tym nie znalazłam. To, że trzeba wypić piwo (zjeść zupę), którego się nawarzyło, to już wiadomo od wieków.
O ile próbom i staraniom jednej z bohaterek "Z jednej gliny" L. Fabisińskiej, nawet gdy są one karykaturalnie przesadzone, kibicujemy z sympatią, to Anita Dolina - Grabiszyńska z domu Pindelak, nie tylko sympatii nie wzbudza, a wręcz irytuje. Z całkiem niby poukładanej babeczki stała się rozhisteryzowaną  chorągiewką na wietrze, która ulega różnym sugestiom, lata jak postrzelona między kliniką a kościołem, i choć oczywiście można i trzeba zrozumieć jej pragnienie dziecka, to nie sposób oprzeć się stwierdzeniu, że jej to "padło na mózg". 
W ogóle mało która z postaci występujących w tej powieści przypadła mi do gustu. Pojawiają się tu "znajomi" z innych książek ("Gosposia prawie do wszystkiego", "Anioł w kapeluszu" - to akurat dalsze dzieje od wydarzeń z "Zupy..."). Bohaterowie są tacy albo - albo. Albo chodzące anioły, albo "megiery", albo jeszcze "ciapy". Naprawdę nietrudno podzielić na dobrych i złych. I nie mogę się pogodzić z tym, że nauczyciel akademicki wykładający literaturę staropolską jest zarazem taką...zarazą wredną, fuj.
Wiecie co, różne bywają nazwiska, ale natężenie takich nietypowych na metr kwadratowy u Szwai jest już irytujace: Pindelak, Trumbiak, Wiesiołek. Z imionami też niezła jazda: Cyprian, Miranda, Światopełk, Bożysław... Lonia (Leokadia). Może jakoś utrwalają się jak tak pałętają się po różnych powieściach, ale na dłuższą metę to mi jakoś nie pasują.
Generalnie lubię twórczość tej  szczecińskiej pisarki,  jej poczucie humoru, ironia, ciepło.  Tym razem jednak nie trafiły do mnie.
Co ja będę dłużej wydziwiać, nie smakowała mi ta "Zupa...

wtorek, 2 grudnia 2014

Siedem pytań do... (


Dopadło mnie ;-)  Na szczęście nie przeziębienie, ale miłe wyróżnienie. Liebster Blog Award.
Bardzo dziękuję.
Zostałam wskazana przez Agatę Adelajdę, która m.in. zachęca do lektury książek nieoczywistych.

Zapraszam na wyzwanie:

Kto jeszcze nie był na "Setnej stronie", niech zajrzy, polecam.
Tymczasem cieszę się, że to tylko siedem, a nie sto pytań do... ;-) i już zabieram się za odpowiedzi:


  1. Czy masz czytelnicza wishliste i co się na niej znajduje?
     Zapraszam do zakładki "Przeczytałabym...". Nie wszystko, co mi wpadnie w oko tam notuję, na pewno nie wpisuję tych tytułów, które chcę w   ramach współprac recenzyjnych. Sporo "zachcianek" udało mi się zrealizować, teraz już tylko dopiski robię, wczesniej kasowałam tytuł, a szkoda, bo sama bym mogła zobaczyć, ile udało mi się z tych  moich czytelniczych życzeń spełnić.
  2.  Pierwsza samodzielnie przeczytana książka?
    Czytać uczyłam się na starym kalendarzu i klockach z literkami. Pierwszej książki nie pamiętam, ale miałam ich sporo, cała masa "Poczytaj mi, mamo"i wiele innych.
  3.   Najlepsza ekranizacja?
    Nie mam szczególnie ulubionej. Lubię np. "Śniadanie u Tiffany'ego ( choć nie do końca tożsame z książką), podobały mi się  lektury na ekranie ( typu"Potop", "Pan Tadeusz", "Przedwiośnie" )W ogóle  to ja "mało filmowa" jestem.  Nie lubię, gdy ekranizacja znacznie odbiega od pierwowzoru.  Bywa, że są i takie,  lepsze od książki ( np. wolę film "Forrest Gump" niż powieść W. Groome'a o nim))W ogóle  to ja "mało filmowa" jestem. 
  4.   Co robisz w wolnym czasie (oprócz czytania)?
    Piszę opinie/recenzje/inne teksty. Oglądam tv ( coś lekkiego i nawet "głupawego" do prasowania,  programy muzyczne, Teatr TV, rzadko filmy). Poza tym mało mi totalnie wolnego czasu zostaje.
  5.   Jakie czasopisma czytasz?
    Yyyyyy, prawie żadne. Wyjąwszy lokalną prasę przeglądaną w pracy (prenumerowana) i "Wspólnotę" ;-)  W domu nieraz pojawia się "Magazyn Świnka Peppa" ;-)
    Swego czasu kupowałam regularnie "Świat Kobiety", teraz sporadycznie różne tytuły, zdarza się "Twój Styl", "Zwierciadło", "Książki", "Viva!"
    , ale ostatnio dawno nic.  O, zapomniałabym, nie ciągle, ale czasem prenumeruję sobie "Sielskie życie", cudny dwumiesięcznik. Czytam też jeden magazyn w elektronicznej formie, mianowicie "Obsesje".
     

  6. Czy masz taki swój ulubiony film, który oglądasz po sto razy?
    Po sto, to nie, ale z przyjemnością wracam ( choć nie za każdym razem jak nadają) do następujących tytułów(kolejność nie ma znaczenia):
    "Śniadanie u Tiffany'ego", 
    "Forrest Gump", "Czekolada", ""Kate i Leopold", "Miasto Aniołów", "Kogel -mogel" i  "Galimatias", "Fuks"... pewne o czymś zapomniałam...

  7.   Jak określisz siebie jednym słowem? (i czy w ogóle się da;)
     I. Czytaczka ;-) albo "Kraciasta" (wersja z humorem)
     II. Co mam napisać?  Czytelniczka? Sumienna? Mama? Kociara? Nie da się, bo wszystko zależy od punktu widzenia i sytuacji. (wersja na serio)

Dziękuję za uwagę, tym razem poczynię rzecz"haniebną" i nikogo nie nominuję, bo mam wrażenie, że już naprawdę każdy, ze znanych mi blogów był już na tapecie, nie mam pomysłów na pytania.
Jeśli zmienię zdanie, to dopiszę  co i jak ;-)

Paa!


czwartek, 27 listopada 2014

"Ostatnia miłość Edith Piaf" Christie Laume

Wyd. Marginesy 2014

Zapewne każdy wie, kim  była Edith Piaf,  kojarzy jej  charakterystyczny, "wielki" głos oraz utwory, ze słynnym "Je ne regrette rien" na czele. Natomiast chyba mało kto słyszał o Theo Sarapo, o Christie Laume nie wspominając! Ewentualnie dziennikarze muzyczni, specjalizujący się w muzyce francuskiej, bądź pasjonaci tej dziedziny przygotowujący się teleturnieju "Wielka gra"... A tak poza nimi, no proszę, ręka w górę, kto kojarzy te nazwiska? Niestety, lasu rąk nie dostrzegłam, a i ja sama dopiero teraz o nich się dowiedziałam. Dlaczego w ogóle o nich  napomknęłam? Otóż są to postaci zajmujące bardzo ważne miejsce w życiu legendarnej Edith Piaf, czyli: jej ostatni mąż i jego siostra, którzy także próbowali swych sił na piosenkarskiej scenie.

