wtorek, 26 czerwca 2012

Spacer "Drogą do Różan"

B. Ziembicka, Droga do Różan, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012, s. 416.

Powieść Bogny Ziembickiej trafiła do mnie jako nagroda w konkursie, w którym nie było z góry wiadomo o jakie książki toczy się gra. Była to więc dla mnie radosna niespodzianka, miałam bowiem chrapkę na tę publikację odkąd pojawiły się pierwsze recenzje, zresztą intuicja mówiła mi, że to coś akurat dla mnie. Nie zawiodłam się.

 Tytułowe Różany to (fikcyjna) podkrakowska miejscowość, gdzie mieści się urokliwy dworek zaadaptowany na pensjonat - niestety, mimo cudownej atmosfery, pysznej kuchni i własnego zaplecza ogrodniczego, nie prosperuje on najlepiej. Dochody z uprawy warzyw i kwiatów nie wystarczają na utrzymanie, długi rosną. Zosia, pasjonatka kwiatów, z wykształcenia i zamiłowania ogrodniczka - jedna z głównych person opowieści - urabia sobie ręce po łokcie, a jej ojciec, Stanisław Borucki - właściciel posesji - żyje mrzonkami, "bawi się w dziedzica" i myśli, że wszystko się ułoży. Główny wierzyciel Krzysztof, w którym po uszy zadurzona jest Zosieńka, w interesach nie uznaje sentymentów. Koniec końców państwo Boruccy wraz ze staruszką nianią Zuzanną (jej historia prowadzona od czasów przedwojennych opowiedziana w retrospekcji to mocny atut powieści) przyszło spakować manatki i przenieść się do Krakowa. Przykro było opuszczać ukochane miejsce, ale nowe lokum to nowe wyzwania... zwłaszcza dla Zosi. Na szczęście zawsze może liczyć na przyjaciół - rudowłosego Eryka, malarza (nie da się ukryć- wpatrzonego w nią jak w obraz) i Mariannę, temperamentną "wiedźmę", z którą można konie kraść. Perypetie bohaterów - nie tylko miłosne - wciągają niczym jedzenie truskawek czy czekoladek,  posmakowawszy -sięgamy po następną i odwracamy kolejną kartkę....

Autorka zabrała nas nie tylko do Różan, ale i zafundowała  wycieczki nad morze i w góry, jedną nogą byliśmy też w Monachium, w Indiach, Izraelu, a szykuje się w planach Japonia... (podróże bohaterów). Największą - przynajmniej dla mnie - frajdą było wędrowanie po Krakowie. Miło czytać ze świadomością, że wie się, gdzie dokładnie toczy się akcja i jeździło się tym samym tramwajem. A gdy wspomniany został "Pierwszy Lokal Na Stolarskiej Na Lewo Idąc Od Małego Rynku" - byłam już "wniebowzięta". Ot, sentyment...

Bohaterów nie sposób nie polubić, choć niektórzy mogą w pewnych sytuacjach irytować, ale ogólnie trzeba przyznać, że są barwni, prawdziwi, różnorodni. Dialogi skrzą się humorem, zwłaszcza cięty język Marianny zasługuje na uwagę. Charakterna z niej kobitka. Bawią skecze w wykonaniu Eryka. Nie myślcie jednak, że cały czas jest wesoło, są też smutne i  tragiczne wydarzenia, losy Zuzanny i jej bliskich wyjątkowo poruszają, a i wspomnianej Marianny życie nie rozpieszczało.

Opowieść jest niezwykle malownicza, urocza i pobudzająca zmysły. Pełno w niej kwiatów, zapachów, barw i smaków. Nie trzeba znać się na botanice, by podziwiać roślinne aranżacje skomponowane przez Zosię, ani być znawcą kulinarnym, by docenić kunszt kuchenny Zuzanny, czy dzieła Marianny. Na samo wspomnienie tortu orzechowego z masą prowansalską (pierwszy raz o takiej słyszę) cieknie mi ślinka i nie zdziwiłabym się, gdyby rzesze czytelniczek pod wpływem lektury wzbogaciło swe ogródki o wymieniane tam gatunki róż, tulipanów i innych roślin.
Naprawdę dawno nie czytałam tak "kwiecistej" powieści i nie mam tu wcale na myśli kwiecistego stylu (bo przesadnego szafowania epitetami tu nie ma), ale zgrabne wykorzystanie motywów kwiatowych. Autorka, każąc bohaterom grać w skojarzenia, przemyciła wiele ciekawostek na temat róż. Mam tylko małą uwagę - wierszyk "Nie rusz, Andziu, tego kwiatka..." wyszedł spod pióra S. Jachowicza, nie Słowackiego. Chyba że Krzysztof żartował, ale jeśli tak, to nie zostało to niestety sprostowane. Tym sposobem wiele osób mniej zorientowanych w temacie może zostać wpuszczonych w maliny (skoro już się trzymamy botanicznego słownictwa ;-))

