sobota, 31 grudnia 2011

Ostatni dzień....

Ostatni dzień tego roku mija tak szybciutko.... a był bardzo miły, wygrałam zakładkę w konkursie u Lirael, zapisałam się do kolejnego wyzwania, udało mi się zrobić całkiem smaczną sałatkę  i w ogóle jakoś tak przyjemnie jest.
Sylwestrujemy w domku, na spokojnie tak, kameralnie.
Podsumowanie jakieś pewnie zrobię, ale to na początku kolejnego roku.
Wszelkiej szczęśliwości życzę Wam wszystkim! Książkowej i osobistej.
Trzymajcie się ciepło!
Ag.

czwartek, 29 grudnia 2011

Zagadka ;-)

Ogłosiłam blogowe ferie...ale co to za ferie, skoro i tak zaglądam tu i tam, a to komentarzyk skrobnę, a to w konkursie udział wezmę....Nie wytrzymałam długo, tydzień raptem. Powiedzmy, że to była raczej przerwa świąteczna.
Dojadając piernik (teraz dopiero nabrał mocy urzędowej,) podczytuję coś fajnego. Coś nieco innego, niż zazwyczaj. Co?
To właśnie zagadka dla Was.
Podpowiedź brzmi:
Uuk.

A w nagrodę za odgadnięcie:


czwartek, 22 grudnia 2011

Hej kolęda, kolęda....

Wszystkiego dobrego, niech Wasze święta będą piękne i  radosne!
Do zobaczenia po Nowym Roku!
Ogłaszam zimowe ferie blogowe.

Stosik zaległy i zaległości na zamówienie

 Kalendarzowa zima za chwilę, a ta pogodowa jakby zaczynała się pokazywać... U nas dziś szronik zabielił świat za oknem, ale nie prószył śnieżek. Może jutro...

Oto, co zapałętało się u mnie od czasu ostatniej prezentacji. Nie ma tu tylko paru Elwirkowych nabytków, te może innym razem.
Cztery z nich już przeczytane, w tym jedna dawno("Fikołki..." - inny egzemplarz), dwie jakiś czas temu ( te na dole, już o nich pisałam), a jedna na świeżo (Evans- piękne!). Tę "kocią" też już przyswoiłam, ale raz to za mało, będzie o niej mowa po świętach.

Mam takie postanowienie (jeszcze staroroczne, ale do realizacji już chyba od Nowego Roku...), aby pisać może krócej, ale częściej i nie pomijać milczeniem czytanych książek, bo do tej pory nie każda znajdowała tu ślad w postaci wypowiedzi. W związku z "zaległościami", mam pomysł, a raczej pytanie, do Was -  Drogie Czytelniczki/Drodzy Czytelnicy - skierowane:
O których książkach z mojej listy przeczytanych w 2011 r. chcielibyście ujrzeć słowo a nawet więcej?
Które z książek prezentowanych w stosikach, a jeszcze nie tkniętych, mam teraz przenieść na kupkę do bieżącego czytania?
Sama jakoś nie umiem się zmobilizować, więc niech to będą książki na życzenie. O zebranych propozycjach opowiem w zbiorczym poście najprawdopodobniej już w styczniu.
Ale jeszcze nie znikam.
Do jutra!

środa, 21 grudnia 2011

Top10: książek/autorów przeczytanych pod wpływem blogerów

Znowu się bawię. Tym razem w Kreatywowy Top10. Temat bardzo mi podpasywał, bo chodziła mi po głowie myśl, by o czymś takim napisać w ramach podsumowania roku czytelniczego, o inspiracjach blogowych. Zatem do dzieła. Jak zwykle u mnie bez obrazków. Kolejność przypadkowa.
  • "Dziewczyna, która pływała z delfinami" Sabina Berman -  recenzje tej książki spotykałam wszędzie, aż miałam wrażenie, że już wszyscy ją czytali oprócz mnie, nawet chciałam kupić tę powieść, ale był traf, że dostałam ją jako nagrodę w konkursie (nawet nie grałam specjalnie o tę książkę, tylko przyznawano odgórnie 3 książki z kilku tytułów w puli nagród).

  • "Rok w Poziomce"Katarzyna Michalak - o tej pisarce dowiedziałam się dopiero z blogów, i zdziwiłam, że to nie debiutantka, a ja nic nie słyszałam o niej... "Rok." chciałam kupić, ale tak wyszło, że mam ją w sumie w drodze wymiany. Za mną "Zmyślona". Na lekturę czeka "Lato w jagódce".

  • Agnieszka Lingas - Łoniewska -  twórczość autorki "Bez przebaczenia" zagościła  u mnie dzięki blogom. Mam za sobą 3 jej książki. Na razie....

  • Katarzyna Ennerlich - to nazwisko wpisałam sobie na listę i udało mi się znaleźć w bibliotece "Oplątani Mazurami", chętnie przeczytam więcej.

  • "Samotny mężczyzna" Ch. Isherwood - na blogu o nim się dowiedziałam, dzięki blogerce przeczytałam, innej blogerce przekazałam ;-)

  • "Trzy" Piter Murphy - tego e-booka przeczytałam nie tyle pod wpływem, co za sprawą blogera-samego autora.
  • Po twórczość J.I. Kraszewskiego sięgnęłam za sprawą blogowej inicjatywy "Projekt Kraszewski"

  • Dzięki akcji Włóczykijka i blogowi Słowem Pisanym O polskich Autorach poznałam "Katharsis futurum. P. Omena, "Spaloną różę"A. Walczak, "Efekt  kobiety" M. Kalinowskiej, "Strażnika marzeń"M. Surmacza, "Póki pies nas nie rozłączy"R. Pawlaka.

  • "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" - M. V. Llosa- niewątpliwie zachęta blogerów przyczyniła się do tego, że ta książka znacznie przesunęła się w kolejce do czytania, ba- nawet wepchnęła się na sam przód- bym rzekła.
  • "Szukając Noel"  - pośrednio przez blogosferę "zawisło" nade mną nazwisko Richarda Paula Evansa, a książka ta przybyła do mnie wymiance "Z książką przy kominku"

    O, już mam dziesiątkę!Dodam jednak punkt jedenasty - zbiorowy:
  • Pod wpływem recenzji na blogach na mojej półce znalazły się (jeszcze nieprzeczytane) "Wiktoriańska herbaciarnia"Debbie Macomber i "Dłoń pełna gwiazd"Rafik Schami. A na uwadze mam na przyszłość słynną "Cukiernię..." i "Mariolę..." M. Gutowskiej Adamczyk  i książki Renaty L. Górskiej, i Colette koniecznie Colette!!!, i jeszcze pewnie parę by się znalazło przykładów, ale w tej chwili tylko te przyszły mi do głowy.

wtorek, 20 grudnia 2011

Mój dzień w książkach


 Pobawię się i ja. Korzystałam z tytułów z listy przeczytanych 2011, nie wszystkie są recenzowane, nie linkowałam. Zasady zabawy (gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi)- tutaj.
Generalnie chodzi o uzupełnienie tekstu tytułami książek.


:-)

Zaczęłam dzień (z) _Serenadą____.
W drodze do pracy zobaczyłam Sklep Pod Dziewiątą Chmurką_____
i przeszłam obok __Strażnika marzeń___,
żeby uniknąć ___Zakrętów losu__ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy ____Białym zamku_.
W biurze szef powiedział: Wciąż o tobie śnię_____.
i zlecił mi zbadanie __Exlibris- wyznań czytelnika___.
W czasie obiadu z _____Czytelniczką znakomitą
zauważyłam _Marię i Magdalenę___
pod ___Osterią w Chianti_ _ .
Potem wróciłam do swojego biurka w Ogrodzie wiecznej wiosny_____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam Srebrne dzwonki_____
ponieważ mam Podróż poślubną_____.
Przygotowując się do snu, wzięłam __Krótki przewodnik przekraczania granic___
i uczyłam się ___Szeptem__,
zanim powiedziałam dobranoc _Samotnemu mężczyźnie____ .

czwartek, 15 grudnia 2011

Szelma z Peru rodem

"(...)w życiu rzeczy  rzadko układają się tak, jak my, chudopachołki, sobie planujemy"*  
Ba, a nawet bardzo rzadko. Z zaplanowanego listopada z Llosą, na który przewidziałam aż trzy książki tego autora, zrobił  się grudzień, a ja wciąż "męczyłam" jeden tom. Oj, zalazła mi za skórę ta niegrzeczna dziewczynka. Po potężnej dawce prozy wypełnionej toksyczną miłością, cierpieniem, destrukcyjną uczuciową szarpaniną, emocjami oraz przeskokami w czasie i przestrzeni musiałam odpocząć i typowego harlekina z happy endem przeczytać. Odetchnęłam już na tyle, że mogę spisać garść refleksji po lekturze dzieła noblisty.