 "Ostatnia miłość Edith Piaf" to przedstawione w fabularyzowanej formie wspomnienia(powieść biograficzna) o rodzinie Lamboukasów, greckich emigrantów osiadłych we Francji, w której cieple mogła się ogrzać boleśnie doświadczona przez los pieśniarka. Christie (póżniej występowała pod pseudonimem: Laume) było dane nie tylko poznać, ale zaprzyjaźnić się z Edith, która zwierzała się jej - siostrze swojego ukochanego, otoczyła ją opiekuńczymi skrzydłami, choć sama była niczym pisklę potrzebujące ogrzania i  troski. 

Po pięćdziesięciu latach pani Laume postanowiła opowiedzieć historię miłości swojego brata (znanego jako Theo Sarapo) i gwiazdy francuskiej piosenki. Historię niezwykłą, wręcz trudną do pojęcia, a jednak prawdziwą, taką, która "przypomina trochę sytuację, o której się marzy, myśląc, że nie zdarzy się nigdy". (s. 137). Opierając się na własnych obserwacjach i doświadczeniach, dała szczere, wiarygodne, emocjonalne świadectwo niespotykanego uczucia i przedstawiła obraz paryskich bulwarów i francuskich prowincji w połowie XX w.  przy tym pokazała nieco inne oblicze Edith - kobiety wiecznie młodej duchem, spełnionej,  cieszącej się życiem u szczytu swej sławy. Oprócz epizodu dotyczącego Sarapo i Piaf  mamy zarys dziejów rodziny autorki tej książki, ważną cegiełkę całej tej opowieści.

Można sobie zadawać wiele pytań, bo trudno przejść obojętnie wobec związku czterdziestoparoletniej kobiety po przejściach, na dobrą sprawę niezbyt urodziwej i schorowanej, z młodszym o dwie dekady przystojniakiem greckiego pochodzenia, przed którym dopiero całe życie. Słynna wokalistka i syn fryzjera. Mezalians? Kaprys damy? Chęć zrobienia kariery i wzbogacenia się?  Nie tędy droga, drodzy czytelnicy. To było zupełnie inaczej. To realny,  choć niepojęty,  ale z życia wzięty,  przykład romantycznego porozumienia dusz, związku opartego na głębokiej więzi, wzajemnym zrozumieniu,  przyjaźni, bezinteresowności. Byli ze sobą nie przez przypadek, kierowała tym jakaś wyższa siła.

Dziś, różnica wieku między partnerami, zwłaszcza, gdy ona jest starsza, już tak nie szokuje, ale nadal spotyka się z brakiem akceptacji społecznej i zrozumienia. W tamtych czasach to też nie było normą. To, co połączyło Theo i Edith było na tyle silne i szczere, że zyskało aprobatę rodziny, mimo ich początkowego dystansu, czy też sceptycznej postawy. Edith przyznała, że "musi kogoś kochać, żeby żyć", była sławna, nie przywiązywała wagi do bogactwa, wiele w życiu wycierpiała, czuła się samotna. Theo wypełnił jej tę pustkę, co więcej, był tym jedynym, wyjątkowym. Wiek i pochodzenie nie miały znaczenia. Liczyła się jego osobowość, charakter. Theo nie planował zostać wokalistą, to Edith go zmotywowała, popchnęła na tę ścieżkę, podobnie jak potem Christie, która im towarzyszyła, zapowiadała koncerty. Ale nie "kupiła" im kariery, wymagała od nich ciężkiej pracy nad głosem, repertuarem, oszlifowała ich zdolności. Może nie byli to szczególnie wybitni wykonawcy, ale słoń im na ucho nie nadepnął. Pomogła im zaistnieć, ale sami musieli włożyć w to wiele wysiłku i starań. Dzięki nim jednak przeżyła ostanie swe lata otoczona miłością, przyjaźnią, troskliwością, rodzinnym ciepłem. Razem tworzyli jedną "drużynę", wzajemnie się wspierając. Współtworzyli legendę... O tym, jak splotły się ich losy, opowiada z osobistej perspektywy uczestniczka tamtych czasów i zdarzeń.


Uważam, że a książka mogłaby być lepiej dopracowana, jeśli chodzi o wydanie. Moim zdaniem zasługuje na dokładniejszy szlif, którego troszkę zabrakło, twardą oprawę i papier pozwalający na wyeksponowanie zdjęć. Pomijając odbiegające od ideału kwestie techniczne, muszę przyznać, że "Ostatnia miłość Edith Piaf" wywarła na mnie duże wrażenie, ujęła i wzruszyła. Już samo spojrzenie na okładkę, na której widnieje fotografia pary pozornie "nie do pary", zaowocowało nurtującym pytaniem, co takiego niezwykłego ich połączyło... Zanim przeczytałam całość od deski do deski - podczytywałam fragmenty, przyglądałam się zdjęciom. I choć tak się dzieje w moim przypadku, to tym razem miałam oczy na mokrym miejscu....

... bo to taka piękna historia, taka piękna historia.... ech....




PS.
Dopiero w tym roku, tak się złożyło, że dopiero na urlopowym wyjeździe, wieczorem, w spokoju  obejrzałam film "Niczego nie żałuję" o Edith Piaf. Jej postać zafascynowała mnie na tyle, że chciałam poszerzyć swą wiedzę lekturą biografii. Traf chciał, że akurat  Marginesy wydały  opowieść o dramatycznym ale jakże pięknym kresie jej życia, uwieńczonym wyjątkową miłością. Znakomite uzupełnienie filmu, ale nadal chętnie bym poczytała więcej.


niedziela, 23 listopada 2014

Listopad-książkopad

Zasypało mnie ;-)
Zatem bez zbędnych wstępów i spisów, bach! Stosik:

Mam nadzieję, że to wszystko. A, nie! Nie ma "Domu na klifie"  M. Szwai (już pożyczyłam, sama czytałam kiedyś, ale kupiłam w kiosku, bo chciałam mieć) i nie jestem pewna, czy we wcześniejszych stosach był "Drugi dziennik" Pilcha. Jak nie było, to i teraz umknął, ale mam. Czeka sobie spokojnie.
Nie uwzględniałam bibliotecznych ("Szczęście pachnące wanilią", "Autorka", "Stulecie Winnych", "Londyńczycy", "Zupa z ryby fugu").
Większość to egzemplarze recenzyjne, więc prędzej , czy później będą  się pojawiać  moje refleksje i opinie  bądź przekierowania stąd do miejsc opublikowania moich tekstów.
"Hektor", "Detektyw Łodyga", "Sceny z życia smoków" oraz "Ostatnia miłość Edith Piaf" są już przeczytane.
O bibliotecznych chyba zrobię "hurtownię".


