Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włóczykijka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 października 2012

Niech diabli wezmą takiego adoratora!- "Cichy wielbiciel" O. Rudnicka

Olga Rudnicka, Cichy wielbiciel, Prószyński i s-ka, 2012
Twórczość Olgi Rudnickiej zewsząd chwalą i to bardzo, i choć nie każdej osobie zaistniałej ostatnimi czasy na rynku wydawniczym daję szansę, to co do pióra tej autorki miałam ochotę przekonać się sama. Nadarzyła się okazja we "Włóczykijce", nie omieszkałam skorzystać - zapisałam się w kolejce i oto przełom września i pażdziernika spędziłam nad najnowszą książką Rudnickiej. Z przyjemnością stwierdzam, że było warto!

"Cichy wielbiciel" nie jest czytadłem o perypetiach przyjaciółek, romansach singielek, domkach nad jeziorem i pensjonatach we mgle... - nic z tych rzeczy. To nie jest komedia romantyczna. Niech nikogo nie  zwiedzie tytuł. To powieść ważna i godna polecenia ze względu na temat, jaki podejmuje, a mianowicie zjawisko stalkingu. Problem dość niestety częsty, przerażający w skutkach, ale prawie niedostrzegalny społecznie, dopiero od niedawna ujęty w polskim kodeksie karnym.

Julia jest zwyczajną, młodą kobietą. Skończyła studia, ma pracę, chłopaka, wynajmuje mieszkanie z koleżankami z uczelni. Niczego nie pragnie jak spokojnego, zwykłego życia.  Tak w sumie jest, aż do czasu, gdy zaczyna dostawać głuche telefony, miłosne sms-y z fragmentami wierszy Asnyka, wyznania, kurier przynosi kwiat, lecz nie wiadomo od kogo... Niby fajnie, koleżanki zazdroszczą takiego romantycznego adoratora, sugerują, że Julka poznała kogoś nowego... Pozornie można by wszystko obrócić w żart, gdyby to był tylko incydent. Sytuacja jednak narasta. Uporczywe dzwonienie i nadsyłane wiadomości utrudniają, wręcz uniemożliwiają Julii pracę, zatruwają życie. Co gorsza - przychodzą już nie tylko na służbową komórkę, której numer był na wizytówce, ale i na numer prywatny.  Potem dochodzą prezenty, śledzenie... Rozkręca się spirala psychicznych oddziaływań.  Kobieta jest przerażona, czuje się osaczona, jej życie sypie się jak domek z kart (wszystko to bowiem odbija się na pracy, rodzinie, przyjaciołach), padła ofiarą czyjejś obsesji, stała się obiektem uczuć wahających się od miłości do nienawiści... Kim jest tajemniczy osobnik, który wie o niej wszystko? Do czego jeszcze może się posunąć? Dlaczego ją to spotyka? Jak można przerwać tę obsesyjną "wojnę podjazdową"?

Oczywiście nie ma sensu streszczać powieści, bo i tak więcej niż w sferze fabularnej dzieje się w psychice i zachowaniach bohaterów. Co ciekawe, mamy sytuację pokazaną nie tylko od strony nękanej dziewczyny, ale i z perspektywy stalkera - jego zachowanie, motywacje. W głowie się nie mieści tok myślenia takiego "psychola" i  jego kreatywność w snuciu pajęczej sieci, zdobywaniu namiarów, kamuflażu. Nie do wyobrażenia są skutki działań takiego "dręczyciela" - od ingerencji we wszystkie aspekty życia, przez wzbudzenie strachu, poczucia winy (!), po konieczność zmiany pracy, miejsca zamieszkania, jakby ucieczkę, aż po depresję. 
Poprzez fabułę Rudnicka ukazała cały mechanizm stalkingu, łącznie ze sposobami pomocy osobie, która padła jego ofiarą ( działalność detektywa, porady psychologa, strona internetowa temy poświęcona). W dodatku wręcz "podręcznikowo" zaprezentowane są typowe reakcje otoczenia - ignorowanie problemu, bagatelizowanie, uznawanie sytacji za romantyczną sprawę,  czy obarczanie winą osoby dręczonej (że niby sprowokowała kogoś). Niezrozumienie występuje także ze strony policji - brak podstaw do aresztowania, do szukania sprawcy, skoro czyn nie wyczerpuje znamion wykroczenia, czy przestępstwa (mimo zmian w prawie stalking jest trudny do udowodnienia) Reakcje bliskich ofiary są nieraz bardzo nieadekwatne do sytuacji, ale i sama sytuacja jest nietypowa, trudna do pojęcia, więc też nieraz trudno się dziwić, może sami  zareagowalibyśmy w taki sposób. Idąc dalej, nie wiadomo jak postępowalibyśmy na miejscu Julki - z zewnątrz przecież  łatwo oceniać, co niepotrzebnie zrobiła, co powinna była zrobić, jak się zachować... 
Kilka razy podczas lektury zdarzyło mi się pomyśleć np. " no przecież wystarczy zmienić numer telefonu i po kłopocie" , ale potem okazywało się, że moja rada jest próżna, bo bohaterka tak uczyniła, ale nadal tkwiła w pajęczynie stalkera, a ileż razy można zmieniać komórkę i to nie tędy droga, by uciekać. Dziwiłam się, dlaczego niszczy dowody, ale potem docierało do mnie, że chce się odciąć od tego, co jej zatruwa życie, że nie myśli jak prawnik, ale działa w złości, rozpaczy, czy bezsilności. Nie sposób czytelnikowi nie zaangażować się emocjonalnie w przedstawioną historię.

