Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod hasłem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pod hasłem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 maja 2021

"Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff



Po 20  latach od pierwszego wydania ukazała się nowa, poszerzona wersja zbioru esejów Agnieszki Graff.  Na internetowych forach ta książka polecana jest jako idealna na początek przygody z feminizmem, a jej fragment trafił do licealnego podręcznika w zestawieniu z tekstem Elizy Orzeszkowej. To z jednej strony dokument epoki, w której została napisana, z drugiej – nadal ważna publikacja, która pomaga uświadomić sobie pewne zjawiska i zaobserwować zmiany. Graff jest świetną obserwatorką i komentatorką, w dodatku ma świetne pióro. Warto przeczytać.
(...)

Nie sposób tu te eseje streszczać jeden po drugim. Dość powiedzieć, że to ważne testy, które otwierają oczy, poszerzają horyzonty, uświadamiają wiele spraw. Niekoniecznie zawsze trzeba zgadzać się z autorką, ale warto poznać jej punkt widzenia i przyjrzeć się,  jakie zmiany zachodziły po roku 1989, jeśli chodzi o prawa kobiet i ich obecność w życiu publicznym. Niestety trochę to smutny i gorzki obraz, bo jeszcze mocno tkwimy w miejscu, choć już powoli coś pęka, rodzi się bunt…

Książkę  świetnie się czyta. Autorka precyzyjnie i logicznie prowadzi swoje wywody, jasno argumentuje,  czasem dodaje nieco ironii. Sprawnie demaskuje mechanizmy rządzące współczesnym światem, odwołując się  do faktów, danych, życiowych sytuacji, tekstów kultury.  Nie jest przy tym nachalna, nie stawia się w pozycji mentorki, nie poucza, ale opowiada i naświetla nam zjawiska i sytuacje. Czytając, można wiele sobie uświadomić, zrozumieć, przemyśleć, zobaczyć w innym świetle.
 
 
 Książka wpasowała się do majowego hasła w wyzwaniu -zabawie "Pod hasłem"


czwartek, 29 października 2020

"Kobiety z Vardø" Kiran Millwood Hargrave,

Recenzja ukazała się tutaj:
http://zycieipasje.net/2020/10/szpieg-w-ksiegarni-kobiety-z-vardo-kiran-milwood-hargrave-recenzja/

 

wydawnictwo Znak LiteraNova 2020

 Wściekłość i wrzask. Nie chodzi jednak o tytuł powieści W. Faulknera. To najkrótsze podsumowanie moich odczuć po lekturze “Kobiet z Vardø “, książki opartej na faktach, opowiadającej o procesach “czarownic”, jakie miały miejsce na północy Norwegii w XVII wieku. Absurdalność zarzutów postawionych kobietom oraz sposób ich traktowania budzi oburzenie, którego nie sposób wyrazić. Nad tą powieścią nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza, że łatwo dostrzec, iż w pewnych aspektach nic się nie zmieniło nawet przez  czterysta lat.

Kobiety z  Vardø to pierwsza powieść dla dorosłych napisana przez  brytyjską pisarkę i poetkę, Kiran Millwood Hargrave, której Dziewczynka z atramentu i gwiazd została nagrodzona m.in. British Book Award w kategorii literatury dziecięcej, a kolejne powieści dla młodych czytelników również były docenione.

Kanwą utworu są wydarzenia historyczne – akcja dzieje się w latach 1617-1619 na najdalej wysuniętym na północ krańcu Norwegii. Za panowania króla Chrystiana IV w XVII w.  wprowadzono rozporządzenia prawne wymierzone przeciwko  rdzennej ludności, w rzekome “czary”,  sankcjonujące prześladowania. Skazano i spalono na stosie 91 osób. Procesy zostały udokumentowane, pokłosiem prac badawczych są książki  np. “Witchcraft Trials in Finnmark in Northern Norway”  dr Liv Helene Willumsen. Upamiętnia je umieszczona na wyspie Vardø  instalacja P.Zumthora i L. Bourgeois, która zainspirowała Kiran Millwood Hargrave do napisana powieści.
Jak wspomina autorka w posłowiu – książka poświęcona jest nie tyle samym procesom, ile okolicznościom, które mogły do nich doprowadzić. “Pisząc z perspektywy  czterystu lat odnajdywałam wiele podobieństw między tak różnymi epokami jak wiek siedemnasty i nasz” – stwierdza – “Ta opowieść mówi o ludziach i o tym, jak żyli” ( s. 393).

O tak, te podobieństwa są zaskakujące. Tym samym powieść nabiera uniwersalnej wymowy. To bowiem nie tylko historia kobiet z rybackiej osady, które po stracie – w wyniku nagłego sztormu – swoich mężów, ojców, synów, braci musiały stawić czoła przeciwnościom losu i z determinacją walczyć o przetrwanie.
To opowieść o tym, do czego może doprowadzić fanatyzm, ślepe poddawanie się zasadom, żądza władzy i sławy, a także zawiść i nienawiść. O tym, jak ważne są solidarność i wzajemne wsparcie  w rodzinie oraz w grupie społecznej. Z przykrością trzeba stwierdzić, że to ich brak przyczynił się w znacznej mierze do tragedii. To jedne kobiety oskarżyły drugie – ten fakt wydaje się szczególnie bolesny. Wszystkie, można powiedzieć, “jechały na tym samym wózku”, ale zazdrość i nienawiść, a także chęć przypodobania się władzom (komisarzowi, szeryfowi) i pastorowi  popchnęła niektóre z nich ku niecnemu postępkowi.
Ponadto bardzo wyraźnie widoczny jest w powieści problem nierówności płci, instrumentalne traktowanie kobiet. Współcześnie noszenie przez kobiety spodni już nie stanowi skandalu, ale nadal bywają one traktowane gorzej niż mężczyźni, spychane do stereotypowych ról, ich zdanie się nie liczy, a prawa nie są szanowane.
To także książka o miłości i śmierci,  odwiecznej walce dobra ze złem, o nieuchronnym konflikcie między narzucanym siłą prawem a opartymi na tradycji zwyczajami.

Wracając do fabuły – choć oparte na historycznej podstawie, to postaci i wydarzenia są fikcyjne. Pierwszoplanową bohaterką jest dwudziestoletnia Maren, świeżo upieczona narzeczona, pełna marzeń i planów.  To z jej perspektywy śledzimy wydarzenia, choć narracja jest trzecioosobowa.
Obserwujemy jej relacje z matką i bratową – z pochodzenia Laponką,  ze starszą przyjaciółką Kristen oraz z innymi kobietami z wioski. Każda inaczej przeżywała żałobę po stracie najbliższych. Zastanawiały się też nad tragedią, wypatrywały znaków, rozważały czy wieloryb, który przygnał ławicę ryb,  został zesłany przez Złego, a może ktoś przyzywał diabła?
Koniecznością było, by w sytuacji, gdy w osadzie zostali tylko starcy i małe dzieci,  to kobiety zakasały rękawy, przejęły męskie obowiązki, podjęły się wyruszania łodzią na połów ryb, hodowania reniferów itp. Powinny też opiekować się sobą nawzajem. Spotykały się co  środę w  dużym domu Fru Olufsdatter, niedoszłej teściowej Maren, na wspólne robótki, rozmowy i posiłek – coś w stylu Koła Gospodyń Wiejskich. Szybko jednak wytworzyły się między nimi animozje. Powstał  – nazwijmy to “obóz kościółkowy”, ze złośliwą, zawistną Toril na czele,  skupiony wokół zboru, nowego pastora (w sumie dość biernego człowieka) oraz nowego komisarza Corneta – wielce bogobojnego, fanatycznego Szkota, słynącego z polowań na osoby parające się czarami.
Należało zapomnieć o runach, tradycyjnych  ludowych figurkach, zaklinaniu pogody, czy zbieraniu ziół,  wszelkie zachowanie odstające od narzuconych norm było podejrzane i osądzanie. Edykt “O czarach” wszedł w życie. Niezależność, samodzielność, zaradność i odwaga stały się dla niektórych mieszkanek Vardo powodem do zguby.
Wraz z komisarzem do Vardo przybyła jego młodziutka żona, Ursa – niedoświadczona i naiwna, wydana za mąż jak towar; samotna, zagubiona. W Maren znajduje pomocnicę, nauczycielkę zajęć domowych, a także więcej niż przyjaciółkę. Z czasem potem rodzi się świadomość uczucia i pożądania..

Wraz z przewracaniem kolejnym kartek tej książki narasta oburzenie zachowaniem postaci takich jak komisarz, szeryf, Toril, matka Maren, rośnie natomiast współczucie dla, Maren, Diinny, Kristen i innych niesłusznie posądzonych i okrutnie potraktowanych. Pod koniec akcja przyspiesza i można rzec, że nabiera rumieńców. Czy można było ocalić uwięzione Norweżki?  Kto i czym zawinił? Czy Dinnie udało się bezpiecznie uciec?  Co się wydarzyło w szopie na łodzie? Jak postąpiła Ursa? Jaką decyzję podjęła Maren?
Trudno tę książkę odłożyć, póki się nie dowiemy.

