wtorek, 23 listopada 2010

....

"Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, a serce swojej pociechy darmo upatruje."

(Jan Kochanowski, Tren VIII)



Z żalem zawiadamiam, iż nasza biała myszoskoczka Blanka przeniosła się do Krainy Wiecznych Łowów.
W poniedziałek jej doczesne szczątki zostały złożone w ogrodzie. Miała tylko 1,5 roku, a myszoskoczki żyją przeciętnie 3. Podejrzewamy, że jako albinoska była słabsza, może miała jakąś wadę genetyczną. Nie były zaniedbywane. Mimo wszystko czuję się winna i jednocześnie ukarana.
Ryczałam dwa dni. Szkoda mi zarówno Blanki, jak i Franki, która została teraz sama. Były jak ying i yang: biała i czarna... Teraz jest tylko czarna...
;-(

środa, 17 listopada 2010

Cokolwiek to znaczy... ale się cieszę!

Stała przy oknie i bezmyślnie wpatrywała się w dal. W jej szmaragdowych oczach odbijało się jak echo wspomnienie wczorajszego spotkania. Klara była romantyczką, ale rzadko pozwalała sobie na chwile totalnego rozmarzenia. Teraz też nie miało być inaczej.  Zwinnym ruchem odskoczyła od szyb, zza których świat kusił ją tysiącem barw i dźwięków. Energicznie otworzyła szafę i wyciągnęła z niej sportową bluzę.
Nie, nie może tak bezczynnie czekać. Odrzuciła w tył burzę miedzianozłotych loków i spięła je klamrą w kształcie salamandry. Masz włosy jak płomienie ognia – powiedział. Uważaj, żebyś się nie oparzył – uśmiechnęła się. Scena z poprzedniego wieczoru stanęła jej znów jak żywa przed oczami. Wąskie usta skrzywiły się ironicznie. Chyba przestraszył się pożaru – pomyślała Klara i już była w przedpokoju. Stanęła przed lustrem i przeciągnęła się niczym leniwe kocisko, a raczej kocica. Miała w sobie coś drapieżnego, choć nie brakowało jej łagodności. Dawkowała ją jednak z umiarem. Przeważnie traktowała mężczyzn z pewną ironią, dystansem. Chowała się za maską wojowniczki, a w głębi tak bardzo potrzebowała męskiego ramienia, na którym mogłaby się wypłakać. Kilka ćwiczeń gimnastycznych w szybkim tempie sprawiło, że przestała myśleć o swoim ostatnim adoratorze. Uwielbiała sport. Mimo kilku zbędnych  kilogramów, które na upartego mogłaby zrzucić, jej sylwetka była nienaganna. Zgrabna i proporcjonalna – tak mogłaby o sobie powiedzieć. Nigdy nie miała kompleksów na tym punkcie. Nordic walking to było jej najnowsze odkrycie
i miłość od pierwszego wejrzenia. Pełna entuzjazmu właśnie sięgała do schowka po kijki, gdy nagle w aksamitnej domowej ciszy  rozległ się natarczywy dźwięk.
- Halo? – spokojnie podniosła słuchawkę. Jej głos brzmiał tak, że nikt nie mógłby w nim wyczuć ogromnej tęsknoty i wyczekiwania. Tak, to był on. Bladą twarzyczkę Klary rozjaśnił promienny uśmiech. – Nie, jutro nie mam czasu...

 Powyższy tekst powstał na konkurs księgarni internetowej SELKAR. Zadanie było takie:
"Wyobraźcie sobie, że piszecie typowy romans. Głównym bohaterem jest oczywiście kobieta. Scharakteryzuj i opisz wygląd swojej nowo wykreowanej bohaterki."
W nagrodę 2 egzemplarze książki „Cokolwiek to znaczy” Aleksandry Nowak z autografem. Jedna z nich znajdzie się na mojej półce ;-) 
Takie niespodzianki, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej ;-)



                  

poniedziałek, 15 listopada 2010

Tysiące twarzy, setki miraży...