Chwalipięta
Gęś kopnięta
;-)

wtorek, 11 listopada 2014

Z ziemi japońskiej do Polski (M. Bruczkowski "Powrót niedoskonały")

Tak jakoś nawet pasuje, że ta recenzja ujrzała światło dzienne akurat  dziś, w dniu święta naszego kraju.
W powieści mowa o powrocie do Ojczyzny, o czuciu się Polakiem, o byciu obcym....
Do tego paru oryginalnych osobników , ludzi pozytywnie zakręconych , pracujących w tajemniczej "Antykowni" ;-)
Specyficzny humor, ironia.

Dla miłośników prozy Gajdzina, ale nie tylko...
Zapraszam tam: /klik/

sobota, 8 listopada 2014

Pomiędzy

Listopadowe dni umykają jeden za drugim, a ja w chaosie codzienności łapię w jedną rękę książkę, w drugą ścierkę, a w trzecią - kromkę chleba z czosnkiem, antywirusowo i antywampirowo zarazem, i tak jakoś dotrwałam do "długiego weekendu" (choć "cztery wolne dni" brzmią lepiej, "dłużej").
Do napisania mam to i owo ( teksty ciągle w przygotowaniu, bo jakoś mi  z tym nie po drodze), ale za to czytam jak burza. Przy tym znów bezczelnie pomijam domowe hałdy i włażę między biblioteczne półki. Stamtąd przywlekłam "Autorkę", kryminał w duecie, który połknęłam niemal na jeden ząbek. Stamtąd też mam "Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli" - wprost pochłonęłam ten pierwszy tom i już chcę kolejny! Niesamowita saga. Pomiędzy nimi w końcu zabrałam się za "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" i choć początek mnie nie zachwycił, to całość wypadła pozytywnie.
W międzyczasie czytam albo o aniołach albo coś z literatury dziecięcej. Czego chcieć więcej!
Aaa, zapomniałam. W ramach eksploatowania własnych zbiorów przeczytałam "Na wysokim niebie"  i stawiam na wysokiej półce. Nie w sensie, żeby nikt nie sięgnął, ale że bardzo dobre.
To o której z tych książek napisać najsampierw? ;-)


Pozdrawiam wraz kotem,
Do "zobaczenia" potem!




niedziela, 2 listopada 2014

O bohaterze, ale nie tym spod Troi -"Hektor" S. Barnes




Obrazek Hektor +prezent niespodzianka
Wydawnictwo M, 2014

"To, jak wyglądasz, nam nie przeszkadza. Ty jesteś inny, lecz to nie wada. No a oceniać tak po  wyglądzie - bardzo nieładnie, to nie wypada" ( s. 16)

Te słowa powinien wziąć sobie do serca każdy, niezależnie od wieku, płci, religii, czy poglądów. Taka nauka płynie z rymowanej opowieści o hipopotamie Hektorze pióra Steve'a Barnesa -projektanta wnętrz, artysty i pisarza, twórcy licznych  murali.

Hektor był fajnym hipciem, znakomicie pływał, ale stado go nie akceptowało, bo miał nietypowe umaszczenie - w paski. Był jawnie dyskryminowany,  wyśmiewany, odrzucany, a nawet dokonano zamachu na jego życie - zwierzaki wrzuciły do do wodospadu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Smutny i poturbowany Hektor spotkał stado przemiłych zebr z mądrą Marmoladą na czele. One zaakceptowały hipcia takim, jakim jest, przyjęły go z otwartymi kopytami, można powiedzieć. Zostali przyjaciółmi. Podczas wędrówek po sawannie Hektor usłyszał wołanie o pomoc - to dwa małe hipopotamki utknęły na wysepce atakowane dookoła przez krokodyle. Nie wahał się, mimo niebezpieczeństwa, ruszyć z odsieczą. Tym czynem zdobył uznanie hipopotamów, które zrozumiały jak niesprawiedliwie i źle go potraktowały. Które ze stad teraz wybierze Hektor? Co mu podpowie serce?

Ta przepiękna wierszowana historia niesie wiele wartości. Mówi o dyskryminacji, akceptacji, tolerancji,  przyjaźni,odwadze, poświęceniu, przebaczeniu. Uczy empatii.
Opowiadając o zwierzętach, Steve Barnes, ukazał jakże częstą sytuację ze świata ludzi, kiedy to dowolna inność bywa przyczyną odsunięcia jakiegoś człowieka na boczny tor, szydzenia z niego, dyskryminowania. I jakże często taka osoba swoim postępowaniem, determinacją, dzielnością, udowadnia, że nie jest gorsza, że ma takie same prawa i obowiązki.
Nietrudno wskazać morał tej opowiastki, ale błędem byłoby sprowadzać ją tylko do funkcji dydaktycznej. Nie brakuje w niej zajmujących przygód i  emocji.  Wczujmy się się  w  dziecięcą wrażliwość: gdy śledzimy losy Hektora,  przeżywamy z nim upokorzenia i smutki, cieszymy się ze znalezienia przyjaciół, drżymy ze strachu, gdy walczy z żywiołem wody i ratuje maluchy przed paszczami drapieżców. Niepewność budzi potem wybór stada.