Powieść napisana jest zgrabnie, bez zgrzytów, prostym językiem. W pewnych fragmentach pojawia się specyficzny zapis, ale wydaje się on nieodzowny (np. powtarzające się słowa piosenki - odzwierciedlenie nieustannej melodyjki telefonu). Nie ma tu kunsztownych metafor i rozbudowanych opisów, bo nie o to tu chodzi. Ważny jest przekaz całej historii, uświadomienie istoty problemu, jakim jest stalking. Naprawdę, nie zdajemy sobie sprawy jak niebezpieczne może być to zjawisko, a także jak nieraz łatwowiernie wystawiamy swoje dane na portalach spolecznościowych oraz beztrosko udostępniamy namiary znajomych.

"Cichego wielbiciela" powinien przeczytać każdy - ku przestrodze i dla własnej wiedzy. Olga Rudnicka po raz pierwszy w literaturze polskiej podjęła temat stalkingu. Zbeletryzowana forma ułatwia poznanie problemu a postaci bohaterów sprawiają, że całość przemawia dobitniej niż suchy artykuł w prasie czy rozdział z podręcznika psychologii. Książka ma walory edukacyjne, owszem, ale przede wszystkim emocjonalne,  a czyta się niemal jednym tchem. Polecam tę powieść, bo warto.
"Cichego wielbiciela" przeczytałam w ramach akcji "Włóczykijka" i przyznam, że to najlepsza spośród wszystkich książek ( a było ich już kilka), jakie do mnie dotarły tą drogą.



PS. Ślicznie dziękuję za smakowite umilacze, które uprzyjemniły mi czas lektury, a do zdjęcia się nie załapały.

niedziela, 5 lutego 2012

Nudny i mdły "Smak życia" K. Sarnowskiej

K. Sarnowska, Smak życia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 2010.

Nie pamiętam, czym się kierowałam zapisując się na listę do tej książki w akcji "Włóczykijka". Jeśli intuicją - to mnie tym razem zawiodła. Zwiodła mnie okładka, motyla noga. Tytuł brzmiał kusząco, spodziewałam się feerii kolorów, smaków, zapachów, zmysłowych wrażeń. Nie znalazłam ich. Książka była nudna i całe szczęście, że liczy tylko 160 stron.  W notce z tyłu okładki widnieje, że "Autorka chce rozbawić czytelnika zdarzeniami i okolicznościami życiowymi, które stały się udziałem bohaterki powieści." Nie wiem, ale ja się jakoś nie bawiłam. Nic śmiesznego tu nie było.

"Smak życia" pisany jest w pierwszej osobie, oparty jak mniemam na wątkach autobiograficznych. Śledzimy perypetie Kaliny Dąbrowskiej, dojrzałej kobiety debiutującej na rynku wydawniczym. Bohaterka opublikowała bajkę dla dzieci i tomik poezji, ale nie wyszła na tym najlepiej: oszukiwano ją, wydawca pozmieniał jej teksty, zagarnął zyski, autorka nie wypłynęła na szersze wody. Gdy przetłumaczyła powieść, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i założyła wydawnictwo. Przeszłą długą i wyboistą drogę od drukarni przez hurtownie, aż po rozmaite sposoby promocji książki. Nie zachęcano jej, przeciwnie, podkopywano jej wiarę w siebie. Niemniej wytrwale, choć nie bez obaw, brnęła dalej. Co mnie uderzyło, to brak jakiejkolwiek wzmianki o zdobyciu praw do wydania danej książki. Można by pomyśleć, że każdy może coś przetłumaczyć i wydawać na prawo i lewo, nie mam w tej kwestii odpowiednich kompetencji, ale na babski rozum zdaje  mi się, że wydawnictwo musi mieć umowę z autorem na tłumaczenie i publikację dzieła.

Skoro już zaczęłam "narzekać", to powiem, co mnie jeszcze irytowało. Mianowicie, nie rozumiem postawy Kaliny.  Po co w takim razie wydawała książkę, skoro wstydzi się o niej mówić przyjaciołom, kolegom z pracy? Może to tak głupio, może jest skromna ...ale przecież nie wciska im od razu kupna, a jak inaczej ma wzbudzić zainteresowanie, skoro nie informuje (bądź robi to cicho i niechętnie) o pojawieniu się takiej książki? Nie ona jedna coś wydała, przetłumaczyła, napisała... W księgarniach jest mnóstwo książek i nawet audycja w lokalnej telewizji i wywiad w lokalnej prasie nie sprawi, że po dany tytuł będą kolejki jak za komuny po papier toaletowy i że rozejdzie się jak świeże bułeczki, bo autorka, wróć, tłumaczka bąknie o nim gdzieś przypadkiem.

W pewnym momencie zaczęłam sobie zadawać pytanie, w jakich latach dzieje się akcja, bo trochę mi się pewne rzeczy nie kleiły. Jest internet, mejle, owszem. To, że Kalina nie wiedziała, co to jest PDF  to jakoś zrozumiem, bo sama nie wiedziałam, do czasu aż się dowiedziałam, hi hi. Drażniło mnie to, że momentami jakby bohaterka żyła na informacyjnej pustyni. Numery telefonów do hurtowni  księgarskich zdobywała od osób trzecich, jakby to były niemal tajne dane, podczas gdy można je znaleźć w sieci, podobnie jak inne kontakty - z prasą, mediami. Pewną wskazówką było to, że bohaterowie poszli do kina na 'Testosteron", zatem rok 2007. Mogę się mylić, ale wtedy już chyba był na tyle rozwinięty marketing w internecie, nie mówię, żeby każda firma miała własną stronę itp. ale podstawowe dane, adresy, telefony powinny być. Oczywiście fikcja literacka ma swoje prawa, być może rzeczywiste wydawnicze boje działy się w latach 90-tych. Niemniej brakowało mi tu prawdopodobieństwa.

