piątek, 19 sierpnia 2011

„Kto ze mną pobiegnie”Dawid Grosman

U Futbolowej na blogu kreatywa trwa dyskusja o książkach, które każdy nastolatek poznać powienien... Wrzucę więc opinię, którą napisałam kiedyś na potrzeby DKK, a traktującą właśnie o takiej znakomitej propozycji dla młodzieży i nie tylko.

Poczuwam się do małego wyjaśnienia. To nie jest książka opatrzona hasłem "młodzieżowe", tylko uważam, że warto, by młodzież ją przeczytała, bo to ładna i mądra powieść. Wartościowa. Poleciła mi ją "starsza" młodzież (a dokładnie dojrzała kobieta,dużo czytająca), a sama czytałam ją ok 2- 3 lat temu, czyli nie będąc nastolatką.
(dopisek  20.08)


Pobiegnijmy razem

D.Grosman, Kto ze mną pobiegnie, W.A.B. 2006. 

Moim zdaniem, „Kto ze mną pobiegnie” powinno zostać obowiązkową lekturą szkolną dla młodzieży. To bardzo wartościowa książka o przyjaźni, poświęceniu, miłości, wytrwałości, dojrzewaniu, cierpieniu, odwadze, poszukiwaniu. Po prostu - jest życiowa, a chyba takie teksty najbardziej przemawiają do młodych czytelników. Nie chciałabym jednak wytworzyć przekonania, że to publikacja skierowana tylko do młodzieżowego odbiorcy, jak najbardziej jest to książka dla każdego czytelnika, a zwłaszcza dla wrażliwego i myślącego.
To realistyczna, ale z nutką baśniowości, pełna przygód opowieść o dwojgu nastolatków, których stać na wielkie czyny, którzy – w imię ważnych dla nich wartości - potrafią podjąć trudne wyzwania, narażając się na kłopoty, niewygody, a nawet ryzykując życiem. Szesnastoletni Asaf podczas wakacji dorabia sobie do kieszonkowego pracując w urzędzie miejskim. Nudzi się tam jak mops, aż do dnia, w którym dostaje zadanie odnaleźć właściciela żółtego labradora. Od tej pory wydarzenia mkną jak biegacze na bieżni, a chłopiec biega z psem niemal po całym mieście. Po nitce do kłębka….. A raczej po smyczy:)
Równolegle do przygód Asafa, częściowo w retrospekcji, poznajemy losy Tamar, utalentowanej nastolatki –śpiewaczki, która porzuciła rodzinę i karierę, by odnaleźć i odzyskać zaginionego brata – narkomana. Wątki obojga dzieciaków powoli się splatają, a Asaf niczym detektyw układa w całość różne elementy tej pasjonującej historii.
Rzecz dzieje się w Jerozolimie, ale jerozolimska sceneria nie przeszkadza Grosmanowi w stworzeniu niezwykle uniwersalnej opowieści. Problemy izraelskich dzieciaków dotykają w podobnym stopniu młodych ludzi wszystkich krajów( mam tu na myśli kwestie związane z tożsamością, uczuciami, relacjami rodzinnymi oraz społecznymi). Narkomania, wyzysk, zorganizowana przestępczość to bolączki całego świata, tu akurat pokazane zostały na gruncie jerozolimskim. W powieści Grosmana nie brakuje brutalnych scen, przemocy i zła, ale dominuje dobro. Szereg osób, jakie na swej drodze napotyka Asaf (są to też osoby związane z Tamar) okazuje dużo życzliwości i dobroci, wyciąga pomocną dłoń. Co ciekawe, każda z tych osób o dobrym sercu ma za sobą trudne przeżycia, poważne problemy, ciężki los, tymczasem swoja postawą udowadniają, że trzeba dobrem odpłacać za zło, że nie wolno się poddawać.
Grosman w przygodowej, pełnej emocji fabule przemycił ogromny ładunek edukacyjny, nie jest to jednak proza moralizatorska, lecz mądra, a przy tym niezwykle zajmująca. Autor jakby celowo „nie domyka drzwi”, nie podaje zakończenia wszystkich wątków, nie wyjaśnia wszystkiego. Nie dowiemy się, co się stało z mniszką Teodorą, nie poznamy szczegółów trudnego życia Lei. Wątki Asaf, Tamar i jej brata również pozostają niedopowiedziane. Czy „syn marnotrawny” odzyska swe miejsce w rodzinie, a uczucie nastolatków przetrwa? Tego już musimy się domyślać. Pisarz dał im szansę na „happy end”. Jest to jednak „pozorny happy end”, gdyż w gruncie rzeczy zakończenie jest otwarte.
Dawid Grosman – laureat licznych nagród, filozof, teatrolog, autor książek dla dzieci i esejów politycznych – zasługuje, by pobiec wraz z nim w świat książki. Powieść „Kto ze mną pobiegnie” została przełożona na kilka języków, a na jej podstawie powstał film w reżyserii Odeda Dawidowa. Pobiegnijmy więc razem, przeczytajmy i podzielmy się wrażeniami z tej książki.


