poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Roztańczone tytuły

Dziś podobno mamy Międzynarodowy Dzień Tańca. Z tej okazji między chasse, attitude i  piruetem poćwiczmy nasze szare komórki i przypomnijmy sobie jak najwięcej tytułów z tańcem (jego nazwą lub czymś z tym związanym) w roli głównej.

Moje przykłady to:

"Ostatni tancerz Mao" Li Cunxin ( mam na półce, nie czytane jeszcze)
"Tancerz mecenasa Kraykowskiego"  W. Gombrowicz (opowiadanie z tomu "Bakakaj")
"Wszystkie Boże dzieci tańczą" oraz  "Tańcz, tańcz, tańcz" H. Murakami
"Zatańczyć czeczotkę" I. Menzel ( mam nieprzeczytane)
"Tango" S. Mrożek
"Tango ortodonto" J. Fabicka ( z serii o Rudolfie)

Yyyyy, na razie tyle mi przyszło do głowy. Uzupełnię jak coś mi się przypomni, bo jak zaraz nie opublikuję tego wpisu, to się Dzień Tańca już skończy....
Liczę, że dodacie sporo Waszych przykładów, na pewno macie na półkach jakieś "roztańczone tytuły".

Tymczasem trzymajcie się ciepło -
(odchodzi tanecznym krokiem, by oglądać "Downtown Abbey"...)




niedziela, 28 kwietnia 2013

Zrozumieć Gordimer...("Ludzie Julya")

Mogłaby być koleżanką Doris Lessing. Są zbliżone wiekiem,  w mniejszym lub większym stopniu związane z Afryką, krytyczne wobec apartheidu, obie uhonorowano literacką Nagrodą Nobla. Jednak Nadine Gordimer, bo o niej mowa, jest o niebo mniej znana i popularna niż autorka m.in. "Złotego notesu"  i "Dwóch kobiet".  W czym  tkwi przyczyna? Czyżby południowoafrykańska pisarka tworząca w języku angielskim miała popaść w zapomnienie i stać się li tylko nazwiskiem na liście laureatów sztokholmskiej kapituły?

Kilka lat temu czytałam "Zrozumieć życie" tejże autorki. Zanotowałam wówczas następujące uwagi:
Główny bohater powieści, Paul Bannerman, jest ekologiem, mieszka i pracuje w Afryce, ma szczęśliwą rodzinę. Wydaje mu się, że panuje nad swoim życiem. Ma 35 lat, lekarze wykrywają u niego raka tarczycy. Po operacji zastosowano terapię radioaktywnym jodem. Paul musi odbyć swoistą kwarantannę, kontakt z nim stanowi zagrożenie dla innych. Rodzice podjęli decyzję, że syn zamieszka u nich, zachowując odpowiednie warunki higieny i bezpieczeństwa Paul może widywać się z żoną, synkiem i kolegami z pracy. Powraca myślami do „ogrodu dzieciństwa”. W życiu rodziny Bannermanów zachodzi wiele zmian. Matka- Lindsay rozlicza się z przeszłością, podejmuje decyzję o zaadoptowaniu murzyńskiej dziewczynki, nosicielki wirusa HIV. Adrian – ojciec Paula na emeryturze poświęca się swojej pasji – archeologii. Afryka stanowi tylko tło, nie ma tu opisów przyrody, przygód. Gordimer skoncentrowała się na tematyce życia i śmierci, wartości.  Narracja skonstruowana jest w ciekawy sposób: prowadzona trochę z zewnątrz, a trochę jakby oczami bohaterów. Rzadko spotyka się prozę tego typu. Ciekawostką jest dołączenie słowniczka użytych w powieści wyrażeń pochodzących z murzyńskich narzeczy.
Autorka podejmuje problem świadomości zagrożenia życia i zdrowia, reakcji i zachowań w ekstremalnych sytuacjach, pisze o podejmowaniu decyzji, ryzyka, o prawdzie oraz iluzji. Pojawia się wątek ekologii. Jest to trudna, psychologiczna proza, poruszająca ważne tematy. 

Choć była to niełatwa i specyficzna lektura, nie chciałam poprzestać na jednym tylko utworze noblistki. Nie spotkałam jednak jej innych książek na bibliotecznych półkach, nie polecano nic w mediach. Zresztą usilnie nie szukałam, wszak tyle innych pozycji  czekało do przeczytania Niedawno nakładem Wydawnictwa M ukazała się powieść "Ludzie Julya" (1981) toteż ochoczo się nią zainteresowałam. Czy był to trafny wybór?
(Wydawnictwo M, 2013, s. 208)

Ludzie Julya.... brzmi to tak, jakby ów July był jakimś szefem, bossem, kimś, kto ma władzę, zaś ci tytułowi 'ludzie' byli jego pracownikami, wyrobnikami, podwładnymi. Skojarzenia: mafijne rozgrywki, ludzie od "mokrej roboty"... Tymczasem to wcale nie tak. Paradoksalnie nie tak, gdyż chodzi tu o czarnoskórego mężczyznę i białą rodzinę, u której służył piętnaście lat. Służący panem? O co tu chodzi?
Otóż w okolicach miasta Soweto dochodzi do zamieszek. Wojenne zagrożenie zmusza białych mieszkańców do salwowania się ucieczką. Rodzina Smalesów - architekt Bamford, Maureen i ich trójka dzieci znajdują schronienie w wiosce Julya, ich służącego. Są tu pod jego opieką, w gościnie. Relacje pan- sługa ulegają zachwianiu. Biali muszą przystosować się do życia w spartańskich warunkach, bez wielu niezbędnych na co dzień rzeczy. Najlepiej wychodzi to dzieciom. Gina, Victor i Royce szybko zaprzyjaźniają się z miejscową dzieciarnią. Dorosłym ciężko jest pogodzić się z nietypową, wręcz ekstremalną dla nich sytuacją, niepewnością jutra i utratą znaczenia. Są uzależnieni od Julya, który choć uczynny i pomocny, stopniowo przekształca swą pozycję, zdobywając kluczyki do samochodu, umiejętność prowadzenia auta, pieniądze, przejmując w końcu pick-upa. Smalesom  ginie też ich jedyna broń. Niby nic złego im się nie dzieje, ale są na łasce czarnoskórego ludu. Są "ludźmi" swego sługi. Między młotem a kowadłem jeśli chodzi o sytuację polityczną, wojenną w tym czasie. 
Na linii Maureen - July dochodzi do spięć, padają pytania i odpowiedzi, które nie miałyby miejsca w normalnym świecie, w świecie sprzed przyjazdu do wioski w buszu. Kobieta sięga też do swoich wspomnień, gdy jako córka sztygara lokalnych kopalni przyjaźniła się ze służącą w ich domu Lydią. 
Gordimer skupia się na psychologicznych aspektach zmiany otoczenia i pozycji społecznej, zmieniających się relacjach biały - czarny, pan - służący w grząskiej rzeczywistości wojennej tułaczki. Stawia problemy warte rozważenia.
Szorstka to proza, ale dziwnie hipnotyzująca. Bardzo obrazowa w zakresie przedstawiania scen z życia mieszkańców wioski (np. wygląd chaty, zajęcia kobiet, opieka nad maluchami, zabawa przy gumba-gumba...), przemawiająca  w oddawaniu odczuć Maureen, prawdziwa. 
Zakończenie jest niedopowiedziane... Fabuła pozostaje w zawieszeniu, stagnacji, a dalsze losy bohaterów pod ogromnym znakiem zapytania. To nie splot wydarzeń był to na pierwszym planie, ale psychika i relacje postaci.
Zaintrygowały mnie rozpoczynające każdy z krótkich rozdziałów koła, przedstawiające kolejne fazy księżyca - od pełni po nów. Zapewne nie dla ozdoby je tak umieszczono. Oznaczają nie tylko upływ czasu, mierzonego w warunkach naturalnych bez elektronicznych gadżetów, ale i pewien cykl przemian w życiu bohaterów. Co więcej, w świetle wydarzeń, do tytułowego Julya doskonale pasują słowa piosenki E. Adamiak "...rzeczywiście tak jak księżyc, ludzie znają mnie tylko z jednej (...) strony...". Wierny i oddany sługa ma też inne oblicze, własne życie, rodzinę, ambicje i plany. Nie zawsze będzie tym, komu oddaje się niepotrzebne sprzęty i podarowuje zużyte drobiazgi. On też chce bowiem być kimś, kto ma władzę...

