czwartek, 15 grudnia 2011

Szelma z Peru rodem

"(...)w życiu rzeczy  rzadko układają się tak, jak my, chudopachołki, sobie planujemy"*  
Ba, a nawet bardzo rzadko. Z zaplanowanego listopada z Llosą, na który przewidziałam aż trzy książki tego autora, zrobił  się grudzień, a ja wciąż "męczyłam" jeden tom. Oj, zalazła mi za skórę ta niegrzeczna dziewczynka. Po potężnej dawce prozy wypełnionej toksyczną miłością, cierpieniem, destrukcyjną uczuciową szarpaniną, emocjami oraz przeskokami w czasie i przestrzeni musiałam odpocząć i typowego harlekina z happy endem przeczytać. Odetchnęłam już na tyle, że mogę spisać garść refleksji po lekturze dzieła noblisty.

  "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" to nieprawdopodobna historia, będąca właściwie autobiografią głównego bohatera, Ricarda Somocurcio. Wszelkie nieprawdopodobieństwa, niesamowite zbiegi okoliczności są wszakże prawem fikcji literackiej. To opowieść o miłości, ale daleka od romantycznej idylii, raczej droga przez mękę, gra w kotka i myszkę, żonglowanie ludzkimi uczuciami.

Gdyby Ricardo znał piosenki grupy Bajm, mógłby zaśpiewać swojej ukochanej "pojawiasz się i znikasz, mam na twym puncie bzika". Mógłby też zanucić rzewnie "miłość ci wszystko wybaczy" (choć jemu raczej wypaczyła). Tymczasem "chilijeczka" z fałszywą minką wyszeptałaby słowa przeboju Manaamu "Kocham cię, a kochanie moje to rozstania i powroty...". Istna kobieta - bumerang to była,  odchodziła i ciągle powracała, a kochała tak naprawdę chyba tylko bogactwo i potęgę. To wieczna blagierka, szachrajka, świetna aktorka życiowych ról.  Kameleon z fałszywym paszportem przybierający coraz to inne dane personalne. Żerowała na uczuciach Ricarda, pomiatała nim, z premedytacją sprawiała mu ból, a gdy wpadła w tarapaty, zawsze do niego zwracała się o pomoc. Uciekała od przeszłości, ciągle goniła za lepszym życiem, bardziej "ustawionym" partnerem. Chłodna, wyrachowana, co za sucz, chciałoby się powiedzieć. Z drugiej strony to bardzo nieszczęśliwa, zagubiona kobieta, szukająca swego miejsca na ziemi, próbująca spełnić swe oczekiwania wobec życia. Kojarzy mi się nieco z Holly Golightly, zawsze "w podróży", z niemal dziecięcą naiwnością podchodząca do świata. Jednak o ile bohaterkę "Śniadania u Tiffany'ego" bardzo lubię, to do niegrzecznej dziewczynki nie żywię pozytywnych uczuć. Nawet jej ciężkie przeżycia i choroba nie wzbudziły we mnie zbyt wiele współczucia, zwłaszcza, że podszyte zostały niepewnością, czego doświadczyła a co zmyśliła bohaterka. Ricardo natomiast wydał mi się podobny do Don Kichota, tyle, że zamiast walczyć z wiatrakami, walczył o miłość swojego życia. Był rycerzem w blaszanej (bo na złotą go nie było stać) zbroi, zawsze przybywał z odsieczą, ratował, pomagał, wybaczał.  Grzeczny chłopczyk.Wierny jak pies. Miał też cechy bohatera romantycznego- opętany  niespełnionym uczuciem próbował się zabić. Przez całe życie, które poświęcił pracy tłumacza, borykał się z "atrakcjami", jakie mu zafundowała niegrzeczna dziewczynka.

Podobało mi się bogate tło historyczno - kulturalne i przedstawianie kolejnych etapów życia bohatera w różnych miejscach.  Najpierw lata 50-te i  limeńska dzielnica Miraflores, gdzie dorastał Ricardo z przyjaciółmi. Potem Paryż początku lat 60-tych, gdy  bohater szuka pracy, a szykuje się rewolucja peruwiańska,  następnie podglądamy hipisowski Londyn..... Zajrzymy jeszcze do Tokio i Madrytu. Poznamy sylwetki ciekawych postaci np. "dragomana" Salomona, artystę Juana Baretto, perwersyjnego Fukudę, sympatycznych sąsiadów Gravosky'ch, zakręconą scenografkę teatralną Marcellę. Najbardziej chyba zapadł mi w pamięć Arquimedes, odczytujący znaki, gdzie można zbudować falochron, a gdzie  to się nie uda. Właściwie każdy rozdział to historia innej postaci, zapis czasów i miejsca, w którym obecnie przebywa Ricardo, a zawsze jak diabeł  z pudełka wyskakuje nasza szelma. Ona stanowi łącznik wątków.

Mieszane mam uczucia po tej lekturze. Nie to, żeby mi się nie podobało, ale jakaś przytłoczona jestem. Powieść odebrałam  zdecydowanie pozytywnie, ale bohaterowie zapewnili mi niezłą jazdę, ja nie mam zdrowia do takich historii. Na pewno na długo zapamiętam emocje towarzyszące tej książce. Polecam, oczywiście, ale zastrzegam, że każdy czyta na własną odpowiedzialność, a moja wypowiedź jest bardzo subiektywna i nie stanowi wyroczni.

Za pożyczenie książki dziękuję Justynie:-)
________________________
*M. V. Llosa, Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, Wydawnictwo Znak 2010, s.151.

8 komentarzy:

  1. też miałam podobne uczucia po przeczytaniu tej książki, ale w sumie do tej pory nie wiem jaki mam stosunek do chilijeczki, a Ricardo też skojarzył mi się z Don Kichotem,jest mi go po prostu żal, współczuję mu zwyczajnie.
    Życzę kolejnych wrażeń z Llosą :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mi go szkoda, on jej serce na dłoni, a ona mu kopa w ...Z drugiej strony - miał to na własne życzenie, po którymś z kolei "wybryku" wiedział, w co się pakuje i brnął dalej...no ale ją kochał, to nie mógł postąpić inaczej...
    Kolejne wrażenia z Llosą - za jakiś czas. Teraz Kraszewski, a potem jakiś kryminał chyba dla odmiany.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam, więc ciężko mi cokolwiek powiedzieć na temat tej książki, ale przyznam, że zaciekawiła mnie historia "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i chciałbym na własnej skórze przekonać się jak ja ją odbiorę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też skojarzyła mi sie z Holly, tylko tej z książki, nie z filmu (tamta nie ustatkowała się, i w końcu widziano ją w Afryce).
    Zresztą- znałam taka "Chilijeczkę" w realu, a nawet dwie (tylko tę drugą słabiej). Ciężko się z taka osobą przyjaźnić, nie wytrzymałam tempa:).

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja zaliczam ją do jednej z lepszych książek !!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Za jakiś czas musze po nią sięgnąć tak czy siak ;D

    OdpowiedzUsuń
  8. Kupiłam ją kiedyś mamie na urodziny,muszę jej podebrać i przeczytać;>

    OdpowiedzUsuń

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email