  "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to nieprawdopodobna historia, będąca właściwie autobiografią głównego bohatera, Ricarda Somocurcio. Wszelkie nieprawdopodobieństwa, niesamowite zbiegi okoliczności są wszakże prawem fikcji literackiej. To opowieść o miłości, ale daleka od romantycznej idylii, raczej droga przez mękę, gra w kotka i myszkę, żonglowanie ludzkimi uczuciami.

Gdyby Ricardo znał piosenki grupy Bajm, mógłby zaśpiewać swojej ukochanej "pojawiasz się i znikasz, mam na twym puncie bzika". Mógłby też zanucić rzewnie "miłość ci wszystko wybaczy" (choć jemu raczej wypaczyła). Tymczasem "chilijeczka" z fałszywą minką wyszeptałaby słowa przeboju Manaamu "Kocham cię, a kochanie moje to rozstania i powroty...". Istna kobieta - bumerang to była,  odchodziła i ciągle powracała, a kochała tak naprawdę chyba tylko bogactwo i potęgę. To wieczna blagierka, szachrajka, świetna aktorka życiowych ról.  Kameleon z fałszywym paszportem przybierający coraz to inne dane personalne. Żerowała na uczuciach Ricarda, pomiatała nim, z premedytacją sprawiała mu ból, a gdy wpadła w tarapaty, zawsze do niego zwracała się o pomoc. Uciekała od przeszłości, ciągle goniła za lepszym życiem, bardziej "ustawionym" partnerem. Chłodna, wyrachowana, co za sucz, chciałoby się powiedzieć. Z drugiej strony to bardzo nieszczęśliwa, zagubiona kobieta, szukająca swego miejsca na ziemi, próbująca spełnić swe oczekiwania wobec życia. Kojarzy mi się nieco z Holly Golightly, zawsze "w podróży", z niemal dziecięcą naiwnością podchodząca do świata. Jednak o ile bohaterkę "Śniadania u Tiffany'ego" bardzo lubię, to do niegrzecznej dziewczynki nie żywię pozytywnych uczuć. Nawet jej ciężkie przeżycia i choroba nie wzbudziły we mnie zbyt wiele współczucia, zwłaszcza, że podszyte zostały niepewnością, czego doświadczyła a co zmyśliła bohaterka. Ricardo natomiast wydał mi się podobny do Don Kichota, tyle, że zamiast walczyć z wiatrakami, walczył o miłość swojego życia. Był rycerzem w blaszanej (bo na złotą go nie było stać) zbroi, zawsze przybywał z odsieczą, ratował, pomagał, wybaczał.  Grzeczny chłopczyk.Wierny jak pies. Miał też cechy bohatera romantycznego- opętany  niespełnionym uczuciem próbował się zabić. Przez całe życie, które poświęcił pracy tłumacza, borykał się z "atrakcjami", jakie mu zafundowała niegrzeczna dziewczynka.

Podobało mi się bogate tło historyczno - kulturalne i przedstawianie kolejnych etapów życia bohatera w różnych miejscach.  Najpierw lata 50-te i  limeńska dzielnica Miraflores, gdzie dorastał Ricardo z przyjaciółmi. Potem Paryż początku lat 60-tych, gdy  bohater szuka pracy, a szykuje się rewolucja peruwiańska,  następnie podglądamy hipisowski Londyn..... Zajrzymy jeszcze do Tokio i Madrytu. Poznamy sylwetki ciekawych postaci np. "dragomana" Salomona, artystę Juana Baretto, perwersyjnego Fukudę, sympatycznych sąsiadów Gravosky'ch, zakręconą scenografkę teatralną Marcellę. Najbardziej chyba zapadł mi w pamięć Arquimedes, odczytujący znaki, gdzie można zbudować falochron, a gdzie  to się nie uda. Właściwie każdy rozdział to historia innej postaci, zapis czasów i miejsca, w którym obecnie przebywa Ricardo, a zawsze jak diabeł  z pudełka wyskakuje nasza szelma. Ona stanowi łącznik wątków.

Mieszane mam uczucia po tej lekturze. Nie to, żeby mi się nie podobało, ale jakaś przytłoczona jestem. Powieść odebrałam  zdecydowanie pozytywnie, ale bohaterowie zapewnili mi niezłą jazdę, ja nie mam zdrowia do takich historii. Na pewno na długo zapamiętam emocje towarzyszące tej książce. Polecam, oczywiście, ale zastrzegam, że każdy czyta na własną odpowiedzialność, a moja wypowiedź jest bardzo subiektywna i nie stanowi wyroczni.

Za pożyczenie książki dziękuję Justynie:-)
________________________
*M. V. Llosa, Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, Wydawnictwo Znak 2010, s.151.

środa, 14 grudnia 2011

Diagnoza

Jedni o północy pieką paluszki serowe, drudzy o pierwszej w nocy zakładają serwetę pod telewizor...
Poza tym wszyscy zdrowi....

;-)

Dobranoc.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Cudowna moc miłości, Kristin Hannah

 Kristin Hannah, Cudowna moc miłości, Świat Książki 2010, s. 335.

Według mnie tytuł stanowi integralną część dzieła literackiego. Jest jak  imię, które autor nadaje swojemu "dziecku". Są sytuacje, kiedy np. wydawca, redaktor  sugeruje inny tytuł, być może bardziej odpowiedni, bardziej chwytliwy, zwłaszcza dotyczyć to może debiutantów, ale zawsze to dzieje się to w fazie przed oddaniem książki do druku i chyba jednak to autor podejmuje ostateczną decyzję. Wybrać tytuł to jedno. Nieważne kto go wymyślił, pisarz, jego sąsiad, pani z kiosku, gdzie kupuje gazetę, czy spec od marketingu. Druga sprawa to zmienić tytuł, a tak niekiedy dzieje się w tłumaczeniach. Ta refleksja towarzyszyła mi podczas lektury "Cudownej mocy miłości"

Oryginalny tytuł powieści Kristin Hannah, bestsellerowej pisarki amerykańskiej( swoją drogą pierwszy raz o niej słyszę) brzmi "Angel Falls" - "Wodospad Anioła" i odnosi się do miejsca występującego w akcji. Nie mam pojęcia, czym się sugerowano, dokonując całkowitej zmiany. Czy wydawcy polskiej wersji liczyli, że słowo "miłość" w tytule zadziała na czytelników jak lep na muchy? Nie przeczę, są i tacy, których zwabiła ta "Cudowna moc...". Będą też tłumy takich, którzy na widok takiego napisu na okładce będą się niemal "otrząsać z obrzydzenia", albo przynajmniej krzywić. Osobiście nie sięgnęłabym po tę książkę właśnie za sprawą tytułu. Nie przepadam za takimi "wzruszającymi opowieściami  o potędze miłości" ( hasło z okładki). Skoro jednak przyniosła mi ją koleżanka( w ramach wymiany za te, które ja jej pożyczyłam), to nie wypadało nie przeczytać. Od czasu do czasu nawet harlekin nie zaszkodzi, a więc i takie powieścidło też ujdzie - stwierdziłam.

Przeczytałam nawet "bezboleśnie", średnio mi się podobało, ale jak już wspominałam - nie jestem fanką takowych powieści. Kojarzyła mi się z filmami z cyklu "Okruchy życia", albo amerykańskimi filmami familijnymi, bardziej obyczajowa niż romans.
Rzecz dzieje się w miasteczku Lost Bend, spokojnym zakątku "na końcu świata", w górach w stanie Waszyngton. Dziewięcioletni Bretster stara się zaimponować swojej mamie, pokazać jej, że jest już na tyle duży i samodzielny, by pojechać z nią na konną wyprawę do Wodospadu Anioła. Mikaela zajmuje się końmi, podczas porannej przejażdżki i skoku przez przeszkodę niefortunnie spada z wierzchowca. Stan jest poważny, kobieta zapada w śpiączkę. Walczy o życie. Cała rodzina robi, co tylko może, by jej pomóc. Mąż, Liam jest lekarzem, próbuje uleczyć ukochaną przywołując wspomnienia. Przez przypadek znajduje pamiątki z przeszłości i musi stanąć na wysokości zadania, gdy okazuje się, że właśnie w przeszłości leży klucz do przyszłości Mikaeli. Istnieje duża szansa, że jej były partner życiowy - słynny aktor- zostanie tym, który obudzi "śpiącą królewnę". Nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, bo trudno się nie domyślić, że kobieta się wybudzi ze śpiączki. Pamięć jednak spłata jej figla... i o tym już nie opowiem. Bardziej niż główną parą bohaterów przejęłam się przeżyciami dzieci, małego Breta i nastoletniej Jacey- tak mało brakowało by straciły mamę, a potem była dla nich jakby obca.

To opowieść o tym, jak cała rodzina wystawiona na ciężką próbę okazuje hart ducha, o pożegnaniu ze wspomnieniami, rozliczeniu z przeszłością, ustaleniu wartości. Może i trąci banałem, ale czasem miło poczytać takie historie. Wynotowałam cytacik:
" (...)prawdziwa miłość, to nie namiętny seks pod gołym niebem rozświetlonym sztucznymi ogniami, ale zwykły niedzielny poranek, kiedy mąż ci przynosi szklankę wody, dwie aspiryny i elektryczną poduszkę na bolący krzyż (...)" 
(s. 325)
No piękne... nieprawdaż?