Tej liczącej niewiele ponad dwieście stron nie przeczytałam od razu. Dawkowałam ją sobie po trochu, nie dlatego, bym się nią delektowała, a raczej z powodu jej specyfiki - niełatwa to bowiem proza, wytrawna, szorstka, poważna. Na swój sposób jednak przyjemna, zapadająca w pamięć, wartościowa. Odmienna w swej scenerii i tematyce.

Na okładce widnieje hasło: "Afrykański adca much". Niestety, nie potrafię się wypowiedzieć, co do jego trafności, gdyż nie czytałam wspomnianej tu powieści W. Goldinga. Podejrzewam, że porównanie opiera się na tym, iz obie książki traktują o mechanizmach społecznych, żądzy władzy i degradacji wartości.
Zgadzam się natomiast w pełni z określeniem "światowa proza".

Czy sięgnę jeszcze kiedyś po twórczość Gordimer? Czemu nie... Zdecydowanie jednak muszę sporo odczekać, by przetrawić te powieść i nabrać ochoty na ponowne spotkanie z literaturą trudną, poważną i zaangażowaną.
 
 



W  afrykański świat wraz z Julyem rodziną Smalesów wybrałam się dzięki uprzejmości Wydawnictwa M. 




piątek, 26 kwietnia 2013

Oz. Czarnoksiężnik w krainie literatury.

Wyd. Rebis 2013
Na pewno kiedyś przypomnę sobie fantastyczną, niejednokrotnie ekranizowaną,  powieść dla dzieci L. Franka Bauma "Czarnoksiężnik z Krainy Oz", do której nawiązałam w tytule wpisu, tymczasem chciałabym się podzielić wrażeniami z książki izraelskiego pisarza Amosa Oza. Nie ma on nic wspólnego z magią, jeśli już to prędzej miałby z kabałą, choć nic mi o tym nie wiadomo. Nazwać go powinnam raczej "czarnoksiążnikiem", bo jego dzieła wydawane są przez Rebis w czarnych okładkach. Coś czarodziejskiego jednak w nich musi być, bo przykuwają uwagę czytelników i literaturoznawców, a autor często wymieniany jest jako solidny kandydat do literackiej Nagrody Nobla.

"Wśród swoich" (oryg. "Between Friends") to zbiór 8 opowiadań, miniaturowych portretów psychologicznych. Opowieści rozgrywające się w latach 50-tych XX wieku dotyczą mieszkańców kibucu Jikhat. Narrator jest członkiem tej społeczności, a przy tym wnikliwym i wrażliwym obserwatorem. Nie ocenia opisywanych postaci i wydarzeń, po prostu opowiada,  rysuje sytuację, a resztę pozostawia czytelnikowi.
Poznajemy głoszącego same złe wiadomości Cwi Prowizora, zatroskanego losem córki Nachuma Aszerowa, szyderczego Roni Szindlina, pracowitego ucznia nazwiskiem Mosze Jaszar, Ninę, która odeszła od męża, opuszczoną Osnat, esperantystę Martina Vanderberga i jeszcze kilka innych osób.
 Cisza, milczenie, samotność, niepewność,  lęk i wewnętrzny dygot są udziałem bohaterów. W obcej nam kulturowo społeczności kibucu rozgrywają się ciche dramaty ludzkiej egzystencji. Często dochodzi do dylematów i konfliktów między interesem wspólnoty a prywatnymi potrzebami.
Odniosłam wrażenie, iż ludzi sportretowanych przez Oza łączy  rezygnacja, trwanie w takim jakby zawieszeniu, bierność i oczekiwanie, niemal na przysłowiowego już Godota. Tak jak Jotam (młodzieniec, którego matka chciała wysłać na studia do wuja do Włoch i oczekiwała na decyzję rady w tej sprawie), który "zbierał się do odejścia, chociaż w gruncie rzeczy najchętniej  dalej siedziałby tam, w ruinach Dejr Adżlun, na skraju zasypanej studni, siedziałby nieruchomo, nie myśląc o niczym, i czekał"
(s. 127)
Panuje nastrój smutnej melancholii. Styl - oszczędny, rzeczowy, każde słowo wydaje się ważne, tak jak ważne są treści rozpostarte na zaledwie 150 stronach. Smutna, pełna prostoty, ale jakże uniwersalna i piękna proza.

Będę się cieszyć, gdy ów pisarz zostanie uhonorowany Nagrodą Nobla. Mam nadzieję, że do tego czasu przekonam się o tym jeszcze bardziej, poznając kolejne jego książki. Dysponuję jeszcze tylko zbiorem esejów "Opowieść się rozpoczyna" ale od czegóż są biblioteki...


czwartek, 25 kwietnia 2013

W międzyczasie - jedenastka

Bardzo serdecznie dziękuję Historynce prowadzącej blog Gdańsk dla Uli, a także współtworzącej Bibliotecznik Polski za nominację w zabawie Liebster Blog.

