Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 sierpnia 2023

"Cudzoziemka" Maria Kuncewiczowa


Niedawno okazało się, że wydawnictwo Marginesy, spełniło moje marzenie, a mianowicie wznowiło w serii "Marginesy Klasycznie" jedną z moich ulubionych polskich powieści. To wydanie w twardej oprawie, w zaprojektowanej przez Annę Pol okładce o nietuzinkowej kolorystyce, opatrzone zostało posłowiem pióra Danuty Sękalskiej - pisarki, publicystki, tłumaczki, która zajmowała się spuścizną Marii Kuncewiczowej porządkując jej amerykańskie archiwum rodzinne. Dowiemy się z tego krótkiego, ale treściwego tekstu m.in. co o "Cudzoziemce" sądzili Maria Dąbrowska i Bruno Schulz, poznamy krótki zarys biografii autorki i recepcji twórczości. Na koniec zaś miód na serce - informacja, że "Maria Kuncewiczowa, wielka dama polskiej literatury, w ostatnich latach niemal nieobecna w naszej przestrzeni myślowej, wraca do polskiego obiegu wydawniczego" A skoro czytam, że " Wydawca inauguruje powrót Marii Kuncewiczowej "Cudzoziemką"", to już oczyma duszy widzę na półce całą kolekcję... 

W 2012 roku na poczytnym blogu literackim "Lektury Lirael" powstał projekt "Marzec z Marią",(http://lekturylirael.blogspot.com/2012/02/marzec-z-maria.html) w ramach którego uczestnicy czytali i recenzowali wybraną przez siebie książkę Marii Kuncewiczowej lub publikację jej poświęconą. Był to dla mnie impuls do ponownego przeczytania "Cudzoziemki", sięgnięcia po "Dwa księżyce" i "Fantomy", a zaowocował zgromadzeniem całej półki starych wydań twórczości Kuncewiczowej.

Mój zbiór liczy dzisiaj 16 (z nowym wydaniem Marginesów 17) pozycji, w tym "Wyspy pamięci" Jerzego Kuncewicza oraz tom "Rozmowy z Marią Kuncewiczową" w opracowaniu Heleny Zaworskiej. Nie wszystko jeszcze przeczytałam, bo zewsząd "atakują" mnie literackie nowości. Uznałam, że "prochu nie wymyślę" i pozwolę sobie przytoczyć to, co napisałam 10 marca 2012 r. na blogu "Agnestariusz- notatki w kratki i książkowe zapiski":

"Cudzoziemkę" czytałam w liceum w ramach kółka polonistycznego. Do dziś pamiętam emocje, jakie wywołała we mnie ta powieść, a raczej jej główna bohaterka - Róża Żabczyńska. Byłam wręcz oburzona, jak można być taką egoistką, tak kapryśną i nieznośną, zatruwającą życie innym. Okazuje się, że można, zważywszy na jej przeżycia i kompleksy. Nie da się przejść obojętnie nad tym znakomitym portretem psychologicznym kobiety z muzyką w tle, zwłaszcza koncertem Brahmsa.

"Cudzoziemka" nie bez powodu uznawana jest za najwybitniejszy przykład prozy psychologicznej dwudziestolecia międzywojennego, widoczne są związki z psychoanalizą Freuda, ciekawie potraktowany jest także czas powieściowy - narracja to zaledwie jeden dzień z życia Róży, podczas gdy w retrospekcji, we wspomnieniach, poznajemy zdarzenia na przestrzeni kilkudziesięciu lat - przeszłość bohaterki. To, co najważniejsze, rozgrywa się w świecie wewnętrznym. Zagubienie, brak poczucia tożsamości, niespełnienie, zawód, niedosyt, odrzucenie, wyobcowanie itd. ... mają ważny wpływ na czyny i decyzje bohaterki.

Później czytałam jeszcze raz "Cudzoziemkę", już z większym zrozumieniem dla psychologicznych motywacji postaci. Wtedy nie znałam autobiograficznych związków. I może nie teraz, ale kiedyś przeczytam ją jeszcze raz...
Moim zdaniem, powieść Kuncewiczowej powinna zajmować poczesne miejsce w spisie szkolnych lektur, nawet zastąpić "Granicę" Nałkowskiej, której szczerze mówiąc, nie lubię. Nie jest to dzieło obszerne, ale niezwykle bogate. W sumie to dziwię się, że nie mam "Cudzoziemki" w swoich zbiorach. "


Od tamtego czasu zmieniło się tylko, że zdobyłam brakującą książkę - wydaną przez Instytut Wydawniczy Pax w 1980 r. Teraz obok tego skarbu o pożółkłych drobno zadrukowanych kartkach, mogę postawić nowe, piękne wydanie Marginesów, które serdecznie polecam, bo jakże nie mieć w kolekcji tak uniwersalnej, nadal aktualnej, wartościowej prozy światowego poziomu.