Od tej książeczki trudno się oderwać, bo jest ślicznie wydana, barwna, utrzymana w zielono-niebieskiej kolorystyce, z przesympatycznymi postaciami zwierząt na ilustracjach. Walory również  stanowią twarda oprawa (prostokąt, ale inny format niż w przypadku "W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka") i kredowy papier.
Wierszową frazę świetnie się czyta, tu gratulacje dla tłumaczki - Julity Skotarskiej.
Dla nas była to rodzinna przygoda, najpierw przeczytałam sobie sama, bo byłam ciekawa, potem dziecku. Lektura była ponawiana. Następnym razem tata się zasłuchał i ocenił, że to bardzo mądra, dobra i wartościowa książka, którą śmiało można polecać rodzicom dla ich pociech.

sobota, 1 listopada 2014

"W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" S. i R. Shrestha

Obrazek W poszukiwaniu grzmiącego smoka
Wydawnictwo M, 2014

W życiu każdego dziecka przychodzi czas, gdy z zafascynowaniem chłonie baśnie, legendy, podania i mity. Z ciekawością poznaje rozmaite wierzenia, regionalne przekazy, tradycje różnych kultur. Część z nich wpisana jest w szkolną edukację, po inne młody czytelnik sięga już dodatkowo, zwłaszcza, gdy czuje głód fantastycznych opowieści wyjaśniających  zjawiska, zdarzenia i obyczaje, czy związanych z lokalną przestrzenią. Ich dobór zależy w pewnym stopniu od wieku dziecka i jego etapu poznawczego. Inne teksty będą odpowiednie dla przedszkolaka, inne dla gimnazjalisty, ale jedno jest wspólne - ciekawość świata i taka nuta niezwykłości, baśniowości. Królują oczywiście rodzime baśnie i legendy,  dużą popularnością cieszy się mitologia grecka i rzymska, swoje miejsce też mają baśnie różnych narodów, a wśród licznych wydań trafiają się też takie z odległych krajów i kontynentów. Warto z nimi zapoznawać najmłodszych.
Wracając myślą do własnego dzieciństwa, miło wspominam książeczki autorstwa Wandy Markowskiej i Anny Milskiej przybliżające baśnie dalekich krajów oraz mórz i oceanów,  oparte na mitach "Opowieści z zaczarowanego lasu" pióra N. Hawthorne, czy serię "Baśnie i legendy całego świata", która ukazywała się nakładem Krajowej Agencji Wydawniczej.

Co mnie przywiodło do takich rozważań i wspomnień? Mianowicie impulsem była przepięknie wydana, egzotyczna opowieść, taka "współczesna baśń literacka" (bardzo współczesna, bo zaczynająca się od lotu samolotem),  która zabiera czytelników aż do.... Bhutanu. Dlaczego akurat tam?
Pochodząca z Irlandii Sophie, absolwentka studiów artystycznych, wyjechała do Nepalu, gdzie poznała swojego przyszłego męża Romio Shresthę, utalentowanego malarza tkanek, świętych zwojów buddyjskich. Osiedlili się na "zielonej wyspie", mają cztery córki, często podróżują. Podczas jednej z wypraw najstarszą dziewczynkę zafascynowała odwiedzana  kraina zwana Ziemią Grzmiącego Smoka. To zainspirowało jej rodziców do napisania i zilustrowania  niniejszej książki.


Mała Amber wraz tatą poleciała do Bhutanu, aby odwiedzić rodzinę, kuzyna Tashiego oraz dziadka. Dzieci pytały o Grzmiące Smoki, o których opowiadano. Starzec poradził im udać się do najstarszego mnicha, który ponoć wie, jak znaleźć te niezwykłe stworzenia. Amber i Tashi wyruszyli w długą drogę. Sędziwy lama jednak skierował ich w góry, do Latającej Tygrysicy. Ona zabrała małych poszukiwaczy na podniebny lot na swoim grzbiecie i pokazała im coś niesamowitego...

"W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" to  ciekawa, krótka, prosta i przystępna - mimo swej egzotyczności -opowieść dla małych odbiorców. Wyjaśnia im - w baśniowy sposób - skąd się biorą grzmoty i pioruny w trakcie burzy.  Na pewno taka "bajka" pomoże maluchom oswoić strach odczuwany podczas gwałtownych wyładowań atmosferycznych. Starsze dzieci być może zachęci do sięgnięcia po mapę, by sprawdzić, gdzie leży Bhutan i czegoś się o nim dowiedzieć, jak też zainspiruje do poznawania kultury egzotycznych, azjatyckich krajów, czy też czytania innych baśni i opowieści z całego świata. Zatem spełnia funkcję poznawczą i wychowawczą zarazem. Otwiera okno na inną kulturę.

Książka ma nietypowy format, jest bowiem dość dużym i długim prostokątem. Wydana została bardzo porządnie, w twardej oprawie, na kredowym papierze, co nie jest bez znaczenia dla estetyki i trwałości egzemplarzy. Oryginalna szata graficzna przykuwa uwagę i oczarowuje. Ilustracje są utrzymane w egzotycznym (indyjskim/bhutańskim) klimacie, barwne, pełne szczegółów, po prostu bajeczne. Samo oglądanie obrazków wywołuje duże wrażenie, niełatwo od nich oderwać oko.
Trudno mi określić przedział wiekowy, do którego skierowana jest publikacja, ale wydaje się dość uniwersalna. Przetestowałam ją na trzyipółletniej córce, która słuchała chętnie i z dużym zainteresowaniem przyglądała się ilustracjom, zadając pytania. Kilka razy już wybrała tę bajkę do czytania.
To jest chyba najlepszy dowód na to, że "W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" jest znakomitą lekturą z dziecięcej półki.

piątek, 31 października 2014

"Ślady..." nagrodzone

Mam przyjemność przekazać informację od Wydawnictwa M, że Jan Polkowski, autor „Śladów krwi”, został laureatem pierwszej edycji Nagrody Identitas.

 Nagroda Identitas jest przyznawana corocznie najlepszym książkom poprzedniego roku: jednej w dziedzinie humanistyki i literatury pięknej, a drugiej w obszarze historii.

Gratulacje dla pisarza i wydawców.

Przy okazji przypominam moją recenzję "Śladów krwi".

czwartek, 30 października 2014

Notatka w kratkę i 10 książek, które...

Stęskniłam się za pisaniem ot, tak sobie... Już wieki całe nie było notatki w kratkę, nie licząc wpisu urodzinowego sprzed ok. 3 tygodni. No to sobie teraz napiszę! ;-D

Na wielu blogach, spośród tych, które odwiedzam, pojawiły się relacje z Targów Książki w Krakowie. Chodziło mi po głowie, aby się tam wybrać, jednak w sumie sama nie wiedziałam, czego chcę i moje lenistwo oraz niechęć do podróży zwyciężyły. Tak sobie czytałam i  uświadomiłam sobie, że o paru rzeczach nie miałam pojęcia, a mam tu na myśli np. znaczną odległość miejsca TK od linii komunikacyjnych. Biorąc to pod uwagę wraz z dojazdem stąd, to zapewne dotarłabym tam koło południa, a następnie zginęła w tłumie ;-) Ktoś w relacji wspominał o braku tablic/plansz z mapą stoisk - sądzę, że warto byłoby o tym napomknąć organizatorom, na pewno to by  się przydało  uczestnikom podczas targów. Wiem, że achom i ochom na temat atmosfery, spotkań z autorami i innymi blogerami nie było końca, owszem, to cenne wrażenia, ale trzeba być też obiektywnym i jeśli coś kulało od strony organizacyjnej, to też trzeba na to zwrócić uwagę. Jak tak sobie właśnie poczytałam tu i tam, to jakoś aż tak bardzo nie żałuję, że nie pojechałam. Chociaż kto wie, może za rok.. ;-).  A międzyczasie może jakieś inne wydarzenie literackie/książkowe... Np. tyle się dzieje we Wrocławiu... Pomyślę nad tym.