Oto moje odpowiedzi na następujące pytania:
1. Książka czy film?  
Książka  ;-P
2. Żółty czy zielony? 
 Zielony (choć i żółty lubię - na przykład na ścianach, bo w ubiorze- mniej)
3. Pierogi czy frytki?  
Pierogi (ruskie, z kapustą i grzybami, z owocami, ale z serem - niekoniecznie)
4. Obcasy czy adidasy?
Powiem tak - dusza wyrywa się ku obcasom, a ciało i rozsądek domaga się adidasów (bieganie za dzieckiem na szpilkach? pewnie się da, ale ja sobie tego nie wyobrażam)
5. Zdjęcia  czy obrazy?
I jedno i drugie.
6. Szkło czy drewno?
Drewno.
7. Radio czy telewizja?

Radio - zdecydowanie wolę, choć tv też oglądam.
8. Dziecko czy dorosły?

Ale w jakim sensie? Odpowiem może tak: mądry człowiek.
9. Pies czy kot?

Kot. Tu nie ma wątpliwości ;-)
10 Lato czy zima?

Każda pora roku swe uroki ma, ale po ostatnich zmaganiach z aurą, lato ma zdecydowane fory ;-) Tylko nie upały.

Przez blogi książkowe ta zabawa już się kiedyś przetoczyła, więc nie będę nikomu zawracać głowy. Zapraszam tylko do oglądania zdjęć z Biblioteczniku i w miarę możliwości dzielenia się fotografiami innych ciekawych wnętrz bibliotecznych.
Wracam do sprzątania czeluści półek z papierzyskami i rozmaitymi klamotami.
Serdeczności kwiatowe ślę!
A.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Dobra Ligocka


Lgnę do prozy Ligockiej. Odpowiada mi wrażliwość tej artystki, jej styl,  jej kreska - malarska i literacka. Kilka jej książek mam już za sobą, ale nie wszystkie. Wiem jednak, że sięgnę po nie bez wahania.

"Dobre dziecko" to emocjonalna i przejmująca niemal do szpiku kości biograficzna opowieść 'dziewczynki w czerwonym płaszczyku', dotycząca głównie czasów powojennych, lat 50-tych XX wieku spędzonych w Krakowie. 

Autorka opowiada o swoim dorastaniu naznaczonym bólem, lękiem i samotnością. O skomplikowanych relacjach z matką - jedyną jej bliską - a zarazem tak daleką - osobą z rodziny. O anoreksji, depresji, wyalienowaniu, o echach bolesnych wojennych przeżyć.  O oczekiwaniach i rozczarowaniu. O potrzebie przyjaźni, akceptacji, ciepła. O trudach życia i widmie śmierci. O tragicznym splocie wydarzeń. Także o nadziei na lepsze jutro, na odmianę losu.

Narrację prowadzoną prosto lecz bardzo impresywnie (sceny ukazywane w czasie teraźniejszym) wzbogacają autentyczne fragmenty z pamiętnika Anny Abrahamerowej - babci Romy, a uzupełniają prywatne fotografie z rodzinnego archiwum. W zapiskach pani Abrahamer mamy pewien obraz  minionej epoki,  świat  zamożnej żydowskiej rodziny, świat przedwojennego Krakowa.

Tytułowe "dobre dziecko" to określenie odnoszące się do Tosi Abrahamerówny (córki Anny), która była znakomicie zapowiadającą się młodą panienką, przyszłą panią domu, nie mającą artystycznych ciągot jak jej siostra Sabina. To również zarzut wobec Romy - że niby taka nie była (nie chciała jeść, za mało się uczyła, dziwaczyła), jednak w odniesieniu do tego, co przeszła i co uczyniła, by pomóc matce (kilka razy uratowała ją przed tragicznymi skutkami "wypadków") - brzmi to zupełnie inaczej.

Książkę przeczytałam w jedno popołudnie, niemal jednym tchem.  Smutna i niełatwa, ale wartościowa i ważna lektura.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Wczesnowiosenne stosiki oraz muzyczny bonus


W ramach niedzielnego rozleniwienia wyciągam z archiwum zdjęcie zrobione jeszcze w marcu, dodaję nieco świeższe i oto macie obraz  książkowych zdobyczy z ostatnich czasów. Chyba nic nie zgubiłam....
Są to:
  • Egz. rec. od Wyd. M
    • P. Lisicki, Kto zabił Jezusa? Prawdy i interpretacje /recenzja/
    • M. Dilloway, Sztuka uprawiania róż z kolcami 
    • A. Barciś, M. Graff, Rozmowy bez retuszu  /recenzja/
  •  Egz. rec. od Czytajmy Polskich Autorów -wyd. Zysk i S-ka: M. Maj, Weronika zmienia zdanie /recenzja/
  • M. Komar, W. Bartoszewski, Autorytety (książka przygarnięta z gratyzchaty.pl, podarowana dziadkowi, który interesuje się historią i polityką) 
  • M. Witkiewicz, Ballada o ciotce Matyldzie - wygrana w konkursie /recenzja/


 
  • Amos Oz, Wśród swoich - wygrana w konkursie, już przeczytana
  • R. Ligocka, Dobre dziecko - pożyczona, pochłonięta wczoraj cała.
  • J. Skowroński, Zabić, zniknąć... - wreszcie dotarła -wygrana w konkursie jeszcze przed świętami
  • M. Musierowicz, Kłamczucha - tanio odkupiona, niektórym bibliofilom trafiają się dublety ;-)
  • N. Roberts, Wyspa trzech sióstr - teraz już mam całą trylogię!

Teraz mam małą "lukę" w czytaniu, bo po przepięknych  "Ptakach ciernistych krzewów" nie chcę brać się zbyt szybko za kolejną powieść obyczajową, żeby nie wypadła blado. Biorąc pod uwagę listę lektur z bieżącego miesiąca, to chciałabym teraz coś zupełnie odmiennego gatunkowo i niezbyt obszernego. Może ktoś ma jakiś pomysł?


Muzyczny bonus, który obiecałam w tytule to nowa piosenka zespołu Red Bridge. Wpada w ucho, przyznam.
Kojarzy się Wam z czymś ich brzmienie? Bo mi przypomina....ale nie chcę sugerować, więc na razie nie powiem. W każdym razie dla mnie to pozytywne porównanie.
Poznajecie tego pana, który tam zaśpiewał gościnnie?;-)
Wolicie rock, czy disco?  Ja jestem "szerokogatunkowa", ale bliżej mi do klimatów rockowych. Zresztą tu nie chodzi o te konkretne dwa typy muzyki, ale o to, czy da się pogodzić odmienne zainteresowania dwóch zainteresowanych sobą osób.
Ale już dość gadania,w tym temacie to wszystko! ;-)













czwartek, 18 kwietnia 2013

...by nie zapomnieć.... Moje zdanie o "Tristanie..."

 Wyd. KiW 1988
...By czas nie zatarł i niepamięć... zabieram się wreszcie do spisania kilku uwag na temat "Tristana 1946" Marii Kuncewiczowej, czytanego na przełomie lutego i marca bieżącego roku.