Marginesy, 2023

piątek, 26 maja 2023

"Szara dama" Elisabeth Gaskell

 


Tym razem klasyka mniej znana w szlachetnej oprawie. Niewielkich rozmiarów opowiadanie pióra Elisabeth Gaskell, przyjaciółki Charlotte Bronte, przypadnie do gustu miłośnikom literatury XIX w. w gotyckim stylu z nutą grozy.
Szkoda, że autorka nie pokusiła się o rozbudowanie utworu, gdyż dzieje Anny naznaczone tajemnicami i mrożącymi krew w żyłach przeżyciami to świetny materiał na pełnowymiarową, przygodowo-sensacyjną powieść. Mógłby też powstać na jej kanwie trzymający w napięciu film kostiumowy spod znaku serca i szpady.

Akcja rozgrywa się w latach 40. XIX w. w Niemczech, w młynie nad rzeką Neckarą, gdzie przed deszczem chroni się grupka przyjaciół, a gościnny młynarz zaprasza na kawę. Uwagę narratorki zwraca wiszący na ścianie salonu portret pewnej smutnej, szarej kobiety. Pyta więc o nią gospodarza, a ten udostępnia jej pamiętnik swojej ciotecznej babki, bowiem to właśnie ona widnieje na obrazie. Narratorka przytacza zatem dzieje  Anny Scherer, córki młynarza, która (wiedziona raczej fascynacją, osaczona pięknymi słówkami i nie bez presji otoczenia) poślubiła hrabiego de Tourelle.
Mamy tu do czynienia z retrospekcją, która przenosi nas do 2. połowy XVIII w.

Małżeństwo okazało się pomyłką, samotność w ponurym zamczysku wśród skał i lasów Francji to nie był jednak największy problem. Wydarzyło się bowiem coś, co spowodowało, że  Anna wraz z szczerze jej oddaną pokojówką- towarzyszką musiały uciekać i ukrywać się w przebraniu, by ocalić swoje życie. Pościg deptał im po piętach, dzielne kobiety żyły w nieustannej trwodze, a na domiar tego Anna była w ciąży. Jak potoczyły się jej dalsze losy, które doprowadziły w finale to tego, że na ścianie młyna nad Neckarą zawisł portret szarej damy? Dlaczego nie zgadzała się na małżeństwo córki z jej ukochanym wybrankiem?
Odpowiedź znajduje się w rękopisie, który narratorka przetłumaczyła, skróciła i przytacza, zapewniając o prawdziwości całej historii i jej następstw.

“Szara dama” to nie tylko mrożące krew w żyłach perypetie w mrocznym, posępnym, jak na gotycki styl przystało, otoczeniu. To także, a może przede wszystkim opowieść o sile kobiet, o woli przetrwania oraz o tym, jak przeżycia psychiczne mogą wpłynąć na wygląd fizyczny. Współczesnego czytelnika “wychowanego” na wszelakich thrillerach, kryminałach, horrorach, true crime i telewizyjnych wiadomościach, już takie dziewiętnastowieczne utwory z nutą grozy zupełnie nie przerażają. Zapewne jednak na ówczesnych czytelnikach robiły spore wrażenie.

Nie miałam wcześniej do czynienia z prozą Elisabeth Gaskell, choć mam na półce, ponoć ciekawe, “Północ i Południe”. Wiem, że znane i dość lubiane są jej “Panie z Cranford” oraz biografia Charlotte Bronte. Wiktoriańska pisarka zasłynęła także opowieściami o duchach. “Szara dama” to moje pierwsze i być może nie ostatnie spotkanie z jej twórczością.
Przyznam, że tekst przetłumaczony przez tajemniczą J. F., utrzymany oczywiście w stylu retro, okazał się przystępny, wartki, wciągający, trzymający w napięciu i poczuciu niepokoju. Nie jest to arcydzieło, ale utwór warty przeczytania, dostarczający czytelniczej satysfakcji, piękny przykład literatury danej epoki.

Książka została wydana w pięknej, imitującej płótno oprawie, z klimatyczną grafiką, w spokojnej kolorystyce. Okładkę zaprojektowała Anna Slotorsz.
Wydawnictwo MG przoduje w klasyce znanej i mniej znanej, przypomina nam istne perełki. Do nich zaliczyć można z pewnością “Szarą damę”, którą przeczytałam z przyjemnością.