Oryginalny tytuł brzmi “The mercies”. Miłosierdzie? To wręcz oksymoron w odniesieniu do tej historii, wielka ironia dziejów. Według pastora Bóg okazał miłosierdzie  – kobiety ocalały podczas sztormu, przeszły przez trudną próbę. I tu aż prosi się o pytanie, na które nie ma odpowiedzi…. Gdzie był Bóg, gdy płonęły stosy? Czyżby to ludziom zabrakło miłosierdzia?

Proza Kiran Millwood Hargrave jest dość prosta, surowa jak skandynawski klimat, niemniej sugestywna i poruszająca. Opisy warunków życia, zajęć, potraw, ubrań, tamtejszej pogody i krajobrazu są realistyczne. Autorka dba o szczegóły, które obrazują nieraz więcej niż uczyniłyby to długie opisy. Potrafi oddać emocje bohaterów, zbudować napięcie.
Kobiety z Vardo to ciekawa, dobrze opowiedziana historia, z wyrazistymi postaciami, mocno osadzona w realiach historycznych, uniwersalna, ważna i potrzebna,  skłaniająca do refleksji i gorzkiej konstatacji, że polowanie na czarownice nadal w takiej czy innej wersji trwa…

 
Książka wpasowała się z październikowe zdanie wyzwania "Pod hasłem"

 

wtorek, 28 kwietnia 2020

"Dotyk zła" Alex Kava

Harper Collins/Edipresse 2016
Rzadko sięgam po takie książki. Tę nawet nie pamiętam, skąd mam. Prawdopodobnie kupiłam z gazetą za 9.99 zł albo dostałam w jakimś  gratisie. Teraz potrzebowałam  czegoś ze "zbrodnią w tle" ( do kwietniowej Trójki E-pik oraz książki napisanej przez zagranicznego autora o imieniu na taką samą literę jak moje, czyli na A ( kwietniowe zadanie wyzwania "Pod hasłem").
Uczyniwszy przegląd półek, doszłam do wniosku, że dzięki tej książce upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu.
I tym sposobem po raz pierwszy ( ale czy ostatni???) sięgnęłam po powieść Alex Kavy,  autorki kryminalno-sensacyjnych bestsellerów. Przyznam się - kiedyś myślałam, że Alex Kava to mężczyzna :-)
Najpierw trochę trudno było mi się  wciągnąć -  co rozdział to  inne postaci i sceny. Dopiero potem  to wszystko się zaczęło scalać  i już dalej poszłoooo. To marny argument, ale bardzo szybko się czytało, niemal nieodrywalnie, 500 stron ( co prawda formatu pocket) w 3 dni a wcale dużo go nie poświęcałam na czytanie.
Zadowolona jednak jestem w sumie średnio. Za mocna i jednocześnie za słaba była ta powieść.

W małym miasteczku w Nebrasce zaginął chłopiec, wkrótce znaleziono  brutalnie potraktowane zwłoki. Czyżby ktoś naśladował skazanego na śmierć ( czy słusznie?) seryjnego mordercę Jeffreysa? Śledztwo prowadzi szeryf Nick ( objął stanowisko po ojcu), pomaga mu agentka FBI, Maggie O'Dell (między nimi iskrzy), która ustala profil sprawcy i wskazuje  dość nietypowych podejrzanych.
Dziennikarka Christine Hamilton zdobywa  informacje i pisze sensacyjne artykuły, ma szanse na zrobienie kariery.
Znika kolejny chłopiec. I jeszcze jeden. Kto za tym stoi?
Tropy wiodą na manowce, sprawy się gmatwają,  ale O'Dell  to twarda sztuka i dopnie swego.

Mamy w tej powieści wszystko - okrutne zbrodnie, psychopatyczne motywy, mrożące krew w żyłach sytuacje, pełne zawirowań śledztwo,  demony przeszłości, problemy rodzinne, skomplikowane relacje, wątek harlequinowy....  Fabuła naprawdę wciąga. Akcja wartka. Krótkie rozdziały. Trzyma w napięciu. Ale...  jednocześnie jest przewidywalna, w pewnym momencie czytelnik już wie, kto jest mordercą i tylko już śledzi poczynania policji, jak wpadną na trop, czy go złapią, jak mu udowodnią winy. Watek romansowy też jest do przewidzenia.
Trudno sympatyzować z kimkolwiek z głównych postaci,  jedynie może z Timmym ( dzielnym chłopcem), dorośli bohaterowie są raczej antypatyczni, ich zachowania ( np. ślamazarność, opieszałość, brak działań, nieetyczne postawy) budzą często irytację.
Zakończenie  - furtką do dalszych przygód agentki O'Dell,  która - jak się okazało- jest bohaterką całej kilkutomowej serii  ( oraz prequela obejmującego czasy przed akcją "Dotyku zła").

Takie sobie. W roli czytadła - super, jeśli ktoś lubi mocne wrażenia. Nie dla wrażliwych.  Niekoniecznie będę poszukiwać innych książek Kavy do kawy. Tyle innych czeka!






Książkę zaliczam do kwietniowego wyzwania TrójkaE-pik

senior w roli głównej
zbrodnia w tle
Joker - wolna amerykanka!


wtorek, 25 lutego 2020

"Pasażerka" przesłuchana

Spośród książek podejmujących wątek wojny, obozów koncentracyjnych,  zagłady, rozliczeń z przeszłością to właśnie Pasażerka, napisana przez więźniarkę Auschwitz, jest jedną z najważniejszych, najciekawszych i najlepszych pod względem literackim. Tej poruszającej, zapadającej w pamięć powieści możemy wysłuchać w znakomitej interpretacji lektorki Elżbiety Kijowskiej.
(...)

Proza Posmysz jest  konkretna i oszczędna, nie epatuje okrucieństwem, ale nawet krótkie zdania i opisy dotyczące obozowej rzeczywistości są wymowne. Stoi za nimi prawda osobistych obserwacji i przeżyć autorki.
(...)

Całość mojej recenzji pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2020/02/24/poczytaj-mi-na-ucho-pasazerka-zofia-posmysz-recenzja-audiobooka/


Lektura wpasowała się w lutową kategorię wyzwania "Pod hasłem"
oraz do jednej z kategorii  wyzwania-zabawy Trójka e-pik:
na sportowo
książka z wątkiem Holokaustu   
"Coś czerwonego" (okładka, tytuł, serce, książka o komunizmie itp)




niedziela, 23 czerwca 2019

"Kocha, lubi, szpieguje" J. Szarańska


Notatka ;-)

"Kocha, lubi, szpieguje" to zabawna, lekka, odprężająca komedia kryminalna z romantyczną nutą, stanowiąca drugi tom serii "Kalina w malinach" (można czytać bez znajomości pierwszej części, wspomniane są bowiem wcześniejsze wydarzenia). Nie płakałam ze śmiechu, ale bawiłam się doskonale podczas lektury.
Główna bohaterka, Kalina ma niesamowite zdolności do pakowania się w kłopoty, potrafi nawet sama zebrać dowody obciążające ją jako podejrzaną w sprawie o morderstwo ;-)
Niezła z niej "aparatka", przy tym jest sympatyczna, nie sposób jej nie polubić i nie trzymać za nią kciuków w jej życiowych bojach. A nie ma lekko: matka ciosa jej kołki na głowie z sprawie zamążpójścia itp.,   szefowa zwalnia ją z pracy, przyjaciółka podrzuca jej dziecko, partner wyjeżdża na weekend w sprawach zawodowych, za to pojawia się pies, i to nie byle jaki. Wyjazd do sielankowego dworku w Kamionkach okazuje się wyjątkowo owocny w przygody... Kalina, chcąc nie chcąc (a w sumie musząc), prowadzi prywatne śledztwo w sprawie nagłej śmierci pana Maliny. 

Fabuła jest zabawna, zgrabna, nie ma tu nic nad czym zgrzytałoby się zębami ( jak to niestety nieraz bywa przy niektórych  szeroko promowanych  komediach kryminalnych). U Szarańskiej wszystko gra!   Postaci są  nietuzinkowe ( np. przebojowa Szparka zwracająca się do rozmówców w trzeciej osobie -). Tę powieść cechuje nie tylko humorystyczny charakter, jak na komedię przystało, ale ważne przesłanie dotyczące opieki nad zwierzętami.  Młynek miał farta, że trafił na dobrych ludzi.  Oby jego historia sprawiła, że psy nie będą porzucane, a schroniska będą świeciły pustkami.

Po tę książkę sięgnęłam, bo już bardzo długo czekała na półce, a uznałam, że jakoś tak nie bardzo należeć do grupy fanów autorki (swoją drogą przemiłej, z poczuciem humoru, takiej swojskiej) , nie znając nic z jej twórczości. Okazało się, że powieść idealnie wpasowała się do dwóch wyzwań/zabaw, w których biorę udział.