czwartek, 18 sierpnia 2011

Zielony czwartek

Do poprzedniego "kolorowego" dzienniczka dopisuję dzisiejsze czwartkowe popołudnie: słoneczko grzało cudnie, a my nad wodą z lodową ochłodą. 

Ponadto dobre wieści - szykują się goście. W najbliższą niedzielę prywatny zlot DKK  u mnie - zobaczą malutką czytelniczkę. W któryś z wrześniowych weekendów- osoba, za sprawą której jestem "Agnesto" a nie inaczej ;-) (Coś inaczej brzmiało, inaczej się usłyszało i wyszło jak chciało ;-))

Konkursów, jak się dobrze poszuka, też nie brakuje. Zapraszam do takiego bardzo zielonego.... Na dole bloga znajdziecie filmik.A tu link:)
A mi się jakoś nic nie chce...
W lekturze - przerwa na JIK'a, czyli na razie odkładam współczesne.
A może wkrótce mały stosiczek zgromadzę do pokazania...? Bo co nieco wpadło na półki ;-)

środa, 17 sierpnia 2011

Black and white and....

Dawno mnie tu nie było, ale nigdy nie mówiłam, że jestem systematyczna...;-) Dużo się ostatnio działo.

Czarny piątek
Nie mam już żadnego myszoskoczka. Franka odeszła do Krainy Wiecznych Łowów. Jej doczesne szczątki zostały złożone w kącie ogrodu. Poryczałam się jak bóbr. W puste miejsce po klatce postawiłam kwiatka, ale tak inaczej już jest...Odruchowo zerkam, czy klatka domknięta, odruchowo odkrajam kawałek marchewki jak gotuję zupę...Pusto....
Spaliła się żarówka w nocnej lampce, a dopiero co była założona nowa i to droga, taka co niby na długo ma wystarczyć... ech...
Orzechy przeznaczone do ciasta poszły do kosza. Były już wyłuskane i jakieś robale się przyplątały... A jedna część ciasta -kruchy blat- pokruszył się jak puzzle....
Pech.

Szara sobota
Kuchenne rewolucje- ekspedycja po nowe orzechy zakończyła się sukcesem, pieczemy ciasto i robimy na obiad takie placuszki z kurczakiem i pieczarkami. Wiwat Ewel z pomocnikiem! ;-)
Chcieliśmy jechać nad wodę, ale się rozpadało... pogrzmiało....Oglądaliśmy "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", ale niewiele wyniosłam z tego filmu, bo Elwirson marudził.

Biała niedziela
Chrzciny Elwiry Anny. W kościele nie płakała. Wszystko się udało, pogoda dopisała, goście również.  Miło było, choć zamieszanie nieuniknione przy takich imprezach.

Błękitny poniedziałek
Pakowanie, wyjazdy....a my- odpoczynek pod jabłonią i spacer do lasu, komary  przypomniały o sobie... Oglądałam  film "Wycieczkowicze" (lubię czeskie kino), ale przysnęłam...