Za książkę dziękuję Ani F.

sobota, 10 grudnia 2011

Kto chce książkę?

Koleżanka ma do sprzedania stosik książek. Niezniszczone, w twardych oprawach, tanie. Kto ma ochotę poczytać po angielsku - polecam. Lista tytułów tutaj.

piątek, 9 grudnia 2011

Niespodzianka

Mówcie sobie co tam chcecie, a ja powiem wam w sekrecie: Mikołaje są na świecie ;-)
Napisałam o tym tutaj.

czwartek, 8 grudnia 2011

Wymień się.... na Walentynki ;-)

Jeszcze nie skończyłyśmy się cieszyć z paczuszek - niespodzianek z wymianki "Z książką przy kominku"
(niektórzy nadal czekają na listonosza), a już nasza nieutrudzona Sabinka zorganizowała kolejną zabawę. 
Tym razem będziemy się wymieniać książkami pod hasłem "Z miłością w tle".  Zapisy do 26 grudnia, czas na zrealizowanie zadania do 10 lutego 2012 r. Zapraszam do przyłączenia się. Szczegóły i zasady znajdziecie tutaj.

 PS. Herbatka jagodowa i Twix....idealny zestaw na wieczorną chwilę odpoczynku ( zasłużyłam - oprócz standardowego zmywania i prania -wysprzątałam prawie całą łazienkę, wywaliłam worek niepotrzebnych rzeczy, no na co komu puste buteleczki po perfumach i próbki kremów, których nie używam, zresztą przeterminowane, i cała masa rupieci...)
"Szelmostw..." zostało mi parę stron.... Ciekawe, co teraz zacznę czytać... coś z poprzednich stosików. Ktoś ma pomysł? ;-)



Nareszcie...

....za oknem biało. W końcu grudzień, a tu tak do tej pory mało zimowo było, mało świątecznie. Już kolejny dzień jak nie wyrobiłam się z napisaniem o książce. W ogóle jakoś z niczym się nie wyrabiam. Jak nie urzęduję z Elwi, to ciągle coś robię, a końca nie widać. Porządki nie zaczęte. Niektórzy już pierniki pieką, a ja nawet planów/pomysłów/produktów nie mam. Właściwie to ja nie przepadam za świętami.
Dziś już jest baaardzo późno, więc tylko tyle.

piątek, 2 grudnia 2011

Kluczowa sprawa i takie tam

 Znalezione w "wyszukiwanych słowach kluczowych":
kiedy zabłysną lampki na nowym świecie
Ha, oto jest pytanie! Podejrzewam, że chodzi o świetlne dekoracje świąteczne. Nie wiem jak tam na Nowym Świecie, ale u nas, na Piłsudskiego, koło tzw. Skwerku, już są. Idą święta!

W ramach przedświątecznych przygotowań kupiłam łańcuch- srebrno - fioletowy, bo mi brakowało. Sezon mandarynkowy rozpoczęty. W czytaniu - nadal przestój. Najwięcej czytam blogów. "Zwierciadło" przeglądam. Suskinda przeczytałam w międzyczasie, bo krótki tekst, a "Szelmostwa..." nadal w trakcie. I pomyśleć, że miałam ambitny plan - listopad z Llosą, trzy jego książki, w tym najnowsze "Marzenie Celta". Nie wyszło, nim skończyłam jedną, nastał grudzień. W grudniu miał być czas na klasykę rosyjską ("Bracia Karamazow"), ale będzie zmiana, albowiem szykują się książki recenzyjne. Co to będzie- zobaczymy. Wybrałam z listy swoje typy, a co dostanę-  to się okaże.

Elwirka pełza po całym dywanie, najczęściej na wstecznym. Przymierza się powoli do raczkowania. Udaje też, że pływa  i robi "brrrrrr" jak samochodzik (tak parska).

O, a na koniec tak mi się przypomniało.... Wznowiono "Księgę z San Michele"Axela Munthe! Wydał ją Videograf. Kiedyś upolowałam stare wydanie w antykwariacie. Bardzo mi się podobało. Autor, szwedzki pisarz i lekarz, obdarzony niezwykłym zmysłem obserwacji barwnie i z humorem opisuje swoje podróże, perypetie, spostrzeżenia. Uwiecznia malownicze miejsca ludzi i klimat tamtej epoki, przełom wieku XIX i XX. Ciekawa, ładna proza. Z klasą.
Polecam!

czwartek, 1 grudnia 2011

O miłości i śmierci, Patrick Suskind

Patrick Suskind, O miłości i śmierci, przeł. z niem. R. Wojnakowski, Świat Książki 2009.

Gdyby nie ekranizacja  powieści "Pachnidło" (reż. T. Tykwer, 2006), mało kto słyszałby o tym autorze. Patrick Suskind, niemiecki prozaik, dramaturg i scenarzysta unika bowiem rozgłosu, odmawia przyjmowania nagród, nie stara się zawojować rynku wydawniczego na całym świecie, nie dobija się do czytelników. Można by rzec, że jest niekomercyjny. I chwała mu za to. Dobrze, że są twórcy,  którzy mają inne priorytety niż wysoka lokata na liście bestsellerów i nagłówki w kolorowej prasie.

Przyznam, że moja przygoda z twórczością Suskinda zaczęła się właśnie od "Pachnidła", choć wybaczcie, ale nie pamiętam, czy najpierw tę historię oglądałam czy czytałam. W każdym razie impulsem były medialne informacje na temat filmu. Podobało mi się. Było tajemniczo, mrocznie, ale i pięknie. Potem wpadła mi w ręce "Historia pana Sommera" (ilustrował ją J.J. Sempe!), dla odmiany lekka, zabawna.ale i refleksyjna. Polubiłam prozę Suskinda. Po "Trzy historie i jedno rozważanie" sięgnęłam z radością. Autor jest mistrzem krótkich form, literackich puent, łączy prostotę z wyrafinowaniem, a jego teksty mają filozoficzną głębię (oj, górnolotnie to zabrzmiało, ale niech nikogo nie odstrasza ta "filozofia", po prostu - mądra, ambitna proza). Powzięłam wyzwanie przeczytać wszystkie publikacje pisarza, przede mną "Gołąb" i jednoaktówka "Kontrabasista" (choć głowy nie dam, czy już nie czytałam...), więc gdy zobaczyłam w bibliotece "O miłości i śmierci" ucieszyłam się bardzo.

Opis z okładki: "Miłość i jej odwieczna rywalka śmierć są tematem prowokujących rozważań Patricka Suskinda. Na przykładach z filozofii i literatury (od Platona  przez Kleista po T. Manna) oraz ze współczesnego życia, autor przedstawia miłość jako potęgę zarówno niebiańską, jak i piekielną..."Nic dodać, nic ująć. Notka świetnie oddaje tematykę i zawartość tego kilkudziesięciostronicowego eseju.  
Motto stanowią słowa św. Augustyna: "Jeżeli mnie nikt o to nie pyta, wiem; gdy zaś chcę wyjaśnić pytającemu, nie wiem."(Wyznania).
Autor wysnuwa tezę, że artyści dlatego tak szczególnie zajmują się tematem miłości, gdyż tak naprawdę niewiele o niej wiedzą, jest ona tajemnicą, ma w sobie coś niewyjaśnionego. Rozważania rozpoczyna od przykładu z "Uczty" Platona. Eryksimachos pojmuje Erosa jako stałą fizyczną, która porządkuje świat we wszystkich możliwych dziedzinach. Miłość ma aspekty fizyczne, chemiczne, mechaniczne i wegetatywne. Stendhal nazwie ją krystalizacją, gorączką. Sokrates pojmuje zakochanie jako odurzenie, chorobę i szaleństwo, ale to najlepsze odurzenie jakie istnieje, boskie szaleństwo, mania tęskniąca za boskością. Eros-potężny demon wszczepia ludziom pożądanie tego, czego im brakuje (piękna, dobroci, szczęścia itp.) Dalej Suskind przywołuje przykłady z życia i sięga do niemieckiej literatury w kontekście istoty miłości i śmierci, ich związku. Przedstawia bardzo ciekawą interpretację mitu o Orfeuszu, porównuje go z Jezusem, zestawia ze sobą ich walki ze śmiercią. Jedna to historia niepowodzenia, druga- triumfalna. Dochodzi do ciekawych wniosków. Nie chcę ich wyjawiać, ani też nie streściłam rozważań, aby nie odbierać przyszłym czytelnikom przyjemności z  czytania i rozmyślania. 
Polecam  twórczość Suskinda wymagającym czytelnikom, którzy szukają czegoś innego niż nurt literatury popularnej.
 