Zaliczam ją do kategorii "coś pysznego" czerwcowej Trójki E-pik.
Uzasadnienie:
Już od pierwszych stron mamy "barszczyk i krokieciki" na rodzinnym obiadku, a dalej jest coraz więcej jedzonka: bohaterka wypieka ciasteczka, kupuje słoiczki dla dziecka, parówki dla psa, w dworku w Kamionkach oprócz zabiegów SPA oferują przepyszne posiłki, ciągle kawki, serniczki itp. Normalnie można zgłodnieć przy czytaniu!
Ważną rolę w fabule odgrywają jagody i maliny.


W czerwcowej zabawie "Pod hasłem"  obowiązywało hasło "Zosia Samosia", każdy sam wymyślał sobie zadanie. Moje brzmiało "Czas na czasownik", czyli książki z czasownikiem w tytule.

"Kocha, lubi, szpieguje" - spełnia to założenie w trójnasób ;-)



wtorek, 4 kwietnia 2017

"Dziewczyna w ciemności" Marion Pauw

wyd. AMBER 2016
Kiedyś na jakimś blogu napotkałam wpis, w którym blogerka zarzekała się, jakich to książek nie przeczyta w tym roku. Ot, coś w rodzaju takich przekornych "czytelniczych postanowień noworocznych". Jeden z punktów dotyczył książek z dziewczyną w tytule.
Rzeczywiście, zapanowała wręcz "plaga" takich tytułów, jak nie "z pociągu", to "w walizce", "w lodzie", "z daleka", "w lustrze", "z porcelany"... Przykładów aż nadto. Na pewno jest w tym jakaś strategia marketingowa, ale co za dużo to niezdrowo i nie ma się co dziwić, że niektórzy czytelnicy na widok takiego tytułu uciekają z krzykiem ;-)
Mnie póki co ten trend dość bawi, czekam na falę tytułów z "chłopcami" oraz na nowe hasło, które będzie bić rekordy występowania na okładkach.

A dlaczego o tym piszę? Otóż przeczytałam teraz "Dziewczynę w ciemności". Skąd ten wybór? Skąd ta książka w ogóle u mnie się wzięła?

W sumie rzadko sięgam po thrillery, bo mówiąc potocznie: "nie leżą" mi raczej, a bywa, że nudzą...
Dajmy na to ta słynna "Dziewczyna z pociągu" nie przypadła mi do gustu. To jednak nie powód, by całkiem odżegnać się od tego gatunku i od "dziewczyn" w tytułach.

Biorę udział w zabawie/wyzwaniu "Pod hasłem" na blogu Ejotkowe postrzeganie świata  i w tym miesiącu hasło dotyczy autora europejskiego, którego jeszcze nic się nie czytało... Postanowiłam zatem sprawdzić, czy na półkach nie poniewiera się jakiś nieznajomy Europejczyk... I zorientowałam się, że wśród stosu książek wygranych ongiś w konkursie znajduje się powieść holenderskiej pisarki, Marion Pauw.
 
Zabrałam się do czytania bez  żadnych oczekiwań. Książkę niemal połknęłam w półtora dnia (z przerwami na życie, że tak powiem). Bardzo mi się podobała, wciągnęła po uszy, a to według mnie jedna z cech dobrej lektury.

Marion Pauw jest autorką bestsellerowych thrillerów psychologicznych. Za "Dziewczynę w ciemności" (oryginalny tytuł: "Daglicht") otrzymała najwyższą holenderską nagrodę w dziedzinie literatury kryminalnej. Powieść w 2013 r. zekranizowano, film zdobył  nagrodę Gouden Strop dla najbardziej kasowego obrazu kinowego.  Prawa do publikacji nabyło 10 krajów, a amerykańska wytwórnia filmowa -  prawa do ekranizacji.
Szykuje się zatem światowy hit ;-)

Fabuła prowadzona jest z dwóch perspektyw, na przemian mamy rozdziały, w których narratorami są Ray i Iris, główne postaci.
Ray jest więźniem skazanym za brutalne zabójstwo sąsiadki i jej małej córeczki, przeniesiono go do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Mężczyzna twierdzi, że jest niewinny.  Wspomina swoją pracę w piekarni, swoje relacje z sąsiadkami, ukochane akwarium morskie, którym się opiekował z prawdziwą pasją.  Jest dość dziwny, momentami przypomina nieco Forresta Gumpa.
Wkrótce czytelnik dowiaduje się dlaczego.
Z kolei Iris to młoda prawniczka, samotnie wychowująca kilkuletniego synka, sprawiającego wiele trudności. Podczas nieobecności matki wpada na trop niejakiego R. Boelensa. I krok po kroku odkrywa rodzinne sekrety... Chce pomóc Rayowi w udowodnieniu niewinności.
 
Finał opowieści jest zaskakujący.
Nie wiem, czy przewidywalny, przynajmniej ja w trakcie wartkiej lektury nie miałam czasu się zastanawiać i zostałam zaskoczona.

Tym, co najbardziej przeraża, nie jest brutalna zbrodnia, ale to, do czego zdolny jest człowiek... w imię czego krzywdzi niewinnych...
Trudno powiedzieć, czy to bardzie thriller, czy tylko "thrillerowata" powieść obyczajowa/dramat, ale po co szufladkować...

Za uwagę zasługuje wątek autyzmu (wydaje mi się, że tu dość dobrze uchwycono cechy autystyka), ciekawe są  też motywy rybek oraz pieczywa na oryginalnym zakwasie.
Język powieści jest mocny, dosadny zwłaszcza we fragmentach dotyczących zachowania więźniów, przy czym to akurat uzasadnione, bo trudno, żeby ci osobnicy wyrażali się wytwornie.
Autorka zbudowała ciekawą, realistyczną, pełną napięcia intrygę. Zgrabnie połączył;a teraźniejszość z przeszłością.
Jedyne, czego mi brakowało, to więcej konkretnego tła. Akcja równie dobrze mogłaby się rozgrywać np. w USA, a nie w Holandii.

Zdaję sobie sprawę, że "Dziewczyna w ciemności" zbiera różne opinie. W moim odczuciu to o wiele lepszy thriller niż "Dziewczyna w pociągu", wywarł na mnie o wiele większe wrażenie, zaciekawił, poruszył...

Chętnie jeszcze przeczytam coś tej autorki. Teraz jednak może wezmę się za coś zupełnie innego....






sobota, 11 lutego 2017

"Gorący lód" Nora Roberts



Świat Książki 2015
Typowe dla Nory połączenie sensacji i romansu, tym razem w egzotycznej scenerii Madagaskaru.

Doug jest zawodowym złodziejem. Gdy orientuje się, że zleceniodawca chce go zlikwidować, ucieka, zabierając ze sobą skradzione dokumenty, w których znajdują się cenne wskazówki prowadzące do skarbu. Chcąc wykołować ścigających go gangsterów wsiada do auta, prowadzonego przez piękną, charakterną Whitney. Jak się potem okaże - dziedziczkę rodzinnej fortuny, żyjącą w luksusie. Brawurowa jazda przez miasto to dopiero początek... Oboje są na celowniku.
Zostają wspólnikami - ona ma klasę i  kasę, on - honor i wartościowe dokumenty. Zbiry są tuż o krok za nimi... Ledwo udaje się naszym bohaterom ujść z życiem.
Douglas i Whitney lecą na Madagaskar, by odnaleźć skarb - klejnoty francuskiej monarchii. Tam też jednak sięgają macki Dimitriego i wspólnicy znów muszą salwować się ucieczką. Przed nimi wiele niebezpieczeństw i wyzwań. Przede wszystkim - żeby się sami nawzajem "nie pozabijali", bo charaktery oboje mają wybuchowe i nieprzeciętne. Whitney to twarda sztuka, choć pozornie "laleczka z okładki", a Douglas - z niejednego pieca chleb jadł, wie, co to ciężka praca, jest sprytny, inteligenty i marzy o dostatnim życiu.
Czy odnajdą skarb i czy między nimi zaiskrzy?

Świetne dialogi, szybka akcja, dużo przygód. Wpleciony wątek historyczny (z dziejów Marii Antoniny) oraz ciekawe opisy ludności i przyrody na Madagaskarze.
Sympatyczne, lekkie czytadło.
Dość długo jednak nie potrafiłam wciągnąć się w fabułę. Trafiały mi się już lepsze książki tej autorki. "Gorący lód" nie rozgrzał mnie aż tak bardzo.