Wydawnictwo MG
Autor: Elisabeth Gaskell
Tytuł: Szara dama
Tytuł oryginału: The Grey woman
Tłumaczenie: J. F.
liczba stron: 96
Data wydania: 2023
ISBN:9788377798966


środa, 30 grudnia 2020

"Historia amuletu" Edith Nesbit

 


"Historia amuletu" Edith Nesbit, 
tłumaczenie: Irena Tuwim
Podróż sentymentalna do książek z dzieciństwa.
To 3 tom serii, poprzednie "Pięcioro dzieci i"coś"", "Feniks i dywan", kiedyś czytałam, pamiętam też słuchowiska w audycji "Radio Dzieciom".
Londyn, 1905 r., Antea, Robert, Cyryl i Janeczka znów spotykają Piaskoludka (uroczy, ale trochę wredny, bardzo go lubię), znajdują amulet i muszą zdobyć jego drugą część, w tym celu podróżują w czasie i przestrzeni (m.in. do starożytnego Egiptu, Babilonu, na Atlantydę...a także w przyszłość - tu piękna idealistyczna wizja). Fantastyka, przygoda i historia. Dziecięca fantazja, przyjaźń, miłość,życzliwość, rodzina.
Przemiła powieść, pomogła mi przełamać świąteczny impas czytelniczy. Teraz namawiam córkę, ciekawe czy się skusi;-)
 

poniedziałek, 13 lipca 2020

klasyka na ucho - "O czym szumią wierzby"

Ta powieść to klasyka literatury dla dzieci. Opublikowana w 1908 roku, w Polsce wydana w 1938 r.,   do dziś cieszy się zainteresowaniem i popularnością wśród czytelników.  Przygody Borsuka, Ropucha, Kreta i Szczura Wodnego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, doczekały się kilku ekranizacji i adaptacji scenicznych, a także kontynuacji pióra Williama Horwooda.  Nie miałam okazji zetknąć się z tą książką w dzieciństwie, toteż z tym większą ciekawością sięgnęłam po audiobook”O czym szumią wierzby” w interpretacji lektora Tomasza Bielawca. Czy było warto?

Link do mojej recenzji:
 

http://zycieipasje.net/2020/07/13/poczytaj-mi-na-uchoo-czym-szumia-wierzby-kenneth-grahame/


 Tytuł wpisuje się do kategorii lipcowej Trójki:

poniedziałek, 4 maja 2020

"Malowany welon" Wiliam Somerset Maugham


W  kwietniowej edycji "Book-Trottera"  obowiązywała literatura brytyjska. Sięgnęłam po leżący od dawna na półce "Malowany welon" W. S. Maughama, już nie pamiętam, dlaczego kupiłam tę książkę i nie wiem, czemu tak długo czekała. Może spodziewałam się typowego romansidła?A tu jednak niespodzianka: to raczej dramat obyczajowo-psychologiczny; romans, ale bez happy endu, za to z refleksją o konsekwencjach wyborów i czynów.  Smutna opowieść o relacjach damsko-męskich, o miłości i jej braku, o zdradzie i jej konsekwencjach, o desperacji i determinacji, o pragnieniach i rozczarowaniach, straconych złudzeniach, o ludzkich charakterach... O nabraniu życiowej mądrości, dojrzałości  i duchowej przemianie (wiem, że to brzmi górnolotnie i niezbyt zachęcająco, ale powieść  nie jest w moim odczuciu "natchniona" i moralizatorska).

Akcja toczy się w latach 20.XX w. w Chinach, w angielskiej kolonii, miasteczku Tching-Yen, następnie  w opanowanym epidemią cholery Mei- Tan Fu (retrospekcja obejmuje wcześniejsze czasy w Londynie, w finale również mamy powrót do Anglii).
Główni bohaterowie to młode małżeństwo: piękna i próżna Kitty,  nieśmiały i ponury z usposobienia Walter - lekarz bakteriolog. On zakochany po uszy, ona - wyszła za niego nie tyle z rozsądku, ile ze strachu by nie zostać starą panną i nie dać się wyprzedzić w zamążpójściu młodszej siostrze (ech, te konwenanse...). Para nie jest szczęśliwa. Kitty romansuje z Charlesem, starszym od niej wysokiej rangi urzędnikiem.  Gdy zdrada wychodzi na jaw, Walter stawia żonie ultimatum.... Skandal wisi w powietrzu. Wyjazd do Mei-Tan- Fu miał być szansą...
Czy Walter wybaczył Kitty? Czy związała się z Charlesem?  Jaki wpływ na młodą Angielkę miało przebywanie w zagrożonym chorobą rejonie i praca w klasztorze? Kto zapłacił największą cenę?
To smutna historia, ale z niosącym nadzieję finałem.

Pod czas lektury nasuwa się wiele pytań, każda z sytuacji wymaga "rozpatrzenia" racji z kilku stron, z perspektywy różnych osób i okoliczności. Nie da się pochopnie oceniać, trzeba dokłądnie przemyśleć uczucia, motywacje, czyny postaci. Na zachowanie Kitty  na pewno miało wpływ jej wychowanie i rodzinne relacje, a tych nie zaliczymy do idealnych. Owszem, była irytująca, naiwna, ślepa na pewne sprawy, egoistyczna. Nie chodzi o to by ją usprawiedliwiać, ale spróbować zrozumieć. Nie można jej potępić, zwłaszcza, że w końcu nabrała rozumu, tylko drogo opłaciła tę życiową lekcję.

