czwartek, 16 lipca 2015

"Het Tulpenvirus"

Marginesy 2015
Piękna okładka z kwiatowym motywem i złotymi literami okazała się skutecznym wabikiem, ale w końcu wynikło, że ostatnio nie mam szczęścia do kryminałów. Tym razem nie była to powieść polska, ani skandynawska, lecz dla odmiany - holenderska, autorstwa Danielle Hermans, absolwentki zarządzania w sektorze sztuki na uniwersytecie w Utrechcie. Jej literacki debiut został nominowany do nagrody Schaduwprijs, a prawa do przekładu kupiły wydawnictwa z 11 krajów.

Współczesny Londyn i  holenderskie miasto Alkmaar w XVII wieku - dwa "masakryczne" morderstwa. Co je łączy, bo na pewno są jakoś powiązane - to frapowało mnie od samego początku. Byłam bardzo zainteresowana  fabułą osnutą wokół tytułowych tulipanów. Przeskoki w czasie i miejscu akcji nie ułatwiały zadania, ale potęgowały ciekawość - jak te puzzle poukładać...

Czytelnik nie towarzyszy cały czas policji/detektywowi, ale śledzi działania krewnego i przyjaciół zamordowanego Franka, którzy usiłują dociec przyczyn zabójstwa i rozwiązać zagadkę związaną z  zabytkową księgą i tulipanami. Alek, Damian i Emma musieli zmierzyć się z nieznaną im dotąd gałęzią działalności stryja, tajemniczymi znakami, zgłębić tajemnicę zapuszczającą korzenie aż w 1637 roku i wcześniej. Ginęły kolejne osoby, w jakiś sposób powiązane z tajemniczą sprawą tulipanów, a im samym też groziło niebezpieczeństwo. W połowie książki nadal niewiele wynikało. Stopniowo "wyłaniały" się nowe postaci i nowe informacje, które miały wyraźny wpływ na intrygę. Ułożyło się to w mroczną opowieść o pasji, chciwości, spekulacjach i defraudacjach, różnych ludzkich motywacjach, także o zaufaniu. Pojawiły się tematy dotyczące religii, nauki, wolności, a także spiski, fundusze, think tanki. W tle "zamajaczyła" przestroga, że fanatyzm w jakiejkolwiek dziedzinie i formie do niczego dobrego nie prowadzi. Wręcz przeciwnie- stanowi zagrożenie.

 Po tej lekturze mam mieszane uczucia, z jednej strony- bardzo ciekawy, oryginalny temat czerpiący z mało znanych kart historii, z drugiej - taka jakaś "nijakość", pobieżność. Nie to, żebym domagała się rozlewnych opisów, ale po prostu nie było klimatu. Zbyt mało wątku holenderskiego, historycznych detali. Rozwiązanie akcji  wydawało mi się zbyt szybkie, zbyt przewidywalne. Bohaterów nie wyróżnia nic szczególnego, odniosłam wrażenie, że potraktowani zostali dość powierzchownie.

W ogólnym rozrachunku "Tulipanowy wirus", choć skonstruowany wokół interesującego wątku siedemnastowiecznej "tulipomanii",  rozczarował mnie. Niestety, w moim przypadku  to nie była powieść, od której nie można się oderwać. Czytałam ją na raty i z przerwą, w poczuciu niedosytu i niewystarczającego relaksu.
Może rzeczywiście ten kryminał to coś odpowiedniego dla fanów prozy Dana Browna, do których się nie zaliczam? Zaciekawić też powinien osoby z pasją ogrodniczą, które  mogą tu dowiedzieć się, jak cenne były niegdyś cebulki popularnej i lubianej rośliny oraz poznać dzieje okazu "Semper Augustus".
 Z noty na okładce wiem, że sprzedano prawa do ekranizacji. Sądzę, że może być z tego całkiem niezły film kryminalno-sensacyjny. Wszytko w rękach potencjalnego reżysera i jego załogi.

4 komentarze:

  1. Fanką Browna jestem jak najbardziej :)
    Jeśli gdzieś się na nią natknę to będę czytać
    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że w Twoim przypadku okaże się to dobrym wyborem, osobiście za Danem Brownem nie przepadam, ze 2-3 książki jego czytałam.

      Usuń
  2. Ja również nie jestem fanką Browna i nie wiem, czy przebrnęłabym przez tę książkę. Ostatnio mam jakiś przesyt kryminałowy. Nawet po ulubioną Bondę nie mogę przebrnąć. To chyba po prostu wakacje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po "Florystce" nie czuję pędu do Bondy, może ewentualnie kiedyś, z braku laku, że tak powiem.
      Zdecydowanie teraz mi lepiej idą lekkie / obyczajowe.

      Usuń

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email