Oczekując na tę powieść, przyznaję się, podejrzałam wypowiedzi innych Czytelniczek. Specjalnych zachwytów nie zauważyłam, ale zwróciła moją uwagę wzmianka o Dżinie, z którym rozmawia bohaterka i nieco krzywiłam się na ten element fantastyki, za jaki to uznano. Własna lektura przyniosła jednak sprostowanie mylnego osądu. Bohaterka  już w prologu do swojej opowieści wyznaje, że po kądzieli odziedziczyła życiowego pecha. Ten fatalizm "był dla mnie magicznym Dżinem, który w momentach prób wychodził z lampy i stawał górując nade mną - potężny i wszechmocny." (s.6) Nie jest  to zatem postać fantastyczna. ale niejako personifikacja wątpliwości, rozterek, obaw bohaterki, jakby jej głos wewnętrzny, który zgodnie z wrodzonym fatalizmem,  mówi "to się nie uda", "nie nadajesz się" itp. Bohaterka ucina sobie pogawędki ze swoim "dżinem", a ten podcina jej skrzydła. To może drażnić w fabule, ale kto z nas nie ma czasem takich myśli pełnych zwątpienia! Zatem i bohaterka ma do nich prawo.

Co tu jeszcze mamy oprócz watki wydawniczego? Babskie pogaduchy, problemy damsko - męskie, wycieczkę do Dublina i Wilna. Jakoś bardzo malownicze te eskapady jednak nie były. O, jeszcze odkrycie, że "prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie", a raczej w obliczu sukcesu.
Nuda. "Delektowania się życiem" zapowiedzianego na okładce nie dostrzegłam, no bo co, kawa i ciastko z przyjaciółką, czy wyjazd z przyjaciółmi to takie wielkie mecyje? Owszem to miłe i przyjemne, ale żeby sens życia odkrywało to nie.

Na przestrzeni kilku lat dużo się zmieniło na rynku  wydawniczym. Każdy, kto ma choć trochę talentu, albo i nawet nie, a ma nieco grosiwa odłożonego w skarpecie, może wydać książkę, chociażby w formie  e-booka. O wiele więcej mamy możliwości promocji i reklamy. Dziś Kalina pewnie działałaby na portalach, prowadziła bloga, organizowała konkursy itp. Historii opowiedzianej w "Smaku..." nie można traktować jako zbeletryzowanego poradnika "jak założyć wydawnictwo i opublikować książkę". To raczej oparte na doświadczeniach autorki zapiski opisujące pewien rozdział życia bohaterki dotyczący przetłumaczonej prze nią książki. O jakiej książce mowa? "Jak daleko do Betlejem" Nory Lofts. Sprawdziłam,ona naprawdę istnieje!!! Kto ciekaw, niech zerknie tutaj.


Co niby można wynieść z lektury? Że warto wierzyć w siebie i spełniać marzenia? Że nie należy się poddawać? Że jak się chce, to można- nawet wydać książkę? Że nie wolno zapominać o najbliższych kosztem spraw zawodowych? Iii tam, nic ciekawego. 

"Smak życia" mi nie smakował, był nudny i mdły. Całe szczęście, że to danie było niewielkie. To nie jest książka, którą trzeba koniecznie przeczytać, spokojnie można sobie odpuścić. Chyba, że ktoś akurat nie ma nic lepszego do autobusu.

Książkę przeczytałam za sprawą Akcji "Włóczykijka".





czwartek, 10 listopada 2011

Póki pies nas nie rozłączy, R. Pawlak

W piątek przybyła do mnie Włóczykijkowa paczuszka. Batonik został pożarty niemal natychmiast, herbatki trafiły do pojemnika, gdzie je gromadzę i losowo wyciągam do zaparzenia późnym spokojnym wieczorem. Zakładki dotarły  drugim kursem. Wcale się nie dziwię, sama zawsze bardzo się pilnuję, żeby nie zapomnieć ich włożyć do paczki. Nie uwieczniłam przesyłki na zdjęciu. Okładkę zapożyczyłam z sieci.
Książka wskoczyła od razu na pozycję " czyta się", to nic, że miałam już dwie inne napoczęte.
Tym sposobem na listę przeczytanych wpisuję:
Romuald Pawlak, Póki pies nas nie rozłączy, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2011, s. 284.

O autorze do tej pory wiedziałam tylko tyle, że jest. Po lekturze - polubiłam go awansem. Wyszukałam co nieco informacji na jego temat. Nie gustuję w fantastyce i powieściach historycznych, więc wierną czytelniczką prozy pana Romualda nie zostanę, najwyżej sięgnę po twórczość dla dzieci i młodzieży. Pozostanę jednak w przekonaniu, że to bardzo sympatyczny, fajny człowiek, zwłaszcza, że fascynują go humbaki, do których mam pewien sentyment...  Garść wiadomości na temat pisarza znajdziecie tutaj.