Ostatnio mam bardzo kulturalny tydzień. W niedzielę oglądałam na żywo spektakl "En vogue" z Darią Widawską, Beatą Kawką i Elżbietą  Zającówną w rolach głównych. Świetna komedia! U nas nawet kina nie ma, ale w miasteczku obok mają odpowiednią salę w Domu Kultury i tam organizowane są teatralne wydarzenia. toteż w miarę możliwości staram się korzystać. Poniedziałek uświetnił Teatr Tv: "Klub kawalerów" w reż K. Jandy, z plejadą znakomitych aktorów ( m.in. J. Stuhr, C. Pazura, K. Janda, E. Jungowska). Wtorkowy wieczór upłynął pod znakiem pełnej emocji i ekspresji opery "Carmen"  (TVP Kultura). W środę słuchałam benefisu Jacka Cygana na Trójce. Dowiedziałam się, że ten genialny autor tekstów piosenek również śpiewa. W niedzielę o 18.55 na TVP Kultura spektakl "Skarb" na podstawie prozy Olgi Tokarczuk. Przypomnienie w telefonie nastawione!

Dziś chyba dla odmiany zajmę się  sprzątaniem, poczytawszy potem odrobinę przed snem. Mam co nieco do opisania. Przeczytałam "Szczęście pachnące wanilią" (hmmm, mam parę uwag) oraz "Autorkę" (wciągnęła mnie), za mną 2 reportaże z Czarnego, na tapecie też stale coś z egzemplarzy recenzyjnych no i mam "obsesyjne" pomysły do zrealizowania. Mam więc co robić. A o czym chcieliby szanowni czytelnicy niniejszego bloga przeczytać w pierwszej kolejności? Bo nie wiem od czego zacząć.
O, pochwalę się, że w konkursie Wydawnictwa Czarne na fb wygrałam "Mezopotamię" Serhija Żadana, z zebrami na okładce, a w konkursowej odpowiedzi przywoływałam powieść "Czas tęsknoty".

Tyle gadania. Czas na dziesiątkę, bo nie chciałabym, aby Marta poczuła się zlekceważona. Nominowała mnie do zabawy, która rozgrywa się na facebooku i na blogach, a polega na wybraniu (podaniu tak bez większego namysłu) dziesięciu najważniejszych książek naszego życia. Takich, które coś zmieniły w tym naszym życiu. Potem trzeba nominować kolejne 10 osób.
Wg mnie 10 to zbyt dużo, zwłaszcza, że już multum osób swoje "10" przedstawiało, zatem trochę zmniejszę tę ilość.

Oto moja dziesiątka, kolejność przypadkowa:
  • "Lalka" B. Prus
  • "Kocia kołyska" K. Vonnegutt
  • "Cudzoziemka" M. Kuncewiczowa
  • "Lotnica" M. Józefacka
  • "Mistrz i Małgorzata" M. Bułhakow
  •  "Kwiat kalafiora" M. Musierowicz
  •  "Sentymenty" A. Osiecka
  •  "Słownik wyrazów obcych i obcojęzycznych" W. Kopaliński
  •  "Życie oraz śmierć Angeliki de Sance" J. Podsiadło 
  • "Grzeczna dziewczynka" A. Białowąs

  • Uzasadnienie - dopiszę na konkretne życzenie.
    Na pewno o jakimś bardzo ważnym tytule zapomniałam z racji galopującej sklerozy ;-)
    Zastanawiałam się też nad taką oto knigą:
    Okładka książki Poznaję świat. Książka dla dzieci 6-8-letnich
    Źródło okładki: lubimyczytac.pl

Nominuję (udział dobrowolny):
 - Ewę Gogolewską- Domagałę

czwartek, 23 października 2014

"Na wieki wieków amant"

Coraz częściej na rynku wydawniczym pojawiają się biografie, wspomnienia bądź wywiady-rzeki dotyczące znanych osób ze świata filmu, teatru, muzyki. Ostatnio dość często goszczą w moich lekturach. Po książkowych spotkaniach m. in. ze Stanisławą Celińską i Anną Dymną przyszła pora na nową publikację wydawnictwa Prószyński i S-ka, tym razem z mężczyzną w roli głównej. Mianowicie sięgnęłam po wywiad z Tadeuszem Plucińskim – aktorem teatralnym i filmowym, estradowym artystą, niepokornym amantem słynnym z licznych romansów, człowiekiem niepospolitym i wszechstronnie utalentowanym.

Szczerze przyznam, że nie spodziewałam się aż tak barwnej i pasjonującej opowieści. Sądziłam, że będą to sentymentalne wspomnienia starszego pana, może gdzieniegdzie okraszone anegdotą. Tymczasem mamy do czynienia z żywiołową gawędą, pełną ciekawostek i pikantnych szczegółów, z której emanuje prawdziwa radość i pasja życia, poczucie spełnienia, osiągniętego szczęścia i pogody ducha.(...)

                                                   Ciąg dalszy recenzji (TUTAJ).

wtorek, 21 października 2014

Duet z pazurem


Autorka E. i Redaktorka O.
Zaczęło się od rzutu oka, potem było o zatokach...

Świetnie piszą piórem i pazurem. Fajnie im to wychodzi w duecie!


Gdyby jedna, nomen omen, nie domagała, to druga dopisze :-)

Polecam łaskawej uwadze taki oto

                   PROJEKT                 (klik)



poniedziałek, 20 października 2014

Nie lubię Zyskowskiej-Ignaciak

Najpierw przebudziła się ze snu o niebieskich migdałach, a potem w upalne lato uciekła znad rozlewiska, by opowiedzieć w fabularnej formie tragiczne dzieje Barbary i Krzysztofa Baczyńskich. Natomiast teraz "machnęła" taką powieść, że szczęka opada, nieładnie mówiąc. Nie lubię jej, bo teraz będę musiała przeczytać wszystko, co wyszło spod jej pióra ;-) I pomyśleć, że jakiś czas temu nie mogłam zapamiętać nazwiska Katarzyny Zyskowskiej- Ignaciak, usilnie je przekręcając (pamiętasz, Klaudia?)