Książę wydało Otwarte w serii Dla Ciebie. Romans. Owszem, to jest romans obyczajowy, z naciskiem na obyczajowy, więc i zdeklarowani przeciwnicy "harlekinów" mogą spokojnie sięgnąć po"Różany". Powieść ozdabiają ryciny kwiatów, bardzo dobrze wpasowujące się w całość. Jedyny mankament pięknej okładki to nadrukowana cena, co prawda niewysoka, ale jakoś nie pasuje mi tutaj, z tyłu to co innego.

 Cieszę się, że wkrótce ukaże się kolejny tom  pióra Bogny Ziembickiej, bo wprost MUSZĘ dowiedzieć się, jak potoczą się dalej losy Zosi, Krzysztofa, Eryka, Marianny i innych.... Z radością powrócę do Różan, a i Was serdecznie zapraszam.



9 komentarzy:

  1. Czytałam już kilka pozytywnych recenzji tej książki, chyba nie mam wyjścia muszę sama do niej zajrzeć ;p
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj, Fegele!
    Jeśli lubisz taki typ książek, to ta zapewne przypadnie Ci do gustu.
    Pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam i bardzo mi się spodobała, ale ja ogólnie lubię takie książki :) a nie jestem pewna ale chyba już jest druga cześć?? Tak mi się wydaje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie u Ciebie o niej kiedyś czytałam, narzekałaś chyba na drobny druk - nie był w sumie taki straszny ;-) Też lubię takie, szybko i przyjemnie się je pochłania. A druga część chyba w lipcu ma się ukazać, może były recenzje przedpremierowe, stąd to wrażenie.

      Usuń
  4. Zapowiada się naprawdę ciekawie z chęcią po nią sięgnę! :)

    Twój blog naprawdę bardzo mi się podoba!
    Ja dopiero zaczynam swoją przygodę z blogowaniem i mam nadzieję, że znajdziesz czas aby odwiedzić i mój: http://beautifulbook-review.blogspot.com/

    Obserwujemy?

    Z góry przepraszam jeżeli nie lubisz takiego typu wiadomości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj,
      Cieszę się, że Ci się podoba mój blog i że udało mi się zachęcić do książki.
      Takie wiadomości zasadniczo mi nie przeszkadzają. Zajrzę, ale nie obiecuję obserwowania.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  5. Miło się czyta taką recenzję własnej książki. To porównanie czytania do jedzenia czekoladek - kapitalne! Zgadzam się całkowicie.
    A oto przepis na masę prowansalską: 3 jajka i 20 dkg cukru ubić na parze, przełożyć garnek z masą do zimnej wody i dalej ubijać, aż ostygnie. Dodawać po łyżeczce 25 dkg spienionego masła, potem wlać powoli mały kieliszek rumu, koniaku albo jakiegoś innego dobrego alkoholu, cały czas ubijając, i w końcu domieszać 10 dkg zrumienionych na suchej patelni i potem zmielonych (z łupinkami) migdałów (jest taki specjalny młynek do migdałów i orzechów). Pyszna masa do biszkoptu orzechowego. Ja zawsze prażę więcej migdałów, bo podczas mielenia nie mogę się opanować i część zjadam.
    Pod wpływem tego blogu postanowiłam zacząć czytać książki ze swoich zapasów - świetna akcja! Pozdrawiam bardzo serdecznie
    Bogna Ziembicka
    PS Wiem, że "Andzia" to Jachowicz. Wydawało mi się, że na Słowackiego nikt się nie nabierze i że nie trzeba wyjaśniać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie za odwiedziny i miłe słowa. Dziękuję również za przepis, choć wątpię bym go wykorzystałam, bo to dla mnie "wyższa szkoła jazdy" (jaja na parze, spienione masło... - czary mary ;-) raczej należę do tych średniozaawansowanych w kuchni)
      A propos "Andzi" i Słowackiego- nie byłabym taka optymistyczna, że nikt się nie nabierze, założę się, że mnóstwo osób nawet się nie zastanowiło, że coś tu nie gra.
      Rozumiem, że niewiedza/pomyłka Krzysztofa miała być kolejną łatką na jego czarnym charakterze, ale mogło to przejść bez echa, jak się czytelnik nie zorientował, dlatego może dobrze byłoby, gdyby inny bohater sprostował (przynajmniej w myślach) tę niezgodność.
      Ale to w sumie drobiazg ;-D

      Pozdrawiam serdecznie i biegnę moczyć nogi w podgrzewanej balii w ogrodzie u Marianny ;-)

      Usuń

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email