Mottem powieści są słowa w wiersza P. Shelleya - "malowana zasłona, którą żyjący życiem zwą" - łatwo ten cytat odnieść do opadania zasłon kolejnych pozorów i złudzeń, odkrywania prawdy o sobie, innych ludziach, o uczuciach i charakterach... Kitty zerwała zasłonę, zrozumiała życiowe błędy. Jej losy nie są dobrym wzorem, ale dającym do myślenia przykładem.
"Malowany welon" świetnie nadawałby się do dyskutowania w klubie czytelniczym.

Powieść w tłumaczeniu Franciszki Arnsztajnowej ma swój nieco staroświecki urok, ale są "mielizny" - niekonsekwentnie tłumaczone imiona, lepiej w tytule pasowałąby "zasłona" niż "welon" ( choć z drugiej strony to słowo od razu kieruje skojarzenia ku małżeńskiej tematyce utworu);
wiele zdań mogłoby mieć zgrabniejsze brzmienie, przydałby się współczesny przekład.

Nie oglądałam filmu ( jest parę adaptacji), ale podobno różni się od powieści przedstawieniem wątku i zakończeniem. Chyba nie chcę oglądać. Ogólnie jestem zadowolona z lektury.


czwartek, 14 listopada 2019

"Małe kobietki" Louisa May Alcott

Jestem tą powieścią zachwycona, bardzo mi się podobała, taka wartościowa, urocza "ramotka" i wcale nie taka "do lamusa", skoro kolejna adaptacja filmowa na ekranach niebawem.
Podczas lektury czułam się jak za dawnych lat czytając Anię, Polyannę i tym podobne. Wspaniała podróż sentymentalna i kostiumowa.
Tekst pisałam 3 wieczory, wiem -strasznie kulawy, zupełnie mi nie poszło.
Ale samą książkę przeczytałabym chętnie kiedyś jeszcze raz i oczywiście kolejne części. Bo są, tylko jakoś tak przeważnie tylko tę jedną sierotkę wydają... A film obejmuje znacznie więcej, dalsze losy bohaterek "Małych kobietek" .Oglądałam  ekranizację z 1994 roku, tę nową też chętnie zobaczę.

Z uwagi na  fakt, iż akcja zaczyna się w Boże Narodzenie ( to ważny dzień dla bohaterek - pomagają biednym, podejmują wyzwanie pracy nad sobą, świętują) i też kończy się po roku , kolejnym Bożym Narodzeniem - i znów wtedy mają miejsce ważne rzeczy ( spotkanie całej rodziny, sprawy |matrymonialne zaczynają swoj bieg..) - zaliczam tę lekturę do kategorii "poczuj klimat świąt" listopadowej Trójki E-pik.

Małe kobietki" Louisa May Alcott"

Urocza książka! Niby taka staroświecka, a jakże wartościowa i uniwersalna. Z założenia to powieść dla młodzieży, ale i dorosły przeczyta ją z satysfakcją  i sentymentem. To klasyka, do której często i chętnie się wraca, o czym świadczą również adaptacje filmowe. Zachwyci na pewno miłośników książek o  Ani z Zielonego Wzgórza, Emilce ze Srebrnego Nowiu, czy Polyannie oraz serialu o perypetiach Doktor Quinn, to dość podobne klimaty. Fani Jeżycjady też nie powinni narzekać. Proza Louisy May Alcott spodoba się szczególnie tym, którzy szukają w literaturze charakternych bohaterek i ważnych wartości.


Są takie książki, o których wiele się słyszy, ich tytuły przewijają się tu i ówdzie, pojawiają się liczne nawiązania do wywodzących się zeń postaci, czy scen. Książki z kanonu literatury światowej, klasyka na którą dotąd nie było czasu, czy brakowało sposobności. I końcu przychodzi ten moment, kiedy wreszcie sięgamy po taką lekturę. Nastąpić wtedy może albo rozczarowanie zawiedzionymi oczekiwaniami, albo zachwyt, gdy otrzymamy coś, co idealnie wpisuje się w nasz gust, czy też wręcz przekracza nasze wyobrażenia o danym utworze.
Małe kobietki to dla mnie właśnie jedna z takich lektur; klasyka, która w końcu doczekała się mojej uwagi i skradła moje serce. Żałuję, że nie poznałam tej powieści wcześniej, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie tylko bowiem z radością przeczytałam piękne ilustrowane wydanie, które ukazało się nakładem wydawnictwa MG, ale też obejrzałam świetną filmową adaptację z 1994 roku, planuję sięgnąć po inne książki Louisy May Alcott i obejrzeć najnowszą ekranizację z udziałem  m.in. Meryl Streep;  premiera tuż niedługo, bo w okresie świąteczno-noworocznym.

