 |
| Wyd. Znak 2012 |
Już w zeszłym roku przymierzałam się do tej książki, po kilkunastu stronach jednak odłożyłam ją, by mieć na potem, schomikowałam, by dłużej cieszyć się perspektywą dobrej lektury. W końcu zdecydowałam się, że przeczytam ją w styczniu 2013, nie bez powodu, bo właśnie mija siódma rocznica śmierci Księdza Twardowskiego. Ze świecą szukać kogoś, kto nie znałby choć fragmenciku z jego utworów, są one bowiem znane, żywe, a i mnie bardzo bliskie. Nie o poezji jednak miało być, a o biografii, którą nazwałabym raczej reportażem biograficznym.
Jestem pod ogromnym wrażeniem mrówczej pracy, jaką wykonała Magdalena Grzebałkowska, oraz jej dociekliwości i skrupulatności. Nie spodziewałam się znaleźć w książce tylu ciekawostek, szczegółów, cytatów, tymczasem autorka pokazała nie tylko dzieje i sylwetkę Twardowskiego, ale i w dużym stopniu odmalowała jego otoczenie, jego czasy. Gdy mowa na przykład o kamienicy przy ul. Elektoralnej 49, gdzie mieszkali Twardowscy, to mamy jej opis, gdy mowa o "Kuźni Młodych", gdzie w redakcji działał Janek, to dostajemy liczne cytaty z tego czasopisma itp. Bogaty wykaz dzieł cytowanych i indeks osób pojawiających się w tekście również świadczy o obfitości treści oraz o sumiennym przygotowaniu i wykorzystaniu materiałów.
Do osoby Księdza autorka podchodzi z sympatią, czego wyraz stanowi literacki list zamieszczony na końcu, pożegnanie dziennikarki z bohaterem swej książki. Przede wszystkim jednak widać obiektywizm, uczciwość, dokładność, szczerość.
Grzebałkowska pokazuje Jana Twardowskiego jako człowieka pełnego sprzeczności. Przyszły mi na myśl słowa Sępa- Szarzyńskiego "wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie..." - wypisz, wymaluj, taki był. Z jednej strony unikał splendorów, umniejszał swą wartość, nawet nie nazywał się poetą, tylko Księdzem Piszącym Wiersze, z drugiej - jak kania dżdżu czekał na wypowiedzi krytyczne o swych utworach, dbał o nieposzlakowaną opinię, łaknął uznania. Jakby dwie natury w nim siedziały, przy czym jedna do ziemskich obowiązków skromnego duszpasterza przeznaczona, druga - na Pegazie ku słońcu lecąca...
Zdumiony popularnością, grzał się w jej promieniach, tylko tak jakby cichaczem....dyskretnie.
Najbardziej poruszyło mnie to jak Twardowski był wykorzystywany. Miał serce na dłoni, był dobroduszny, wręcz naiwny, a inni z tego korzystali, nie bacząc na nic. W głowie mi się nie mieści jak można starszej osobie (już nawet pomijając, że księdzu i poecie) zakłócać spokój późnym wieczorem dzwoniąc z "pilną" wiadomością " bo mi kot zginął", albo przeszkadzać w drzemce "bo przyszłam i mam cztery wiersze, żeby ksiądz zobaczył", czy inne historie w ten deseń. Nie wyobrażam sobie jak można publikować coś bez zgody autora, nie płacić mu honorariów i należnych tantiem. Jeśli nawet ktoś preferuje ubóstwo, to nie powód,by go z góry ograbiać! Serce się kraje, gdy się czyta o tym, jak żył w ostatnich latach... Owszem, miał grono oddanych przyjaciół, ale i nie brakowało "sępów".
Autorka rzetelnie podaje, że nie każdy zapytany, zechciał podzielić się wspomnieniami o Twardowskim, wiele osób odmówiło rozmowy, odwołało spotkanie, jakby coś dziwnego się działo - takie odniosłam wrażenie.
Przykro czytać o problemach, jakie powstały wskutek konfliktów różnych podmiotów z spadkobierczynią praw autorskich.
Biografia ma budowę jakby klamrową - rozpoczyna ją opis ostatniego dnia życia Księdza, a kończy wizyta autorki przy grobie.
Wartościowa, zajmująca lektura. Niewykluczone, że powrócę do niej jeszcze kiedyś.