środa, 30 listopada 2011

Dinozaurowato

Nie mam czasu na czytanie, nie mam czasu na pisanie.. Jakoś dużo Elwiry i zajęć domowych ostatnio. Będzie tylko anegdota. Z cyklu dialogi rodzinne.
Na leżaczku - bujaczku na obiciu oparcia jest taki pomarańczowy bajkowy dinozaur. Mówimy, że Elwirka śpi z  dinusiem. I tak od tego zaczęła się rozmowa o tym, że dzieci zwykle lubią dinozaury, interesują się nimi, wiele małych bystrzaków ma bogatą wiedzę o tych stworzeniach, zna mnóstwo gatunków. No a my w sumie to niewiele wiemy. Jakie znamy dinozaury?
- Tyranozaur, brontozaur - zaczęłam wymieniać. - Ty pewnie znasz więcej - rzekłam do męża ( który zazwyczaj zaskakuje mnie znajomością nazw zwierząt, o których ja pierwsze słyszę). O, jeszcze triceratops....
Mąż zaś:
- Czterodaktyl.
Ja na to:
- CO???
- Czterodaktyl- powtórzył z powagą.
Myślałam, że się uduszę. Ze śmiechu.

A oto bohater naszego dialogu, cztero... eeee ptero. Pterodaktyl. Zdjęcie zapożyczone z sieci.
Pozdrawiam! ;-)

czwartek, 24 listopada 2011

"Broniewski. Miłość, wódka, polityka"

Nie przypominam sobie, żeby ktoś zachwycał się poezją Władysława Broniewskiego. Gałczyński, Tuwim, owszem. Ale Broniewski? A ja tam go lubię! Pamiętam z domu taki tomik wierszy zebranych w brązowej płóciennej okładce. Podczytywałam czasem, więc pewnie stąd mam sentyment. Szkolne czasy to natomiast bliższe poznanie "Bagnetu na broń" i cyklu wierszy poświęconych zmarłej córce ( w zestawieniu z Trenami Kochanowskiego do matury jak znalazł). Tak się jakoś bardzo politycznie i nieaktualnie kojarzy poezja Broniewskiego, przydałoby się poznać ją bliżej, zgłębić. W tym może pomóc biografia "Broniewski. Miłość, wódka, polityka" pióra Mariusza Urbanka. Bardzo się ucieszyłam, gdy wiadomość o jej wydaniu znalazłam w newsetterze portalu granice.pl. Notka jak notka, ale spis treści....- już te tytuły sprawiają, że bardzo chciałabym przeczytać tę książkę.
Przy okazji - nie wiedziałam, że Wydawnictwo Iskry jeszcze istnieje (choć nie wiem, czy i na ile, ma coś wspólnego z dawnymi Iskrami).


 PS. Mikołaju.... ;-)

środa, 23 listopada 2011

Ostrożnie z ostem i inne takie

Rzadko zaglądam. Dawno nie pisałam. Żeby jednak nie odwyknąć zupełnie, wkleję coś z zapasów.  Może tekścik, który powstał na potrzeby konkursu "Zamyśleni w zieleni".
Zdjęcie będące inspiracją obejrzycie tutaj.
A oto rzeczony tekst:
 ***
Osty, o ile nie stają się obiadem dla Kłapouchego, potrafią być bardzo asertywne. Stanowczo bronią się kłującymi liśćmi i łodygami przed pochopnym zrywaniem i w bukiety wiązaniem. Stawiają sprawę na ostrzu noża. Strażnicy ugorów. Łąk wartownicy. Mówią "nie" łaknącym kontaktu z przyrodą potomkom Adama i Ewy, którzy sami siebie złapali w pułapkę cywilizacji. Mało kto potrafi dotrzeć do sedna ostowatości, dostrzec w nich kruchość i subtelność skryte pod szorstką powierzchownością. Oset w języku kwiatów symbolizuje mizantropię. Tak, niechęć do ludzkości jest u nich bardzo widoczna. Nic dziwnego, wszak ludzie są jak ten puch na wietrze, niestali i nietrwali, zaledwie przechodnie na gwarnej ulicy, nędzni aktorzy w teatrze świata, podróżni w wędrówce- no właśnie dokąd... Osty jak pytajniki wyciągają swe długie szyje. Wysyłają w kosmos s.o.s. sondami nasionek. Wiatr unosi je do nieba.
 *** 

Ja tu o ostach, a tymczasem w telewizorni pokazali, że gdzieś w naszym pięknym kraju kwitną i owocują truskawki, w lesie pojawiają się zawilce, sama widziałam fioletową prymulkę w przedblokowym ogródeczku. Wiosna, jesień? Zima- ni ma!

"Szelmostwa..." - czytam,  powoli czytam... Mam zastój czytelniczy, ale to nie za sprawą doboru lektury. Po prostu nie wyrabiam.

Ann, dzięki za poradę w sprawie parowara, mam nadzieję, że taki nie żre dużo prądu...

Pa!




poniedziałek, 14 listopada 2011

Listopadnięta

Smętnie. Już pół listopada za nami, drzewa  za oknem wyłysiały,  widok nieciekawy, w czytaniu zastój, "Szelmostwa..." ledwo zaczęte ( drugi rozdział dopiero nadgryzłam). Jestem coraz bardziej zmęczona i niewyspana. Padam na pysk. Nie mam siły i ochoty na konkursy, komentowanie, pisanie, myślenie, ani żadne konstruktywne działanie... Podczytuję to tu, to tam, szukając wytchnienia i wczorajszego dnia. Nie ma go jednak nigdzie... Nie nadążam.
Na pocieszenie listopadowe nuty:

czwartek, 10 listopada 2011

Póki pies nas nie rozłączy, R. Pawlak

W piątek przybyła do mnie Włóczykijkowa paczuszka. Batonik został pożarty niemal natychmiast, herbatki trafiły do pojemnika, gdzie je gromadzę i losowo wyciągam do zaparzenia późnym spokojnym wieczorem. Zakładki dotarły  drugim kursem. Wcale się nie dziwię, sama zawsze bardzo się pilnuję, żeby nie zapomnieć ich włożyć do paczki. Nie uwieczniłam przesyłki na zdjęciu. Okładkę zapożyczyłam z sieci.
Książka wskoczyła od razu na pozycję " czyta się", to nic, że miałam już dwie inne napoczęte.
Tym sposobem na listę przeczytanych wpisuję:
Romuald Pawlak, Póki pies nas nie rozłączy, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2011, s. 284.

O autorze do tej pory wiedziałam tylko tyle, że jest. Po lekturze - polubiłam go awansem. Wyszukałam co nieco informacji na jego temat. Nie gustuję w fantastyce i powieściach historycznych, więc wierną czytelniczką prozy pana Romualda nie zostanę, najwyżej sięgnę po twórczość dla dzieci i młodzieży. Pozostanę jednak w przekonaniu, że to bardzo sympatyczny, fajny człowiek, zwłaszcza, że fascynują go humbaki, do których mam pewien sentyment...  Garść wiadomości na temat pisarza znajdziecie tutaj.

Swoją wypowiedź odnośnie książki zacznę od pochwalenia okładki. Zielony grzbiet, roślinne ornamenty, sympatyczna psia mordka i słonecznik w miejscu, gdzie zazwyczaj widnieje logo wydawnictwa (jest ono umieszczone bardzo dyskretnie) - całość sprawia bardzo dobre wrażenie, wzbudza pogodny, optymistyczny nastrój i zachęca do czytania.

Przyznam, że choć zdecydowanie wolę koty, to psy też lubię. Zwłaszcza, gdy nie skaczą po mnie jak opętane, nie tratują mnie w drzwiach, nie ładują tyłka na kanapę i broń Boże, nie liżą. Mimo sympatii mam do nich dystans, nie chcę mieć psa w domu, raz, że mieszkamy w bloku, dwa- byłby problem z wyprowadzaniem ( o świcie nie wstanę, po zmroku nie wyjdę, a w ogóle to mało spacerowa jestem, gdyby spacer z przyjemności stał się obowiązkiem byłaby to dla mnie istna udręka). Kończę tę dygresję i przechodzę do sedna. 

 Zacznę od przedstawienia głównych bohaterów.
Michał Kindera (czyżby zawoalowany ukłon w stronę czeskiego pisarza?) jest dziennikarzem lokalnej gazety, bazującej na plotkach, skandalach i historiach wyssanych z palca bądź odgrzewanych sprzed roku. Aktywnie działa na internetowym  forum osiedlowym, kryjąc się pod kilkoma nickami wywołuje burzę w szklance wody. Jest znawcą koszykówki i  ma tajny układ z szefem, który "żeruje" na jego pasji.
Renata Maj to wrażliwa wegetarianka, pracuje jako kierowniczka w osiedlowym spożywczaku, marzy o rycerzu na białym koniu i czułości.

