Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2025

"Doll story"

 

Opublikowane 16.03,2023 na stronie fb magazynu Życie i Pasje

\\/ DOLL STORY - PRZYJACIELE, MASKOTKI, ZABAWKI I GRY....\///

Z ogromną przyjemnością przedstawiam trzecią powieść, jaka wyszła spod pióra Michała Pawła Urbaniaka, prozaika, krytyka literackiego, nauczyciela kreatywnego pisania. Już od debiutu autor postawił sobie wysoką poprzeczkę i wydaje mi się, że wspina się coraz wyżej na drabinie literatury pięknej. Nadal porusza trudną tematykę, kreuje niejednoznaczne postaci i mroczną atmosferę, wywołuje w czytelniku burzę emocji i prowokuje do dyskusji. Ciekawą fabułę ubarwia książkowymi nawiązaniami. Udowadnia, że jest znakomitym obserwatorem, który potrafi z niezwykłą wrażliwością, szczerością i odwagą ukazać prawdę o ludzkiej naturze, niepozbawionej wad i ciemnych stron.

“Poruszająca powieść o dotkliwej samotności w rodzinie i ciągłej grze pozorów ” – ten napis na okładce jest adekwatny do treści, nie stanowi tylko chwytliwego hasła jak to nieraz bywa w wydawniczym świecie, ale doskonale oddaje charakter tej książki. Trudno wręcz o lepsze jej podsumowanie.

Doll story to także opowieść o toksycznych relacjach, wadach i niedoskonałościach, o współczesnej rodzinie, kontrowersyjnym projekcie społecznym, niezaspokojonej potrzebie przyjaźni i akceptacji oraz o tym, jak wielką moc mają słowa, które mogą ranić, niszczyć, kreować i fałszować rzeczywistość.

Jest to historia rodziny Rajchertów, która – w ramach kontrowersyjnego projektu społecznego i prezentu dla syna – przyjmuje pod swój dach Mariusza, dając mu nie tylko przysłowiowy wikt i opierunek, ale także pensję i wychodne oraz szansę na spełnienie marzeń, karierę, lepszą przyszłość. Młodzieniec ma być “maskotką”, przyjacielem na zawołanie, przyszywanym członkiem rodziny, niemalże “drugim synem”. Jego pojawienie się zmienia (niekoniecznie na lepsze) napięte relacje w domu, wizja wspólnego życia szybko przestaje być sielankowa.

Trzeba wspomnieć, że Rajchertowie nie są standardową familią. Nastoletni Wolfgang, w dzieciństwie przeszedł ciężką chorobę, uczy się w domu, nie wychodzi, nie ma znajomych, żyje pod kloszem. Czuje się samotny i nieszczęśliwy, porzucił grę na fortepianie, ucieka w książki, okopał się na swojej pozycji i niewiele czyni, by uwolnić się z tego “więzienia” (które po części sam sobie stwarza i nieźle się w nim urządza – dlaczego?).

Jego matka, “generał Rajchert”, z wykształcenia historyk, zawodowo zajmuje się genealogią, jest apodyktyczną tyranką, pełną żalu i frustracji z powodu niespełnionych ambicji pokładanych w mężu i synu. Ojciec zaś to były pianista, swoje frustracje topiący w kieliszkach wina.

Postaci trudno obdarzyć sympatią, nawet współczucie – po pewnych scenach – przychodzi z trudnością. Najciekawsza wydaje się postać matki. O ile można zrozumieć nadopiekuńczość wobec jedynaka po ciężkich przejściach ze zdrowiem, to trudno pojąć, że zamiast mu nieba przychylić, rodzicielka stawia mu ciągle wymagania, rozkazy i zakazy, a nawet zabrania ulubionej gry w “chińczyka”. Skąd wzięła się taka postawa “generał Rajchert”? Czy zmieni się w obliczu pewnych wydarzeń ?

Każdy z bohaterów ma swoje za uszami, każdy gra – i nie chodzi tu o fortepian. W tej ciągłej grze pozorów łatwo się zagubić i stracić ostatnie karty. Tu wszyscy, moim zdaniem, przegrali.

Ważną rolę w fabule odgrywają książki. Znajdziemy wiele pośrednich i bezpośrednich odniesień do literatury (m.in. do twórczości Agathy Christie, w której zaczytuje się Wolf i “zaraża” tą pasją Mariusza, do Ani z Zielonego Wzgórza, Dobrej pani Orzeszkowej, wiersza Iłłakowiczówny Samotność). Warto przyjrzeć się cytatom użytym w charakterze motta do poszczególnych części i całości książki – doskonale określają wydźwięk treści.

Istotny jest także motyw muzyki, która rzutuje na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość bohaterów dając im (czyżby złudną?) szansę na karierę, sławę, “bycie kimś”.

Doll story to książka, która już po kilkudziesięciu stronach stawia przed czytelnikiem pytania, zasiewa ziarno moralnego niepokoju i nie odpuszcza aż do końca.

Dlaczego on/ona tak się zachowuje? Jaka motywacja kryje się za takim postępowaniem? Co by było, gdyby podjąć inną decyzję? Jak my zachowalibyśmy się w danej sytuacji?

