wtorek, 1 kwietnia 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" A. Martin- Lugand

Wyd. Wielka Litera 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", a nieszczęśliwi - topią smutki w strugach deszczu i alkoholu w nieco surowej acz malowniczej scenerii irlandzkiego miasteczka.

To nie jest słodka historyjka o kobiecie po przejściach, która wyjeżdża w świat i  w górach nad jeziorem otwiera wymarzoną cukiernię, księgarnię czy pasmanterię, odnosi sukces, znajduje szczęście, miłość i następuje totalny happy end. To  gorzka  opowieść o długim i skomplikowanym procesie przeżywania żałoby i poczuciu niepowetowanej straty po tragicznym odejściu najbliższych, o (nie)radzeniu sobie z zaistniałą sytuacją, o tkwieniu we wspomnieniach, o trudnym i wręcz niewyobrażalnym powolnym powracaniu do "normalnego" funkcjonowania w społeczeństwie, do codziennych zajęć, pracy zawodowej. O pogrążaniu się w nie do końca może uświadomionej depresji. O tym, że trzeba dać sobie naprawdę dużo czasu, by po takiej traumie otworzyć się na innych i na świat, by pogodzić się ( w takim stopniu na ile to możliwe) z tym, co się stało.

Przeczytałam tę powieść w jeden wieczór, nieomal jednym tchem,  w tym samym dniu, w którym wyjęłam ją ze skrzynki pocztowej. Stopień nieodrywalności od lektury wiele o niej świadczy - coś w niej przykuło  moją uwagę tak, że zapominałam o wszystkim, a sterta prasowania leżała odłogiem. Chciałam od razu poznać historię Diane i przekonać się, jak sobie poradzi. Przyznam, że początkowo skusił mnie tytuł i okładka, ale w moim przypadku - nie żałuję lektury.

Nie twierdzę, że to wyjątkowa i rewelacyjna powieść osadzona w szerokich kontekstach, bo tak nie jest. Tak też chyba nie miało być. Jest to debiut literacki francuskiej psycholog klinicznej, Agnes Martin-Lugand. Nie każda książka, zwłaszcza debiutancka, musi być od razu perłą na miarę Nobla, czy - jako że bliższa  ciału koszula.... - Nagrody Goncourtów. Czytelnicy chcą zwykłych, życiowych, nieprzekombinowanych i emocjonalnych opowieści - taką właśnie napisała francuska autorka i wydała własnym sumptem. Zaryzykowała, spełniła swoje marzenie i odniosła sukces - prawa do publikacji sprzedano do kilkunastu krajów.
Przyznam, że zaskoczyły i zdziwiły mnie nieco niektóre opinie o  "Szczęśliwych ludiach...", a mianowicie, że to powieść zła, słaba, banalna - w moim odczuciu taka nie jest, ale zależy jakie kto ma oczekiwania i do czego porównuje. Czy jest to powieść schematyczna  - można polemizować. Nie da się ukryć, że wystepują tu znane motywy (wyjazd - początkiem zmian, homoseksualny przyjaciel,  "kto się czubi, ten się lubi" itp.).
Dobrze i zajmująco zrealizować schemat też jest sztuką, która nie wszystkim się udaje, według mnie Martin- Lugand się to udało. 
Nie zgadzam się, ze stwierdzeniem, że to "marne romansidło". Nie odczytałam tego jako romans, ale jako opowieść o stracie i próbie pogodzenia się z rzeczywistością,  o powracaniu do "normalności" chociaż już zawsze będzie inaczej...  Przytyk: "w dodatku facet nazywa się Edward" - wydaje mi się bezzasadny, może komuś nie podobać się to imię, czy występować ono w innych utworach, ale w sumie imię jak imię, niejednemu psu Burek, za przeproszeniem.