W nieformalnym związku Michała i Reni dzieje się coraz gorzej, są razem chyba już z przyzwyczajenia.On nie chce rozmawiać o ślubie, wręcz przeciwnie - zastanawia się  nad odejściem od swojej "lepszej ćwiartki". Tymczasem ona chce kupić psa. Michał jest sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, już nawet nie dlatego, że pochodzi z rodziny kociarzy, ale dlatego, że nie chce kolejnych kłopotów- to nie czas na wspólnego psa, gdy kroi się  rozstanie. 
Kobiety jednak są uparte i mają swoje sposoby. W mieszkaniu Michała i Reni pojawia się Egon, czarny pudel, diabeł wcielony, ale słodziak. W dodatku ma on misję nadaną przez samego Pana Stworzenia. Perypetii i zamieszania będzie co niemiara. Michał powziął plan trzymania się na dystans od pupila partnerki, potem postanowił go skompromitować. Czy to mu się uda? Czy pies scementuje związek bohaterów? Jak bardzo namiesza w ich życiu? Szczegółów nie zdradzę.

Nie powiem też jak zakończy się "wojna podjazdowa" wypowiedziana przez Michała sąsiadowi z dołu, Rospondkowi,  który pod oknem hodował paskudnie śmierdzącą meksykańską roślinę. Nie wiem, czy taki okaz flory rzeczywiście dałby radę rosnąć w naszym klimacie, ale nieistotne, grunt, że wątek botanicznego śmierdziela jest zabawny i oryginalny.
Duży plus stawiam za bohaterów - normalnych, zwykłych szaraczków. Sprzedawczyni ze sklepu, pijaczek, emeryt, kierowca ciężarówki, sąsiedzi z osiedla... To ich spotykamy na co dzień, nie aktorów, pisarki, prawników, pracowników pr i  reklamy, czy szefów wielkich firm, od których aż roi się w niektórych pozycjach literatury popularnej, typu czytadło.

Słówko o narracji. Opowieść jest snuta z męskiego punktu widzenia. Raz opowiada Michał, raz narrator zewnętrzny,  trzecioosobowy. Język jest prosty, żywy, rzeczowy, ładny.

To pogodna, lekka powieść, z humorem. Trochę w krzywym zwierciadle pokazuje życie zwykłych ludzi na osiedlu małego miasteczka, zaplecze redakcji lokalnego pisemka, świat hodowców psów i relacje damsko - męskie. 
Lektura  "Póki pies nas nie rozłączy" to prawdziwa dogoterapia - bawi, relaksuje, odstresowuje.
Polecam nie tylko miłośnikom psów. 

Książkę przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka".

poniedziałek, 7 listopada 2011

Paseczki

Z cyklu scenki domowe:

Siedzę w pokoju i sporządzam listę zakupów. Mąż udał się do kuchni. Wołam za nim:
- O, jak tam jesteś, to sprawdź proszę, czy mamy makaron świderki, dobrze?
Mąż zagląda do szafki, szura opakowaniami.
- I co?- pytam.
- Są paseczki - odpowiada.
- Ha, ha, ha!
Spadam z krzesła. Kurtyna.


A tak poza tym, to żyję sobie pomalutku, wygrzewam kości w listopadowym słoneczku i patrzę, jak drzewa za oknem łysieją... Czytam książki pożyczone i  biblioteczne (zawiodłam się nieco), a także włóczykijkową (pozytywne wrażenia). Właściwie to już ją skończyłam, tylko musi mi się uleżeć w głowie zanim napiszę relację. I zaczynam mój << listopad z Llosą>>.
Dostałam dziś przemiłą przesyłkę - wylosowany  u Przynadziei "Wilczy szlak" Gryllsa wraz z bonusami i herbatkami. Oddałam płaszcz do pralni. Elwi się nam rozgadała, jak złapie "fazę na gadanie" to nic tylko "bababa" "bapapapa", "abe", "apla", "ata", "bwww" itp.
Mam taki rozdźwięk, z jednej strony chce mi się pisać, a z drugiej nie chce...
Tymczasem życzę miłego tygodnia!
Apla pla!;-)

środa, 2 listopada 2011

Zakład o miłość

Agnieszka Lingas – Łoniewska, Zakład o miłość
Wydawnictwo Novae Res 2011
s. 246.

Premiera: 9 listopada 2011











Zakład o miłość” to według mnie znakomity materiał na komedię romantyczną. Chociaż nie jestem pewna, czy wersja filmowa zdoła oddać te wszystkie emocje, które aż buzują na kartach powieści – rozpalone w sercach bohaterów płoną tak, że ich iskry dosięgają czytelnika. Po raz kolejny Agnieszka Lingas – Łoniewska serwuje nam porcję zajmującej emocjonalnej prozy, przenosi nas do świata przeżyć swoich postaci, pozwala nam niemal uczestniczyć w rozgrywających się zdarzeniach. Tym razem poznajemy Sylwię i Aleksa.
Ona to panienka z dobrego domu, arystokratka z zasadami, posłuszna rodzinnej tradycji. Studiuje historię sztuki, za dwa tygodnie wychodzi za mąż, a w perspektywie ma odziedziczyć sieć galerii (sztuki, nie handlowych, rzecz jasna). Wszystko ma poukładane i zaplanowane. Długowłosa blond piękność czuje jednak pewien niepokój, jakby brakowało jej powietrza.... Na szczęście ma wierne koleżanki, które pewnego wieczoru wyciągają ją na dyskotekę do klubu....
On jest synem biznesmena, pracuje w firmie ojca. Żyje rozrywkowo, lubi się zabawić, zwykle ma to, czego chce – typ zdobywcy. To taki zimny drań, bez skrupułów bez dwóch zdań. Drań o lazurowych oczach. Pod maską lodowatej obojętności i bezwzględności ten przystojniak o ksywce „Cichy” skrywa bolącą ranę z przeszłości.... Wieczory zazwyczaj spędza z kumplami na imprezach. Pewnego razu wpadła mu w oko zjawiskowa zielonooka dziewczyna....
Czy ich spotkanie to przypadek czy przeznaczenie? A może Amor tak trafnie wybrał i cel, i łuk”?*

Akcja nie obfituje może w zdarzenia, ale za to mnóstwo się dzieje na płaszczyźnie damsko- męskiej, uczuciowej. Bohaterowie nie są statyczni, zmieniają się na oczach czytelnika.
Pod wpływem Cichego Sylwia zaczyna zastanawiać się nad tym, czego tak naprawdę chce, uświadamia sobie, co ( i kto) ogranicza jej wolność i tłamsi marzenia. W jej poukładanym dotąd życiu pojawia się odrobina spontaniczności i szaleństwa, a lista priorytetów ulega dekonstrukcji. Tymczasem do ślubu coraz bliżej.... 
Natomiast pod wpływem Sylwii w Aleksie zaczyna coś kiełkować: to serce i sumienie zaczynają wypuszczać pędy i pierwsze listki... Czy Cichy pozwoli rozkwitnąć uczuciom? Czy przegra zakład? Czy wyjaśni sprawy z przeszłości, które snują się czarną smugą nienawiści?
Założę się, że jesteście zaciekawieni....

Oprócz głównych bohaterów są też inne postacie budzące emocje. Na kartach „Zakładu...” pojawi się antypatyczny Marcelek, którego ma się ochotę kopnąć w kostkę oraz dla przeciwwagi urocza, starsza pani- ciotka Eugenia, która przy deserze w cukierni udziela lekcji, jak czerpać z życia pełnymi garściami. Wystąpi też Martynka, radosna dziewczynka, mądrzejsza i więcej widząca niż wydaje się dorosłym, a także pewna kobieta, która odegrała niebagatelną rolę w życiu Aleksa. Rodzice bohaterów, ich koleżanki i koledzy też dorzucają swoje „trzy grosze”. Natłoku postaci jednak nie ma, co sprawia, że skupiamy się na głównym wątku.

Narracja jest pierwszoosobowa, prowadzona dwutorowo. Poznajemy kolejne wydarzenia i przeżycia im towarzyszące na przemian z punktu widzenia Sylwii i Aleksa. Taki dwugłos.
Epilog mnie zaskoczył. Stanowi klamrę całej historii zarówno od strony fabuły jak i narracji. Odsłania, a raczej dyskretnie wskazuje, to, co nie zostało opowiedziane

Zakład o miłość” jest współczesnym romansem, ale romansem z bonusem. Tytuły poszczególnych rozdziałów wyznaczają jakby pewien schemat (Spotkanie, Zakład, Podchody, Zauroczenie, Rozterki, Decyzja(...) Ona i on... itd.), ale traktowałabym to raczej jako uporządkowanie treści, bo trudno mówić o schematyczności, gdy oprócz ciekawego wątku miłosnego mamy drugie dno. To także opowieść o trudnych relacjach z matką, o tym, jak wydarzenia z dzieciństwa rzutują na osobowość człowieka, o tym, że należy żyć własnym życiem, spełniać własne marzenia, a nie realizować czyjeś plany.

Książkę się wręcz pochłania. Założę się, że przeczytacie ją w jeden wieczór. Będziecie drżeć z napięcia i ciekawości, będziecie trzymać kciuki za bohaterów, współczuć, denerwować się, jednym słowem – przeżywać. Czyż nie tego właśnie szukamy wędrując przez książkowe światy?


