poniedziałek, 30 października 2017

"Kapelusze doñi Nicanory" K. Hawkins

Prószyński i S-ka 2010

To nie będzie recenzja, raczej notatka.

Październikowe zadanie ejotkowego wyzwania "Pod hasłem" wymagało od uczestników lektury książki z obcojęzycznym słowem w tytule. Już wydawało mi się, że nic takiego nie znajdę, ewentualnie skorzystam z zasobów biblioteki, gdy przypomniałam sobie o "Kapeluszach doñi Nicanory" Kirstan Hawkins.

Typowy "półkownik". Kupiłam ją kilka lat temu (czy raczej wybrałam w ramach wygranego bonu, tak coś mi świta...), bo mnie zaciekawił, zauroczył opis. W natłoku książek nie przeczytałam jej od razu, ciągle odkładałam, jak wyjątkowy smakołyk na specjalną okazję. Niestety, gdy się za nią zabrałam, czar prysnął. Zupełnie mnie ta powieść nie ujęła, nie zaciekawiła. Porzuciłam ją dla innych lektur, w tym biografii, która okazała się pasjonująca. Wróciłam, przebrnęłam, bez entuzjazmu, ziewając.

O czym to?
O małym, zabitym dechami miasteczku  Valle de la Virgen, ulokowanym na odludziu, wśród dżungli i bagien oraz jego nietuzinkowych, często ekscentrycznych mieszkańcach.
Tytułowa Nicanora jest wdową, ma trójkę dzieci, w tym dorosłego syna ( z Ernesto jest niezły huncwot i obibok), ma dar przewidywania przyszłości, marzy o założeniu sklepu z kapeluszami. Don Bosco, lokalny golibroda, żyje wspomnieniem uczucia i odmowy oświadczyn sprzed lat. Zaskoczony zmianą zachowania i prośbą ukochanej kobiety, wybiera się w podróż.
Artur, lekarz w nowo wybudowanej klinice nudzi się, na rynku przesiaduje zaś Gringito, hipis, cudoziemiec, dziwak, stołujący się za ciężkie dolary u Nicanory. Burmistrz chce dokonać w niemrawym, zapomnianym miasteczku zmian, rozruszać je jako atrakcję turystyczną... To jeszcze jednak nie wszystkie postaci tej zakręconej historii, w której występują tajemnicza figura Matki Boskiej i komputer ;-)
O marzeniach, uczuciach, podążaniu własną ścieżką, takie tam...

Zgodnie z  opisem na okładce miała to być  urocza, słodka, zabawna, ciepła opowieść rodem realizmu magicznego. Nie czułam tego wcale. Porównywać z Marquezem to mocne nadużycie.
Jakoś nie było mi po drodze z wychwalanym humorem i groteską "Kapeluszy..."
Jedyne, co chcę podkreślić, to nietypowy klimat, coś w nim jest baśniowego,  nieokreślony czas akcji, takie "wszędzie i nigdzie", miasteczko uniwersalne, ze swoim ryneczkiem, swoją gromadką stałych bywalców u fryzjera i na piwku.

Autorka studiowała antropologię, to jej powieściowy debiut. Nie mam pojęcia, czy napisała coś jeszcze. Nie jestem już zainteresowana.

Liczyłam na coś zupełnie innego, rozczarowałam się. I to nie tak, że powieść jest zła, po prostu nie trafiła do mnie.

Przeczytana w ramach "Pod hasłem".

1 komentarz:

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email