Książkę wyciągnęłam z półki pod kątem zabawy "Pod hasłem". W lutym szukaliśmy tytułów zaczynających się od pierwszej litery naszego nazwiska. Zatem moją lekturę sponsorowała literka G.


poniedziałek, 30 stycznia 2017

"Noc ognia" Eric-Emmanuel Schmitt

ZNAK 2016
Kolejna książka jednego z moich ulubionych autorów.
Tym razem to opowieść autobiograficzna o wyprawie na pustynię, która przesądziła o wyborze ścieżki życiowej  Erica-Emmanuela Schmitta.
Opowieść o poszukiwaniu samego siebie, o przemianie, nawróceniu.
To taka jakby przypowieść z filozoficzną nutą.
Autor niczego nikomu nie narzuca, dzieli się po prostu swoimi przeżyciami i doświadczeniami.

Eric wraz z  reżyserem Gerardem wyruszyli do Algierii śladami słynnego mistyka Charlesa Foucauld, by zebrać materiały do filmu o nim.
Wzięli udział w  dziesięciodniowej, turystycznej wyprawie na pustynię, przewodnikiem był pochodzący z plemienia Tuaregów Abajdhur, muzułmanin. Ta postać zafascynowała Erica.
Uczestnicy podziwiali widoki, męczyli się trudami wędrówki, dyskutowali ze sobą na  poważne tematy dotyczące np. istnienia Boga, sensu powstania wszechświata itp.
Podczas wyprawy na pewien szczyt,  Eric odłączył się od  towarzyszy. Zgubił się w drodze do obozowiska. Przeżył ekstremalną noc. Doznał wówczas objawienia, które znacząco wpłynęło na jego dalsze życie.  Obudził się w nim drzemiący od dzieciństwa pisarz.


Książka przydała się do styczniowego "Pod hasłem".





piątek, 27 stycznia 2017

"Lektor z pociągu 6.27" Jean-Paul Didierlaurent

W.A.B. 2014
Tę książkę kupiłam kiedyś w Biedronce za 9,99 skuszona nie tylko niską ceną, ale przede wszystkim okładką, opisem, intuicją. To był dobry zakup. Potem zauważyłam, że znakomicie pasuje do styczniowego zadania w zabawie "Pod hasłem" (  imię/nazwisko autora ma zawierać znak<kropkę, kreskę, apostrof>)

Autor Jean-Paul Didierlaurent dwukrotnie zdobył Nagrodę Hemingwaya za swoje opowiadania, a kiedy zadebiutował krótką (niecałe 160 stron) powieścią - odniósł sukces, prawa wydawnicze sprzedano do 25 krajów.
"Lektor z pociągu 6.27" ukazał się w 2014 r. nakładem wydawnictwa W.A.B, w serii "Don Kichot i Sancho Pansa", w tłumaczeniu Beaty Geppert.
To książka z motywem  książek i czytania, a takie są bardzo lubiane przez wiele osób, w tym mnie ;-)
W dodatku ma w sobie coś z klimatu "Amelii" i choć zostawia niedosyt (autor zdecydowanie jest mistrzem krótkich form, niedopowiedzeń, nie rozwija wątków i nie buduje opisów tak jak tego oczekiwalibyśmy po powieści) to sprawia ogromną przyjemność. Kojarzy mi się jeszcze z "Opowieściami o zwyczajnym szaleństwie" w reż. P. Zelenki.

Główny bohater, Guylain Vignolles, od dziecka był wyśmiany z powodu tego, jak się nazywa. Jego imię i nazwisko prowokowało go gry słów: Vilain Guignol=wstrętny pajac.
"Po 36 latach życia opanował w końcu umiejętność stawania się niewidzialnym, aby nie wywoływać śmiechu i drwin"
"Nauczył się nie być ani ładny, ani brzydki, ani gruby ani chudy. zaledwie zarys sylwetki gdzieś na skraju pola widzenia. Postanowił zlać się z krajobrazem i wyprzeć samego siebie, stając się zapomnianym przez Boga i ludzi niebytem"
"(...) spędzał czas na najzwyklejszym nieistnieniu" 
(s. 8)
Czy taka szara, chowająca się w cieniu postać może być ciekawa? Zdziwilibyście się.

Obecnie Guylain, trzydziestoparolatek, pracuje w  Przedsiębiorstwie Przetwarzania i Recyklingu Naturalnego, przy maszynie dokonującej przemiału książek i wytwarzania masy papierowej. Do pracy dojeżdża podmiejskim pociągiem, w trakcie podróży czyta  na głos przypadkowe kartki ocalone z "zagłady" we wnętrznościach maszyny, zwanej "On" . Współpasażerowie słuchają z uwagą tych fragmentów, nieważne, co się akurat trafiło (czy kawałek kryminału,  przepis kulinarny, czy urywek poradnika itp)
"Treść nie miała dla Guylaina znaczenia. W jego oczach liczył się tylko sam akt czytania.Wszystkie teksty czytał z równą żarliwością. I za każdym razem magia działała" (s. 11).

Tytułowy lektor wiedzie samotne, skromne, monotonne życie. Ma złotą rybkę. Jest takim "freakiem". Ale nie on jeden...
Koleguje się w pracy z wartownikiem Yvonem, który nie tylko czyta Racine'a i uwielbia teatr klasyczny, ale przemawia wyłącznie aleksandrynem ( dwunastozgłoskowcem).
"Aleksandryn jest prosty jak miecz
Dobrze podany, zawsze sięga celu"

Piękna jest scena, w której ku osłupieniu kierowcy wierszem zwraca mu uwagę, że akurat teraz trwa przerwa w dostawie surowca i powinien grzecznie poczekać.
Drugi kolega to Giuseppe, który w wypadku przy maszynie stracił nogi i usiłuje w bardzo nietypowy sposób je odzyskać. W tym pomaga mu Guylain, jednocześnie podtrzymując w starszym koledze chęć życia.

Pewnego razu bohater znajduje w pociągu pendrajva. Okazuje się, że są na nim aż 72 pliki tekstowe, autorstwa pewnej kobiety, znakomitej obserwatorki ludzi pracującej w dość nietypowym, choć tak "przyziemnym" miejscu ... Vignolles czyta je z coraz większą fascynacją. Chce odnaleźć ich właścicielkę.

Zanim jednak wpadnie na trop autorki - swoją drogą znakomitych - tekstów, czyta je pensjonariuszom domu starców. Tam bowiem od pewnego czasu w soboty udziela się jako lektor, tak samo czytając przypadkowe kartki. Co ciekawe, te fragmenty wzbudzają duże zainteresowanie, słuchacze zadają pytania, zastanawiają się, snują przypuszczenia... To prawdziwa praca z tekstem!
Kim była tajemnicza autorka i jaką rolę odegrał kafelek nr 14718  - tego już nie zdradzę. I choć nie ma tu typowego happy-endu, to szansa na niego została zarysowana.

Powieść opowiada o wartości słowa, książek, czytania, pisania, o ich roli w życiu bohaterów.
Ma niepowtarzalny klimat, urok, jest w niej lekkość, humor, ale i pewna gorycz.
Zawiera świetny opis maszyny (pojmowanej jak "żywy" organizm i zwanej przez G. "Ono") i jej pracy.

Miłośnikom motywów książkowych i sympatycznych dziwaków - polecam.










wtorek, 6 września 2016

"Moje córki krowy" K. Dębska

Okładka książki Moje córki krowy
Świat Książki 2016
Nie widziałam filmu, ale chciałam przeczytać książkę - "Moje córki krowy". Zamówiłam ją w bibliotece i oto przyszła moja kolej. Przeczytałam, zachwycona nie jestem. No nie podobało mi się! Teraz główkuję, co tu o tym napisać...

Na pewno nie będę przybliżać fabuły - tylko krótko o moich odczuciach z lektury.

Teoretycznie powinnam wzdychać z zachwytu, płakać i śmiać się na przemian, ale nie doświadczyłam takich stanów. Powieść przyjęłam na chłodno. Bohaterki nie przekonały mnie do siebie na tyle, bym mocno zaangażowała się w przeżywanie ich dramatycznej sytuacji.

Tematyka powieści jest ciężka i przygnębiająca. Dotyczy choroby, śmierci, żałoby, opieki nad osobą ciężko chorą i uciążliwą dla otoczenia, a także trudnych relacji rodzinnych, konfliktu między siostrami. To wszystko to niezwykle ważne problemy, ale też wymagają odpowiedniego podejścia, pokazania ich bez patosu, ale i bez spłaszczenia. W przypadku "Moich córek krów"  - było... nijako. Sztucznie.
Opowieść prowadzona jest na przemian z perspektywy dwóch sióstr po 40-tce: Marty i Kasi.
Ich monologi(pamiętniki) nie są jednak zbyt zróżnicowane językowo. Całość napisana w bardzo prostym, lekkim stylu. Zbyt monotonnie, irytująco według mnie. Wulgaryzmy niekoniecznie zawsze na miejscu. Forma słaba.