*Cyt. z piosenki „Baw mnie”Seweryna Krajewskiego

PS. Tradycyjnie na końcu książki znajdziecie playlistę, spis utworów, które inspirowały autorkę do pisania niniejszej powieści. Tymczasem mnie podczas lektury skojarzyła się ta piosenka:



poniedziałek, 31 października 2011

Zamyślona w jesieni... wygrałam!

 Słuchajcie, ale numer!
Zupełnie się nie spodziewając, zajęłam 1 miejsce w konkursie "Zamyśleni w zieleni" organizowanym przez Kamila Czepiela, autora "Przedśmiertnego neuroleptyku". Jestem zaskoczona i bardzo się cieszę.
Narzekałam na ilość etapów, pod koniec pisałam już tak cokolwiek, byle tylko nie wypaść z rytmu i nie tracić punktów. Dziwne, że za te teksty pisane "na kolanie" dostawałam maksymalną ilość punktów ;-)
Powrzucam tu parę kiedyś.
Tymczasem zmykam.
Kłaniam się zamaszyście,
szurając nogą o jesienne liście!

czwartek, 27 października 2011

O tym, że z biblioteki nie da się wyjść z pustymi rękami i o tym, że nam sklep remontują oraz czego słucham jak już mam wszystkiego dość

 Wybrałam się dziś do biblioteki z zamiarem oddania 2 wypożyczonych tam książek ("Oplątani Mazurami" Enerlich i "Saturn" Dehnela) i tymczasowego zawieszenia działalności czytelniczej na rzecz własnych zbiorów. Zastrzegłam jednak, że jeśli będzie na półce coś naprawdę wyjątkowego lub coś co "muszę" koniecznie przeczytać.... I było! Dzielnie powstrzymałam się od książek z serii Labirynty - Kolekcja Prozy oraz od mnóstwa ciekawie się zapowiadających "babskich" czytadeł, ale gdy zobaczyłam cieniutkie "O miłości i śmierci" P. Suskinda, a na ladzie oddaną akurat dziś "Zmyśloną"Kasi Michalak.... Nie mogłam się opanować . Wypożyczyłam. Najwyżej poleżą troszkę. Suskind to zresztą króciusieńkie, ze 70 stroniczek, a u Michalak taka duża czcionka.... Będę to mieć jako przerywnik potem, bo planuję nieodwołalnie listopad z Llosą.
Tymczasem muszę ochłonąć po pewnej książce, wkrótce napiszę o niej.

A co z tym sklepem, zapytacie.... Otóż jeszcze w piątek mąż robił zakupy w Biedronce w centrum, a wczoraj koleżanka mówi, że jej mama widziała tam puste półki...przechodziłam dziś tamtędy, a tam..... nawet półek już nie ma, remontują, kują ściany, podłogi, placyk - parking obok....Huk, stuk i pył.... Przebudowa domu handlowego głosi tablica informacyjna. Bo to na parterze takiego DH było.... Niefajnie, mieliśmy tam bardzo blisko, teraz trzeba będzie jeździć na drugi koniec miasteczka... Jasne, że są i inne sklepy, ale co Biedronka, to Biedronka.

Jestem dziś padnięta, bo w nocy Elwirze się na "dyskusje" zebrało. Nie, nie płakała nawet, ale marudziła, musiałam ją wziąć do łóżka, bawiła się, turlała, gaworzyła... a rodzice oczy na zapałki....W dzień też trochę dała nam w kość. Do południa w porządku, urzędowała z tatą, a ja biegałam po mieście, potem na spacerek ich wyprawiłam, a po południu było z nią, no może nie siedem światów, ale co najmniej pięć. Ogólnie nie narzekam, ale czasem już nie mam siły po prostu....

I wtedy włączam sobie na przykład to:

Albo to...

wtorek, 25 października 2011

Bez przebaczenia, Agnieszka Lingas- Łoniewska



Agnieszka Lingas- Łoniewska, Bez przebaczenia, Wydawnictwo Novae Res, 2010, s. 340.

Emocje, emocje i jeszcze raz emocje - tak najkrócej określiłabym prozę wrocławskiej pisarki.  Proponowałabym umieścić na obwolucie jej książek ostrzeżenie: "Uwaga, Czytelniku! Nie zabieraj się za czytanie wieczorem, gdy następnego dnia musisz wcześnie wstać - zarwanie nocy murowane!" Powieść "Bez przebaczenia" niesamowicie mnie wciągnęła. Odrywałam się od niej późnym wieczorem z rozsądku, albowiem dziecko rano nie przyjmie do wiadomości, że nieprzytomna z niewyspania mama chce jeszcze pospać....W każdym razie książkę da się pochłonąć jednym tchem.

Czytając, nie zastanawiałam się, czy opisywane zdarzenia są przewidywalne, czy nie, czy to prawdopodobne, czy nie,  czy naiwne, czy jakie tam jeszcze.... Nie, książki się przeżywa, a nie analizuje. Przyszło mi jednak do głowy pytanie, co jest wyznacznikiem dobrej powieści? Stopień wciągnięcia, moim zdaniem. Gdy lektura pochłonie nas bez reszty, przeniesie nas w inny świat, oderwie od codzienności, to ten walor wysuwa się na pierwszy plan. Nie czepiamy się wtedy charakterów postaci, opisów, dialogów i innych elementów. Oczywiście trzeba też przyjąć, że każdego wciąga coś innego, bo ilu czytelników, tyle gustów i oczekiwań. Debiutancka publikacja A. Lingas - Łoniewskiej pod względem porwania czytelnika w wir akcji i emocji znakomicie się sprawdziła. Jak to zazwyczaj bywa, osnową powieści są uczucia dwojga młodych ludzi....

Utalentowana plastycznie Paulina dźwiga na barkach ciężkie brzemię winy. Po śmierci matki i braciszka przenosi się do domu swego biologicznego ojca, ale tam nie znajduje bezpiecznej przystani. Opiekun   próbuje zmiażdżyć  artystyczną duszę córki  wojskowym rygorem i pogardą. Czy to mu się uda? Sytuacja jest naprawdę trudna. Na szczęście na horyzoncie pojawia się Piotr, niczym książę na białym rumaku ( tu raczej w wojskowym jeepie). Ścieżki tych dwojga splatają się i rozplatają na przemian. Czy okażą się dwiema połówkami pomarańczy? Czy demony przeszłości staną im na drodze do szczęśliwej przyszłości? Przeczytajcie. Losy tych postaci też są pełne ostrych zakrętów.  Piętrzą się problemy, kłębią się emocje i namiętności. Czytelnik przeżywa je wraz z bohaterami.

To opowieść o tym, że nie warto być w życiu zawziętym, w gorącej wodzie kąpanym, że nie powinno się wyciągać pochopnych wniosków i podejmować równie pochopnych decyzji, że trzeba dać drugiej stronie szansę - na przedstawienie swoich racji, na rekompensatę, na decyzję. To opowieść o honorze,  miłości i przebaczeniu.

Być może znajdą się osoby, które wysuną zarzut, że postać podporucznika Piotra jest nieco wyidealizowana. Może i jest. Ale czy nie za takimi ideałami tęsknimy? Czy nie takich supermenów szukamy, choćby tylko w literaturze? Piotr ma też swoje za uszami, ale mimo wszystko jest wspaniały. Niech się schowają przy nim te wszystkie Patche i Culleny... Ach te " cholernie zielone oczy wpadające w jasny karmel"! (s. 26)

Powieść jest zajmująca i poruszająca, narracja wartka, język prawdziwy i prosty, bez udziwnień. Całość tworzą dwie części, które dzieli przestrzeń sześciu lat. W pierwszej czytelnik zanurza się po uszy w wydarzeniach, w drugiej - miałam odczucie, że to, co się dzieje, jest bardziej streszczone, skondensowane. Epilog mnie wzruszył.

Po lekturze musiałam ochłonąć, chciałam spojrzeć na powieść z dystansu,  chłodnym okiem. Emocje jednak powracają. Zdaję sobie sprawę, że znajdą się zarzuty, że będą czytelnicy, czy raczej czytelniczki, które  skrzywią się i powiedzą "Eeee", ale do licha, to nie jest książka na miarę Nike, to jest książka do "zaczytania się", spełniająca oczekiwania tych, którzy chcą odpocząć, przenieść się do świata fikcji i  przeżywać wraz z bohaterami. Mi się podobało.  Polecam, ale nie zagwarantuję, że każdemu przypadnie do gustu. Bo wiadomo, jak to z tymi gustami jest.

















Wyniki urodzinowego konkursu

Witajcie, Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy i Wszyscy Mili Odwiedzacze!