Swoją wypowiedź odnośnie książki zacznę od pochwalenia okładki. Zielony grzbiet, roślinne ornamenty, sympatyczna psia mordka i słonecznik w miejscu, gdzie zazwyczaj widnieje logo wydawnictwa (jest ono umieszczone bardzo dyskretnie) - całość sprawia bardzo dobre wrażenie, wzbudza pogodny, optymistyczny nastrój i zachęca do czytania.

Przyznam, że choć zdecydowanie wolę koty, to psy też lubię. Zwłaszcza, gdy nie skaczą po mnie jak opętane, nie tratują mnie w drzwiach, nie ładują tyłka na kanapę i broń Boże, nie liżą. Mimo sympatii mam do nich dystans, nie chcę mieć psa w domu, raz, że mieszkamy w bloku, dwa- byłby problem z wyprowadzaniem ( o świcie nie wstanę, po zmroku nie wyjdę, a w ogóle to mało spacerowa jestem, gdyby spacer z przyjemności stał się obowiązkiem byłaby to dla mnie istna udręka). Kończę tę dygresję i przechodzę do sedna. 

 Zacznę od przedstawienia głównych bohaterów.
Michał Kindera (czyżby zawoalowany ukłon w stronę czeskiego pisarza?) jest dziennikarzem lokalnej gazety, bazującej na plotkach, skandalach i historiach wyssanych z palca bądź odgrzewanych sprzed roku. Aktywnie działa na internetowym  forum osiedlowym, kryjąc się pod kilkoma nickami wywołuje burzę w szklance wody. Jest znawcą koszykówki i  ma tajny układ z szefem, który "żeruje" na jego pasji.
Renata Maj to wrażliwa wegetarianka, pracuje jako kierowniczka w osiedlowym spożywczaku, marzy o rycerzu na białym koniu i czułości.

W nieformalnym związku Michała i Reni dzieje się coraz gorzej, są razem chyba już z przyzwyczajenia.On nie chce rozmawiać o ślubie, wręcz przeciwnie - zastanawia się  nad odejściem od swojej "lepszej ćwiartki". Tymczasem ona chce kupić psa. Michał jest sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, już nawet nie dlatego, że pochodzi z rodziny kociarzy, ale dlatego, że nie chce kolejnych kłopotów- to nie czas na wspólnego psa, gdy kroi się  rozstanie. 
Kobiety jednak są uparte i mają swoje sposoby. W mieszkaniu Michała i Reni pojawia się Egon, czarny pudel, diabeł wcielony, ale słodziak. W dodatku ma on misję nadaną przez samego Pana Stworzenia. Perypetii i zamieszania będzie co niemiara. Michał powziął plan trzymania się na dystans od pupila partnerki, potem postanowił go skompromitować. Czy to mu się uda? Czy pies scementuje związek bohaterów? Jak bardzo namiesza w ich życiu? Szczegółów nie zdradzę.

Nie powiem też jak zakończy się "wojna podjazdowa" wypowiedziana przez Michała sąsiadowi z dołu, Rospondkowi,  który pod oknem hodował paskudnie śmierdzącą meksykańską roślinę. Nie wiem, czy taki okaz flory rzeczywiście dałby radę rosnąć w naszym klimacie, ale nieistotne, grunt, że wątek botanicznego śmierdziela jest zabawny i oryginalny.
Duży plus stawiam za bohaterów - normalnych, zwykłych szaraczków. Sprzedawczyni ze sklepu, pijaczek, emeryt, kierowca ciężarówki, sąsiedzi z osiedla... To ich spotykamy na co dzień, nie aktorów, pisarki, prawników, pracowników pr i  reklamy, czy szefów wielkich firm, od których aż roi się w niektórych pozycjach literatury popularnej, typu czytadło.

Słówko o narracji. Opowieść jest snuta z męskiego punktu widzenia. Raz opowiada Michał, raz narrator zewnętrzny,  trzecioosobowy. Język jest prosty, żywy, rzeczowy, ładny.

To pogodna, lekka powieść, z humorem. Trochę w krzywym zwierciadle pokazuje życie zwykłych ludzi na osiedlu małego miasteczka, zaplecze redakcji lokalnego pisemka, świat hodowców psów i relacje damsko - męskie. 
Lektura  "Póki pies nas nie rozłączy" to prawdziwa dogoterapia - bawi, relaksuje, odstresowuje.
Polecam nie tylko miłośnikom psów. 

Książkę przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka".

środa, 20 lipca 2011

Strzeż się przed takimi książkami, czyli o „Strażniku marzeń” słów kilka


 
Włóczykijkowa paczka przyszła do mnie już dawno, wafelki zjedzone, herbatki wypite, zdjęcia niet, ale książka przeczytana i wypowiedź będzie. Z góry zaznaczam, że bardzo subiektywna i będę się czepiać.

Może i nie taka znowu ostatnia ta powieść, ale daleka jestem od zachwytu i żarliwego polecania. Przy takiej obfitości znakomitych książek tę akurat można sobie odpuścić. Zdążyłam też nabrać przekonania, że żadnej publikacji wydawnictwa Novae Res nigdy nie kupię, a i w bibliotece raczej omijać będę. Przeczytałam już 4 (szczerze mówiąc 3 i 1/3) ich książki i jak dotąd „szału nie było” (określenie zapożyczyłam z któregoś bloga, zapadło mi w pamięć). 
Mariusz Surmacz, Strażnik marzeń, Novae Res 2011, s. 288.