Okładka książki Nie lubię kotów"Nie lubię kotów" to powieść, której absolutnie nie można wrzucać do jednego worka z  tzw. "babską literaturą", bo to nie jest ani komedia romantyczna, ani  ciepła i optymistyczna opowieść o spełnianiu marzeń, ani nawet słodko-gorzka malownicza "obyczajóweczka". To proza rasowa, syjam lub maine coon wśród dachowców, z ostrymi pazurami i iskrami sypiącymi się podczas głaskania pod włos. Z kotami nie ma ona jednak nic wspólnego, a ci, którzy z góry spisali ją na straty ze względu na tytuł - niech żałują i czym prędzej zmienią zdanie.

Sześć opowieści o szóstce  trzydziestoparolatków, których łączą różne relacje. Tak z grubsza rzecz biorąc, przedstawia się to następująco: Wojtek i Malina są małżeństwem. On kumpluje się z Konradem - wydawcą książki Dagmary. Ona - z Karoliną, siostrą Daniela, który miał niegdyś styczność z wspomnianą autorką. Z kolei Konrada i Karolinę też łączy pewna nić znajomości. W każdej z 6 części o odrębnych, istotnych tytułach (Archetyp, Dies irae, Lepszy, Prowincjonalna gwiazda chic-litu, Mistrz drugiego planu, Nie lubię kotów) na pierwszym planie jest jedno z nich. Zyskowska-Ignaciak nie opowiada jednak sześciu życiorysów ot tak, jako kolejne, gdzieś tam przecinające się wątki. Te 6 historii narysowanych ostrą, ciemną kreską (czasem też białą i sypką) posłużyło autorce do pokazania charakterystycznego rysu wspólnego pewnej części (bo nie można uogólniać) pokolenia dzisiejszych +/-30-latków. A może też jako przykład  tego, czego coraz częściej doświadcza współczesny człowiek.
Nakładanie masek. Gra pozorów, Udawanie kogoś innego niż się jest, także przed samym sobą. Kreowanie własnego wizerunku (również poprzez media, portale społecznościowe, blogi). Świat kariery i bogactwa. Moda na sukces. Droga po trupach, przez łóżko, kokainową ścieżką. Egoizm. Brak skrupułów. Perfekcja na pokaz. Samotność wśród czterech ścian i w  towarzystwa tłumie. Ucieczka w uzależnienia, ucieczka przed odpowiedzialnością za własne i cudze życie. szukanie remedium na problemy. Gonienie własnego ogona. Świat wiecznych Piotrusiów panów. I pań.

W 6 opowieściach autorka zawarła szeroki zasób  życiowych sytuacji, dramatycznych zdarzeń, dylematów, uwikłań.  Każdy z bohaterów dźwiga swój bagaż. Każdy nadawałby się na terapię u psychoterapeuty. Ze swoją zmorą zmaga się jednak sam, zagubiony  "między niewypowiedzianymi słowami, między płytkimi zdaniami" ( s. 372), bez prawa do strachu,niepowodzeń i słabości, bez odwagi, by się do nich przyznać, żeby żyć po swojemu, "jednolita, choć brudna masa" ( s. 373).
Trudno wśród tych postaci wybrać sobie "ulubieńca", nawet, gdy komuś współczujemy, to okazuje się, że i ów ma coś za uszami i nie jest do końca tym, za jakiego chce być uważany. To jednak nie jest ten typ powieści, gdzie kibicujemy bohaterowi śledząc jego perypetie i przeżycia. Tu mamy 6 obrazów, pozornie oddzielnych, z życia "warszawki" (ale podpiąć pod to można też inne środowiska), 6 odcinków reality-life.

Zyskowska -Ignaciak napisała powieść mocną, do bólu prawdziwą, śmiało obnażającą współczesną społeczność i ostro punktującą kondycję pokolenia trzydziestoparolatków, dla których życiowa gra zmierza do kwestii "pobite gary" (w nawiązaniu do książki "Znaki szczególne" P. Wilk), albowiem nie udźwignęli ciężaru, jaki wzięli na swe barki, rozczarowali się rzeczywistością, która skrzeczy, zgubili się w labiryncie pozorów i przyjmowanych masek.
 Język tej prozy jest również ostry, siecze bez owijania w bawełnę. Idealnie współgrający z treścią. Zakończenie - moim zdaniem znakomite. Teatralne zdemaskowanie bohaterów głosem pijanej postaci, która i o sobie szczerze mówi. Czy te "głosy prawdy" były wygłoszone realnie, czy tylko były alkoholową wizją w głowie bohaterki - do końca nie wiadomo. Ostatnie słowa fabuły - "wszystko będzie dobrze" niosą pozorną pociechę, to jakby kolejna złuda...

"Nie lubię kotów" należy do serii "Cztery pory roku". Nic mi o niej bliżej nie wiadomo, nie czytałam innych tytułów. Jeśli jednak są tak dobre jak 'Koty' to chciałabym je poznać. Współczesna proza polska ma wiele odmian, często zmierza w kierunku literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej albo - wprost przeciwnie - w stronę ambitnej, trudnej, ciężkiej, wymagającej. Powieść Zyskowskiej jest pośrodku i jest cholernie, przepraszam za ekspresję, dobra.

Nie lubię Zyskowskiej - Ignaciak, noo....