Nie podzielam zdania,  że tytuł jest zupełnie nie związany z treścią. Nie wszystko przecież musi być  podane wprost, czasem trzeba sobie doczytać "między wierszami". Wolę też dziwaczne, zastanawiające, intrygujące tytuły niż proste i bezpośrednie nazwy, które szybko ulatują z pamięci ( czy to był domek czy dworek nad jeziorem, a może na wzgórzu, na wiśniowym, czy topolowym... itp. itd.)
"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to nazwa widniejąca na drzwiach kawiarni literackiej, którą prowadziła Diane, a od czasu wypadku nie przestąpiła jej progu, gdyż za bardzo kojarzy jej się ona z życiem sprzed tragedii. Nawet dźwięk dzwoneczka u wejścia przypomina jej  małą Klarę. To, co dzieje się z lokalem pod nieobecność szefowej, w pewnym stopniu odpowiada jej stanowi ducha - jest tu pusto i brudno. Bohaterka zmagając się  doświadczeniami losu, owszem, pija kawę i  czyta książki ( m. in. The Good Life Jaya McInerneya, kryminał Arnaldura Indridasona, Kroniki San Francisco Arminsteada Maupina) ale nie czuje się  szczęśliwa, co jest zrozumiałe w  jej przypadku.  Tu pojawia się pytanie  - czy kiedyś uda  się tej kobiecie odzyskać względny spokój i choć namiastkę utraconego szczęścia? Być może. Przed Diane jednak długa droga. I jakby dla niej są akurat słowa piosenki "Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest". Tylko nieraz potrzeba wiele czasu, by nauczyć się to dostrzegać.

Dla mnie ta książka to prosta opowieść o skomplikowanych sprawach. Romans nie stanowi jej meritum. Diane i Edward to dwoje samotników, zamkniętych w sobie i najeżonych, zatraconych w swym cierpieniu i przeżyciach z przeszłości, zagmatwanych emocjonalnie. Lgną do siebie, oswajają się nawzajem  jak dzikie zwierzątka, nieufne, niepewne siebie. To, co dzieje się między nimi jest w sumie dla nich korzystne, ale czy to zaowocuje w przyszłości? Oboje stawiają krok do przodu, nie ma jednak pewności, co dalej.
Wbrew pozorom nie jest to opowieść smutna,  choć wychodzimy od przygnębiających faktów. Bywa ironicznie, a za sprawą Judith i Feliksa, nawet zabawnie, czy chociaż "uśmiechnięto".
Zakończenie jest dość otwarte, pogodne i optymistyczne, ale nie daje ostatecznej odpowiedzi, pozostawiajac bohaterów i czytelników z nadzieją.

Oczami wyobraźni widzę filmową wersję "Szczęśliwych ludzi..." - W rolach głównych - Meg Ryan jako eteryczna Diane oraz Colin Firth jako gburowaty Edward. Do przebojowej roli Feliksa jeszcze nie mam kandydata. W literackich skojarzeniach ( np. pod względem klimatu, motywu, emocji) przyszły mi na myśl trochę "Wichrowe wzgórza", trochę "Łatwopalni", jakoś też mi pasuje C. Ahern głównie poprzez pryzmat "PS. Kocham Cię.", poniekąd także - pozostając wśród francuskiej literatury - "Lista moich zachcianek" G. Delacourta, a może i nawet opowiadania E. E. Schmitta.

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to, powtórzę, prosta opowieść o skomplikowanych sprawach, taka, którą się  po prostu pochłania. Emocjonalna, niegłupia, kobieca. Pozornie lekka, ale swój ładunek posiada. Podobała mi się o niebo bardziej niż  np."Wiśniowy Klub Książki".
Może nie każdy zapamięta tę lekturę, ale ja tak. Stawiam jej plusa, bo zgadzam się, że:
"W waszym życiu też chyba nie zawsze jest miejsce i czas , żeby czytać Sartre'a w oryginale od tyłu i do góry nogami"   
( D. Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty..., s. 5) 


 ***
PS. A teraz idę czytać Prousta. W oryginale, od tyłu i do góry nogami!
P.A.



Przypominam o "Korzeńcu"!


Dziś wieczorem - spektakl w TVP Kultura, a w międzyczasie - Magazyn Obsesje.