Wtorek w kratkę i środa w paski 
Wracamy do rzeczywistości, korzystając z chwili wolnego czasu zwiedzam blogi, odgruzowuję pocztę...
Przeczytałam już obie części "Księdza Rafała". Jestem zachwycona. Chcę jeszcze.... Czy będzie trzecia część??

sobota, 6 sierpnia 2011

Żona Beduina, Marguerite van Geldermalsen

Marguerite van Geldermalsen, Żona Beduina, wyd. Imprint (PWN) 2011
seria: Historie prawdziwe


Takie opowieści czyta się niemal jednym tchem!
Małżeństwo z obcokrajowcem potrafi być nie lada wyzwaniem, zwłaszcza gdy partnerzy pochodzą z zupełnie odmiennych kultur. Marguerite, Nowozelandka o holenderskich korzeniach, podczas turystycznej wyprawy do Jordanii poznała Muhammada, Beduina. Została jego żoną i gospodynią jego jaskini. Wybrała życie bez elektryczności i bieżącej wody. Nauczyła się gotować na prymusie, piec chleb, prać w źródlanej wodzie, nosiła mudragę. Przyswoiła język arabski, choć początki były niełatwe ( np. wyrazy 'osioł' i 'szwagier' brzmiały dość podobnie), a także tamtejsze zwyczaje. Z czasem przeszła na islam. Wszystko było jej świadomym wyborem. Muhammad okazał się dobrym mężem, świetnym kompanem i pomysłowym wynalazcą. Dochowali się trójki dzieci i zwiedzili kawał świata. Miłość jak widać nie zna barier ani geograficznych ani kulturowych. Para była ze sobą szczęśliwa, a beduińska społeczność zaakceptowała cudzoziemkę i traktowała ją jak swoją.
Marguerite – Fatima opisuje 8 kolejnych lat (1978- 85) swojego życia- od przybycia do Jordanii do przeprowadzki z jaskini na osiedle – symbolicznego kresu stylu życia Beduinów. Opowiada o arabskich, beduińskich zwyczajach, ubiorach, potrawach, obrzędach (np. weselu), o pracy w ambulatorium, o stylu życia i mentalności tamtejszej ludności, a także o malowniczych pejzażach skalistej Jordanii, o Petrze, która stała się jej drugą ojczyzną. Wspomina tylko dobre chwile, co zaznaczyła epilogu, nie brakowało bowiem tragicznych wydarzeń i trudnych spraw. Książka upamiętnia ważne i piękne czasy, stanowi zapis cząstki odchodzącego świata. Jest skarbnicą wiedzy o życiu beduińskich plemion, zawiera wiele arabskich terminów i słów z beduińskiego dialektu ( publikację opatrzono słowniczkiem).
To opowieść o niezwykłej kobiecie, o wielkim uczuciu, o przystosowaniu się do innej kultury, o odnalezieniu swojego miejsca na ziemi, o szczęściu. Napisana została w reporterskim stylu, z dużym szacunkiem i miłością do opisywanych osób i miejsc. Wzbogaca ją wkładka z kolorowymi zdjęciami z albumu autorki.
Książkę polecam tym, którzy lubią czytać historie z życia wzięte oraz interesują się kulturą Bliskiego Wschodu i są ciekawi świata. Spodoba się ona także miłośnikom biografii, ze względu na sylwetkę narratorki i bohaterki. Czytałam tę pozycję z dużym zainteresowaniem i podziwem dla pani Geldermalsen za niezmierną pogodę ducha i wytrwałość. Takim kobietom należą się wielkie brawa.

W serii „Historie prawdziwe” ukazały się również:
  • „To się nie mogło zdarzyć” Jessica Stern,
  • Niebieskie oczy czarny ląd” Gunilla Fagerholm

Żonę Beduina” poznałam dzięki uprzejmości Księgarni Matras.
Dziękuję.




czwartek, 4 sierpnia 2011

Że co??

 Przeglądam blog od zaplecza, ustawienia, statystyki.... i właśnie w statystykach w zakładce "Źródła ruchu sieciowego" były  "Wyszukiwane słowa kluczowe", a tam.....
zaza burczuladze (!)

Że co, proszę???
W życiu o tym nie pisałam, bo nie mam pojęcia co to/kto to. ;-)

A tak poza tym, to gotuję ogórkową na jutro. Korzystam z wolnego czasu, kiedy Elwi śpi, bo w dzień  buszuje coraz więcej.
Mam katar, nie wiadomo skąd.
I ogólnie nie szczególnie.

A jutro, jak dobrze pójdzie, wybieramy się na wystawę fotograficzną znajomej - będą zdjęcia z Lanzarote.