Wiem, że są różne zdania na temat tej książki, ja byłam i nadal jestem zafascynowana. Jest w prozie Kuncewiczowej jakiś magnes, który mnie przyciąga; budowana przez pisarkę atmosfera otacza mnie i pochłania bez reszty.
Nie będę zagłębiała się w fabułę, ani układała spójnej wypowiedzi, tylko wypunktuję sobie kilka zagadnień. By nie zapomnieć. By może przy okazji kogoś zainspirować do lektury.

- Cudzoziemka zmultiplikowana
W powieści mowa o obcości na różnych płaszczyznach. Polacy, Irlandka, Amerykanka, Jugosławianin na angielskiej ziemi. Oddalenie od siebie osób pozornie bliskich ( spotkanie z synem po 6 latach rozłąki,"matka na księżycu" - światy Wandy i Michała są kosmicznie wręcz dalekie). Niezrozumienie wzajemne (różne doświadczenia, przeżycia, różne potrzeby, marzenia i plany, a także odmienne wyobrażenia).
Teatralność do kwadratu
 Postaci chcąc nie chcąc przyjmują role i odgrywają na nowo legendarną/mityczną historię Tristana i Izoldy. Między sobą też prowadzą grę pozorów i niemal komedię omyłek, właściwie to tragifarsa bardziej.
Kathleen zostaje modelką, potem aktorką.
- Motywy i tropy
Żona marnotrawna, wierny pies, zabicie smoka...
 Przyjaźń, miłość, młodość, ambicje, zdrada, pamięć, sztuka...
- to zaledwie czubek góry lodowej, wnikliwie się przyglądając, można by podać o wiele więcej.
 - Narracyjne atrakcje
Oddawanie głosu poszczególnym postaciom, bez uprzedzania czytelnika.  O ile w pierwszej, bardziej uporządkowanej, spokojniejszej części, głównie "przemawiała" Wanda, to w drugiej- istny szał ciał, znaczy się głosów. W narracji Kasi brak interpunkcji nieco utrudniał czytanie, ale wzmagał poczucie natłoku myśli i wyrażał stan ducha bohaterki (strumień świadomości?)
- Echo i tło
Na emigracyjne losy bohaterów i ich relacje międzyludzkie kładzie się cieniem wojenna przeszłość, bagaż przeżyć, konsekwencje decyzji i wyborów. Wpływ otoczenia. Narzucanie "gęby".
- Barwy uczuć
To nie tylko pełne emocji  miłosne dzieje współczesnych Tristana i Izoldy, to wielowymiarowa powieść psychologiczna, utkana jak gobelin w wielu nitek. Niekoniecznie jednak w pastelowych barwach.

Niewykluczone, że za jakiś czas przeczytam "Tristana 1946" od nowa. Kuncewiczowa mocno się trzyma w "moich ulubionych", spotkania z jej twórczością będę kontynuować.
 Szkoda tylko, że moje wydanie z serii Koliber, rozkleiło się podczas lektury. Za duża objętość na ten format, niestety.




wtorek, 16 kwietnia 2013

Kulinarnie, kryminalnie i filmowo - kwietniowa Trójka E-pik hurtowo

Kryminał kobiecą ręką:
Celebryci i śmierć - J. D. Robb, czyli Nora Roberts w swoim drugim pisarskim wcieleniu.

To było moje pierwsze spotkanie z detektyw Eve Dallas, choć to bodajże  35-ty już tom jej przygód. Najpierw nie mogłam się wciągnąć w tę powieść, rozpraszały mnie epizody i prywatne sprawy bohaterów,  później wszystko ruszyło z górki i nawet dość mnie zaabsorbowało śledztwo. Nie przewidziałam rozwiązania. Szerzej o książce piszę tutaj
Teraz zaś spróbuję się zastanowić nad tym, jaki ślad zostawiła "kobieca ręka", czy w ogóle istnieją różnice między kryminałami pisanymi przez kobiety i przez mężczyzn?
- Niekwestionowana korona w dziedzinie literatury kryminalnej przypada kobiecie - A. Christie. To klasyka gatunku. We współczesnej lit. krym. prym wiodą raczej mężczyźni, choć mam wrażenie, że coraz więcej pań chwyta za "zbrodnicze" pióro i coraz więcej nazwisk pojawia się na rynku.
Nie jestem jednak na tyle fanką kryminałów, by dokonać rzetelnej statystyki.
- U J. D. Robb w głównej roli, czyli roli detektywa, występuje kobieta; 
Eve Dallas-znakomita policjantka, silna, zręczna, odważna, świetnie dedukuje, ma cięty język, niepospolity temperament, jest twarda, ostra, konkretna, przy tym piękna, zgrabna i powabna, czyli "chodzący ideał". Niemal bez wad. No, może z wyjątkiem ukrywania batoników pod fotelem na czarną godzinę ;-)
Błędem jednak byłoby stwierdzenie, że kobiety -autorki tworzą postaci detektywów- kobiet. To nie jest zasada.  Argument: A.Christie - Herkules Poirot. Choć wydaje mi się, że łatwiej kobiecie wykreować postać kobiecą, a mężczyźnie - męską. Znów brakuje mi rozeznania, by zestawić autorów i bohaterów według płci.
- W powieści Robb nie brakuje odniesień do mody, urody, ciuchów, uczuć; tak od strony obyczajowej jest po prostu "kobieco" ;-)
- Mam wrażenie, że "kobiece" kryminały są łagodniejsze, skupione na śledztwie, łączeniu faktów, charakterach, a nie na mordach i masakrach. Za mało jednak kryminałów czytałam, znów nie mam szerokiego oglądu.

Motyw kulinarny odnalazłam w:
"Weronika zmienia zdanie" M. Maj - konkretną recenzję mojego autorstwa znajdziecie na stronie Czytajmy Polskich Autorów.


Tu tylko dodam, że jedzonko często gości u bohaterów powieści.
(Gołąbki, szarlotka, makarony z sosami, zupy kuchni węgierskiej, naleśniki z nutellą i keczupem, śniadanka, pikniki itp.).
Weronika poznała pewnego tajemniczego niebieskookiego amanta jak na gwałt potrzebował szarlotki i skierowała go odpowiedniego sklepu, następnym razem wskazała mu lokal, gdzie może nabyć gołąbki, których poszukiwał. To był dziwny początek wielce skomplikowanej znajomości...
Para bohaterów umawia się na kolacje w lokalu, pożera watę cukrową na festynie.
Marta, przyjaciółka Weroniki, prowadzi jadłodajnię, często dostarcza koleżance prowiant.
Wyprawa po konfitury (o oryginalnym składzie: dyniowo-pomidorowe) stanowi ważny moment w akcji- prowadzi do wyjaśnienia pewnej zagmatwanej sytuacji.
Catering od troskliwej rodzinki pojawia się nawet przy szpitalnym łóżku.