Zapraszam [link]

niedziela, 30 marca 2014

"W domu innego" R. Brook



Czytając opis tej powieści przypomniał mi się znakomity "Dom Małgorzaty" Ewy Kujawskiej -  o dwóch kobietach: Polce Małgorzacie i Niemce Hildegard naznaczonych wojennymi przeżyciami, którym przyszło egzystować w jednym domu. Tu podobnie -  los zetknął dwie rodziny: angielską i niemiecką.  Generalnie rzecz biorąc są to jednak zupełnie inne powieści, ale to pierwsze skojarzenie stało się impulsem do sięgnięcia po utwór Rhidiana Brooka. Notabene imię i nazwisko autora brzmi podobnie jak "reading book", toteż przeczytałam, w dodatku z zachwytem! Od razu powiem, że skoro powstaje ekranizacja "W domu innego" to ja jej życzę Oscara i tłumów w salach kinowych.

Powieść pokazuje rzeczywistość powojenną z innej perspektywy niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Mamy tu bowiem obraz społeczności niemieckiej po II wojnie światowej w okupowanym (strefa angielska) kraju. Rzecz dzieje się w Hamburgu, 1946 r. Ludność cywilną  dotyka nędza, głód, cierpienie po śmierci lub zaginięciu bliskich, miasta  w większości są  zbombardowane, niemieckie domy są zajmowane, a ich mieszkańcy wysiedlani do obozów, poddawani weryfikacji, segregowani. Wydaje mi się, że rzadko myślimy o Niemcach w tych kategoriach. Patrzymy - a zwłaszcza pokolenie naszych dziadków - na nich jak na wrogów, okupantów, zło wcielone. Tymczasem Niemcy to nie  tylko Hitler, SS, gestapo,  zbrodniarze wojenni. To także zwykli obywatele miast, miasteczek i wiosek, nie wszyscy przecież utożsamiali się z polityką fuhrera. To także wykształceni i kulturalni ludzie, tacy jak jeden z głównych bohaterów  - architekt Lubert, czy tłumaczka Ursula.  To wreszcie dzieci, takie jak Ozi, "zdziczałe maluchy", które w wojennej pożodze straciły rodziców, domy, zmuszone zostały walczyć o przetrwanie wśród zgliszczy, ruin i śmietników, wplątując się w w rozmaite konszachty i kontrabandy.

Tytuł oryginalny to "The Aftermath" - następstwa,  i choć dosłowne tłumaczenie nie byłoby może tak intrygujące jak tytuł "W domu innego", to doskonale ujmuje problematykę powieści - chodzi tu bowiem o następstwa wojny na bardzo wielu płaszczyznach - politycznej, historycznej, ekonomicznej, gospodarczej, geograficznej, społecznej, a także psychicznej i bardzo osobistej.
R. Brook opowiadając ( w bardzo przekonujący, "filmowy" sposób, jak na scenarzystę przystało) o perypetiach brytyjskiego pułkownika Lewisa Morgana, jego żony Rachael, syna Edmunda oraz Herr Luberta i jego córki Friedy zamieszkujących wspólnie posiadłość nad Łabą oraz o innych postaciach pokazuje  różne barwy  relacji międzyludzkich. Są to relacje rodzinne, małżeńskie, damsko-męskie, narodowościowe,  relacje na linii  panowie- służba,  dorośli - dzieci, swoi i wrogowie, zwycięzcy i pokonani, silni i słabi, okupujący i podporządkowani, ale także szlachetni i nieuczciwi. Można by tu rozrysować wiele układów i wyróżnić wiele wątków.
Na pewno poruszający  i wstrząsający jest wątek dzieci  - jak banda bezpańskich psów żerują w ruinach i opuszczonych domostwach, kradną, walczą o przetrwanie, papierosy to waluta, za którą mogą zdobyć jedzenie, przepustki itp. Wojna zabrała im dzieciństwo, traumatyczne wydarzenia zdruzgotały ich psychikę, sytuacja popchnęła ich na błędne ścieżki ( także przypadek Friedy).
Sugerowany przez opis na okładce romans nie stanowi meritum tej powieści, to tylko element w  dziejach bohaterów, który okazał się ważny z punktu widzenia zmian zachodzących w psychice postaci. A dzieje się tu sporo.