Odnośnie „Strażnika....”:
Bohaterem i zarazem narratorem jest Max, facet koło 40—tki, który przemierza trasę motorem, jadąc bez celu, przed siebie, uciekając przed sobą samym, swoimi wspomnieniami.... Odszedł był od ukochanej kobiety, dał jej wolność, choć ona była z nim szczęśliwa... Zostawił ją dla jej dobra (według niego), nadal ją kocha, tęskni za nią, snuje w myślach monolog skierowany do niej.
Podczas eskapady spotyka wiele ciekawych osób, każda z nich raczy go swoją opowieścią życia (zielarka Aniela, ksiądz – były rajdowiec, dziewczyna z bidula, Franek...) Natomiast on – jak o narrator- nie szczędzi czytelnikowi „pikantnych” szczegółów swoich spotkań z kobietami. Ta bezpośredniość bez zahamowań może wielu odbiorcom nie odpowiadać. Jednych odrzuci, ale drugich jednak przyciągnie.

Drażnił mnie pewien schematyzm. Postaci mówią jednakowym językiem (czy może tylko mi się tak wydaje...), każda opowiada historię swojego życia – niemal brakowało, żeby uczynił to też przybłąkany pies... Kolczyk w pępku pojawia się u co najmniej dwóch z kobiet... Powtarzają się opisy czynności, np. bohater daje karmę psu ( jasne, że karmi go codziennie, ale nie musi za każdym razem informować o tym czytelnika). W ogóle ciągle jest jedzenie, picie, spanie, seks. Do tego sentymentalne rozkminki o porzuconej kobiecie.
Drażnił mnie Max. Łaskawca się znalazł! - „Tak, poświęciłem naszą miłość, ale zrobiłem to, by ratować ciebie, kochanie.” (s.7). Macho, któremu wszystkie napotkane kobiety włażą do łóżka. Superman i farciarz – za uratowanie życia chłopakowi dostał od jego matki dom nad jeziorem i nie tylko... Drażniła mnie jego przesadna uprzejmość, nic tylko proszę, dziękuję, przepraszam....
Dziękuję, Anielu za wszystko. Nigdy nie zapomnę tej wizyty i twojej opowieści. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy” (s. 42)
Dziękuję jeszcze raz i również życzę księdzu wszystkiego dobrego. Ten nocleg był dla mnie niesamowity. Kolacja i rozmowa były naprawdę wartościowym przeżyciem. Dziękuję za wszystko, życzę zdrowia i wszystkiego dobrego”(s. 72)
Wybaczcie mi, dziękuję za gościnę i przemiło spędzony czas. Nigdy was nie zapomnę...” (s. 128)
Chodząca laurka! Nie przypominam sobie, żeby przeklął... co trochę gryzie się z wizerunkiem faceta w skórze na motorze... w sumie to dobrze, że on taki kulturalny, ale przez to nienaturalny...

Drażniły mnie jeszcze takie kwiatki:
  • - Powoli, Reksiu, udławisz się i będzie problem – powiedziałem, rzucając ostatni kawałek.
    Zaszczekał radośnie, merdając ogonem (...)”- jasne, że z kontekstu wynika, że chodzi o psa, ale z tekstu wynika, że to kawałek (kiełbasy) szczekał i merdał....
  • Gdy Marek i Aga wrócili, wysiedli i podeszli do mnie” - skoro pojechali samochodem ( co autor wyraźnie podkreśla w następującym dialogu:
    -Dziękuję, pojadę po nią. Będziemy za godzinkę. Jest akurat w zajeździe, ale może się wyrwać.-
    - Jedź ostrożnie. Gdy przyjedziecie, kiełbaski będą już gotowe.
    -Oddzwonię, żeby była gotowa i jadę. Cześć.
    -Cześć.
    Pojechał. - s.242)
    ------> a więc skoro pojechali samochodem, to chyba oczywiste, że wysiedli zanim podeszli.... Takie tłumaczenie czytelnikowi jak krowie na rowie.... brrr!
  • Aga podeszła z tacą, na której stały filiżanki, cukiernica i półmisek z plasterkami cytryny.” (s. 243) – coś dużo chyba tych plasterków było, normalnie to spodek wystarczy.... ;-)
Powiecie, ze czepiam się szczegółów... Ano czepiam się, bo mi to przeszkadzało w czytaniu i nie podobało mi się. Plusem jest to, że naprawdę szybko się czyta. W sprzyjających warunkach (ja ich nie miałam) wystarczy jedno popołudnie/wieczór. Fragmenty dotyczące rozmyślań bohatera były znacznie lepiej napisane niż dialogi, czytało się je jednym ślizgiem oka, nawet ładne były. 

A, jeszcze coś mi się przypomniało... Alkohol tu leje się nieomalże strumieniami, a to naleweczka na plebanii, a to winko z Edytką, a to bimber u Bogdana....Po ostrej popijawie na drugi dzień bohater wsiada na motor....dobrze, że nie od razu rusza w trasę, ale "wczorajszy"chyba też nie powinien. To ma bardzo "niepedagogiczny" wydźwięk. Zwłaszcza przy współczesnej walce z plagą pijanych kierowców.

Wyszukałam z ciekawości informacje o autorze.  Jest nauczycielem w- f ze Zwolenia. Tu znalazłam artykuł na temat pana Surmacza i jego książki: 
  

Strażnika marzeń” przeczytałam w ramach akcji „Włóczykijka”.
Czy książka powinna dalej wędrować? Czytacie na własną odpowiedzialność.

piątek, 1 lipca 2011

Efekt kobiety

Małgorzata Kalinowska, Efekt kobiety, Wyd Novae Res, 2010, s. 398.