Bohaterki -  warte siebie nawzajem. Jedna jest gwiazdą telewizyjnego serialu, ma dorosłą córkę-studentkę, samotna, "psychicznie popaprana" - sama o sobie mówi dosadniej. Druga - dzieli dom z rodzicami, pracuje w szkole, ma  bezrobotnego męża, nastoletni syn popala trawę, ona sama uderza w drinki.
Są od siebie różne. Tylko jak zdjąć im "powłoki"  to zostaje w sumie to samo.
Obie sfrustrowane, egoistki, wiecznie niezadowolone, obwiniające się wzajemnie, pełne pretensji i żali, ziejące nienawiścią. Żadna nie robi nic, by coś zmienić w swoim życiu.
To ich niby pojednanie - wydaje się sztuczne, ot, żeby powieść miała finał, ale w epilogu skutków tej zgody jakoś nie widać. Znów każdy sobie rzepkę skrobie. Czy coś się zmieni? Nie sądzę.

Postaci drugoplanowe - nijakie. Tych głównych też nie da się lubić, a co za tym idzie - współczuć im. Żadna postać nie ma w sobie czegoś, co by ją wyróżniało, ocieplało jej wizerunek.

Oczywiście jest mnóstwo głosów, że to taka wzruszająca, życiowa opowieść. Taa, te wszystkie "Trudne sprawy" i "Ukryte prawdy" też są życiowe. 
Od literatury oczekuję czegoś więcej. Tu tego nie dostałam. Książkę wyrzucam do kosza. W przenośni, bo to biblioteczna.

Film może kiedyś obejrzę, może aktorzy "uratują" moją opinię o "Krowach".


Lektura przydała się do zabawy "Pod hasłem" u Ejotka. W tym miesiącu obowiązywały "kreseczki i ogonki" ;-)

sobota, 27 lutego 2016

"Lesio", czyli czemu kwiczę nocą i czytam wg hasła

Nie jestem "chmielewskolubna", o czym szerzej we wpisie:
http://agnestariusz.blogspot.com/2013/02/cae-zdanie-o-chmielewskiej.html
Do wspominanej tam książki "Wszystko czerwone" jeszcze nie dotarłam, ale pojawiła się sposobność, aby wreszcie przeczytać też polecanego "Lesia". Miałam na półce własny egzemplarz, zakupiony ongiś tanio jako pierwszy tom kolekcji "Królowa polskiego kryminału". Hmmm, to takie kryminały nie-kryminały, ale koronę jednak bym jej zostawiła. Bo wiecie... Teraz pełno przebierańców, coraz trudniej o oryginał.
Odnośnie samego "Lesia":
-  wydana po raz pierwszy w 1973 r., wielokrotnie wznawiana, podtytuł "Powieść-nie da się ukryć-humorystyczna";
- składa się z  3 części -opowiadań, połączonych tymi samymi postaciami
-  rzecz rozgrywa się w środowisku architektów, polskie realia lat 60. XX w.
- bohaterowie:
Lesio - wieczny spóźnialski, zdolny leń, nieobliczalny pechowiec - kombinator, beznadziejnie zakochany w Barbarze, Barbara - piękna, sprytna, "gwiazda", Janusz, Karolek, kierownik pracowni Hipolit  (Hipcio), naczelny inżynier Zbyszek, kadrowa Matylda, Duńczyk Bjorn - nowy pracownik.
- humor sytuacyjny, słowny, absurdalny
- wydarzenia: "zamach" na kadrową, heca z lodami, "wygrana" w totolotka, "napad" na pociąg, prace w plenerze - wykradzenie matrycy, udział w przedstawieniu, spotkanie z buhajem....

Nie spodziewałam się takiego uroczego ubawu. Co się naśmiałam, to moje. Czytałam sobie w niedużych dawkach, przeważnie późną porą, kwiczałam ze śmiechu i ocierałam łzy. Jak nie dialogi z cudzoziemcem, to znowu heca z telegramem, zresztą, co ja będę wyliczać. Kupa śmiechu i tyle. Lepszej komedii w życiu nie czytałam. Bardzo mi się ostatnio przydała taka rozrywkowa lektura.


A teraz kilka zdań o tym, dlaczego akurat teraz sięgnęłam po "Lesia". Otóż ta książka ślicznie mi pasowała do zabawy-wyzwania "Pod hasłem", który prowadzi Ejotek. Hasło na luty, jakie wymyśliła pomysłowa kobieta to...."medium rare". Czy miała to być średnio wysmażona powieść? Hi, hi, niekoniecznie.  Pozwólcie, że zacytuję "wykładnię" hasła:
 
http://czytelnicza-dusza.blogspot.com/2016/02/podsumowanie-stycznia-i-haso-na-luty.html
"Aby zaliczyć lutową odsłonę należy przeczytać książkę, której (na poniższe punkty patrzymy na zasadzie "albo", czyli wystarczy że książka będzie zaliczała się do jednej wytycznej):
  • wszystkie litery tytułu na okładce mają kolor czerwony
  • litery tytułu nie są czerwone, ale "cieknie" z nich krew (widać krople lub smugi)
  • imię lub nazwisko autora będzie "krwiste" 
  • imię i nazwisko autora będzie miało czerwone litery
  • wyraz lub wyrazy tytułu będą "krwiste" np. czynność w wyniku której widać krew lub wyrazy będące stricte mięsem (zaliczę nie tylko wołowinę)"
     
Widzicie zatem, że "Lesio" wpasował się idealnie - zarówno pod kątem koloru liter, jak i poziomem "zakręcenia".

Ciekawe, co będzie w marcu.....
Przyłączycie się? (link)

niedziela, 29 listopada 2015

A kuku! ("Pamiętnik"N. Sparks)


"A kuku! Nabrałem Cię" - tak właśnie mógłby  zawołać autor, gdy podczas lektury w pewnym momencie zmieniłam zdanie o 180 stopni.

"Pamiętnik" to literacki debiut Nicolasa Sparksa, autora popularnych powieści obyczajowych. To również pierwszy tom kolekcji "Wszystkie kolory miłości" prezentującej jego twórczość.
Nie będę streszczać fabuły. Kto zna, ten zna, kto chce, to sobie przeczyta odpowiedni opis, choćby na stronie lubimyczytać.pl. Dużo osób na pewno też zna film pod tym samym tytułem. Nie oglądałam, nie mam porównania.

Co do książki - zaskoczyła mnie. Najpierw - niesamowicie nudziła, niby taka niewielka objętościowo, ale czytanie szło mi jak po grudzie. Historia Noaha i Allie, takie amerykańskie love story, nie przemawiała do mnie, takie egzaltowane bla, bla, bla, a w pewnym momencie o Allie myślałam per "głupia idiotka" ;-)
Dopiero od  189 strony (całość liczy ok. 250) wszystko się wyjaśniło, historia z pamiętnika skończyła się inaczej niż myślałam.Odetchęłam, że jednak było tak, jak powinno.

No i co tu rzec na koniec? Piękna, wzruszająca opowieść o miłości w zdrowiu i w chorobie, aż po kres....
Kiedyś obejrzę też film na jej podstawie,

Książka pasowała do listopadowego zadania "Pod hasłem"

niedziela, 19 lipca 2015

"110 ulic" M. Gutowska-Adamczyk

Okładka książki 110 ulic
Nasza Księgarnia 2007
Wszyscy kojarzą Małgorzatę Gutowską-Adamczyk z Cukiernią pod Amorem, Paryżem, Mariolą... a ostatnio z pewną "klątwą" :-) Tymczasem ta znana i lubiana pisarka ma w dorobku także powieści dla młodzieży. Właśnie przeczytałam "110 ulic" i jestem skłonna stwierdzić, że tę książkę powinna mieć każda szkolna biblioteka, bo to kawał dobrej, mądrej obyczajówki o problemach nastolatków, czyli literatura, jaką osobiście widziałabym w rękach młodzieży, a nie te wszystkie zmierzchy i inne szepty...
Wstyd przyznać, jak długo ta książka czekała na swoją kolej. Zaczęłam ją już kiedyś, ale wydawała mi się nie ciekawa, teraz byłam bardziej wytrwała i opłaciło się przewracać kolejne strony.

Głównym bohaterem jest szesnastoletni Michał Wierzbowski, który "olewa system", gra w kosza, jeździ na desce, stopniami w szkole się nie przejmuje, a myślami jest już na wczasach w Portugalii i obozie językowym w Londynie. W życiu jego rodziny zachodzi jednak poważna zmiana i Wierzbowscy lądują na stacji benzynowej pod Grajewem. Michał musi też zakasać rękawy, by wraz bratem i rodzicami "jakoś ciągnąć ten wózek". Niełatwo mu przyszło zmienić środowisko, czuł się jak lew w klatce. Nowa szkoła przyniosła nowe kłopoty. Początkowo zaskoczył  świetnymi stopniami, potem zaczęły się schody... Jego pomysły nie szły w parze z akceptacją ze strony nauczycieli. Wierzba robił co mógł, by zaistnieć. Były oczywiście i sprawy sercowe i pewna "marchewkowa wróżka". Nie sposób opowiedzieć tu szczegółowo, co się działo. Dość, że było ciekawie, a główny bohater ciągle zaskakiwał, był nieprzewidywalny. Ponadto było sporo postaci, których wątki były również zajmujące, szkoda tylko, że nie mogły zostać bardziej rozwinięte. Chętnie poznałabym szerzej dzieje Marzeny, rodziny Gwida, artysty Wiktora,  Anki z jej psem Pogo. Cóż, tu jednak prym wiodły problemy Michała, takiego "inteligentnego lenia", buntownika, chłopaka, który pod bluzą z kapturem skrywa wrażliwość i dobre serce.