 Akcja tej, opartej w dużej mierze na wątkach autobiograficznych,  powieści rozgrywa się w Ameryce w latach 60. XIX, w czasach wojny secesyjnej. Tytułowe "małe kobietki" to cztery siostry March, dziewczęta mocno z sobą zżyte, zaprzyjaźnione, ale o bardzo różnych charakterach i osobowościach.
Najstarsza, Meg ( Margaret, 16 l.) - jest miła i grzeczna,  piękna, ale nieco próżna, tęskni za życiem w luksusach , jakie pamięta z dawnych lat, jednocześnie bardzo szlachetna, pracowita, mądra, dobra, oddana. Jo ( 15 l.) - typowa chłopczyca, skłonna do żartów i psot, rezolutna, utalentowana literacko i aktorsko, pomysłowa, szczera, nieco 'zwariowana', ale ma serce na dłoni i potrafi niesamowicie zaangażować się w działania, na których jej zależy. Beth (13 l.) to niezwykle cicha, nieśmiała, wrażliwa, nieufna dziewczynka, utalentowana muzycznie, pięknie gra na fortepianie, bardzo obowiązkowa, dokładna, troskliwa, pełna dobroci  i miłosierdzia. Najmłodsza Amy ( 12 l) - urocza, uparta, dość samolubna, nieco naiwna, pięknie rysuje i zabawnie przekręca trudne słowa.
Dziewczyny uczą się, pracują,  wypełniają (choć nie zawsze chętnie) domowe obowiązki, zajmują się szyciem, robótkami,  dużo czytają, urządzają teatrzyki, prowadzą własny "Klub Pickwicka" z własną "gazetą". Ich przyjacielem i towarzyszem zabaw zostaje Laurie, wnuk bogatego sąsiada, przemiły, wartościowy chłopak.
Pani March dla córek jest wzorem i powiernicą,  kocha je i wspiera , pozwala rozwijać talenty, mądrze je wychowuje, czasem stosując sprytne "podstępy", szanuje ich wybory, pozwala uczyć się na błędach, przekazuje cenne wskazówki.   Uczy je, aby w życiu  kierowały się  dobrocią i miłością, a nie bogactwem i modą oraz doceniały to, co mają. Ojciec - walczył na wojnie, został ranny i dlatego długo nie wraca, jego powrót jest świętem dla stęsknionych dzieci; nie jest z niego żaden mądrala ani despota, lecz mądry, ciepły, kochający tata dumny ze swych córek, które mobilizuje do "pokonania wewnętrznego wroga", czyli do pracy nad swoimi słabościami.
Rodzina March, wskutek niefortunnych wydarzeń, utraciła swój majątek, ale nadal jest jedną z najbardziej szanowanych w okolicy. Przyświecają im szlachetność, honor, wzajemny szacunek i życzliwość, okazywana bliźnim pomoc i dobroć. Obraz tej rodziny jest mocno wyidealizowany, przesycony najlepszymi uczuciami, ukazany w kontraście do ciotki, której bogactwo jest niczym w porównaniu do tego, co mają skromnie żyjący państwo March. A mają siebie nawzajem, wspierają się, wiodą ciekawe życie, w sumie są naprawdę szczęśliwi. Rodzice nie planują wydać córek za mąż za tzw. "dobre partie", owszem, życzą im jak najlepiej, ale chcą przede wszystkim, aby były szczęśliwymi i dobrymi ludźmi, spełniającymi się w swoich pasjach, talentach.

Małe kobietki to powieść pensjonarska i moralizatorska, ale nie schematyczna; tu autorka stawia na niezależność i samodzielność kobiecych postaci, choć nie brakuje romantycznych akcentów - nie ukrywajmy: oczekiwanych i lubianych przez czytelniczki, niezależnie od epoki.
To opowieść  o dorastaniu, pracy nad sobą, pokonywaniu słabości, kształtowaniu charakteru. Głosi wartości takie jak praca,  rodzina, przyjaźń, miłość, dobroć, uczciwość, szlachetność, pomoc. Zdecydowanie podkreśla rolę  przymiotów duchowych ważniejszych od rzeczy materialnych. Przesłanie wydaje się jasne, a propagowane wartości  są wiecznie aktualne i ważne - tym bardziej współcześnie, w zdominowanym przez konsumpcjonizm i bylejakość XXI wieku.
Akcja w sumie nie jest porywająca, zbyt wiele się nie dzieje, ale za to ma swój nieodparty urok, pięknie opisane są realia, ubiory, posiłki, zajęcia, listy, bale, pikniki, wspólne śpiewanie, zabawy, psoty itp. Obecne są w życiu bohaterów  zarówno  przyjemne i zabawne sceny, jak i  trudne, smutne, wzruszające momenty. Książka wpisuje się także w klimat Bożego Narodzenia, od tych świąt zaczyna się bowiem opowieść i zatacza krąg obejmując rok z życia bohaterów.
Dzięki fabule można odbyć wspaniałą podróż w przeszłość, do czasów trudniejszych, ale jakby piękniejszych. Chciałoby się tam być, spędzać czas z pannami March i Lauriem, razem z nimi przeżywać ich perypetie i problemy.. Żal się z nimi rozstawać.  Autorka zostawiła bohaterów w sielankowym momencie i spuściła kurtynę. Kurtuazyjnie pytając: "Czy podniesiemy ją znowu, by śledzić dalsze losy Meg, Jo, Beth i Amy? To będzie zależało od zainteresowania czytelników pierwszym aktem dramatu rodzinnego pod tytułem Małe kobietki." I to zainteresowanie najwyraźniej było, bo zaowocowało kolejnymi tomami i nadal trwa, o czym świadczą kolejne wydania książek i kolejne ekranizacje. Tu warto zaznaczyć, że filmowe wersje obejmują znacznie  dłuższy okres dziejów bohaterów niż sama książka  Małe kobietki - to w sumie zaledwie pierwsza część.