Jeśli za mało tych kulinariów, by zaliczyć tę kategorię Trójki... to już tylko książki kucharskie mi zostają ;-D

Książka zekranizowana:
"Ptaki ciernistych krzewów" Colleen Mc Cullough 

Nie miałam pojęcia, że to taka piękna powieść! Przepiękna! Poruszająca, zaskakująca saga rodzinna pełna emocji oraz obrazów australijskiej przyrody i ciężkiej pracy na owczej farmie. Dramatyczne dzieje rodziny Cleary na przestrzeni I. poł. XX w. ujmują już od pierwszej sceny, w której starsi bracia niszczą dziewczynce wymarzoną i drogocenną lalkę.
Autorka nie koncentruje się tylko na wątku uczuciowym łączącym Ralpha i Meggie, ale prezentuje wydarzenia dotyczące innych postaci (np. dzieje rodu, z którego wywodzi się Fee, historia Franka, perypetie Jimsa i Patsy'ego na froncie  - przy okazji mamy wzmiankę o udziale Australijczyków w II wojnie światowej, nie wiedziałam wcześniej nic o tym).
Bohaterowie wywołują  całą gamę odczuć - zdziwienie, sympatię, współczucie, podziw...
Na temat Luke'a O'Neila powiem to samo, co Anne (jedna z drugoplanowych postaci) - "Jego bym zatłukła".

Odnośnie ekranizacji to wiem tyle, że... była, że to telewizyjny hit przyciągający rzecze widzów głównie płci żeńskiej, że ksiądz, że romans, że Richard Chamberlain... Gdy serial był emitowany u nas po raz pierwszy, byłam za mała, by świadomie go oglądać, nie przywiązywałam wagi do takich filmów. Potem zaś wydawało mi się, że to jakiś melodramat, nic w moim guście. Czytając, odnoszę wrażenie, że chyba w ekranizacji skupiono się na jednym wątku (Ralph -Meggie), wątpię, by udało się oddać w filmowej adaptacji epicką rozlewność powieści i gruntownie przedstawić sylwetki wszystkich bohaterów.
Żałuję, że nie przeczytałam wcześniej tej książki. Pomyśleć, że nabyłam ją na wyprzedaży za dychę...
 Czyżbym już miała kandydatkę na książkę kwietnia... ?



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zbrodnia w branży filmowej ("Celebryci i śmierć" - J.D. Robb)

Wyd. Prószyński i S-ka 2012
To już kolejny, bodaj 35-ty tom przygód detektyw Eve Dallas ( seria In Death), a moje pierwsze w życiu spotkanie z J. D. Robb, czyli typowo kryminalnym obliczem, znanej mi już oczywiście Nory Roberts.

 Główna bohaterka wraz ze swą współpracownicą- detektyw Delią Peabody odwiedza plan filmowy, gdzie kręcą film na podstawie książki Nadine Furst opartej na autentycznej sprawie kryminalnej prowadzonej kiedyś przez porucznik Dallas (plan Icove'ów - afera z klonowaniem ludzi). Poznaje tam swojego "sobowtóra", aktorkę Marlo Durn oraz niemiłą K. T. Harris wcielającą się w rolę jej partnerki. Wieczorem czeka Eve udział w przyjęciu w gronie twórców adaptacji, impreza ma mieć charakter towarzysko- promocyjny. Kobieta najchętniej wymigałaby się od tego wydarzenia, nie przepada bowiem za strojeniem się na "wielkie wyjścia". Mąż Roarke (wykreowany na ucieleśnienie ideału z mroczną przeszłością) dba o jej garderobę i i biżuterię, zapewniając nieziemską oprawę tej mocno stąpającej po ziemi policjantce.
Na przyjęciu ma miejsce przykry incydent - K. T. Harris zachowuje się skandalicznie, czyniąc wredne uwagi, także pod adresem Eve. Wkrótce aktorkę znajdują martwą na tarasie... Czyżby ktoś jej "pomógł" wpaść do basenu? Rusza śledztwo. Prowadzi je niezrównana porucznik Dallas wraz z Peabody.
Co ciekawe, sprawy zatoczą znacznie szerszy krąg, niż się mogło wydawać.

Rzecz dzieje się w przyszłości, ale o tym zorientowałam się dopiero wtedy, gdy jedna z przesłuchiwanych osób odnosiła się do lat 2030 -tych jak do dość dalekiej przeszłości. W trakcie lektury stopniowo dochodziły kolejne szczegóły futurystyczne: autokucharz, androidy, elektroniczne gadżety, supertechnologie materiałów (rewelacyjna kurtka Eve - skórzany przedmiot pożądania ;-) ) Wiele elementów było jednak całkiem zwyczajnych.Nie obliczałam, ale gdzieś znalazłam informację, że to 2060 rok. Taka wycieczka w przyszłość nawet mi nie przeszkadzała, w przeciwieństwie do paru innych rzeczy.
Po pierwsze, na początku długo nie mogłam się wciągnąć w fabułę, rozpraszały mnie epizody i scenki z życia prywatnego bohaterów. Potem już nawet ze sporym zaangażowaniem śledziłam przebieg wydarzeń i tok myślenia pani detektyw. Rozwiązania nie przewidziałam. 
Po drugie, drażniła mnie idealność Dallas, że to taka 'superwoman'  była, a także jej kreacja niby na "zimną sukę", bezwzględną i surową dla pracowników, twardą glinę, ale przy tym wspaniałą, wyszczekaną, uwielbianą.. Może źle odebrałam tę postać, może jeden tom jej perypetii to za mało, ale na tym etapie nie zaprzyjaźniłam się z nią.
Po trzecie, wulgarność. Może nie nagminna, ale raziła. Nie wydawała mi się uzasadniona.
Po czwarte, za dużo odniesień do przeszłości, w sensie do wcześniejszych wydarzeń, innych tomów. Oprócz sprawy Icovów,, na której podstawie niby powstała książka i film ( w świecie tego cyklu powieściowego), wspomniana jest enigmatycznie rodzinna tragedia Eve ( nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam aluzje), oraz napomknięto o  dawnych dziejach Roarke'a - wówczas przemytnika, dziś superbiznesmena. Takie  można odnieść  narzucane poczucie konieczności doczytania o tym wszystkim, sięgnięcia po poprzednie tomy, albo wymaganie ich znajomości.
Po piąte, jakoś za szybko potoczyło się poskładanie kryminalnej układanki, jak z procy wyskakiwały poszlaki, dowody, świadkowie.
Po szóste ( choć to właściwie nie zarzut, a uwaga), ofiara zbrodni skupiała w sobie tyle negatywnych cech, że czytelnikowi trudno czuć żal, że zginęła.