Bez efektu
Przyznaję się bez bicia.... nie przeczytałam do końca. Dobrnęłam gdzieś do 234 strony i stwierdziłam, że nie ma sensu kupować kredensu... nie ma sensu męczyć się dłużej, skoro:
a) nie wciąga mnie fabuła;
b) nie lubię bohaterów;
c) nie interesuje mnie, co będzie dalej;
d)  tyle  innych książek czeka.....
Jednocześnie daleka jestem od stwierdzenia, że  to słaba, czy zła książka. Bynajmniej. Styl i język całkiem w porządku (metafory, opisy...- przeczytacie same jak brzmią). Przeskoki czasowe - ciekawy zabieg. Treść -po prostu do mnie nie trafiła. Nie ten nastrój, nie ten czas. Bywa....


Toksyczne związki, kłamstwa, zdrady, romanse, dwulicowość bohaterów- denerwowało mnie to. Zapowiadało się inaczej, liczyłam na sagę rodzinną, opowieść o pokoleniach  kobiet. Na początku powiało kryminałem / sensacją.... Potem scena  "znad rozlewiska" - bohaterka (Małgorzata) czeka w domu na wsi na przyjazd przyjaciółki i córek, oburza się na gospodynię, że koperek do rosołu... Skok w przeszłość - narodziny Gosi w Petersburgu, babka czarownica... Ciekawie.... 
A potem chlup, w bagienko.... Były mąż, który znęcał się nad Małgosią psychicznie i fizycznie, znów pojawia się na horyzoncie, tym razem z inną "bardziej ludzką" twarzą; bohaterka boryka się z chorobą, ukrywając ją przed bliskimi; jej przyjaciółki ostrzą sobie ząbki, by uwieść mężczyznę, nawet "wchodząc w paradę"  koleżance - patrz: Edyta i Bartek)....Samo życie? Może i tak, ale czy ja muszę o tym czytać?

Najbardziej spodobała mi się okładka. Wenecka maska karnawałowa w błazeńskiej czapce z dzwoneczkami. Wielce wymowna. Symbolizuje dwulicowość bohaterów, nakładanie przez nich masek - grę pozorów, fałsz i obłudę.

Celowo poszperałam po blogach za recenzjami "Efektu kobiety". W większości są pozytywne, pochlebne opinie. Nie mam zamiaru z nimi polemizować, a i pewnie zgodziłabym się z nimi, po głębszej i całościowej lekturze i wnikliwej analizie, na które nie mam jednak siły i ochoty. 

Nie każda książka dla każdego. Tym razem było nie dla mnie. Życzę udanego, owocnego w wrażenia (pozytywne/negatywne) zmierzenia się z ta powieścią.

 Książka gościła u mnie dzięki "Włóczykijce".

wtorek, 21 czerwca 2011

Ciasteczka, czyli witam kolejną Włóczykijkę ;-)

Nie znasz dnia, ani godziny, kiedy dostaniesz kolejną przesyłkę w ramach akcji Włóczykijka. Święta prawda! Zupełnie się nie spodziewałam. A tu proszę!
Dostałam "Efekt kobiety".  Ze 3 dni temu akurat czytałam opinię o tej książce  na blogu u vivi22. Napisałam, że podoba mi się okładka. Teraz będę miała okazję przekonać się co do zawartości, albowiem" nie sądź książki po okładce" i "nie wszystko złoto, co się świeci" ;-)


 












Dziękuję vivi22/Anetko za słodką niespodziankę (pyszne ciasteczka!) - akurat trafiłaś, bo czekoladowe różności rozdaję (karmię i raczej nie jem czekolady, żeby małe nie dostało jakiejś wysypki), a te mogę zjeść. Herbatki - uwielbiam wszelkie! Zaskoczył mnie uroczy dodatek - kolczyki! Własnoręcznie robione?
Śliczne, takie skromne, a... jest efekt! Efekt kobiety!



środa, 8 czerwca 2011

Spalona róża, Anna Walczak

Spalona róża, Anna Walczak, Wydawnictwo Novae Res 2010.


Spalona róża, spalona proza...

Szczerze mówiąc, nie przypadła mi ta książka do gustu. Podobnie jak w przypadku „Szeptem”, może gdybym miała o połowę mniej lat niż mam, moje wrażenia byłyby inne. Tymczasem zdecydowanie stwierdzam: nie moja półka. Zastanawiałam się w ogóle, do kogo skierowana jest ta książka? Do nastoletnich fanek cyklu „Zmierzch”? Bo chyba nie do entuzjastek Jane Austen, mimo wszystko...


Co mi się nie podobało? Lecimy po kolei przez cały „świat przedstawiony”. 
Czas. Bliżej nieokreślony. Sądząc np. po ubiorach i samochodach – współczesność, ale biorąc pod uwagę klimat, relacje między bohaterami, ich wypowiedzi równie dobrze mógłby to być wiek XIX (oczywiście gdyby zamiast aut dać powozy itp.) – chodzi mi o to, że wyczułam wpływ literatury dziewiętnastowiecznej, głównie Jane Austen ( „Duma i uprzedzenie” to ulubiona lektura autorki – czytamy w notce na okładce).

Miejsce. Niekonkretne. Oprócz wzmianek, że to się dzieje w północnej Anglii, nic na to nie wskazuje, z wyjątkiem może pogody. Wiemy, że to miasto, że jest tam Most Północny, ale nic mi to nie mówi. Zazwyczaj akcja umieszczana jest w konkretnej, nawet jeśli fikcyjnej, miejscowości – przynajmniej nazwanej. Tu zaś mamy takie „wszędzie i nigdzie”.