Ta powieść ma swój wyjątkowy  staroświecki urok i uniwersalną wymowę. Nie wyobrażam sobie nie uwzględnić jej w literackim kanonie i nie poznać, nieważne czy w wieku nastoletnim, czy dojrzałym. Lektura na każdym etapie może przynieść wiele dobrego. Mam nadzieję, że wydawnictwo MG nie poprzestanie na tym pięknie ilustrowanym tomie z rycinami Franka Thayera Merrilla, w przekładzie Anny Bańkowskiej i wkrótce pozwoli czytelnikom cieszyć oczy i serca drugą częścią pt. Dobre żony oraz pozostałymi książkami Louisy May Alcott.


Wydawnictwo MG 2019


środa, 28 sierpnia 2019

"Gracz" F. Dostojewski


Nic na to nie poradzę, lubię rosyjską literaturę zwłaszcza Dostojewskiego. Sporo mam do nadrobienia tak w ogóle, jeśli chodzi o tę "wielką" klasykę (nie czytałam "Anny Kareniny" wyobraźcie sobie! ), ale staram się korzystać z okazji i sięgać po mniej znane dzieła znanych pisarzy.
Ot, na przykład trafiło się ładne, nowe wydanie "Gracza".
Komedia przechodzi w tragedię. Świetna postać babci, która wbrew oczekiwaniom, wcale nie zamierza kopnąć w kalendarz, a wszystkich rozstawia po kątach i wybiera się do kasyna....

 Moja recenzja pod linkiem:

http://zycieipasje.net/2019/08/28/patronat-medialny-gracz-fiodor-dostojewski/

Lektura wpasowała się w sierpniową Trójkę E-pik:
kategoria "po sąsiedzku (literatura napisana w oryginale w języku sąsiadów Polski)

środa, 29 marca 2017

"Młokos" F. Dostojewski

 Gdyby w popularnym teleturnieju Familiada padło pytanie o powieści  Dostojewskiego uczestnicy na pewno wymieniliby Zbrodnię i karę, Braci Karamazow, Idiotę, może jeszcze Biesy. Nie sadzę jednak, by ktoś podał tytuł Młokos albo  – według innego wydania – Młodzik. Tę znacznie mniej znaną powieść  wielkiego rosyjskiego pisarza przypomniało  niedawno wydawnictwo MG.
 Moja recenzja:
http://zycieipasje.net/2017/03/29/mlokos-f-dostojewskiego-recenzja/

środa, 24 sierpnia 2016

Pajęczyna Charlotty - klasyka dla dzieci

unnamed (2)
Jeśli lubicie opowieści o zwierzętach, cenicie klasykę oraz szukacie książki starannie i elegancko wydanej – sięgnijcie po Pajęczynę Charlotty. Ta słynna na całym świecie powieść dla dzieci ukazała się niedawno w przekładzie Marii Jaszczurowskiej nakładem Wydawnictwa Literackiego.
(...)
Moją recenzję znajdziecie  na stronie magazynu Życie i pasje.
Zapraszam do lektury.

piątek, 10 czerwca 2016

Szczypta klasyki - "Pustelnia parmeńska"

LOGO MG nowe






(...) Dzieło trąci „telenowelą”, ale czyż nie lubimy czasem takich pooglądać? Znaku równości jednak nie stawiam, bo też tu nieco typu „płaszcza i szpady” można znaleźć. A skoro już operujemy filmowym nazewnictwem, dorzućmy kostiumowy melodramat. Nie przepadacie za takimi? To chociaż zajrzyjcie do książki. Sprawdźcie, dlaczego Stendhal zapisał się na kartach historii literatury, dlaczego jest wydawany i czytany po dzień dzisiejszy? (...)

całość pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2016/05/24/pustelnia-parmenska-stendhala-recenzja-patronacka/


czwartek, 25 czerwca 2015

"Pamiętnik Wacławy"

Jeśli lubisz sięgać po staroświecką prozę, nie unikasz romansów, nie boisz się wyzwań i nie przeraża cię pojęcie „powieść tendencyjna” - „Pamiętnik Wacławy” czeka aż odsłonisz jego karty. Jest to jednak powieść specyficzna i nie każdy się w niej odnajdzie.