Rzecz rozgrywa się w 2001 roku, od końca roku szkolnego aż do Nowego Roku 2002. Narracja skoncentrowana jest na głównym bohaterze, ale też często wraz z narratorem "spoglądamy" bliżej na inne postaci. Dużo dialogów, mało opisów czyni tę powieść wartką i "przystępną" nawet dla mniej zaprawionych w bojach z literaturą. postaci, nawet te drugoplanowe, są sympatyczne. Tytułowe ulice odnoszą się do planu miasta :-)

Ta powieść młodzieżowa może stać się bliska wielu nastolatkom. Mogą utożsamiać się z bohaterami. W każdej szkole znajdzie się taka perfekcyjna uczennica jak Marta i taka "gwiazda" z bogatym rodzicem jak Gwido, niejedna dziewczyna przeżywała to, co Andżelika, a i takich Michałów sporo by się znalazło. W gronie  pedagogicznym szkoły w Grajewie też mógłby chyba każdy odnaleźć "znajome typy".
W tle rozbrzmiewają dźwięki hip-hopu ( Kaliber 44, Łona), toczą się mecze koszykarskie i popisy skaterów (o ile dobrze to nazwałam, chodzi mi o jazdy i skoki na deskorolce).

To powieść o  tym, że rodzina powinna trzymać się razem, aby przetrwać trudniejszy czas, o tym, że nie powinno się nikogo zbyt łatwo "etykietkować", że nauczyciele powinni wierzyć w młodzież (nawet w takich "jaskiniowców" jak klasa II f), o dorastaniu, przemianie wewnętrznej, o przyjaźni, miłości, o problemach szkolnych. Na pewno nie jest to powieść perfekcyjna. Na upartego można by się doczepić takich kwestii: czy Michał nie miał przyjaciół w Warszawie, że tak bez skrupułów ich nabrał na wyjazd do Finlandii? Czy Mikołaj też nie kontaktował się z dawnymi kumplami? Jak ta nielubiąca gotować, omijająca kuchnię szerokim łukiem Jola okazała się autorką pysznych obiadków? Czy wątek spraw zawodowych i uczuciowych Anki naprawdę był konieczny dla całości fabuły (moim zdaniem taki doczepiony)? Bohaterowie wypowiadają się zbyt "literacko".  Ale i tak, bez rozpracowywania wszystkiego na drobne kawałeczki, cała historia wciąga i może być dla wielu nastolatków przestrogą, że warto doceniać to co się ma, nie marnować swoich zdolności, być uczciwym wobec innych.

Przeczytałam, że autorka czerpała z własnych doświadczeń z synami, jeśli chodzi o problemy szkolne i wychowawcze, być może też z własnego epizodu z nauczaniem, a ulice w Grajewie policzyła osobiście.
Miało być krótko, wyszło inaczej, tak czy owak - "110 ulic" polecam  młodym czytelnikom, ale i starsi nie będą zgrzytać zębami przy lekturze.
"220 linii" stanowi kontynuację i opowiada perypetie młodszego z braci, Mikołaja.


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Pod hasłem" ( lipcowe zadanie: trzy książki autorów o tym samym imieniu)

piątek, 17 lipca 2015

"Nikt nie widział, nikt nie słyszał..."M. Warda

Do niedawna wydawało mi się, że Małgorzatę Wardę znam tylko ze słyszenia i "z internetów", a nic jej pióra dotychczas nie czytałam. Niedawno okazało się, że się myliłam. W starym kalendarzu natknęłam się na zanotowany tytuł jej powieści "Nie ma powodu, by płakać". Niestety, nic z tej książki nie pamiętam - po prostu "czas zatarł i niepamięć" w przedblogowych czasach. Ale nie ma powodu, by płakać- zawsze mogę sobie odświeżyć tę lekturę, choć sądząc po opiniach na LC - nie wydaje mi się to konieczne i niezbędne.

Okładka książki Nikt nie widział, nikt nie słyszał...Skorzystałam z książkowego kiermaszu, czy też promocji w jednym z popularnych marketów i moje zasoby zasiliła powieść "Nikt nie widział, nikt nie słyszał..." O, o tej to już nie zapomnę!!! Przeczytałam niemal jednym tchem, nie dałam jej długo poleżeć na półce, wdarła się w kolejkę czytanych bez pytania i z krzykiem.

Świetna, mocna powieść! Porusza ważny i przerażający temat porwań dzieci. Trzyma w napięciu i daje do myślenia.
Przeczytałam ją tuż przed wyjazdem z dzieckiem, zatem nic dziwnego, że moja czujność i kontrola wzrosły. 

Autorka splotła 3 plany fabularne:
 - Lena:  historia zaginięcia jej siostry Sary, życie rodziny po dramatycznym dniu sprzed prawie 20 lat, praca bohaterki w charakterze modelki;
- Agnieszka: we Francji, poszukiwanie swojej tożsamości, relacje z matką (?), kariera piosenkarki;
- Monika: przez szereg lat  ukrywana przez psychopatę (bo jak inaczej go nazwać), odnajduje się  i boryka z przeszłością, nie daje jej spokoju pewna dziewczynka (kim była i co się z nią stało -  jedna z kluczowych spraw).
Celowo tak hasłowo to ujęłam, choć zastanawiam się, czy i tak nie za wiele wyjawiłam....

Thriller psychologiczny na dobrym poziomie.

Mam tylko jedno zastrzeżenie, a mianowicie wyłowiłam małą nieścisłość.
W którym roku przestały obowiązywać fartuszki szkolne? Według mnie w latach 90. już ich nie nosiliśmy, tymczasem czytamy:
 "Jest ubrana  w szkolny fartuszek, granatowe rajstopy i czarne półbuty. W tym stroju w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym widziano ją ostatni raz." (s 289)

Nie wpływa to na fakt, że powieść jest godna uwagi.


Książka wpasowała się się w wyzwanie "Pod hasłem" ( w tym miesiącu 3 książki autorów noszących to samo imię: mój wybór to Małgorzata)

środa, 15 lipca 2015

"Trzy panie w samochodzie, czyli sekta olimpijska" M. Thiele


Ten tomik z serii "Babie Lato" wydany w ubiegłym roku trzymałam sobie na zapas i właśnie go "skonsumowałam", z uśmiechem i w dobrym nastroju. Jego autorką jest Małgorzata Thiele, kobieta dojrzała, debiutantka w dziedzinie literatury, laureatka  konkursu Naszej Księgarni. 

Od razu powiem, że tytuł - choć stanowiący ewidentne nawiązanie literackie (swoją drogą muszę w końcu przeczytać tego Jerome;-) ) - powinien iść do poprawki. Bohaterki, czyli Marta (narratorka całej opowieści), Bożena i Jolka to nie żadne spokojne i eleganckie "panie", tylko dziarskie, szalone "baby", które dadzą sobie radę w każdych okolicznościach przyrody. Wszystkie są o krok od półwiecza, ale wiek naprawdę nie ma znaczenia. Zainspirowane przez koleżankę z dawnej klasy, Olimpię, planują wyprawę do niej w odwiedziny do Portugalii. W związku z tym "ćwiczą" i urządzają sobie małe wycieczki krajoznawcze. Nie obywa się bez przygód. A to muszą na odludziu raptem znaleźć wodę do chłodnicy. Kawa nie nie nadaje. A to "ciotkują" autostopowiczowi w  kłopocie. Albo spotykają w opustoszałym miasteczku dziwne postaci w futrach i maskach... i same zostają... ha, nie powiem kim.

Marta jest rozwódką, pracuje w bibliotece, taka z niej raczej szara myszka, ale potrafi złapać wiatr w żagle. Barbara to taka "kwoka", nieustannie troszcząca się o dorosłych synów i lubiąca  wpaść na kawę z ciastkiem. Jola  - artystka o barwnej duszy dopełnia ten tercet znakomicie. Ich "guru" stanowi Olimpia, która chyba nawet nie przypuszczała, że jej pojawienie się w  rodzinnych stronach i spotkanie z koleżankami, tak zainspiruje i zmotywuje je do działania. Gdyby nie Olimpia, nie zebrałyby się i nie odbyły swoich wyjazdów, nie przeżyły tylu przygód, nie poznały tylu ludzi...