W powieści zarysowano wiele problemów - m.in. samotność, wyalienowanie ( także w związku) cierpienie, przebaczenie, sprawiedliwość, ludzka godność, uczciwość,  lojalność, nastawienie do bliźniego.
W domu innego - co to znaczy "inny"? To nie powinien być synonim wrogiego, czy gorszego. W propagandowych ulotkach, które czyta Edmund przed wyjazdem do Hamburga, pouczano o "obcym narodzie w obcym, wrogim kraju", pisano, by "nie bratać się z Niemcami". Chłopiec zadaje pytanie "Nawet jeśli ich lubimy?" Teoretyczne wskazówki okazują się niczym wobec prawdziwego życia, a tu nie da się uniknąć normalnych relacji, przecież czy to Niemiec czy Anglik to tacy sami ludzie, mają różne charaktery, ale tak samo czują, cierpią, tęsknią,  przeżywają. Stąd komitywa Edmunda ze służącymi, sympatia dla nauczyciela czy pana Luberta, czy specyficzny "układ" z bandą niemieckich dzieciaków. 
Podobnie wśród dorosłych. Pułkownik Lewis Morgan  traktuje ludzi w sposób sprawiedliwy, uczciwy, "ludzki", naprawdę chce pomagać, jest może idealistą, ale gdyby wszyscy byli tacy jak on to na pewno byłoby lepiej. Herr Lubert -  kulturalny i wykształcony architekt, gospodarz domu pełen godności, łamie stereotyp "złego Niemca", budzi szacunek i to właśnie on przełamuje skorupę, w jakiej zamknęła się pani Morgan. Tu muszę wspomnieć, że jej postać skojarzyła mi się z "Cudzoziemką" - a to za sprawą słów, wypowiedzianych przez Luberta:
"Współczuję pani tej straty, wyjazdu z kraju i kłopotów, jakie stwarza mieszkanie pod jednym dachem  z byłym wrogiem i stale nieobecnym mężem. Wierzę, że jest pani kimś więcej niż tylko zgorzkniałą i pełną uprzedzeń kobietą. Przeżywa pani swój ból. Dostrzegam  go w pani oczach i słyszę w pani grze. Ale inni też cierpią. Niech się pani ocknie! Nie jest pani jedyna." ( s. 184)


U źródeł tej powieści leży prawdziwa historia o dziadku autora, który w 1946 roku rekwirując niemiecki dom pozwolił jego dotychczasowym właścicielom, by w nim pozostali. Rodzinny przekaz stał się inspiracją dla książki -  Rhidian Brook przez lata był namawiany do jej napisania i dobrze, że uległ "naciskom" agentki, wydawcy, przyjaciół. Oto bowiem mamy  dobrą, wciągającą powieść, pełną problemów i ważnych pytań, poruszajacą i zapadającą w pamięć.  Przełożył ją  Bohdan Maliborski, tłumacz m.in. prozy Doris Lessing
Prawa do "W domu innego" sprzedano do 20 krajów - jak głosi nota na okładce, jest filmowana przez Ridleya Scotta. Zanim jednak pójdziemy do kin - przeczytajmy, bo warto!


Zapraszam do zapoznania się z fragmentem powieści opublikowanym na stronie wydawnictwa Wielka Litera.








Stosik marcowy - wyjątkowy



Nazbierało mi się co nieco książek do opisania (oprócz obecnych w tym wpisie także poprzednie), zanim jednak uda mi się spisać wszystkie myśli, wrażenia i notatki z karteczek - co trochę potrwa,  przedstawię, co nowego pojawiło się w moim księgozbiorze.
  • Danuta Wawiłow dzieciom - przepiękne wydanie Naszej Księgarni - prezent dla Elwirki od cioci Ewelki,
  • Śpiewaj ogrody -  śpiewali "sto lat". Prezent dla mnie,
  • Prowincja pełna czarów - czarująca wygrana w konkursie magazynu Obsesje,
  •  Mąż zastępczy - bywa przydatny, w lekturze przyjemny  ( egz. rec. dla CPA) przeczytane
  • Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę - owszem, (egz rec. Wielka Litera)przeczytane
  • Leśnego zwierza morskie opowieści - zbiór marynistycznych anegdot i historyjek ( egz. rec. dla CPA)przeczytane
  • Historia kotem się toczy - z biblioteki, w trakcie lektury
  • Małżeństwo we troje - z biblioteki w trakcie lektury
  • Herbaciarnia pod morwami - pożyczone z domu.
Dlaczego ten mini-stosik jest tak wyjątkowy?
Oto powód:





Wpis zdobyła Ewelina i zrobiła mi tym nieziemską niespodziankę. Tym samym książka nabrała dodatkowej wartości. Zamierzam przeczytać ją już wkrótce. Jak tylko skończę te rozpoczęte i napiszę zaległe teksty....