LINK do mojej wypowiedzi o książce.
 

środa, 20 marca 2013

Buszujący zrzęda


Kiedy ktoś napotka kogoś
kto buszuje w zbożu
Kiedy kto całuje kogoś
czy ktoś płakać ma?

Kiedy kto napotka kogoś
kto buszuje w polu
Kiedy kto całuje kogoś
czy świat wiedzieć ma?

(Robert Burns)
(tłum. Maria Skibniewska)
Zgodnie z zasadą głoszącą, że "książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać" (J. Pilch) całkowicie zapomniałam i ponownie teraz przeczytałam słynnego "Buszującego w zbożu" J. D. Salingera.
Zaczęłam nawet powątpiewać, czy ja to naprawdę niegdyś czytałam, czy mi się tylko wydawało...bo oprócz nazwiska głównego bohatera i ogólników( że młody, zbuntowany, szwendał się po Nowym Jorku, symbol pokolenia...) nie pamiętałam dosłownie nic, nic mi się nie kojarzyło. W sumie tym lepiej, bo nie miałam wrażenia totalnej powtórki ( nie miałam wrażenia "deja lu").
Kilka refleksji.
Przy Holdenie Caufieldzie smerf Maruda wydaje się być gościem kipiącym radością życia. Salingerowski nastolatek  ciągle czegoś nienawidzi, nie cierpi, nie znosi, nie lubi, nie przepada... (Na przykład kina, chorych ludzi, tandetnych walizek, słów "szanowny" oraz "cudownie"). Nawet jego siostra to zauważa i go tak podsumowuje "Nie lubisz żadnej szkoły. Nie lubisz miliona rzeczy. Nic nie lubisz." (. s 153)
Wieczny malkontent. Momentami jego opowieść staje się irytująca.
Mierzi go głupota, zakłamanie, obłuda, fałsz. Nic dziwnego. Sam jednak jest niezłym łgarzem, do czego się przyznaje. Ciągle zmyśla, przybiera fałszywe nazwiska, kłamie, a przy tym chyba go to bawi. Nie robi w sumie nic, żeby się przeciwstawić temu, co go drażni, oprócz krytykowania i oślego uporu w nieuctwie objawiającego się wyrzuceniem już z czwartej szkoły.
Nie nazwałabym go buntownikiem bez powodu, ani z wyboru, tylko buntownikiem bez sensu.
Holden jest chłopcem wrażliwym, inteligentnym, obdarzonym bogatą wyobraźnią, zdolnym ( z angielskiego miał świetne oceny). Dużo czyta. Idealista, marzyciel, trochę dziwak. Potrafi  dostrzec wiele rzeczy, które nie zawsze są oczywiste. Może tchórzliwy, ale honorowy.
Chciałby być "strażnikiem w zbożu" - kimś, kto pilnuje, by dzieci bawiące się w łanie żyta nie spadły z pobliskiego urwiska. Ta metafora zaczerpnięta poniekąd z wiersza R. Burnsa pokazuje, że chłopak w gruncie rzeczy jest szlachetny, pragnie chronić innych przed złem, bronić niewinnych przed zgubą. Może chodzi tu o wchodzenie w dorosły świat? Albo o pragnienie pozostania dzieckiem?
 Był bardzo zżyty z rodzeństwem. Podziwia starszego brata D. B.- pisarza, choć ma mu za złe, że "zaprzedał się Hollywood" pisząc scenariusze filmowe. Ogromnie przeżył śmierć młodszego brata Alika, którego uważał za nadzwyczajne dziecko (Alik często powraca we wspomnieniach). Wyjątkowo bliska jest mu siostrzyczka Phoebe - to z nią chce się spotkać przed planowaną ucieczką " w świat", kupuje jej wymarzoną płytę, podarowuje ulubioną czapkę. Sam czuje się nieudacznikiem, tym najgorszym. 
Ma niskie poczucie własnej wartości. Czuje się zagubiony, samotny, nierozumiany. Potrzebuje pomocy, ale nadrabia miną, źle ukierunkowując swój "wewnętrzny krzyk". 
Być może jego opowieść to wstęp do terapii u psychologa.

Łatwo skrytykować Caufielda, ale trudniej dociec, dlaczego był taki, jaki był i dlaczego tak się zachowywał....