niedziela, 19 października 2014

Książka z wisienkami

ZdradaZacznę od tego, że nie lubię wytrząsania się nad twórczością Paulo Coelho (czy jakiegokolwiek innego autora) wyśmiewania się i szydzenia z niego przy każdej nadarzającej się okazji. Rozumiem, że komuś z jakichś powodów nie podoba się dana książka - wtedy  wygłasza negatywną opinię; komuś nie odpowiada styl danego autora- więc nie sięga po więcej jego twórczości. Natomiast takiego szydzenia "dla sportu" zdecydowanie nie pochwalam, nieważne czy chodzi o Coelho, czy kogokolwiek.
Nie ma wątpliwości, że P. Coelho nagrody Nobla nie dostanie, to nie ta półka, ale udało mu się porwać tłumy i odnieść wydawniczy sukces. Niejeden pewnie tego mu zazdrości.  
Dobrych kilkanaście lat temu czytałam "Alchemika" ( wyobraźcie sobie, że na kółko polonistyczne!) - to było wówczas coś nowego, innego, świeżego, wywierającego wrażenie na nastoletnich czytelnikach, szukających własnej drogi we wszechświecie. Przyjemna odmiana od tych wszystkich Rolandów, Tristanów, Kordianów i Granic.Odtąd zaczęła się moja "znajomość" z tym pisarzem, przeczytałam prawie wszystkie jego książki. Prawie.  Podobały mi się "Weronika postanawia umrzeć", "Na brzegu rzeki Piedry...", "Piąta góra". Chętnie bym je sobie przypomniała i sprawdziła, jak odebrałabym je teraz.
Później kolejne powieści przyjmowałam z mniejszym entuzjazmem ("Demon i panna Prym" - przegadane), ale w grę już wchodziło przyzwyczajenie, więc sięgałam po następne ("Jedenaście minut", "Brida", "Czarownica z Portobello"). "Pielgrzyma" i "Zahira" nie zmogłam, szczerze przyznam. Im dalej w las, tym było gorzej. "Walkirie" - ale o co chodzi??!!?? Dopiero "Zwycięzca jest sam" to było coś innego, mniej "coelhowego", ale już i tak miałam dość. "Alef" odpuściłam z góry. Nie podchodzę bezkrytycznie do książek P. Coelho i chyba nie ma nikogo, kto jednakowo zachwycałby się każdą z nich, bo trzeba oddać sprawiedliwość, że są wśród nich lepsze i gorsze.. Mam świadomość, że to nie jest "wielka literatura", ale nie można pomijać jej roli, bo i taka jest potrzebna, a naprawdę niejednej osobie coś ta twórczość wniosła w życie. Zatem będę bronić tego autora, a przynajmniej się starać.
O "książce z wisienkami", jak ją określiła - po okładce rzecz jasna -  moja trzylatka, niestety,  nie mogę się dobrze wypowiedzieć.
"Zdrada" to napisana w formie monologu opowieść o kobiecie, która miała wszystko (dom, rodzinę, pracę, bezpieczeństwo itp.), ale nie czuła się szczęśliwą, wręcz zmierzała ku depresji. Zmianą w jej życiu było nawiązanie pikantnego romansu z dawnym znajomym, a obecnie aspirującym politykiem, Jakubem.  Zapowiadało się ciekawie, ale zrealizowane zostało miałko i nudno.
Linda ma 31 lat, ale czuje się staro, ukazana jest jako ta, która młodość ma za sobą, przechodzi "kryzys wieku średniego". Swoją drogą jest młodsza ode mnie i zapewne od wielu czytelniczek. Pomyślałby kto, że po 30-tce to się wymiera jak dinozaury...
Ani bohaterka, ani jej motywacja nie wydają się przekonujące. Już nie wspominając o braku konsekwencji, zakończenie po prostu przechodzi nad całą sytuacją do porządku dziennego i mamy happy end jakby się nigdy nic nie stało. Zero -nie wiem jak to nazwać - dramatyzmu, pogłębienia problemu.
Zachowanie Lindy irytuje i kwalifikuje się do psychiatry. Powieść zresztą czyta się dość nerwowo, gdzie jest stary Coelho, gdzie jest "wszechświat"? Uff, jednak się znalazł. Pod koniec.
Coelho, oprócz tego, że poczarował złotymi myślami w swoim stylu, uległ "modzie na Greya" i nie byłoby w tym nic złego, gdyby całość powieści miała jakiś sens, a tu nie bardzo go widać, przynajmniej w moim odczuciu.
Nie podobało mi się. Gdyby to była moja książka, wyrzuciłabym ją do kosza na śmieci. Na szczęście tylko ją pożyczyłam.

( Przeczytane już dawno, ale dopiero teraz nadrabiam zaległości w notatkach)

czwartek, 16 października 2014

3 X Kiereś

Z ciekawością  sięgam po współczesną literaturę dla dzieci, nie tylko dla przedszkolaków. W książkach Emilii Kiereś (bardzo ładnie i solidnie wydanych przez Akapit Press) znalazłam wiele walorów:  ciekawe pomysły, rzadko obecnie występujące gatunki (baśń literacka), wartości moralne, piękną polszczyznę. Niedawno miałam okazję przeczytać aż 3 tomiki pióra tej autorki. Co o nich napisałam - zobaczcie w linkach.

 
 "Brat"












  
 







poniedziałek, 13 października 2014

Cztery. Mała impre -sj/zk-a





Tak, tak... to już cztery lata minęły od próby mikrofonu - uruchomienia niniejszego blożyny ;-)
Początki były nieco inne, bardziej "gadane", bardziej osobiste, refleksyjne. Teraz - zrobiło się typowo książkowo i raczej tak zostanie. Na pewno nie można się spodziewać u mnie żadnych lajfstajlów, parentingów i tego, jak to nazywa.... transse.. trendse..seter...sweterek... no, szafiarek ;-)
Co się zmieniło przez ostatni rok?
Wiele i niewiele, lecz w sam raz.
W grafiku - przedszkole Elwiry. W domu - kot.
Adela vel Bzik.

Czasem mam czas i ochotę na pisanie, czasem nie. Normalne.
"Przyplątały" mi się Wydawnictwo Marginesy oraz Magazyn Obsesje, z którymi całkiem miło się zrobiło, co nie znaczy, że z innymi tak nie było ( bo jest!) ;-)
Bieżący stan współprac w zakładce, a na liście "Lektury 2014" zaznaczam pochodzenie poszczególnych egzemplarzy. Udaje mi się odwiedzać bibliotekę, niestety własne zbiory ostatnio leżą odłogiem.
Spodobało mi się wyzwanie "Czytamy książki nieoczywiste", postaram się zatem coś nieoczywistego jednak w tym roku jeszcze poznać.
Tyle podsumowania, niech na Nowy Rok coś zostanie.
Koniec gadania, zapraszam do stołu:


niedziela, 12 października 2014

Spakowane!


Dość ciężki  to bagaż i w najbliższej przyszłości z tym autorem w podróż raczej nie wyruszę. Aczkolwiek było to ciekawe czytelnicze doświadczenie.

Na moją opinię o tej książce zapraszam na stronę: Czytajmy Polskich Autorów.


czwartek, 9 października 2014

Nowe, nowe...

...zdobycze książkowe.
Ostatnio sporo się tego uzbierało, a zanosi się na to, że to nie koniec. Proweniencja tychże knig jest różnoraka, a stan ich czytania i opisywania także rozmaity.  Przepraszam, że zdjęcie ciut mało ostre, ale i ja ostatnio coś niewyraźna jestem. Rutinocsorbin nie wystarczył.

Zatem tak:
 
  I. Egzemplarze recenzyjne.
  Od wydawnictwa Marginesy
- "Głosy Pamano" ( uległam reklamie ;-) )
- "Prawdziwa historia Ireny Sendlerowej"
- "Dymna" - biografia (nieobecna na zdjęciu,  zrecenzowana).