Minęło 10 dni, a u mnie- cisza w eterze,  post urodzinowy wisiał i wisiał....Nie miałam ani weny ani czasu na pisanie. Zresztą mały urlopik odblogowy też się czasem każdemu należy. Ukradkiem jednak zaglądałam tu i tam do Was. 
W Kreatywnym Klubie Dyskusyjnym, w zeszłą środę, Futbolowa zadała pytanie: kim jesteś, blogerze? i zaprosiła do ankiety. Zastanawiałam się nad tym.
 Czy czujesz się istotnym elementem świata literatury?
 Hmm, a co to znaczy być elementem świata literatury? Jako czytelniczka w jakimś stopniu nim jestem, należę do Dyskusyjnego Klubu Książki ( na razie zawiesiłam udział), zdarzało mi się wygrywać konkursy na recenzje ( głównie konkursy dla DKK-ów organizowane przez Instytut Książki), w miarę możliwości uczestniczę w spotkaniach autorskich.Kupuję książki, wypożyczam, dzielę się wrażeniami z lektury. Czy to wystarczy, by być istotnym elementem? To wszystko jest dla mnie istotne, ale beze mnie świat literatury też by się toczył...
Jaka jest Twoja misja? W jakim celu blogujesz?
Misja?  Nie, nie, ja nie jestem ambitną działaczką, która ma misję do spełnienia. Nie mam intencji nawracać nikogo na czytanie, czy propagować dany gatunek literatury. Dzielę się odczuciami, ot, co. Piszę dla siebie, bo lubię, bo chcę utrwalić swoje wrażenia po niektórych książkach.. Blogowanie to też miłe wirtualne spotkania, wymiana zdań, dyskusja. Lubię to. To forma odpoczynku. Odskocznia.
Czy uważasz, że czytelnik może ufać Twoim ocenom?
Nie oceniam w skali liczbowej. Zawsze podkreślam, że to moje subiektywne odczucia. Każdy czyta na własną odpowiedzialność. Różnimy się w odbiorze książki, i to jest piękne. To, że ja się krzywię, nie znaczy, że książka jest zła, to, że się zachwycam, nie znaczy, że jest dobra. Wrażenia zależą też od tego kto, na jaki nastrój/etap życia z daną książką trafi.
Jeśli komuś te moje recenzje do czegoś się przydadzą, zaciekawią, odstraszą, zachęcą itp. to fajnie, ale nie uważam się za wyrocznię
Masz ambicje zostać krytykiem literackim?
Powiem tak: nie miałabym nic przeciwko temu.
Cenisz sobie to, czym zajmujesz się w blogosferze?Jakie miejsce zajmuje w niej Twój blog?
 Cenię, chyba inaczej bym się tym nie zajmowała. Mój blog to kropla w morzu, ba, oceanie blogów. Bardzo mi miło, że znalazł grono Czytelników płci obojga.
Mimo wszystko nachodzą mnie czasem myśli, po co ja to w ogóle robię, po co mi ten blog i cały ten blogoświatek, nie lepiej więcej poczytać...
Kim jesteś?
Życiorys mam podać, czy co... ;-) Nie lubię ujawniać więcej niż trzeba. Kto chce, to wyłowi to i owo o mnie pisane wprost i między wierszami.

Teraz przechodzę do milszej części wypowiedzi.
Przyznam, że nie spodziewałam się tak dużego odzewu w konkursie urodzinowym (29 uczestników) Ogromnie dziękuję za tyle miłych słów, życzeń, komplementów. To dla mnie motywacja, by pisać dalej, choć z częstotliwością to jak zawsze u mnie może być różnie.
Wszyscy z ochotą zgłosili się do losowania niespodzianki. W ciemno. Jedynie Guciamal przytomnie zrobiła zastrzeżenie, że zgłasza się, o ile nie rozdaję zwierząt...Owszem, nie. Wszyscy po cichu liczą,  że to książka, tak? A kuku. Nie powiem. Niespodzianka to niespodzianka.
Dziś z przyjemnością wypisałam i wycięłam karteczki, włożyłam je do miseczki. W roli machiny losującej wystąpiła "Marchewkowa"( w międzyczasie całkiem schludnie nauczyła się jeść). Tata pomagał, a mama robiła zdjęcia (jakość pozostawia niestety wiele do życzenia.)
Oto fotorelacja:
 Karteczki przygotowane...
...i do miseczki....
Niemowlę gotowe do akcji...
grzebu-grzebu... i jeeeeeeeeeeeest!

O, a co ja tu mam?
Zwinę w łapce karteczkę, zanim mama mi zabierze...
 A oto, co kryła Elwirkowa łapina:
Gratuluję wygranej! Zwycięzcę proszę o podanie adresu pocztowego, kontakt w zakładce u góry.
Spojrzałam teraz na zegar... już po północy, zatem wyjdzie, że spóźniłam się z wynikami, bo miały być 24-ego. Trudno.
Jestem z siebie dumna, bo nie spędziłam całego wieczora na blogach. Z ogromną radością obejrzałam Teatr Telewizji. Spektakl "Boska!" był boski... Niezrównana Krystyna Janda w roli głównej - "najgorszej śpiewaczki świata" śpiewaczki Florence Foster Jenkins. To wielka sztuka umieć zafałszować zwłaszcza jak się potrafi śpiewać. Wiktor Zborowski - kawał aktora, można powiedzieć. Maciej Stuhr przy pianinie, niesamowite miny, na koniec nie wiem, czy się śmiał w roli, czy też poza nią ;-) Wspomnieć trzeba też energiczną meksykańską służącą  oraz ważną postać- Rico, pieska Dorothy- Krystyny Tkacz. Zabawnie było, ale i ciut smutno....Refleksja: warto mieć marzenia i je realizować. A  Florence istniała naprawdę....

czwartek, 13 października 2011

Urodziny - konkurs - stosik

Kiedy 13 października 2010 r. dokonałam uroczystego przecięcia wstęgi i napisałam pierwszy post, nawet przez myśl mi nie przeszło, że ten blog tak się rozkręci. Znając moją systematyczność, a raczej jej brak i skłonność do słomianego zapału, nie liczyłam na zbyt długi staż. Tymczasem minął już rok!!!
Na początku miał to być blog ogólnotematyczny, różnorodny w treści (recenzje, spostrzeżenia, ciekawostki, teksty pisane na potrzeby konkursów itp.), w trakcie działania skręcił wyraźnie w stronę książek i przy tym  profilu zostanie, choć tak do końca  nie jest typowo recenzyjny, bo troszkę innych zapisków gdzieniegdzie prześwituje.
Zaczynałam skromnie, pierwsze komentarze były dla mnie wręcz zdziwieniem, że ktoś to jednak czyta..., oczywiście sprawiały mi ogromną radość. Tu szczególne pozdrowienia kieruję do Yllli i Inviernity (moich pierwszych ujawnionych czytelniczek). Gdzieś od lutego wpisy zaczęły pojawiać się częściej, a i coraz więcej osób zaczęło zaglądać, wiosną blog rozkwitnął. Stał się moją odskocznią od codzienności, przestrzenią odpoczynku i miłym sposobem spędzenia czasu , takim moim "kawałkiem podłogi". Zyskał grono stałych odwiedzaczy, miłych gości, którzy poświęcają chwilę, by napisać czasem słówko. Zaglądają też nowe osoby. Serdecznie Wam wszystkim dziękuję, nie dam rady wyszczególnić imiennie (nickowo), nie chcę nikogo pominąć. Dziękuję Wam za obecność, to dla mnie ogromna motywacja i radość.
13 października 2011 mam na liczniku ponad 5,5 tysiąca wejść, około 400 komentarzy ( w tym też moje odpowiedzi na Wasze wpisy). Zaangażowałam się w Projekt "Kraszewski", zorganizowałam swój pierwszy konkurs, biorę udział w Akcji Włóczykijka i pierwszej w życiu wymiance "Z książką przy kominku". Nawiązałam współpracę recenzyjną z księgarnią Matras i sporadycznie z pewnymi autorami płci obojga.
Uważam tę działalność za swój prywatny sukcesik. 
Dziękuję Wszystkim, którzy  się do tego w jakikolwiek sposób przyczynili:-)

Z tej okazji mam dla Was mały konkursik z nagrodą - niespodzianką. Sama tak do końca jeszcze nie wiem, co to będzie ;-)  
Czas trwania - do 23 października, do północy. 
Losowanie następnego dnia zapewne. 
Zadanie dla Was: piszcie, co chcecie ;-) pod tym postem oczywiście. (Konstruktywna krytyka mile widziana).

Tu macie obrazek, który możecie wstawić u siebie- ja dzięki takim zdjęciom z napisem/podpisem przypominam sobie, kiedy i gdzie rozglądać się za wynikami losowań ;-)


Dzisiejsze święto Agnestariusza zostało uhonorowane stosikiem, albowiem właśnie dziś pan kurier przyniósł mi zamówionko, promocje wiodą na pokuszenie... ;-) Nie podpisuję, bo wszystko widać jak na dłoni. "Dom żółwia..." jest dla siostry.


Na koniec jeszcze mały "dowód" na to, dlaczego nie czytam zbyt wiele ;-) 

Marchewkowe pole, czyli zaczynamy obiadki ;-)
A po jedzonku mycie, pranko i sprzątanko....

Zapraszam do udziału w losowaniu niespodzianki. Zobaczymy się (w sensie kolejnego mojego wpisu) pewnie dopiero po niedzieli. Będzie relacja z "Saturna", już mam zapiski na karteluszku.