Pozdrawiam wiosennie i ogrodowo!



wtorek, 18 marca 2014

Wyklęci i przeklęci -"Brudne serca" Anna K. Kłys


Wielka Litera 2014
Od 4 lat w dniu 1 marca obchodzimy Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych ustanowiony "w hołdzie „Żołnierzom Wyklętym" – bohaterom antykomunistycznego podziemia, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienie dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku, jak i w inny sposób, przeciwstawiali się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu..."(z  preambuły ustawy w hołdzie „Żołnierzom Wyklętym").
Adekwatną do tych okoliczności okazała się lektura głośnej już, omawianej w mediach ( w tym Trójkowej audycji "Z najwyższej półki") książki "Brudne serca" Anny Karoliny Kłys - poznańskiej dziennikarki, reporterki  związanej z Radiem Eska, autorki wywiadu-rzeki z Bohdanem Smoleniem, zajmującej się sprawami społecznymi, a także fotografią. Autorka zaprezentowała nam kawałek  historii "źle obecnej w szkole". Już podtytuł "Jak zafałszowaliśmy historię chłopców z lasu i ubeków" wskazuje, jakiego tematu i jakich czasów dotyczy publikacja. O historii najnowszej, powojennej właściwie wiemy niewiele, a i ta szczątkowa wiedza uzależniona jest od tego kto i jak nam ją przekazywał, w jakich okolicznościach politycznych, że tak powiem, bo nie jest nowiną iż pewne treści w podręcznikach pojawiły się dopiero po 1989 r, a zafałszowań i przemilczeń chyba nigdy nie uda się uniknąć.

Anna Kłys podjęła się bardzo trudnego i ważnego zadania, by skrawek polskich powojennych dziejów  naświetlić i przybliżyć. Odwołała się do pojęcia pamięci narodowej,  która jest "sumą skleroz wszystkich obywateli" ( s. 7). Pamięć pojedynczych ludzi bowiem pewne fakty zaciera, wypiera, przekręca i tworzy na nowo. "Mamy bohaterów i zdrajców, ofiary i katów, stare pomniki dyskretnie wywiezione lub zburzone, a w oprawie muzyki, poezji i wzruszeń odsłaniane nowe. Nie mamy tylko  ciągle pojęcia - co powoduje, że zostaje się bohaterem albo zdrajcą." (s. 8)
Zdaniem autorki, zapewne nieodosobnionym, nic nie jest albo białe albo czarne (czy też czerwone - pozostając przy symbolice barw naszej narodowej flagi).  Sztucznym wydaje się jednoznaczny podział na dobrych i złych, apoteozowanie jednych i potępianie drugich,  to niemożliwe,  "żeby wszyscy byli w AK, żeby w Wermachcie służył tylko jeden dziadek ", że nikt nie kradł cudzej własności, a donosy pisali tylko szpiedzy sowieccy. (~ s. 14). Bo tak nie było, o czym świadczą przecież dokumenty, a zdrowy rozsądek nakazuje przyjąć postawę obiektywną. Nie wszyscy partyzanci byli "święci", nie każdy milicjant był z gruntu zły.