Podobało mi się średnio. Nie sądzę, bym sięgała po dalsze tomy opatrzone nazwiskiem J. D. Robb. Zdecydowanie wolę Norę w jej romansowo - sensacyjno-obyczajowej odsłonie niż w kryminalnej serii o przygodach detektyw Dallas.


Książka pasuje do kwietniowej Trójki E-pik, kategoria: "kryminał kobiecą ręką"

wtorek, 9 kwietnia 2013

Z Barcisiem - bez retuszu


Oprawa twarda, stron 219, Wyd. 2011 r.
Zabawny Tadzio Norek z Miodowych lat, przebiegły Czerepach z serialu Ranczo, czy prostoduszny Janek z Doręczyciela to najbardziej popularne, najbliższe przeciętnemu widzowi wcielenia Artura Barcisia. To jednak zaledwie kropla w morzu jego aktorskich i reżyserskich dokonań.

 Jako enigmatyczna postać przewijająca się przez odcinki Dekalogu K. Kieślowskiego przeszedł już do historii filmu.  Zagrał  mnóstwo drugoplanowych i epizodycznych,  ale ważnych i charakterystycznych ról. Na teatralnych deskach dał się poznać z najlepszej strony zarówno w dramatach jak też komediach oraz spektaklach musicalowych. W 2003 roku dostał nagrodę dla najlepszego aktora pierwszoplanowego za rolę tytułową w filmie Kontroler na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Down Under w Australii. Co dziwne, ten sukces został przemilczany w naszej prasie.

Dla mnie osobiście Artur Barciś to przede wszystkim niezapomniany prowadzący Okienko Pankracego, fenomenalny wykonawca piosenki Dykcja oraz tytułowy bohater Bajki o Klimku emitowanej  w ramach telewizyjnego Teatru Młodego Widza. Aktor znakomity, choć niepozorny. Znany, ale "nierozpieszczany" hołdami i nagrodami branżowymi.

Gdy zobaczyłam okładkę książki Rozmowy bez retuszu, w której Marzanna Graff przeprowadza wywiad z Arturem Barcisiem, nie wahałam się ani moment. Byłam ciekawa, o czym opowie aktor, którego lubię i cenię, od lat podziwiając jego talent i renomę budowaną rzetelną pracą. Niewiele tak naprawdę wiedziałam do tej pory na temat tego artysty. Nie jest to postać, która bryluje na czerwonych dywanach, przesiaduje na kanapach programów śniadaniowych i "wyskakuje" z kolorowych stron plotkarskich magazynów. Skandale, plotki oraz celebrycki blichtr to zdecydowanie nie jest świat, w jakim można by spotkać Artura Barcisia. I to też stanowi o wartości tego aktora.

W rozmowach podzielonych na 13 rozdziałów Barciś szczerze i naturalnie opowiada o swoim dzieciństwie w podczęstochowskiej wiosce, o  tym, jak pasał krowy, jak ściągał na maturze z matematyki, jak zaczęła się jego przygoda z poezją, teatrem i konkursami recytatorskimi, o egzaminach do łódzkiej "filmówki", o swoich pierwszych krokach  na deskach teatralnych i przed kamerą, o swojej pracy, o trudach, sukcesach i szczęśliwych trafach, o wyprawie maluchem do Hiszpanii, o pokorze i uczciwości. Wspomina o swojej rodzinie, przyjaciołach, kolegach, nauczycielach i mistrzach. Aktor jest nie tylko szczery i skromny, ale i także skryty Na sugestię M. Graff: "Może  teraz porozmawiamy o twoim życiu prywatnym?", odpowiada: "Musimy?". Uchyla jednak rąbka swej prywatności, mówiąc o tym jak poznał swoją żonę Bebę, czyli Beatę, montażystkę filmową, o tym, jak urodził się ich syn Franek. Nie ma tu nic z modnego "wywlekania" rodzinnych sekretów, upubliczniania domowego życia. Za to jest pięknie, ciekawie, momentami wzruszająco. Bez patosu, bez sztuczności, bez gwiazdorzenia. Artur Barciś to sprawdzona marka, która nie musi lansować się na siłę.

Dlaczego Rozmowy bez retuszu są niekonwencjonalne? Forma wywiadu - rzeki nie jest niczym nowym, ale zaskakujący, oczywiście pozytywnie, jest styl tych rozmów. Prowadząca - Marzanna Graff (pisarka, scenarzystka, aktorka) nie przepytuje w typowo dziennikarskim stylu, raczej zagaja, podsuwa wątek, naprowadza na temat, emocjonalnie komentuje (Np."Pięknie.", "Żartujesz!", "Nie..."). Artur Barciś opowiada w sposób bardzo swobodny, bezpośredni, naturalny, często przeskakując z wątku na wątek, czyniąc dygresje. Nie zakłóca to jednak prostoty i przejrzystości wypowiedzi. Snują się te rozmowy niczym najlepsza gawęda, tak przyjacielsko,  w luźnej atmosferze.
Na koniec bonus dla czytelników- "Trzecia nuta i część całości", piękna współczesna baśń pióra pana Artura. Chwytająca za serce i mądra. Chciałoby się wręcz całego zbiorku takich.
Publikacja nie zawiera kalendarium życia i filmografii aktora, ale nie wydają mi się one tu niezbędne, wszak są inne źródła, a to nie jest typowa biografia czy autobiografia. 

Myślałam, że będę te wywiady podczytywać sobie przy kawie, codziennie po trochu. Początkowo tak robiłam, ale wczoraj - filiżanka już dawno była pusta, a ja dalej czytałam z zaangażowaniem niczym pasjonującą powieść. Im więcej się dowiedziałam, tym bardziej cenię i szanuję Artura Barcisia. Mogę teraz powiedzieć cytując Macieja Wojtyszkę: "Zazdroszczę Państwu, że jesteście PRZED lekturą tej książki!"

Jak najbarciś polecam!


Za możliwość poznania bliżej wspaniałego aktora dziękuję:





poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Rekolekcje z książką ( "Kto zabił Jezusa? Prawda i interpretacje")


Okładka: Oprawa miękka
Wymiary: 168 x 238 mm
Ilość stron: 380  

Rok wydania: 2013




Nie samą beletrystyką człowiek żyje, ale wszelką literaturą faktu i szeroko pojętą publicystyką. W okresie wielkanocnym, zdominowanym niestety przez czekoladowe zające, choć mniej komercyjnym od bożonarodzeniowego, odpowiednią wydaje się tematyka religijna czy teologiczna. Do sięgnięcia po tę książkę przekonał mnie trailer zamieszczony na stronie wydawnictwa, w którym sam autor przedstawia główne założenia swojej publikacji.

