niedziela, 25 września 2011

Rachunek

... od zwykłych rzeczy naucz się spokoju...”
/ks. J. Twardowski/
Rachunek

Szła przez park tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to wysokie obcasy nowych butów. Kosztowały niemal pół wypłaty, a wcale nie były wygodne. Zachciało jej się ekstrawagancji... „lubutę w tę i w tę” przedrzeźniała nazwę obuwniczej marki. Nerwowo zaciskała pięści. Oprócz miętowej gumy przeżuwała stek wyzwisk i przekleństw. Chabrowe oczy ciskały piorunami na wszystkie strony.
Jak on mógł! Drań skończony! Czekała na niego ponad czterdzieści minut. Nie zamierzała robić afery o spóźnienie, w końcu różne rzeczy się zdarzają. Lada moment zaćwierka komórka i wszystko się wyjaśni. Cisza przedłużała się złowrogo. Wyobraźnia zaczęła podsuwać czarne scenariusze kraksy samochodowej lub śmierci przez zaczadzenie. Bębniła turkusowymi paznokciami po blacie kawiarnianego stolika, co chwilę zerkała na telefon, rozglądała się. Już zaczynano dziwnie się na nią patrzeć. Nie wytrzymała, drżącymi palcami wystukała smsa. Co z tobą, gdzie jesteś? Odpisał natychmiast. Sorry, dziś nie mogę. Ręce i nogi opadają, co on sobie wyobrażał? Kretyn jeden! Że tak można po prostu ją olać? Nie przyjść i nie dać znaku życia? Jak kamień w wodę, dopiero ona sama musiała mu przypomnieć o swoim istnieniu... Niepotrzebnie traciła czas. Zerwała się jak burza, przewracając niechcący krzesełko i wybiegła z lokalu. Pełne oburzenia, a raczej zdziwienia „Halo, rachunek...” kelnerki odbiło się echem od ściany i zaplątało w zasłony.
Szła na skróty. Nie chciała, by ktokolwiek widział ją w tym stanie. Była zła, rozczarowana, upokorzona. Czuła się jak idiotka, która nie zasługuje na żadne wyjaśnienie, na przeprosiny, którą można bezkarnie wystawić do wiatru. Ja mu pokażę! Zatłukę łyżeczką od herbaty! Wstąpiła w nią furia. Drzewa, gdyby mogły, ustępowałyby jej z drogi. Ławki umykałyby z podkulonym ogonem. Tylko parkowa fontanna szumiała beztrosko w rurze mając czyjekolwiek problemy. Przez park do domu było najbliżej i o dziwo całkiem bezpiecznie, Zwłaszcza, że zmierzch jeszcze nie zamierzał rozpościerać skrzydeł. Zieleń działała kojąco. Złość powoli wyparowywała, wyciekała przez końcówki długich rudych włosów i wsiąkała w trawę. Miarowy stukot obcasów pomagał się wyciszyć. Stuk – puk – stuk – puk – ałłaaaaaaaaaa! Skąd tu się wziął ten cholerny kamień! Do licha! Na szczęście gdzieś w torebce są mentosy... Przykucnęła badając stan swych nieszczęsnych szpilek.
Spośród traw wyskoczyła niewielka szarozielona żabka. Przycupnęła na tym pechowym głaziku i łypnęła okiem na to dziwaczne duże stworzenie, które mocowało się właśnie z papierkiem od cukierków. Rudowłosa znieruchomiała na sekundę i wybuchnęła dzikim nieposkromionym śmiechem. Witaj, mości książę! Niech ucałuję twój żabi pyszczek! A to ci przygoda! Jak ręką odjął, zniknęła cała furia, gdzieś się podziało rozgoryczenie i chęć zemsty na bezmyślnym osobniku płci przeciwnej. Nawet obdarty obcas odpłynął w niepamięć. W oczach zapaliły się radosne gwiazdeczki, a serce oblał spokój. Niemal kamienny. Szkoda życia, by przejmować się tym, co w istocie nie jest ważne. Nie warto szarpać sobie nerwów, przez tych, do których po prostu brak słów. Trzeba było kamienia pod stopą i żaby mądrej doświadczeniem natury, aby to zrozumiała. Wstała z trawy, łagodna i spokojna. Z lekkim uśmieszkiem błądzącym w kąciku ust wykasowała numer telefonu niefortunnego delikwenta i lekko utykając, poszła z powrotem do kawiarni uregulować niezapłacony rachunek za mineralną i lekcję życia.



 W/W tekst uczestniczył w konkursie "Zamyśleni w zieleni".

3 komentarze:

'Napisz proszę, chociaż krótki list" ;-)

Follow by Email