Bohaterowie. Może to moje „widzimisię”, wymysł i fanaberia, ale uważam, że polscy autorzy powinni pisać o polskich bohaterach. Tymczasem tu mamy taką parkę: Medison Carpen i Daniel Broginns. Jednak mniejsza o nazwiska... Są to postacie według mnie nierealne, sztuczne, nieludzkie – nawet oczekiwałam, że któreś z nich okaże się wampirem, demonem czy innym stworem, których ostatnio w popularnej literaturze na pęczki. Bohaterowie mają po 23 lata, a rozmawiają jak nastolatki, zachowują się też jakoś tak... Nie polubiłam ich.  Daniel jest wyidealizowany, taki piękny, bogaty, fascynujący swą tajemniczością i demonicznością...kreowany na wroga, w którym nie sposób się nie zakochać. Medison  - była ofiarą przemocy domowej, bita i poniewierana przez ojca alkoholika - rozumiem, ze chciała od tego uciec, uwolnić się. Nie rozumiem jednak jej motywacji – „poświęcenia” się – wyjścia za mąż za wroga, kogoś, kto ją też poniżał i dręczył psychicznie, tylko dlatego, by miała dach nad głową i pieniądze, a on wygrany zakład.  Jakby sama siebie zamknęła w klatce, sprzedała w niewolę, nie korzysta przecież z tej fortuny męża, sama o niczym nie decyduje, nawet ubrania jej kupiono. Dziwi mnie, że dorosła, jak by nie patrzeć, kobieta, zamiast poszukać pracy i pokoju do wynajęcia, wychodzi za mąż „z rozsądku” ( no jak w wiktoriańskiej powieści dosłownie). W pewnym momencie, gdy Carpen rozważa odejście od męża, stwierdza, że nie dostałaby pracy, bo nie ma wyższego wykształcenia. Co za bzdury! Coś by zawsze się znalazło. Ale widocznie autorka o tym nie pomyślała...
Akcja. Na początku jest drętwo, potem się rozkręca. Więcej jednak jest przegadane. Do wątku uczuciowego, emocjonalnego, dochodzi sensacyjny- Medison czuje się zagrożona, okazuje się, ze nie bezpodstawnie. Nie chcę wyjawiać szczegółów,  powiem tylko,  że morderstwa i scen jak z thrillera/horroru nie zabraknie.
Nastrój. Ponura to powieść mimo happy endu. Ponura sceneria: wielkie zimne apartamenty, ciemne ściany, czarne dywany, usychające drzewo, groby w ogrodzie, będzie też trumna i zakopywanie żywcem... gotyk pełna gębą.
 Nadmienię, że autorka jest fanką gotyckiego rocka, zapewne więc i gotyku w innych dziedzinach. Subkultura gotów mnie niestety (a raczej stety) nie interesuje.

Drażniły mnie też schematy: on bogaty- ona biedna, nienawiść przeradza się w miłość, przyjaciel z pozoru okazuje się zdrajcą, przypadkowo bohaterka podsłuchuje złoczyńców...no i taki przeskok – od scen rodem z thrillera do scen z romansu i zakończenia z „harlekina” ( typu rodzinna sielanka).

Plusy: szybko się czyta, proste zdania, klarowny układ (prolog, epilog, krótkie rozdziały z tytułami), gdzieś od X rozdziału powieść się rozkręca.

Nie mogę pominąć faktu, że autorka jest debiutantką i to 14- letnią. Świetnie, ze młodzież czyta i pisze, ale nie do końca świetnie, że wydaje. Mam na myśli, że czasem lepiej poczekać, dorosnąć i rozwinąć talent, uniknąć falstartu.

Czy książka powinna dalej wędrować? Mi się nie podobała, ale zapewne znajdzie swoich zwolenników. Moim zdaniem, są lepsze czytadła.Trzeba się samemu przekonać i wyrobić własną opinię.

Książkę przeczytałam w ramach akcji Włóczykijka.


PS . Całość tekstu była pisana jednakową czcionką, nie mam pojęcia dlaczego kawałek wyświetla się dużymi literami... próbowałam poprawić i nadal to samo... nie umiem tego zmienić, ki diabeł...

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Włóczykijka nr 2

Często zerkam do  lokalizatora Włóczykijki, by sprawdzić, czy przypadkiem w którejś kolejce nie jestem zaznaczona na niebiesko (osoba oczekująca na książkę). Sprawdzałam, sprawdzałam i ... chyba przegapiłam, bo dziś przyszła do mnie paczuszka, a w niej... "Spalona róża" A. Walczak. Zatem miałam niespodziankę.


Przesyłka przybyła aż z Krościenka od Marty,czyli Soulmate. Dziękuję za dodatki, herbatkę zaraz wypiję. Książkę już zaczęłam, mam za sobą jakieś sto stron i na razie... nie podoba mi się. Jak skończę, wypowiem się szerzej.

poniedziałek, 30 maja 2011

Katharsis futurum, Patryk Omen

Patryk Omen, Katharsis futurum, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2011.

Gdyby przyszłość miała wyglądać tak, jak w powieści Patryka Omena, to wolałabym chyba, żeby koniec świata był w zeszłą sobotę. Z jednej strony super technologia: czytniki, do których wystarczy przyłożyć palec, by mieć wszelkie dane, samochody z inteligentnym autopilotem zasilane elektrycznością, monitoring, multimedialne panoramy w oknach, roboty... Z drugiej zaś ogromna przestępczość, morderstwa, agresja, okrucieństwo, brak wartości, brak skrupułów, kryzys rodziny... Zdecydowanie przerażająca to wizja. Umieściłabym nawet na okładce napis: „Uwaga! Zawiera drastyczne sceny!”