Nie wiem, czy przeciętny zjadacz chleba, zdaje sobie sprawę, że Ewangelie znacznie różnią się między sobą, a ich treść w połączeniu z wiedzą historyczną, może przynieść rozmaite interpretacje. Świadectwo o śmierci Jezusa i jego procesie znajduje się również w innych materiałach źródłowych na przykład pismach starożytnego historyka Józefa Flawiusza. Źródła wydają się niekiedy sprzeczne lecz wnikliwa analiza, może doprowadzić do wniosku, iż one się uzupełniają.  Pytanie, jakie stawia Paweł Lisicki u progu XXI wieku brzmi,  czy można te teksty źródłowe czytać przez pryzmat Holokaustu, czy można w nich dopatrywać się korzeni antysemityzmu, antyjudaizmu? Jak wygląda dialog religijno-historyczny?
Przyznam, że mnie to zafrapowało...
I tak, przez szereg wieczorów czytałam między innymi o poglądach na czas powstania poszczególnych Ewangelii, na ich tendencyjność, autentyczność, uprzedzenia ich twórców; o tym, czy nauki Jezusa były bliższe faryzeuszom, czy zelotom; o interpretacjach sceny z uschłym drzewem figowym; o tym, czy Judasz istniał naprawdę i jakie były jego motywy postępowania; kim był Barabasz; jaką rolę pełnił Sanhedryn a jaki był udział Piłata w procesie Galilejczyka; kto odpowiada za wydanie wyroku, co oznaczają słowa "Krew Jego na nas i na dzieci nasze" wypowiedziane przez tłum przed pretorium i dlaczego są nieujęte w polskiej wersji językowej słynnego filmu "Pasja"...
Tematów i pytań było bez liku.

Zanim spróbuję sformułować własne uwagi na temat tej książki, oddam głos komuś, kto dla wielu osób jest niemal guru:
"Lektura Kto zabił Jezusa? zachwyca bogactwem ujawnień historycznych i mitologicznych, jak również odniesień scjentycznych i dywagacji polemicznych. Jeżeli jesteś wyznawcą Chrystusa- przeczytaj tę książkę, by dowiedzieć się więcej. Jeżeli nie jesteś wyznawcą Chrystusa - przeczytaj tę książkę, by się dowiedzieć"  - taką oto rekomendację wystosował Waldemar Łysiak (źródło- nota z okładki).
Cóż więc ja, mały żuczek, mogę dodać...

Nie była to lektura łatwa, albowiem wymagała skupienia i uwagi, naświetlała kwestie, nad którymi nigdy się do tej pory nie zastanawiałam. Lisicki w zgrabnym publicystycznym stylu prowadzi czytelnika przez gąszcz faktów, interpretacji, hipotez i wątpliwości. Odniosłam wrażenie, że autor bardzo wnikliwie i rzetelnie zgłębił dziedzinę, w której się porusza na obszarze tej publikacji. Świadczy o tym nie tylko obszerna bibliografia, także zawierająca dzieła obcojęzyczne, ale głównie liczne odniesienia i polemika z głosami wielu badaczy na przestrzeni lat, a wręcz wieków (od egzegetów starożytnych po papieża Benedykta XVI).
Tytuł brzmi niczym rodem z kryminału, ale wiedzie tym samym nieco na manowce, bo publikacji daleko od sensacji w stylu Dana Browna, jak również od fanatycznych tez żarliwego wyznawcy danej religii. To raczej diagnoza, czy refleksja podejmująca próbę ujęcia dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w ramy logiki i historycznej prawdy. Podeprę się znów słowami znawcy, a mianowicie ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, który w przedmowie stwierdza, iż "refleksję Pawła Lisickiego cechuje erudycja, wrażliwość i uczciwość". Nie sposób nie zgodzić się z tymi słowami.

 Książka "Kto zabił Jezusa? Prawda i interpretacje" zapewne przez wiele osób będzie z góry skreślona i wrzucona do wora z napisem "religijne", tymczasem jej autor mógłby śmiało posłużyć się słowami z wiersza ks. Jana Twardowskiego: "nie przyszedłem pana nawracać". To nie jest bowiem katecheza, ale praca naukowa krążąca na orbitach religii, teologii i historii. Inna sprawa, że nie wszyscy się takimi dziedzinami interesują i mają do tego pełne prawo. Niemniej sądzę, iż ta publikacja znajdzie szersze grono czytelników niż krąg filozofów, teologów, czy historyków i wzbogaci sferę intelektualno -duchową wielu osób.


Meandry wiedzy teologiczno -historycznej 
oraz dzieje procesu i śmierci Chrystusa 
zgłębiałam dzięki uprzejmości:



piątek, 5 kwietnia 2013

Słodkie ciasteczko, czyli ballada o Joance, jej ciotce i całej reszcie

M. Witkiewicz, Ballada o ciotce Matyldzie,
Nasza Księgarnia 2013
"...Ciotka Matylda do niebieskich kroczy bram
Już podoba jej się tam
i na Pana woła głośno: wpuść mnie Pan!
Ciotka Matylda ma koronę z papilotów
I pod pachą taszczy kota
przecież biedak nie mógł zostać całkiem sam..."
(sł. A. Sikorowski, muz. J. Hnatowicz)








Nie zawiodła mnie intuicja, gdyż już od pewnego czasu ostrzyłam sobie ząbki na kolejną powieść wydaną w serii "Babie  lato", a po jej przeczytaniu - co ja mówię - pochłonięciu, poczułam się, jakbym zjadła pyszne ciasteczko. Kruche i w dodatku z marmoladką!

Odkąd dowiedziałam się o tej książce Magdaleny Witkiewicz, oprócz chęci jej poznania nurtowało mnie pytanie, czy tytuł nie stanowi plagiatu, albowiem nietrudno skojarzyć go ze znaną, mam nadzieję, piosenką Grupy Pod Budą. Okazało się, że powiązanie jest zamierzone, a pisarka i wydawnictwo kierują specjalne podziękowania do autorów oraz wykonawców muzycznego utworu, który stał się literacką inspiracją.
Skoro już wyjaśniła się ta kwestia, mogę przejść do fabuły. Nie wyjawię zbyt wiele, bo to takie ciasteczko z niespodzianką, niby kształt znajomy i po wierzchu smak znany, ale co kryje w sobie nadzienie? Żeby się przekonać, trzeba je nadgryźć. Niestety, zbyt szybko zostaje nam pusty talerzyk i nawet okruszków do wylizania już brak... Mniam!