 W swej mrówczej niemal pracy pani Kłys zgłębiła wiele materiałów źródłowych,  m.in.  zestawienie "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu 1946-1955" - wydane przez IPN. Niewiarygodne, jak wiele osób zostało zgładzonych za "przestępstwa antypaństwowe" ( oczywiście według ówczesnego systemu). Byli wśród nich  żołnierze podziemia zbrojnego, działacze konspiracji politycznej, a także cywile, którzy pomagali "bandom", czy ludzie, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Przed WSR stawali cywile, funkcjonariusze MO, UB, Straży Więziennej, żołnierze KBW oraz WP - czytamy w publikacji. Jedynym śladem po rozstrzelanych są dokumenty ze śledztw, rozpraw i protokoły z wykonania kary- rozstrzelania. Przerażające jest to, że nie wiadomo, gdzie dokładnie byli zabijani, gdzie ich pochowano, co tak naprawdę się stało z ich ciałami.
Wśród tych tragicznych skazańców był Stanisław Cichoszewski ps. Struś, były milicjant, któremu postawiono zarzut działalności w grupie (określanej jako banda rabunkowo- terrorystyczna) "Rycerz" - "Szefa Czesia", napady na posterunki, potyczki z MO, UB, nielegalną broń, ucieczkę z więzienia... To jego tropem podąża w swym reportażu dziennikarka. Drugą sylwetką, której bliżej się przyjrzała, był Jan Młynarek - dowódca plutonu egzekucyjnego, naczelnik aresztu śledczego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Człowiek, który kilkakrotnie pisał prośby o zwolnienie ze służby, narażał się na nagany, kary dyspyplinarne, jakby dążąc, by go zwolnili; który fałszował swój życiorys. Anna Kłys próbuje pokazać ich od  tej zwyczajnej strony, jako mężów i ojców, dociec o czym marzyli, co czuli, czego chcieli. Na ich przykładzie przedstawia zawiłość ludzkich losów na tle powojennej rzeczywistości, historii i polityki.
Kolejną postacią, która zaistniała na kartach tej książki jest mecenas Hejmowski - adwokat z urzędu w procesie  Greisera, obrońca oskarżonych przez WSR i osadzonych w Polsce obywateli niemieckich. Są tu jeszcze przywołane tragiczne losy Władka Trawy, Janka Jodzisa, Stacha Janickiego oraz Władysława Rachela - sołtysa Sucharzewa, który przenocował akowców. Oprócz tych wstrząsających opowieści jest także niemniej poruszający rozdział "Prawa i przywileje narodu niemieckiego" - o pasie przygranicznym, rodzinnych stronach Cichoszewskiego i Młynarka, gdzie sporo było Niemców. Tu mowa o dzieleniu ludności na kategorie, wysiedlaniu, wkraczaniu frontu radzieckiego. Przywołane wspomnienia mieszkańców rocznik 1928, czy 1927. To, co zapamiętali, przyprawia  co najmniej o gęsią skórkę.

"Brudne serca" mają wymiar również bardzo osobisty, albowiem autorka musiała stanąć oko w oko z przeszłością własnej rodziny, a ściśle swojego ojca, dyrektora Archiwum Państwowego, który w latach 1959-69 był w SB. Odkrycie tego faktu było dla Anny traumą, spotęgowaną przez to, że wszyscy dookoła o tym wiedzieli, tylko nie ona..., że  rodzice nie chcą o tym rozmawiać.  W pewnym sensie zawalił jej się świat. Musi nauczyć się żyć z tą świadomością. Zapewne jak szereg innych córek, synów, żon, wnuków, kuzynów itp.... Czy jednak da się przejść nad tym do porządku dziennego? Czy rodzina może być dyskredytowana czy  obwiniana za postępowanie swoich członków? Co naprawdę wiemy o swoich przodkach? To niezwykle trudna i frapująca problematyka.

Publikacja Anny Kłys pozwala uświadomić sobie wiele spraw, porusza, daje do myślenia. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, nie da się jej przeczytać bez emocji. Na uwagę zasługuje bogactwo materiałów, do których sięgnęła dziennikarka  i ogrom jej  pełnej poświęcenia pracy. Doceniam to, jak również odwagę mówienia o swoich rodzinnych sprawach, przynam jednak, że momenatmi irytował mnie styl, jakim się autorka posługiwała, jakby chciała w niektórych momentach rozluźnić atmosferę, nieco może zbyt swobodnie komentując przytoczone fakty. Jest to moje subiektywne odczucie, możliwe, że innym to nie będzie wcale przeszkadzać. Nie da się jednoznacznie okreslić, czy "Brudne serca" to bardziej reportaż  historyczny czy esej, w każdym razie jest to kawał dobrej literatury faktu, z którą warto się zapoznać.