  Od wydawnictwa Wielka Litera:
 - "W powietrzu" I. Iwasiów  (chyba jednak niepotrzebnie tak się spieszyłam z recenzją)

Od wydawnictwa M
 -"W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" (to ta piękna egzotyczna książka za filiżanką)


Od portalu Czytajmy Polskich Autorów (z różnych wydawnictw)
 - "Proces" 
- "Walizki hipochondryka" ( oj, ciężkie te walizy, tekst w trakcie powstawania)
- 3x E. Kiereś: ""Brat", "Łowy", "Kwadrans" ( 2/3 przeczytane, teksty "się piszą" )
- "Powrót niedoskonały" ( Gajdzin powraca, ciekawe, w jakiej formie)
- "Na wieki wieków amant" - wywiad z T. Plucińskim (czytam akurat, interesująco ten aktor opowiada)

II. Biblioteka
 - "Nie lubię kotów" ( przeczytałam, świetne!)
 - "Farby wodne" ( bo Czarne, bo reportaż)

III. Zakupy,wygrane, otrzymane. 
 - "Pochłaniacz" -  nabyty w Biedronce.
 - "Księstwo", czyli trylogia Masternaka  - dodatek do gazety
 - Prowincja pełna szeptów - już jakiś czas temu wygrana
 - 3 tomy z serii książek L. M. Montgomery - to nic, że mam prawie wszystkie tomy o Ani, ale zbieram te nowe, ładnie oprawione dla Elwirki ;-)
- "Lesio" - nie szaleję za Chmielewską, ale za 6 zł jestem gotowa podjąć kolejną próbę zmierzenia się z jej fenomenem.
 -  "Grzeczna dziewczynka" - czytałam wcześniej w wersji e-book, teraz Autorka podarowała mi egzemplarz papierowy z dedykacją, dziękuję! Zapraszam na stronę Magazynu Obsesje, gdzie znajdziecie recenzję tejże książki, a wkrótce także wywiad z Autorką.
Zachęcam również do szukania powieści w księgarniach (Jest na półkach? Zerknijcie, proszę)




środa, 24 września 2014

Mięso w feromonach sentymentów ("W powietrzu" Inga Iwasiów)


Inga Iwasiów

W powietrzu
PREMIERA: 24 września 2014 r. 





W dobie popularności książek pokroju "50 twarzy Greya" Inga Iwasiów udowadnia, że można napisać ambitną powieść erotyczną.
W dodatku taką, jaka w rodzimej literaturze jeszcze nie zaistniała. Z całym szacunkiem, ale nawet Manuela Gretkowska może się schować. Dawno żadna książka tak mnie nie zaskoczyła swoją innością. Czuję też, jakbym się porwała z motyką na słońce, bo nie wiem, jakich narzędzi użyć, by tę lekturę przedstawić, jak ją "ugryźć", do czego porównać, w jakie ubrać konteksty. Samo pozostawanie pod ogromnym wrażeniem to za mało.

 "W powietrzu" to proza psychologiczno-obyczajowa, z mocno zmysłowym motywem przewodnim, który wbrew pozorom nie jest najważniejszy.
Bohaterka, a zarazem narratorka, jest wyzwoloną intelektualistką, obecnie w wieku dojrzałym. Dokonuje ona wiwisekcji swojego życia, ze szczególnym uwzględnieniem  życia erotycznego. Snuje opowieść o swoich seksualnych doznaniach, począwszy od platonicznego uczucia do Królowej Śniegu - wychowawczyni starszaków, inicjacji z nauczycielem muzyki,  poprzez doświadczenia z kolejnymi partnerami obojga płci  aż do szczęśliwego spełnienia, kiedy to jest "trwale rozpięta między ramionami trójkąta" i oswoiła swoje małe, wewnętrzne "tamagotchi".
Mówi  tak: "Opowiadam  jak w transie lub orgazmowo-nostalgicznym ciągu. Bez nadziei, że mnie zrozumiecie, zaakceptujecie, bo nie podaję znieczulenia. Nie znajdziecie tu nic, co mogłoby was bezkarnie podniecić. Mięso, samo mięso zamarynowane w feromonach sentymentów" ( s. 81)
Wspomina różne etapy: szkołę, studia, pracę, przywołuje dom rodziców i postać matki w podomce z nieodłączną szklaneczką czegoś więcej niż herbata. Przypomina sobie rozmaite fascynacje, a przy tym prezentuje barwny obraz mijających dekad 2 poł. XX w.,  dzieciństwa i dorastania w PRL, potem czas  wkraczającego postępu, rozwoju biznesu. Kawał polskiej historii. A wszystko to owiane sentymentem.
Stara się "zrekonstruować węzłowe momenty swojego życia erotycznego, historię oswajania Tamagotchi, swoje wątpliwości i motywacje". (s. 83) Opowiada o byciu prawie-żoną, o roli samotnej matki. O pracy na etacie w Instytucie Informatyzacji i w redakcji czasopisma 'Bez Kompromisów". O polowaniu, jakie prowadzi, odkąd skończyła 14 lat. O grach i zabawach. O niezobowiązujących układach, o trójkątach i  czworobokach. O poszukiwaniu i dojrzewaniu do harmonii z własną niejednoznacznością.
Bohaterka w tym wszystkim tkwi jakby zawieszona w powietrzu, jest jej w tej pozycji dobrze. Nadal poszukuje, ale już się nie waha. Kocha różnych ludzi "bezczelnych i zakompleksionych, obojętnych i egocentrycznych, empatycznych i przekraczających cudze granice".
W pewnym stopniu znajdziemy tu też społeczną charakterystykę, obraz kolejnych pokoleń wychowywanych w różnym duchu. Zagłębiając się w treść, odczytamy znacznie więcej niż opisy "łóżkowych sytuacji".

 W powietrzu" to swoista spowiedź  kobiety czerpiącej łyżkami z domeny Erosa, ale nie zapominającej także o Psyche. Powieść odważna, niepospolita, zaskakująca. Zapewne określenia "perwersyjna", "feministyczna", "kontrowersyjna" też się nadadzą.  Pokusić się można o pytanie, czy ta proza ma w sobie elementy autobiograficzne. Być może są w niej  ich śladowe ilości, ale tak krucha jest granica utożsamienia pierwszoosobowej narracji z głosem autorki... Czy nie obawia się tego profesorka literaturoznawstwa, krytyczka literacka, prezeska Polskiego Towarzystwa Autobiograficznego?

Podziwiam intelekt Ingi Iwasiów.  Podoba mi się jej felietonowy styl, sposób narracji.
Dariusz Nowacki (Gazeta Wyborcza) nazwał autorkę "Bambino" i "Ku słońcu" "najwyższej klasy specjalistką od wychwytywania i opisywania smaków i dotyków". Nie pozostaje mi nic innego niż się z nim zgodzić. "W powietrzu" przeczytałam od razu, jak tylko ją otrzymałam, niemal jednym tchem i z ogromnym apetytem na świetną prozę. O tej książce powinno być głośno. Przyrządzić takie "mięso w feromonach sentymentów" to tylko Inga Iwasiów potrafi!


Za możliwość przedpremierowej, ekspresowej lektury dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.



Follow by Email