Nie przypuszczałam, że sięgnę po thriller science – fiction: nie moja półka. Przeczytałam „Katharsis futurum” poniekąd przez przypadek, ale jestem zadowolona, ze mogłam poznać ten tekst. To coś zupełnie innego niż zazwyczaj czytam, choć sięgam po różnorodne pozycje. Na początku miałam obawy. Już pierwsza strona trochę mnie odrzuciła: wulgaryzmy. To nie jest język, jakiego chcę w literaturze. Jednak nadaje to pewnej realności i należy do świata wykreowanego przez autora: tak wygląda powszednia mowa bohaterów. Być może to ostrzeżenie, do czego może dojść, gdy dziś nie zadbamy o czystość i poprawność naszego języka. Oprócz przekleństw mamy anglojęzyczne wtręty – również należące do codzienności. Z myślą o tych czytelnikach, którzy nie znają angielskiego (nie mówię o sobie, ale są i tacy) mogłyby być przypisy z tłumaczeniem. Powieść opatrzona jest mottem- definicją „katharsis”. Dobrze, może nie każdy pamięta znaczenie tego pojęcia ze szkoły, ale czy Wikipedia jako źródło jest w pełni wiarygodna? Może się czepiam, może to znak nowych czasów, ale ja tam wolę tradycyjne encyklopedie i słowniki. 

Początkowo zdegustowana i znużona – zaczytałam się. Nie będę streszczać fabuły, zresztą nota na okładce daje pewien obraz, o czym ta książka jest.*
Wciągnęła mnie, zakończenie zaskoczyło. Przyzwyczailiśmy się, że obserwujemy najczęściej przebieg śledztwa, tu zaś śledzimy zabiegi, konieczne by ustalić, czy w ogóle będzie prowadzone śledztwo. Na paranoję zakrawa fakt, że według nowego prawa, ofiara (także zamordowana) musi zgłosić przestępstwo. Służą do tego specjalne znaczniki, które musi wyszukać sekcja rozpoznania. Funkcjonariusze nie mają jednak łatwo, przestępcy skutecznie zacierają ślady. Główny bohater Kamil Koc, rzetelny i uczciwy inspektor policji, okazuje się, że kryształowy nie był. A tak się dobrze zapowiadał... W ogóle wszystkie postacie były jakieś „nieludzkie”, wynaturzone. Skumulowało się w nich całe zło tkwiące w społeczeństwie. Mam wrażenie, że tę wizję przyszłości autor celowo tak pokazał. Ku przestrodze?
Tytułowe katharsis - oczyszczenie- pokazane jest tu przewrotnie, nie prowadzi bowiem do niczego dobrego. Uwolnić cierpienie, odreagować zablokowane napięcie, stłumione emocje... ale za jaką cenę?

Czy „Katharsis...” powinno dalej wędrować? Myślę, że tak (poznawać bowiem warto), choć wielu osobom może się nie spodobać. To nie jest książka na poprawę humoru, do poduszki, na ukojenie po ciężkim dniu. To bardziej męska proza. Twarda, mroczna i wulgarna. Trzeba przyznać, ze autor ma wyobraźnię i pomysły.

Książkę przeczytałam dzięki akcji „Włóczykijka”


* z okladki:
Nie tak odległa przyszłość - nie tak odległa perspektywa.

Przestępczość w Unii Europejskiej osiąga tak wysoki poziom, iż w ramach oszczędności finansowych Parlament Europejski wprowadza dyrektywę znoszącą pojęcie przestępstwa ściganego z urzędu. Od tego momentu, aby zostało wszczęte postępowanie śledcze, ofiary przestępstwa lub jego świadkowie muszą zgłosić zawiadomienie osobiście. Ofiarom śmiertelnym pozostawiono jednak furtkę dającą możliwość pośmiertnego zgłoszenia zawiadomienia.


Kamil Koc, inspektor krakowskiej sekcji rozpoznania – specjalnego wydziału policji, mającego za zadanie odszukiwanie tego typu zawiadomień – dostaje wezwanie do nietypowej sprawy. Sprawy, która całkowicie odmieni jego życie oraz życie osób biorących w niej udział.


Czy przy niespójnym i niechroniącym obywatela prawie istnieje zbrodnia doskonała? Czym jest prawdziwe katharsis – katharsis jednostki, ogółu i systemu? To tylko dwa z wielu pytań, na które w swojej nowej powieści „Katharsis futurum” szuka odpowiedzi Patryk Omen – autor tego pełnego emocji, akcji i barwnego języka psychologicznego thrillera science-fiction.

środa, 25 maja 2011

Moja pierwsza Włóczykijka!

Ależ dziś miałam niespodziankę! Listonosz przyniósł dziwną paczkę - po dotyku stwierdziłam, że to ani zaległa książka z konkursu Bellony (czekam od kwietnia...), ani dresik dla małej z Allegro.... Otwieram.... a tu.... Włóczykijka! Tyle radości! Jak szybko otrzymałam paczuszkę! A całkiem niedawno się zgłosiłam. Dziękuję ślicznie organizatorkom za przygarniecie mnie do akcji oraz Monice z Brzechowa za słodkie niespodzianki.
Zobaczcie, co dostałam:


Moja lista blogów