środa, 3 grudnia 2014

Zupa - do zlewu

Przepraszam, jeśli kogoś zwiódł powyższy tytuł, bo nie będzie to wpis o kulinarnej porażce , czy przygodzie w kuchni lecz notka dotycząca "Zupy z ryby fugu" Moniki Szwai.

Okładka książki Zupa z ryby fugu
SOL 2010
Albo "wyrosłam"  z książek tej autorki, albo trafiłam na słabszą pozycję, bo wrażenia mam mętne i mieszane. Na początku zupełnie mnie nie wciągało, tak brnęłam niemal do setnej strony, jakieś takie "głupkowate" wszystko było. Potem jakoś szło, ale szału nie było, sama końcówka ujdzie - już chyba typowe dla Szwai- zamieszanie i rozwikłanie - uff, koniec.
Generalnie powieść koncentruje się na tematyce posiadania potomstwa i różnych metod jego "pozyskania", w tym in vitro,  zatrudnienie surogatki. Tak trudną i poważną problematykę można "ugryźć" w lekki, nawet komediowy sposób, ale w tym przypadku  - moim zdaniem - to nie  wyszło. Głupkowaty chaos i pięć grzybów w barszcz. Niby dobrze się skończyło, ale ani przesłania, ani jakieś wyraźnej idei w tym nie znalazłam. To, że trzeba wypić piwo (zjeść zupę), którego się nawarzyło, to już wiadomo od wieków.
O ile próbom i staraniom jednej z bohaterek "Z jednej gliny" L. Fabisińskiej, nawet gdy są one karykaturalnie przesadzone, kibicujemy z sympatią, to Anita Dolina - Grabiszyńska z domu Pindelak, nie tylko sympatii nie wzbudza, a wręcz irytuje. Z całkiem niby poukładanej babeczki stała się rozhisteryzowaną  chorągiewką na wietrze, która ulega różnym sugestiom, lata jak postrzelona między kliniką a kościołem, i choć oczywiście można i trzeba zrozumieć jej pragnienie dziecka, to nie sposób oprzeć się stwierdzeniu, że jej to "padło na mózg". 
W ogóle mało która z postaci występujących w tej powieści przypadła mi do gustu. Pojawiają się tu "znajomi" z innych książek ("Gosposia prawie do wszystkiego", "Anioł w kapeluszu" - to akurat dalsze dzieje od wydarzeń z "Zupy..."). Bohaterowie są tacy albo - albo. Albo chodzące anioły, albo "megiery", albo jeszcze "ciapy". Naprawdę nietrudno podzielić na dobrych i złych. I nie mogę się pogodzić z tym, że nauczyciel akademicki wykładający literaturę staropolską jest zarazem taką...zarazą wredną, fuj.
Wiecie co, różne bywają nazwiska, ale natężenie takich nietypowych na metr kwadratowy u Szwai jest już irytujace: Pindelak, Trumbiak, Wiesiołek. Z imionami też niezła jazda: Cyprian, Miranda, Światopełk, Bożysław... Lonia (Leokadia). Może jakoś utrwalają się jak tak pałętają się po różnych powieściach, ale na dłuższą metę to mi jakoś nie pasują.
Generalnie lubię twórczość tej  szczecińskiej pisarki,  jej poczucie humoru, ironia, ciepło.  Tym razem jednak nie trafiły do mnie.
Co ja będę dłużej wydziwiać, nie smakowała mi ta "Zupa...

8 komentarzy:

  1. Lubię twórczość Moniki Szwai, ale tej książki jeszcze nie czytałam, muszę sama zobaczyć jak mi się ona spodoba albo nie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie dlatego,że lubię jej twórczość, a tej nie czytałam, sięgnęłam jak tylko była na półce w bibliotece. I niestety, nie przypadła mi do gustu. Ale np. "Anioł w kapeluszu" podobał mi się bardzo.

      Usuń
  2. Był okres, że czytałam po kolei jej książki wypożyczając je z biblioteki, ale jakoś po ostatniej części "Klubu mało używanych dziewic" mi przeszło.....gdyż książka mnie znudziła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, jej książki są nierówne, co tu dużo mówić. Mimo całej sympatii. W końcu trafia się na tę nudniejszą, czy irytującą.

      Usuń
  3. A mnie akurat podobała się ta książka (choć czytałam w 2011 roku) . W ciągu jednej nocy ją wciągnęłam. Nie wiem jaki byłby odbiór dziś, po latach. Dawno nic pisarki nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odbiór książki w dużej mierze zależy od czasu i okoliczności. Na pewno tej już bym nie czytała, ale np, kiedyś czytałam "Dom na klifie" i niedawno sobie go kupiłam.

      Usuń
  4. Mnie jakoś do autorki nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma swoje typy, nawet w tych lekkich i rozrywkowych klimatach ;-)

      Usuń

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email