 "Buszującego w zbożu" otacza nimb kultowości, ale ta aureola chyba już coraz bardziej blednie. Powieść (wyd. 1951) była ostro piętnowana, cenzurowana, wywoływała skandale i ogromne zainteresowanie. O jej recepcji można znaleźć sporo interesujących materiałów. Dziś jej treść już tak nie szokuje, ale nie umieściłabym "Buszującego..." w kanonie lektur szkolnych.
 
Na koniec coś ładnego, książkowego:
"Czytam mnóstwo klasyków, jak na przykład: „Powrót na rodzinną glebę” i tym podobne, dość chętnie; czytam dużo książek o wojnie, a także sensacyjne powieści, lubię je, ale nie wzruszają mnie zanadto. Dopiero wtedy wiem, że mnie książka naprawdę zachwyciła, jeżeli po przeczytaniu myślę o jej autorze, że chciałbym z nim się przyjaźnić i móc po prostu telefonować do niego, ile razy przyjdzie mi ochota. Ale takich pisarzy nie ma wielu. Do tego Isaka Dinesena mógłbym zatelefonować, owszem. Do Ringa Lardnera też, ale D.B. powiedział mi, że on już umarł. Są jednak takie książki, jak na przykład: „W niewoli uczuć” Somerseta Maughama. Czytałem to zeszłego lata. Dobre, nie ma co mówić, ale nie miałbym ochoty telefonować do Somerseta Maughama. Sam nie wiem, dlaczego. Po prostu nie jest to typ, z którym chce się pogadać przez telefon. Już raczej zadzwoniłbym do starego Thomasa Hardy. Lubię Eustację Vye."
(s. 21) 

Jeśli ktoś tropi ślady książek w książkach, to H. C. czytał "W afrykańskim buszu" Isaaka Dinesena (wcisnęli mu ją w bibliotece, bał się, że to będą nudy, ale "książka okazała się dobra"), a jego najulubieńszym autorem (oprócz jego brata) był Ring Lardner.
Osobiście pierwsze słyszę to drugie nazwisko.

 J. D. Salinger, Buszujący w zbożu, przeł. M. Skibniewska, wyd. ISKRY 1988

Książkę przeczytałam w ramach marcowej Trójki E-pik (wybrany tytuł z listy BBC)

niedziela, 27 stycznia 2013

"Ze wspomnień Samowara" B. Hertz

B. Hertz, Ze wspomnień Samowara,  Czytelnik 1961   

Mało kto dziś pamięta o Benedykcie Hertzu (1872 -1952). Zawdzięczamy mu m.in przekład bajek Kryłowa, satyry, utwory dla dzieci.
"Ze wspomnień Samowara" - pod tym uroczym tytułem kryje się zbiór opowiadań, opartych na wspomnieniach autora z dzieciństwa i szkolnych czasów. 
Samowar to przezwisko nadane przez kolegów z klasy, wzięło się ze skojarzenia krępej i niskiej sylwetki chłopca z naczyniem do przyrządzania herbaty.
Narrator w gawędziarskim stylu, z humorem opowiada o dziecięcych zabawach, radościach i rozczarowaniach, o szkolnych perypetiach, o wagarach, ściąganiu, dokazywaniu na lekcjach, bójkach,  wysiadywaniu kurcząt, o polowaniu na pastowane prosię, o gorzkich migdałach, o  pływackiej brawurze i koleżeńskich postawach. Wspomina znakomitego pedagoga Adolfa Dygasińskiego, który uwrażliwiał wychowanków na piękno przyrody.
Przygody Samowara są zabawne,ale i naukę z nich wyciągnąć można, choć Hertz nie moralizuje i kazań nie prawi. 
Książeczka  to stara i  niewielka, ale skarb wielki. Literacka pamiątka minionej epoki.
Lektura budzi dziwne uczucie, tak jakoś chce się westchnąć, ech, gdzie te niegdysiejsze śniegi... gdzie te czasy, gdy dzieci bawiły się w odsiecz wiedeńską albo inszy Grunwald, gdy miecz z patyka i tarcza z tektury były podstawowym wyposażeniem małych rycerzy, a pudełko po lekarstwach stanowiło pożądaną zabawkę, gdy wymieniano się znaczkami i kawałkami sznurka, gdy w szkole pisano stalówką,  za karę uczeń zostawał "w kozie".. gdy rodzynki i migdały były tylko od święta, a zostać dorożkarzem było marzeniem niejednego chłopca...
Ze słów wartych ocalenia zapadło mi w pamięć jedno - 'wisus'. Kto dziś używa takiego wyrazu... 
Ba, nie wiem, czy i 'samowar' w dzisiejszych czasach jest dla wszystkich zrozumiały... Wznowienie tomiku Herzta - dla kolejnych pokoleń - musiałoby być opatrzone przypisami.


Lektura wpasowała się w styczniową Trójkę - E-pik.

Moja lista blogów