Dziękuję Wam za wspólny rok.
Pozdrawiam serdecznie!
Aga

środa, 12 października 2011

Jak Bóg przykazał

Niccolo Ammaniti, Jak Bóg przykazał
Wyd. Muza 2008
s. 448

Zanim napiszę kilka słów o powieści - mała dygresja. Zastanawiałam się, co sprawia, że dana książka trafia do wyprzedaży. Pomijam przypadek przecenienia egzemplarzy uszkodzonych - pomiętych, zagiętych, zabrudzonych itp... Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to że się tytuł nie sprzedaje po "normalnej" cenie, więc chcąc się pozbyć tomów zawalających księgarniane półki, czy magazyn, wydawca/sprzedawca znacznie obniża cenę. Dobrze, ale dlaczego się nie sprzedaje? Tu odpowiedzi mogą być różne, ale i są argumenty przeciwko nim.
Nieznany autor- ba, jest cale mnóstwo nieznanych, jeszcze  nie  poznanych twórców, debiutantów, autorów po raz pierwszy u nas tłumaczonych..., a nie każdego się od razu skazuje na przecenę. Brak promocji - na dobrą sprawę to tabuny książek nie mają takiej promocji na jaką zasługują, a się sprzedają, więc to chyba też nie jest przyczyna wyprzedaży. Myślę,  że może jest coś, co czytelnika odstrasza, coś, co sprawia, że nie chce ryzykować zakupu książki w cenie, w jakiej zazwyczaj bywają ( przecena i to solidna, często skutkuje tłumem nabywców, bo przecież nawet jak książka okaże się niezbyt fajna, to aż tak bardzo nam tych kilku złotych nie szkoda). Ale co to może być? Okładka? Ha, wszak mówimy: nie sądź książki po okładce. To nie jest główny powód kupowania bądź nie danej książki. Tytuł? Tym też się aż tak bardzo nie powinniśmy sugerować, znając przypadki znacznych rozbieżności tłumaczneia z oryginałem. Co więc zostaje? Treść. Rzeczywiście, często przed zakupem (takim "na żywo") przeglądamy książkę, podczytujemy tu i ówdzie, by "liznąć" stylu, by choć pobieżnie sprawdzić, czy zawartość odpowiada (bądź nie) opisowi na okładce...
Zatem nie dziwię się, że wiele osób, które miały w ręku egzemplarze powieści "Jak Bóg przykazał" i zajrzały do niej, odłożyły je z powrotem. Na pierwszy rzut oka nie jest to proza zachęcająca do lektury, nie każdy taką toleruje ( że nie każdy lubi, to byłoby za dużo powiedziane). Siedmiokrotnie niższa cena skusiła jednak czytelników, niekiedy pewnie w ciemno, bo książka znalazła się na drugim miejscu najlepiej sprzedających się pozycji w księgarni internetowej matras.pl. Ciekawe, czy nabywcy poczuli się rozczarowani, czy pozytywnie zaskoczeni zakupem....
Ja należę do tej drugiej grupy, choć książki nie kupowałam, ale - po rekomendacji - pożyczyłam od szwagierki, która kupiła ją ze względu na cenę i opis na stronie internetowej księgarni.

Książka z błyskawicą na okładce  wywarła na mnie piorunujące wrażenie. To nie jest miła opowieść do poduszki. To proza dla ludzi o mocnych nerwach. Brutalna, wulgarna, pełna agresji, straszna, ale w pewien sposób - choć dziwnie to zabrzmi- zabawna. Nasączona czarnym humorem. Taka współczesna tragikomedia. Opowiada  o świecie pełnym przemocy, frustracji, nędzy, strachu, zła ale jest też tu miejsce na miłość, przyjaźń, przywiązanie,  poświęcenie.
Trzynastoletni Cristiano nie ma nikogo na świecie oprócz ojca, bezrobotnego łysego nazisty spędzającego życie z puszką piwa przed telewizorem. Ich wzajemne relacje nie są łatwe, ale łączy ich wyjątkowo silne uczucie. Rino wychowuje syna tak, aby umiał sobie poradzić w życiu w nieprzychylnym środowisku. Uczy go, jak być twardym, nie dać sobie napluć w kaszę. Chłopiec może i ma tego dość, ale z drugiej strony nie wyobraża sobie, żeby mogło być inaczej...  Zdobywa się na niezwykły (jak na dziecko) czyn, poza prawem i moralnością, aby ratować ojca. Rino oprócz syna ma jeszcze dwóch kumpli, życiowych nieudaczników. Nierozgarnięty, upośledzony po wypadku Cztery Sery w tajemnicy przed wszystkimi i z pasją buduje w domu szopkę, ogromną makietę z figurkami i zabawkami oraz fascynuje się blond Ramoną z filmów porno. Danilo cierpi po stracie dziecka i odejściu żony, kombinuje jak odzyskać jej uczucia...  Tych trzech gagatków planuje obrabować bankomat. Wielka ulewa i powódź krzyżują jednak ich plany. Noc przynosi  tragiczne wydarzenia dla wszystkich bohaterów. Także dla pracownika socjalnego nazwiskiem  Beppo Trecca, który po wypadku zawiera z Bogiem umowę...
"Piekło świata, w którym żyjemy, jest pochodną tego, które mamy w głowie" - te słowa z okładki wydają się być bardzo trafne w odniesieniu do opowiedzianej historii. Od tego piekła bohaterów czytelnik nie może się oderwać.

Autor, Niccolo.Ammaniti  (ur. 1966) został uhonorowany prestiżową  nagrodą Premio Strega 2007 r. W jego dorobku są także dostępne na naszym rynku książki "Nie boję się", "Ostatni sylwester ludzkości", "Zabiorę cię ze sobą". Warto się przekonać jak przedstawia się współczesna włoska literatura. Wszak książkowe Włochy to nie tylko Carlo Collodi i Umberto Eco ;-)

poniedziałek, 10 października 2011

8

Papryczce to dzięki
odkryłam te dźwięki ;-)

 Ten i inne utwory z najnowszej płyty Kasi Nosowskiej przyciągają jak magnez. Lubię to!
Tymczasem czytam "Saturn" Dehnela, muszę poszukać reprodukcji dzieł Goyi.
Wprowadzę chyba sobie ograniczenia na internet, bo zamiast czytać, znowu przeglądam i zaglądam, a to księgarnia, a to blogi, fejsbuki i inne jutuby ;-)

Do następnego wpisu!
PS. Szukam czegoś o ostach.... Zamiast "Zamyśleni w zieleni" powinno być "zmęczeni....", jeszcze trzy etapy, TRZY!!!

piątek, 7 października 2011

Top -10: Największe literackie rozczarowania

Zainspirowana przez nieocenioną kreatywną Klaudynę prezentuję swoje literackie rozczarowania. Skupię się na książkach, wydarzeń nie uwzględniam. Nie będzie to pełna dziesiątka, podam to, co teraz przyszło mi do głowy. Najwyżej dopiszę coś, jak mi się przypomni.

Intruz, S. Meyer - zazwyczaj daję książkom szanse, rzadko się poddaję, ale czasem szkoda czasu i atłasu na coś, co mi zupełnie nie idzie. Utknęłam gdzieś koło 60-ej strony. Więcej refleksji o tej nietrafionej lekturze znajdziecie w moim tekście tutaj.

S@motność w sieci, J. L. Wiśniewski - najmocniej przepraszam wszystkich fanów, nie dałam rady, jakieś takie to było... rozlazłe... albo zabrałam się do czytania w nieodpowiednim czasie.

Amatorki, E. Jelinek - w ramach własnej inicjatywy czytania noblistów zabrałam się i za twórczość tej pani, niestety, pudło. Nie trawię. Książkę porzuciłam na kilka stron przed końcem.

Efekt kobiety, M. Kalinowska - odpuściłam gdzieś około jednej trzeciej objętości... Nie szło mi. Szczegóły tutaj.

Strażnik marzeń, M. Surmacz - to dla odmiany przeczytałam całe i to dość szybko, ale momentami przewracałam oczami.... dlaczego? Odpowiedź tutaj.

Spalona róża, A. Walczak - zachwytu brak, pisałam tutaj.

Urania, J.M. le Clezio - kolejny noblista, z którym się nie zaprzyjaźniłam. Cienka książeczka, ale tak ją wymęczyłam. Nic szczególnego jak dla mnie, w każdym razie do dalszego sięgania po twórczość autora mnie nie zachęciło.

Póki co, na tej "nieszczęśliwej" siódemce poprzestanę.

PS. Wracając do wczorajszego wpisu - dzisiejszej wizyty u fryzjera do rozczarowań nie zaliczam. Strefa Cięcia jest nie do zagięcia. W dodatku afrykański wystrój salonu  robi wrażenie. Podobało mi się, odpoczęłam, mam ładną fryzurę. Czegóż chcieć więcej....!
Czego więcej? Książek!!! Zarzekała się żaba błota, a skuszona promocją jednak zrobiła zamówienie....ale wmawia sobie, że to już na Gwiazdkę ;-)




Follow by Email