Początkowo miałam wątpliwości, bo liczyłam na zabawną lekturę, a było tak średnio-nijako i mocno obyczajowo. Na szczęście potem się rozkręciło, ruszyło z kopyta i choć nie pękałam ze śmiechu, to czytałam z przyjemnością i uśmiechem. Z Martą, Bożena i Jolą nie dało się nudzić! Sekta olimpijska daje czadu!

"Trzy panie..." cieszą humorem słownym i sytuacyjnym, literackimi nawiązaniami, wartkością i lekkością, w której osadzone są ważne życiowe sprawy. To przesympatyczna, kolorowa opowieść o przyjaźni,  z wątkiem uczuciowym. O tym, że często nie dostrzegamy tego, co mamy przed samym nosem, a pozory - jakże mylą! Dodatkowo książkę  z przymrużeniem oka mogę polecić fanom twórczości Jerzego Dychawskiego, autora słynnej trylogii o jędzonie ;-)  i powiem, że postać Nagieta okazała się kimś wyjątkowym dla jednej z bohaterek powieści Małgorzaty Thiele. 



Po książkę sięgnęłam, by zrealizować lipcowe zadanie  wyzwania-zabawy "Pod hasłem". Tym razem mamy przeczytać 3 książki autorów o tym samym imieniu. U mnie padło na Małgorzaty.
Ciekawe, czy ktoś trafnie " obstawi" pozostałe nazwiska pisarek i tytuły.

wtorek, 5 maja 2015

"Albatros" S. Hill

Okładka książki Albatros
Wyd. "Książka i Wiedza" 1988
Po tę książeczkę z serii Koliber (nr 102) sięgnęłam niejako "z przymusu", albowiem w wyzwaniu-zabawie "Pod hasłem" na maj zostało zadane hasło "Litera-przodowniczka": trzeba było wybrać tytuł zaczynający się od pierwszej litery swojego imienia. Rozejrzałam się zatem, co takiego na "A" kryją moje półki i złapałam "Albatrosa". Szczęśliwy był to traf, jak się okazało.

Nieznana mi dotychczas Susan Hill ( ur. 1942) to jedna z najpoczytniejszych współczesnych angielskich pisarek, autorka powieści, opowiadań, książek dla dzieci, dramatów. Dziennikarka, krytyk literacki, założycielka własnego wydawnictwa, członek Royal Society of Literature. Uhonorowana m.in. literacką nagrodą im. Wiliama Somerseta Maughama.
Wspólnie z  Simonem Serraillerem napisała serię powieści kryminalnych (wydane również w Polsce). Tworzyła słuchowiska radiowe (BBC). Jej powieść Kobieta w czerni została adaptowana na sztukę teatralną w 1987 r. i sfilmowana w 1989 r.

"Albatros" to zbiór  5 opowiadań w tłumaczeniu  D. Kozickiej, M. Targowskiej, E. Fiszer.  Tytułowy, najdłuższy  tekst wywarł na mnie największe wrażenie i to właśnie nim "kupiła mnie" angielska pisarka.
Nie będę kombinować i po prostu zacytuję zdanie z okładki, bo idealnie oddaje sedno sprawy:
"Pisarstwo Susan Hill to kameralna proza psychologiczna zawierająca sugestywny opis i mistrzowską analizę"

Każde z opowiadań to studium jakiejś postaci, która jest uwikłana w narzuconą im sytuację, zależna od innych ludzi i otoczenia, stłamszona, wyobcowana, pozbawiona prawa do realizacji swoich potrzeb, marzeń, zamierzeń. Bohaterami są osoby, można by rzec "wykluczone", "nieprzystające" - upośledzone, stare, chore,  czy dzieci,  którym narzucono jakiś model życia, określone zachowania.
Opowiadania są smutne, mroczne, poruszające.

"Albatros" opowiada o Duncanie, chłopcu może i w pewnym stopniu upośledzonym, wolniejszym i niezbyt pojętnym, ale przede wszystkim wtłoczonym w przekonanie, że nie nadaje się do niczego, nic nie potrafi, nie poradzi sobie. Despotyczna i introwertyczna matka pisze mu karteczki z poleceniami, poniża go na każdym niemal kroku, chce go odciąć od lokalnej społeczności. Kobieta porusza się na wózku, jest zależna od pomocy syna. Tymczasem on dusi się, marzy o tym, by wyjechać, by zobaczyć ogromne okręty, by wypłynąć w morze...  Jedynie Cragg, z którym Duncan pracuje we dworze u pani Redingham- Lee, oraz Stara Beattie, lokalna "wariatka", zdają się rozumieć chłopaka i wierzą w niego...
Ta historia nie kończy się dobrze...

Przy okazji ta lektura pasuje idealnie do wyzwania "Czytamy książki nieoczywiste".
Dla mnie "nieoczywista" była autorka, chyba też mało kto ją czyta współcześnie, a warto.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Stulatek, który....

... nie podobał mi się zbytnio.
Okładka książki Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Wyd. 2012 r.


tłumaczenie -Joanna Myszkowska-Mangold


tytuł oryginału -Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann


wydawnictwo- Świat Książki


Ta książka od dawna oczekiwała w kolejce, chciałam ją przeczytać, ale jakoś ciągle odkładałam. Zmobilizowało mnie wyzwanie "Pod hasłem", w lutym przydzielając dość zindywidualizowane zadania,  i tak  przypadł  mi  "rok  wydania: 2012" i akurat ów "Stulatek..." pasował.

"Brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników" - na pewno więcej, bo doczekała się ekranizacji i kolejnych wydań, z fotosem z filmu na okładce. Ja jednak nie zaliczam się do entuzjastów tej książki. Film chętnie kiedyś obejrzę, z ciekawości, co i jak przedstawiono, jak to wyszło...
Tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego  na okładce drugiego wydania bohater jest w różowym kostiumie słonia??? W którym momencie były takie przebieranki, bo nie doczytałam chyba!!! A jak w filmie nie ma prawdziwego słonia, to niech się pocałują w ... trąbę!

"Szwedzki Forrest Gump " (z opisu) - o nie, nie zgadzam się na takie porównanie.
Forrest był przesympatyczny, muchy by nie skrzywdził. W tym, co robił, widział jakiś sens, nawet jeśli tak "po swojemu"  to sobie tłumaczył. Allan zaś - sympatii mojej nie wzbudził, nie przejmował się zbytnio tym, co się wokół niego dzieje, nawet, gdy ginęli ludzie, cyniczny spryciarz płynący z prądem wydarzeń.   Już potem - jako staruszek- wypadł o wiele lepiej, mimo wieku i słabszej kondycji, był dziarski i rezolutny.

 "Najzabawniejsza książka, jaką w życiu czytałem – rekomenduje Lasse Berghagen, znany szwedzki aktor" -
 - no to jeszcze wiele przed nim :-) Owszem, były zabawne momenty, czy zdania, ale żebym się ubawiła dziko, to nie powiem.Najbardziej chyba zabawne dla mnie było wyjaśnianie prokuratorowi całej historii (w wersji "dla prokuratora" ) przez paczkę "złoczyńców". Zwariowane zakończenie -  też na plus.

Fabuła dwutorowa, przeplatana:
1) przygody stulatka po jego ucieczce z "domu spokojnej starości"  - w tym przypadkowa kradzież walizki, trupy, pozbywanie się zwłok, ucieczki, pogonie, zwariowane akcje..., bardzo zwariowane...
( i ta część podobała mi się bardziej)
2) burzliwy i "wybuchowy" życiorys Allana Karlsonna - przygody na przestrzeni stu lat i wielu krajów, przekrój przez historię XX w., spotkania z wielkimi politykami/przywódcami ( Franco,Truman, Stalin, Mao Zedong, Kim Dzon Il itp), absurdalna jazda bez trzymanki :-)  Nie mam nic przeciwko takim, ale czułam przesyt.( Przyznać jednak  trzeba, że  sceny u Stalina - świetne)

Perypetie bohatera, mimo tej "brawurowości"  nie wciągały mnie aż tak bardzo. Zbyt wiele  tego wszystkiego było jak na jedną postać.

Być może nastawiłam się podświadomie na coś innego, na ciepłą i pełną humoru opowieść, taką bardziej normalną, a tu taaaki odjazd!!! Drezyną i żółtym autobusem w dodatku ;-)

Okładka książki Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Wyd. 2014 r.

niedziela, 4 stycznia 2015

"Przebudzenie" numer dwa!




Okładka książki Przebudzenie
Zainspirowana pomysłem Ejotka wyruszyłam na poszukiwanie "zdublowanych" tytułów, czy jak to określiłam książek - "bliźniaczek tytułowych". I tak odkryłam, że na półce mam drugie "Przebudzenie", tym razem pióra Katarzyny Zyskowskiej- Ignaciak, pisarki znanej mi  jak dotąd tylko ze znakomitej powieści "Nie lubię kotów". Już parę razy miałam tę książkę w ręku, zwłaszcza, że należy do lubianej przeze mnie serii "Babie lato", ale jakoś nigdy się nie zdecydowałam na przeczytanie. Teraz nadarzyła się idealna okazja!