Może nie tysiące, ale dziesiątki. Na płotach, słupach, oknach i bramach. Na każdym skwerze, banerze, szyldzie. Gęby kandydatów na stanowiska radnych, wójtów,  burmistrzów... Skrzynka pocztowa codziennie pęka w szwach od ulotek. Fajnie, jak przynajmniej jest kalendarzyk na kolejny rok, zawsze może się przydać. Dobrze, jeśli oprócz zdjęcia kandydata, hasła i numeru na liście są jakieś informacje o jego poglądach, programie, planach. Inaczej to tylko makulatura. Atak plakatów i ulotek na ulicach i w skrzynce można znieść, ale dzwonek do drzwi w sobotni wieczór " Proszę o głos na X.Y." to gruba przesada. Zwłaszcza, że to nie sam kandydat przedstawia się potencjalnym wyborcom, ale jakaś osoba agitująca w kampanii.

Jestem zwolenniczką świadomego udziału w wyborach, ale między rzetelnym informowaniem obywateli a zaśmiecaniem miasta jest duża różnica. Bolą mnie pinezki i gwoździe wbite w pnie drzew, bo słupów ogłoszeniowych im za mało. Przeszkadza mi nachodzenie w domu. Razi marnowanie papieru.


Tyle.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Sprawy damsko-męskie według Gretkowskiej

Nie każdy gustuje w twórczości Manueli Gretkowskiej. Jak pisze S. Burkot: „Jej proza jest inna.(…) Skandalizowanie, prowokacja obyczajowa ma wymiar intelektualny, jest próbą odczarowania wyklętych przez kulturę, zwłaszcza naszą, obszarów życia ludzkiego. (…) Wyobraźnia autorki skierowana jest przeciwko stereotypom, mitom, ideologicznym skamienielinom ”.[1]
Proza tej pisarki jest specyficzna, nie ma tu subtelnych opisów, niedomówień, wręcz
przeciwnie. To wyzwanie dla czytelnika, nie każdy potrafi przeczytać całość, nie
zniechęcając się już po kilkunastu stronach, nietrudno o zarzuty, że to "pornografia". Gretkowska śmiało "nazywa rzeczy po imieniu", nie poetyzuje, nie udaje. W prostej fabule pisanej niekiedy brutalnym, wulgarnym językiem autorka zawarła kilka ciekawych spostrzeżeń, o kobietach i mężczyznach, o społeczeństwie, o współczesnym świecie. Sama fabuła - kilka lat z życia Klary - też jest interesująca, niebanalna.
Na drodze tytułowej kobiety z zawodu będącej lekarzem, pojawia się wielu mężczyzn, łączą ją z nimi rozmaite relacje, albowiem mowa o wykładowcy, z którym ma romans, o mężu - niespełnionym architekcie, o psychiatrze - przyjacielu ze studiów, o poznanym w samolocie kochanku, o profesorze, który był dla niej autorytetem, wreszcie o mężu przyjaciółki, który chyba za Klarą nie przepada. Wśród tych mężczyzn i przeróżnych komplikacji bohaterka próbuje odnaleźć siebie, własną drogę, własne szczęście.
Zastanawiające jest, że życie Klary przepełnione jest rozstaniami, stratami, a odchodzą głównie mężczyźni. Gdy była mała, odszedł ojciec, pozostawił je z matką same. Później po długiej chorobie zmarła matka. Klara przerwała bezprzyszłościowy romans z żonatym wykładowcą, chirurgiem plastycznym, porzuciła chirurgię na rzecz akupunktury. Jacek, jej mąż, odszedł w innym sensie, a mianowicie popadł w depresję, udał się również na długą eskapadę w poszukiwaniu meteorytów. Powrót z choroby okazał się długi i była to też ciężka próba dla Klary. Profesor od akupunktury odszedł na zawsze, zmarł. Pełen fajerwerków romans z Julkiem nie zakończył się "happyendem", znów w tle pojawiła się inna kobieta. Kolejne odejście to strata nienarodzonego dziecka.
Jakby dla przeciwwagi autorka pokazuje postać innej kobiety, Joanny. Jest ona
przyjaciółką Klary, ma zupełnie inny temperament, jest przykładną żoną i matką
gromadki dzieci. Zwykle ukazana jest z niemowlakiem przy piersi. Nie brak jej jednak ambicji. Mimo że nie musi pracować, nie ustaje w próbach opatentowania swoich pomysłów np. jednorazowego nadmuchiwanego nocnika, który rozwiązałby pewien problem podczas spacerów z maluchem, czy składanych trumien w funkcjonalnym stylu Ikei. Chociaż postać Joanny przedstawiona jest w nieco zabawny sposób, to służy też zaprezentowaniu pewnego typu współczesnej kobiety, która potrafi przyłączyć się spontanicznie do młodzieżowej manifestacji, w końcu udaje jej się rozkręcić własny interes- w tym przypadku jest to cukiernia, a odejście męża ( tak, ją też spotyka to, czego nonstop doświadcza Klara) nie załamuje jej. Sukcesy i porażki, blaski i cienie przeplatają się bezustannie.
Do najciekawszych, według mnie, fragmentów należą listy Klary opisujące wrażenia z
pobytu w Chinach, historia ziarenka groszku posadzonego na grobie profesora
Kadeckiego, a przede wszystkim wyimaginowany dialog papieża z fotografii z Markiem.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że tę powieść trzeba przeczytać jeszcze raz, spojrzeć na nią z dystansem, spróbować odnaleźć to, co jest ukryte "miedzy wierszami", pod
płaszczykiem ironii czy prowokacji. Wydaje mi się, że autorka chciała pokazać problem znalezienia wspólnego języka, braku porozumienia między kobietami i mężczyznami, ciągłe rozmijanie się ich potrzeb i oczekiwań.
Osobiście wolę Manuelę w innej formie wypowiedzi, w felietonie oraz narracji z
elementami dziennika i fragmentami dotyczącymi antropologii i kulturoznawstwa, jakich nie brakuje we wcześniejszych publikacjach.
Nie wiem, czy Gretkowska chciała nadać powieści wymiar feministyczny, różnie można interpretować dzieje Klary i Joanny. Z całą pewnością jednak wszystkim kobietom
spodoba się pewne zdanie na stronie 243, 17-ta linijka licząc od dołu. Ciekawscy niech zajrzą do książki.



