czwartek, 20 września 2012

Bomb(k)a czy bubel? - "Agent" M.Gretkowskiej

Na początku pozwolę sobie na małą uwagę. Wolałam, gdy seria "nowa proza polska" ukazująca się w wydawnictwie Świat Książki miała charakterystyczną jasną kolorystykę i jednakową szatę graficzną okładki. Wówczas z daleka widać było, że to seria, teraz każda książka jest z innej parafii, nieraz aż trudno dostrzec logo, które na szczęście niezmiennie w prawym górnym rogu tkwi. Pomijając kwestie estetyczne, to pozostaję fanką tych publikacji, albowiem lubię współczesną prozę polską, choć nieraz trudna i dziwna bywa.
Ad rem. "Agenta" przeczytałam pod koniec lipca, wrażenia pamiętam, choć z upływem czasu staję się coraz bardziej krytyczna (dystans od emocji w trakcie lektury). Twórczość Gretkowskiej nie jest mi obca, plasuje się u mnie na wysokiej pozycji, coraz bardziej jednak przekonuję się, iż najlepsze książki już za mną. Po nowe sięgam  raczej z przyzwyczajenia, być może nastąpi czytelnicze rozstanie. "Agent" nie tyle mnie rozczarował, co nie wywarł wielkiego wrażenia, wręcz zdenerwował. Szumne hasła reklamowe okazały się na wyrost.
Czytało mi się "najpierw powoli jak żółw ociężale", potem "ruszyła maszyna..." (szybciutko) i zahamowała z piskiem przy zaskakującym, bądź co bądź, zakończeniu. Postaci mnie mocno irytowały, zwłaszcza Dorota, której naiwność jest aż nienaturalna, nie mówiąc o Szymonie, którego uważam za  schizofrenika i żadne tłumaczenie jego postępowania mnie nie przekonuje. Nie zdradzę tajemnicy, bo na okładce o tym głoszą, że chodzi o prowadzenie podwójnego życia. Życia między Tel Awiwem a  Warszawą, między Hanną a Dorotą, między cierpkim smakiem dojrzałego wieku naznaczonego bólem przeżyć, a słodką nutą świeżości i fanaberią ułudy.
 Gretkowska porusza problematykę relacji damsko - męskich, rodzinnych, polsko -żydowskich, kwestie tożsamości narodowej, religii, tolerancji ( i jej braku), historycznych korzeni. Wszystko brzmi ciekawie, ale jak dla mnie było zbyt rozmyte, tematy nie rozwinięte, wątki epizodyczne. W ogóle pewne fragmenty i szczegóły są jakby wklejone w oczekiwaniu na rozwinięcie. Np. wizyta Gugla u dyrektorki domu opieki, gdzie przebywa jego matka albo jego perwersje z Eweliną - owszem to w pewien sposób charakteryzuje postać, ale to nie on jest głównym bohaterem (chyba że ma na takiego wyrastać), nie wnoszą te wstawki nic dla głównego wątku, a ów dotyczy  Szymona. Miałam wrażenie, że ta historia to za mało na powieść, za dużo na opowiadanie i wyszło takie coś pośrednie, niekoniecznie udane, jak drzewo z połamanymi gałązkami. Plusem jest ogromny ładunek ironii, celne ujęcie społecznej hipokryzji, w ogóle całe tło kulturowo - społeczne,  żydowska  "otoczka" wydały mi się ciekawsze od głównego nurtu fabuły.
Nie mam zwyczaju oceniać książek liczbowo, ale tej dałabym trójkę. Nie najgorsza, ale do rewelacji daleko.

A, słowo wyjaśnienia skąd wziął mi się taki tytuł. To taka zabawa słowna.
 Praca agenta służb specjalnych (bo o takowym, a nie np. ubezpieczeniowym w powieści mowa) może łączyć się podkładaniem/rozbrajaniem/wybuchami bomb,Szymon ma fabrykę bombek (choinkowych), szukając dla niej nazwy odrzuca takie ze słowem "bouble", bo brzmi jak "buble" (jest o tym dialog). Ze słowem "bubel" rymuje się nazwisko (przezwisko) Gugel (a przypadkiem odkryłam, że jest podobne do  "glaskugel" - niem. bombka).
Czy powieść "Agent" uznać za bombę czy bubel - pozostawiam każdemu do subiektywnego odbioru.





2 komentarze:

  1. Nie przepadam za ta autorką. Może dlatego, że gdy przywołuje ją myślami zawsze myślę o skandalach jakiej jej towarzyszyły.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak kiedyś przeczytam to się zastanowię jak to jest: bomba czy bubel :)

    OdpowiedzUsuń

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email