piątek, 7 marca 2014

"Biały Kafka" G. Kozera

Oficyna Wydawnicza STON2
Kielce 2004
Co może być impulsem do sięgnięcia po twórczość danego autora? Opinie innych czytelników, popularność pisarza w mediach, nagrody literackie, zapowiedź ciekawej tematyki, przyciągające oko okładki... - owszem, to ma duży wpływ na nasze czytelnicze wybory. Natomiast, gdy przyśni nam się jakiś autor, to już niewątpliwie znak przeznaczenia!
Mi przyśnił się Grzegorz Kozera. Naprawdę. W tym śnie było mi głupio, że nie znam jego książek i nie wiem, o czym rozmawiać. Potem goniłam kapelusz(e), które z głów poważnych zrywa wiatr....
Mówią, sen - mara... ale na wszelki wypadek zrewidowałam zasoby lokalnej biblioteki pod kątem twórczości kieleckiego poety i dziennikarza,  którego nazwisko nieobce mi było.
Znalazłam tylko "Białego Kafkę". Bardzo się cieszę z tego niewielkiego objętościowo znaleziska.

Oto  moja notatka w kratkę:
  • Powieść nagrodzona w Konkursie Literackim im. Stefana  Żeromskiego;
  • Grzegorz Kozera - poeta, dziennikarz ( m.in.  dawne Słowo Ludu), krytyk literacki i teatralny, blog "Notes poetycki";
  • Debiut prozatorski,  2004 r.
  • Tytuł - to tytuł wiersza zamieszczonego jako ostatni rozdział;
  • Na okładce - rzeźba (instalacja?) "Przesyłka" K. Piotrowskiego, bardzo wymowna symbolika (walizka, klatka, butelka)
  • Motto - "A Ty się temu nie dziwisz, wiesz dobrze, co byłoby dalej (...)" tekst z pios. Kobranocki. Dedykacja: "Tym, którzy potrafią i innym pięknym ludziom". Piękne.
  • Adnotacja, że postaci i sytuacje są fikcyjne;
  • Podziękowania za pomoc przy wydaniu książki Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Kielcach;
  • Opis z okładki: "...to gorzka i ironiczna opowieść o alkoholowym uzależnieniu zdegradowanego dziennikarza. Jedyną wartością, która może ocalić bohatera z pijackiego piekła, jest miłość.(...)";
  •  Cytat:
    "Tak więc kobiety i alkohol, a gdybym chciał być trywialny i wulgarny, co zdarza mi się wcale nierzadko, powiedziałby,, bez skrupułów: dupy i gorzała. Kobiety i alkohol, dupy i gorzała, oto one, " te dwie są miłości i dwie śmierci moje." To Lechoń (...)";
  • Powieść  jest męska- ze względu na styl, język, żeńska - ze względu na wątek (kobiety w życiu bohatera), ale na pewno nie jest nijaka!
  • Felietonowe rozdziały;
  • Literackie odniesienia (nazwiska, tytuły, nawiązania);
  • Moje skojarzenie: J. Pilch!
  • Szczerość;
  • Groteskowe niemal sceny ( ukrywanie się w szafie, bójka z gościem z protezą, podstęp z wyjazdem do Szwecji itp.);
  • Wśród bohaterów: poeta Pierzasty, malarz Lucek, mecenas Ceausescu, publicysta Kuś, Terapeuta Józek, doktor Pikawa, niemal mityczna Weronika....
  • Kielce;
  • Niecodziennie o codzienności;
Reasumując - bardzo mi odpowiada proza pana Kozery, bo prawdziwy jest i szczery. Do walorów literackich dochodzi zaś patriotyzm lokalny. Świętokrzyskie nie tylko scyzorykiem, ale i piórem zasłynąć może.

środa, 5 marca 2014

Ping, ping! Tajemnica pani Ming!

ZNAK 2014

Już dawno przeczytałam, dawno o tym napisałam, ale dopiero teraz tekst wynurzył się na światło dzienne. I nocne.
Zapraszam do zgłębiania chińskich tajemnic z francuskim filozofem - w Szufladzie.
Pozdrawiam.
A.

Moja lista blogów