[1] S. Burkot, Literatura polska w latach 1986-1985, Wydawnictwo Edukacyjne, Kraków 1997, s. 85.

czwartek, 4 listopada 2010

Wierszyk na dziś!

Dorota Gellner


DESZCZOWE DZIWAKI
 
Gdy pada na nosy, gdy pada na krzaki,
to budzą się zaraz Deszczowe Dziwaki.
Deszczowe Straszydła, Deszczowe Potworki
i prędko wyłażą z kałuży jak z norki.
Pod rynną się kąpią i myją tam uszy
i każdy się pluszcze a żaden nie suszy.
Łóżeczek nie mają, kołysek nie znają
a swoje maluchy w kaloszach huśtają.


Miłego dnia życzy Deszczowy DziwAG!

środa, 3 listopada 2010

Brawo dla kreatywnych babeczek!

Szyją, szydełkują, wyszywają, ozdabiają.... cudeńka powstają!  Kreatywne babeczki - jak same o sobie mówią- pokazują światu swoje rękodzieła. Te śliczne przedmioty dekoracyjne i użytkowe można nie tylko obejrzeć, ale zamówić i kupić. Zajrzyjcie do "domu wróżek"(? - czy ja dobrze tłumaczę...? -), już wkrótce święta, może znajdziecie tam coś na prezent dla kogoś lub samych siebie...
Pozwoliłam sobie na swoistą reklamę, ale szczerze podziwiam twórczynie wszelkich prac, a raczej dzieł. Mają pasję, talent i mogą zainspirować innych.
http://fairy-house.blogspot.com/Polecam!

Follow by Email