Muszę przyznać, że ta powieść nie tyle mnie przebudziła, co nie dała zasnąć, bo jak już zaczęłam, to  tak czytałam pół nocy, a dziś po prostu musiałam dokończyć. Zatem pod względem  zaciekawienia i wciągania daję fabule wysoką notę. Niekiedy trafiają się książki, które rozkręcają się powoli, a my dajemy im szanse ( np. góra do setnej strony) albo odkładamy znużeni. W tym przypadku  od samego początku czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, a potem nie ma czasu na nudę. Już na wstępie mamy tajemniczy obraz - gdzieś nad jeziorem, pożar na wyspie, przypatrująca się tej pożodze kobieta.... Okazuje się, że to był sen bohaterki, ale skąd w jej głowie takie sceny? Oto jest pytanie!

"Młoda dziennikarka Zuzanna niespodziewanie otrzymuje spadek po nieznanym krewnym - malowniczą posiadłość na Mazurach. Zafascynowana przeszłością swoich przodków, powoli zaczyna zgłębiać tajemnice rodziny. Nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że grozi jej niejasne niebezpieczeństwo. Kto z najbliższego otoczenia dziewczyny jest przyjacielem, a kto śmiertelnym wrogiem? " - notka na okładce, moim zdaniem za bardzo spłyca fabułę. Wydaje mi się, że wiele osób może się  zrazić takim opisem, bo  to już schemat: bohaterka dostaje spadek, wyjeżdża, w nowym miejscu rozpoczyna nowe życie,  poznaje rodzinną przeszłość, a następnie znajduje szczęście miłość i następuje happy end. Czyż nie mamy już dosyć takich historii?

Tymczasem Zyskowska- Ignaciak bierze trochę ze schematu lecz całość ubiera w inne, ciekawe barwy.  Nie unika wątku miłosnego, ale w końcu dlaczego miałoby go nie być, zwłaszcza w  tomiku pod znakiem "Babiego lata"!
Co dobrego zatem zaproponowała nam autorka:
 - Legendy o dawnych plemionach i rodach (Galindowie- plemię bałtyckie, pruski ród von Schenk) - historia klątwy sprzed wieków;
-   Losy rodziny Marii Wieluńskiej, babci Zuzy w trakcie wojny i w późniejszych czasach ( dramat utraty wszystkich bliskich);
- Mazury (okolice Giżycka, Jezioro Dobskie, wyspa Gilma - miejsce pogańskiego kultu) i  motyw żeglarski;
- Wróżby z kart i symbolika znaków np. wąż zjadający własny ogon jako symbol nieskończoności);
- Tajemniczy, magiczny, pełen napięcia nastrój;  bardzo dużo tajemnic, zagadek, niebezpieczeństw;
- Wątek kryminalny (zabójstwo w Anglii, "akcja z brzaną i obrzędy na wyspie");
-Niejednoznaczność bohaterów;
- Zaskoczenie ( niesamowite posplatanie wszystkich kawałków, niespodziewany finał);

Tytuł - na pozór nie kojarzy się z treścią. A jednak! Główna bohaterka w  wirze tych wszystkich niespodziewanych, tajemniczych, nagłych i podejrzanych wydarzeń powoli odrzuca ziarno od plew,  odchodzi od dotychczasowego jałowego życia ( nota bene podobny żywot wiodą postaci z "Nie lubię kotów"), dokonuje wyborów. "Budzikiem" staje się odkrycie rodzinnej historii sięgającej kilka wieków wstecz,  które zapoczątkowały list z Anglii, karteczka ze znakiem  podrzucona pod drzwi i prastary pierścień.

Niebanalna ( nie do końca zmyślona - jeśli chodzi o tematykę plemion na ziemiach mazurskich) historia oraz lekkie pióro Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak  sprawiły, że "Przebudzenie" wywarło na mnie spore wrażenie. To książka, którą się pochłania, z ciekawą i nietuzinkową fabułą, wyróżniająca się z tłumu opowieści obyczajowych o popularnych motywach spadku, wyjazdu, nowego domu/pensjonatu/kawiarni itp. Na pewno mi osobiście nie zatrze się w pamięci.
Przy tym jeszcze autorka potrafi snuć narrację i  wypunktować jednym krótkim  zdaniem  coś mądrego, istotnego, refleksyjnego.
Cieszę się, że w końcu zapoznałam się z tą powieścią i nie omieszkam sięgnąć po inne tytuły pióra Zyskowskiej.

Chaotycznie i notatkowo bardziej, ale na świeżo chciałam zapisać wrażenia.
Książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością z własnych zasobów w ramach "Pod hasłem" - styczeń 2015- bonus .



sobota, 3 stycznia 2015

"Przebudzenie" - moja pierwsza lektura w Nowym Roku!

Okładka książki Przebudzenie
Wyd. FILIA 2014

Jedni są tą książka zachwyceni, drudzy- rozczarowani. Natomiast ja- jestem pośrodku, bo dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, choć niektórych pomysłów fabularnych nie przewidziałam. Chciałam poznać dalsze dzieje bohaterów powieści "Łatwopalni" , toteż w końcu zaspokoiłam ciekawość. Do stylu autorki zdążyłam się przyzwyczaić i naprawdę - nie narzekam.Nie jest to literatura "wysoka", ale Agnieszka Lingas-Łoniewska z założenia - i z powodzeniem - tworzy powieści popularne, a przy tym bardzo poczytne, utrzymujące się w zakresie romansowo-obyczajowo-sensacyjnym, z nutką humoru i szczyptą pikanterii.  W jej  książkach chodzi o emocje, o feerię uczuć i przeżyć bohaterów, ich problemy, życiowe zawirowania, a nie o kunsztowną stylistykę frazy, nie o wyrafinowaną formę literacką. W ten sposób opowiadane historie trafiają do serc wielu czytelniczek (przepraszam panów, ale chyba jesteście w znacznej mniejszości odbiorców tego typu prozy).

W "Przebudzeniu" emocji  oraz życiowych zakrętów nie brakuje. Bohaterowie muszą rozliczyć się z przeszłością, ułożyć jak autko z klocków lego swoją teraźniejszość i "przebudzić się", by jasnym wzrokiem spojrzeć w przyszłość. Może ich perypetie komuś dadzą do myślenia? Może ktoś znajduje się w podobnej, choć częściowo, sytuacji?
Monika, Jarek i Grzesiek muszą dokonać ważnych wyborów i uporządkować swoje relacje. Sylwia znalazła się na rozdrożu - czas na remont, nie tylko mieszkania, ale i związku. Bernie- chłop na schwał - on też nie ma lekko, o nie, bo trafiła go strzała Amora, a przeszłość wróciła niespodziewanie i to z niespodzianką...
Ktoś chce solidnie namieszać, ale zemsta okazuje się wcale nie taka słodka, bo kto pod kim dołki kopie... i mieczem wojuje...wiadomo... Konieczny jest udział policji z podkomisarz Dorotą na czele, na powieściową scenę wkracza też... Lukas, czyli stary znajomy Łukasz Borowski. I  nie jest czarnym charakterem!

To nie jest słodka opowieść  o spełnianiu marzeń w scenerii usłanej płatkami róż. Droga bohaterów jest kamienista, nierówna i pełna zakrętów. Tak łatwo się potknąć i upaść, ale gdy ktoś poda dłoń - lżej się podźwignąć i brnąć dalej. W "Przebudzeniu"  - wydanym w "zmysłowej i romantycznej" serii z tulipanem - są "wichry namiętności", ale też zarysowano poważne problemy, jak ten, kiedy  na szalach wagi znajdują się małżeństwo i zgubny nałóg, albo utrudnianie rodzicowi kontaktu z dzieckiem. Powtarzam, tu nie jest różowo.
Niby wszystko dobrze się kończy, ale  mamy parę znaków zapytania, a pewne drzwi nie zostają zamknięte...Co dalej? To już w  tomie III. Oczywiście czuję się zaintrygowana kontynuacją.

Cóż więcej mogę powiedzieć... Dlaczego czytam takie książki?  Bo lubię ;-)  Bo czasem nie mam głowy do skomplikowanych spraw i filozoficznych dyskursów, czy też nie mam ochoty na epicką rozlewność. Niektórzy odpoczywają przy kryminałach, innych bawi fantasy, ja zaś wolę  inną formę i nie gardzę "czytadłem", romansem, czy  fabułą obyczajową.  Dla mnie "Przebudzenie" stanowiło przyjemną lekturę wprowadzającą mnie czytelniczo w Nowy Rok. Stopniowo przyjdzie czas także na "trudniejszą" literaturę, ale  póki co... pójdę się przespać....


Książka akurat idealnie pasuje do wyzwania "Pod hasłem". Hasło na styczeń 2015 r. brzmi:
polskie dwa-tysiące-czternastki, czyli książki polskich autorów wydane w 2014 roku.






Moja lista blogów