środa, 3 sierpnia 2011

Wodne reminiscencje

Nad wodą wielką i czystą, czy też nad mętnym strumyczkiem, nachodzą nas czasem chwile, kiedy czujemy nieodpartą ochotę, by trochę polać wody, popłynąć z prądem radosnej "tfu-rczości". Właśnie "wylało" mi się, takie coś...
Mam nadzieję, że nie zaleje monitora, a oczy czytających nie spłyną łzą (ze śmiechu, oczywiście) ;-)


Diamentując w pluskofali,
kropla szczęścia się unosi.
Dreszcz natchnienia spływa dalej
i modlitwą cichą prosi:

Nie daj złamać tafli życia,
a demony strąć w otchłanie,
czystorosa, przezroczysta
sercoradość niech nastanie.

Wodobrazy szemrzą wieczne,
nieustannie się zmieniając,
płynę myślą bezskutecznie,
pustą kartkę mokrą mając.

W/w tekst powstał na potrzeby konkursu "Cztery Wymiary" - etap II pt. Lekka fala dreszczu 
(link prowadzi do strony z fragmentem, do którego nawiązuje mój wierszyk)
13 lipca 2011 r.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Światłość w sierpniu

Nie, nie to nie będzie nic na temat powieści Faulknera (którego prozę skądinąd lubię, choć pasjami nie czytam ), ale  wypowiedź z okazji pierwszego sierpnia, chociaż zupełnie nie w związku z dzisiejszą rocznicą Powstania Warszawskiego. Nawet nie wiem, co tam dziś telewizja wspomnieniowo zapodała, bom cały dzień poza zasięgiem mediów była. Pamiętam jak kiedyś dawno temu płakałam na filmie "Akcja pod Arsenałem". Swoją drogą przypomniałabym sobie chętnie "Kamienie na szaniec"., ale to kiedy indziej. Teraz słucham sobie na Trójce muzyki w audycji "Manniak po ciemku" i mam potrzebę gadulstwa blogowego, co zbyt często mi się nie zdarza.
Podobno: "Jaki pierwszy, drugi, trzeci, taki cały sierpień leci" - u nas dziś było ładnie i gorąco, co po weekendzie w strugach deszczu stanowiło ogromną odmianę i radość niezmierzoną nam sprawiło, spacerek po lesie zaliczony, kilka kurek znalezionych, lody skonsumowane, no takie lato to mi się podoba ;-) A koleżanka wakacjowała się nad morzem i zbyt szczęśliwa to ona nie była....a przy okazji to poznałam ją tu: http://czarownica.w-spodnicy.pl/   Lubię ją za całokształt. Ktoś gdzieś na blogu pytał, czy mamy takich znajomych, z którymi mamy kontakt i poza siecią - właśnie to jest przykład, nie widziałyśmy się jeszcze na żywo, ale dzwonimy do siebie, piszemy smsy, maile, gg i to tak nie tylko z życzeniami na święta i urodziny, ale na co dzień, o życiu gadamy.
Wczoraj oglądałam drugą część filmu "Klejnoty", ładny ładny.... aż szkoda, ze nie ma dalszych losów bohaterów. W czytaniu "Żony Beduina" postępy małe, ale to nie wina książki (bo ciekawa) tylko moja, bo nie składało mi się ostatnio, by czytać. Wieczorami podsypiałam. 
Sierpień rozpoczął się dla mnie całkiem miło, raz, że pogoda wreszcie dopisała, dwa- dostałam przesyłkę, nabytą na Allegro "Antologię poezji dziecięcej" BN, (kupiłam już dawno, ale było zamieszanie, bo pan pomyłkowo wysłał moją książkę komuś innemu, ale w ramach rekompensaty za cały ambaras dostałam gratis kremik z Oriflame, miło prawda?), trzy - wygrałam w Konkursie Cztery Wymiary (w IV etapie) książkę pt. "Przedśmiertny neuroleptyk" K. Czepiela. Ciekawa jestem, jak to się będzie czytać....

To sobie pogadałam, w międzyczasie kilka razy się odrywałam od pisania i już kolejna radiowa audycja się zaczęła, "Trzy kwadranse jazzu", a w nich swoje "Pamiętniczki" przedstawia Jan Ptaszyn-Wróblewski, podziwiam jak szczegółowo wspomina koncerty, jam session sprzed lat. W ogóle lubię jazz, ale nie taki wyrafinowany, dla koneserów tylko nieco lżejsze formy, dla szerszego grona odbiorców.  

Na koniec karteczka z Edycji Św. Pawła:
Miłego sierpnia! ;-)
 

 
 

Moja lista blogów