Joanna jest w zaawansowanej ciąży, gdy jej ukochana ciotunia  wybiera się na tamten świat. Zanim jednak z kotką Frędzel pod pachą zapuka do nieba bram, wydaje szereg poleceń oraz zapoznaje młodą kobietę z enigmatyczną sprawą biznesu, w którym ma udziały i chce go jej zapisać w spadku. Interes prowadzą bliźniacy Oluś i Przemcio, to właśnie oni mają wszystkim się zająć, a także zobowiązani są pomóc Joance.
Starsza pani -świeć, Panie nad jej duszą - choć łyżeczki koniaczku do herbatki sobie nie żałowała, słów na wiatr nie rzucała, nie tylko zabezpieczyła w pewnej części byt swej krewnej, ale przepowiedziała, czy raczej przewidziała jej przyszłość, nad którą zresztą czuwała będąc już "tam w górze".
Nad Joasią, zmęczoną acz szczęśliwą młodą mamą, zaczęły się kłębić chmury. Los nie szczędził jej zawirowań i problemów, głównie małżeńskich, ale wynagrodził obecnością i pomocą  przyjaciół. Otworzyła się też przed nią nowa zawodowa ścieżka, perspektywa zostania "gazelą biznesu" w świecie reklamy i marketingu, nie licząc odziedziczonych udziałów w tzw. piekarni. No właśnie, stąd mowa o tych ciasteczkach...Hi, hi! Bardzo ogólnie przedstawiłam zarys fabularny, bo diabeł tkwi w szczegółach, a tych zdradzić nie mogę. Mogę natomiast zaostrzyć apetyt przedstawiając kilku bohaterów.

Wśród plejady pozytywnych i przesympatycznych ( z małymi wyjątkami) postaci prym wiodą Olgierd i Przemysław. Potężni, umieśnieni "dresiarze", którzy nie tylko mieli łyse głowy na karku ( dosłowny "brak szyi" nie przeszkadzał w posiadaniu żyłki do interesu), ale i serca na dłoni. Daj Boże każdemu takich przyjaciół, jeśli nie mężów, bo charaktery chłopaki mieli złote, choć w razie potrzeby byli gotowi "obić twarzyczkę". Z kobiecych kreacji najbardziej (nie licząc głównych bohaterek) podobała mi się Patrycja, żona Przemka. Dawno nie spotkałam tak normalnej, zwykłej, fajnej postaci. Wydała mi się bardzo konkretna, serdeczna, otwarta,  bardzo życiowa. Potrafiła słuchać ludzi, ogarniała  dom, dzieci, pracę, pomoc innym, zachowując w tym wszystkim dużo luzu i radości życia. Z osób drugiego, czy nawet trzeciego planu wspomnę tylko pana Mirka od remontu - kociarza oraz Miecia - poczciwego pijaczka, z którego filozofią, że ogród jest dobry na wszystko nie sposób się nie zgodzić.

"Ballada o ciotce Matyldzie" to ciepła, pogodna, optymistyczna opowieść. Taka pokrzepiająca na duchu. Opowiada o sile przyjaźni, o determinacji, o tym, że marzenia się spełniają. Nawet te o rusałkach. To też książka o przemijaniu, czy raczej o konieczności pogodzenia się z tym faktem oraz o tym, że często pozory mylą, życie jest pełne niespodzianek, a na tej planecie są dobrzy ludzie i warto też takim być.  Dowiemy się także, co to są nunataki, a więc mamy i walory edukacyjne.
Powieść jest zgrabnie napisana, z dużą ilością dialogów, momentami poważna, przeważnie zabawna, a chwilami frywolna, ale nie myślcie sobie zbyt wiele, bo tu tylko o słodkich ciasteczkach mowa... Kto przeczyta, zrozumie aluzję.
Narracja nie jest monotonna. Wplecione zostały także listy - ukazują zdarzenia z przeszłości, choć ze względu na taką formę nie otrzymujemy pełnego, dokładnego ich obrazu, a tylko okruchy w subiektywnym, emocjonalnym zapisie. Dzięki temu jest nieco tajemniczo, ciekawiej. Czytelnicy lubią niedopowiedzenia i otwarte pole dla wyobraźni.
Zaznaczę jeszcze, iż zakończenie, choć oczywiście optymistyczne, jest dość otwarte. Pewne sytuacje są lekko zasugerowane, ale na dobrą sprawę, wszystko jest jedną wielką niewiadomą. W każdym razie dopisanie dalszej części nie wydaje się niemożliwe, choć z drugiej strony nie jest też niezbędne.

Niby to kolejna opowieść o kobiecie, którą zawiódł mężczyzna, a ona nie tylko się nie załamała i świetnie sobie poradziła, ale odniosła sukces. Niby to następna miła historia z happy endem. Czyż jednak nie takich książek potrzebujemy dla odprężenia, gdy dość mamy przerażających informacji i tragedii, jakimi bombardują nas media i nasza szara rzeczywistość? Czy nie szukamy wytchnienia w lekkiej literaturze, przyjemnej i ciepłej jak nici babiego lata?
Przyznam, że choć nie każda pozycja z tej serii do mnie przemawia, to tej akurat się udało. Nic mnie w "Balladzie..." nie irytowało, może poza tym, że zbyt szybko znalazłam się na ostatniej stronie. Książka towarzyszyła mi w podróży, skończyłam ją już w domu, czytając przysłowiowym jednym tchem. Przyniosła mi to, czego oczekiwałam - relaks i dobry nastrój, prostą fabułę okraszoną barwnymi szczegółami i przesympatycznymi postaciami. Choć fotografia na okładce jest jesienna, a powieść została laureatką plebiscytu "Najlepsza książka na wiosnę" to polecam ją na każdą porę roku. Niezależnie od pogody!
 Podczas jazdy miałam wspólniczkę do czytania tej książki ;-)

czwartek, 4 kwietnia 2013

Jak to w tym garncu było, czyli same dwójki w marcu

W marcu jak w garncu - głosi przysłowie, a u mnie w ubiegłym miesiącu było może i różnorodnie, ale dość ubogo, jeśli chodzi o ilość lektur  (vide: spis 2013). Czytelniczy post? Nie planowałam, tak wyszło.
Skończyłam fascynującego "Tristana 1946", którego awansem wliczyłam do lutowej statystyki, ale już tak nie będę robić - 2 książki zaczęte w marcu przenoszę na kwiecień.
Przeczytałam 2 egzemplarze recenzyjne, 2 książki dziecięce, 2 w ramach Trójki E-pik (a trzecia pokryła się z recenzyjną).
Jak wspomniałam 2 książki zaczęłam, z czego jedną dziś już skończyłam, a z drugą jeszcze trochę mi zejdzie.
Wygrałam 2 książki w konkursach ( na jedną jeszcze oczekuję).
Przybyło kilka tomów (recenzyjne, przygarnięte, pożyczone), ze stosikiem jednak się wstrzymam.
Poczekam do wiosny.
Ha, ha!
Czy raczej hu, hu, ha...

PS. Na własne uszy słyszałam w radiu w Poniedziałek Wielkanocny "Last Christmas", ale to aura zrobiła nam największego psikusa na prima aprilis.



Follow by Email