Często powtarzamy, że jakaś książka daje do myślenia, ale w tym przypadku jest to niemal zmuszanie do intensywnej burzy pytań, myśli, refleksji. Do przekładania fikcyjnej historii na rzeczywiste sytuacje, jakie znamy z autopsji, obserwacji, czy ze słyszenia. Wreszcie – do dyskusji.

Zwłaszcza, że jest to opowieść mocno uniwersalna – o tym, jak traktujemy siebie nawzajem w różnych relacjach (rodzinnych, szkolnych, społecznych itp.); nie tylko o “maskotce”, ale o marionetkach, figurkach, zabawkach (w sensie przenośnym i dosłownym – mam tu na myśli pamiątkowe pudło z pokoju Wolfganga) i maskach, jakie przywdziewamy w teatrze życia. Tytuł Doll story pasuje do tej wielowymiarowej powieści idealnie.

Najnowsza książka Michała Pawła Urbaniaka to dojrzała, mądra, emocjonalna, przekonująca proza zawierająca smutny i gorzki portret rodziny, w literacko muzycznych kontekstach. Ta solidna porcja dobrej lektury z mocnym przekazem usatysfakcjonuje niejednego czytelnika, podobnie jak poprzednie powieści: Lista nieobecności i Niestandardowi.

Nie wątpię, że autor jeszcze nieraz nas zaskoczy ciekawą historią i na pewno nie obniży literackiego poziomu, ale ciekawa jestem jak poradziłby sobie w lżejszym gatunku. Niezależnie jednak od tego, co nam napisze, trzymam kciuki za jego pisarskie sukcesy.

Agnieszka Grabowska

materiał chroniony prawami autorskimi

Wydawnictwo Mova

Autor: Michał Paweł Urbaniak

Tytuł: Doll story

Liczba stron: 520

Data wydania: 8 marca 2023

ISBN: 978-83-8321-192-3


środa, 16 sierpnia 2023

"Żaden koniec" Zośka Papużanka

 

Wydawnictwo Marginesy, 2023


Na książki Zośki Papużanki czekam zawsze z niezachwianą pewnością, że kolejna historia zaskoczy mnie tematem i sposobem  opowiadania, a jednocześnie znajdę tam to, co w jej stylu lubię i cenię. Nieprzewidywalność. Grę konwencjami literackimi. Piękny język. Ironię. Tym razem dostałam wszystko z nawiązką. Tylko zupy kminkowej nie mogę przeboleć, bo nie znoszę tej przyprawy.

"Żaden koniec" to niby ma być historia o śmierci, a jest o życiu. Ma wielu narratorów. Wielu bohaterów. Składa się z kawałków tak jak puzzle, o których zresztą mowa na początku. Albo jest jak wyszywana serweta, jak wyhaftowany wzór, który często się powtarza, a czasem plączą się nitki.

Zaczyna się w sumie zwyczajnie. Niedzielny poranek, kot sępi żarcie. Jakub wyjeżdża z domu, po drodze dowiaduje się, że jego babcia umarła. Poznajemy Helenkę, synową zmarłej. Widzimy babcię u zakonnic. Cofamy się do czasów, gdy Krystyna  była pięcioletnią dziewczynką, która uciekła z domu. Skaczemy do opowieści Marty, wspominającej swoje i brata dzieciństwo. W międzyczasie Jakub na kolacji u kuzynki Justysi wspomina czas, gdy jako dziecko musiał na kilka dni zostać u babci. I dalej w ten deseń, przechodzimy od postaci do postaci, dostajemy fragmenty, wybrane karty z rodzinnego albumu, pełnego niedopowiedzeń i tajemnic.
Czasem odzywa się "wszystkowiedzący nieczuły narrator po teatrologii" - i to jest właśnie papużankowy styl, który uwielbiam.

W powieści jest taki moment, gdzie matka mówi do córki, że już jej więcej nic nie powie, bo ta przecież książki nie będzie pisać. Zarzuca jej, że nie umie przyprawiać i w tej książce byłoby nie po kolei. I tak właśnie jest!
Próżno tu szukać chronologii wydarzeń, czy szczegółowych wyjaśnień.
Czytelnik musi sobie to wszystko poukładać, ogarnąć wszystkie koligacje, stopniowo i właściwie od końca poznaje historię Krystyny, obrazki/scenki z życia jej dzieci i wnuków.
Powstaje taki patchwork, rodzinna makatka, wyszyta nieco krzywo, z załataną dziurą, gdzieniegdzie rozpruta.

Smutna i pełna goryczy, ale niepozbawiona poczucia humoru i okruchów ciepła, jest ta historia.
Historia o życiu i śmierci, o końcu i początku, o pamięci i niepamięci, o szukaniu miłości, o radzeniu sobie (i o nieradzeniu też), o tym, jak przewrotny i powtarzalny bywa los. O pytaniach, na które nie ma odpowiedzi. O tym, że niczego się nie dowiadujemy. O tym, że "choćby człowiek miał pięćdziesiąt i sto pięćdziesiąt lat, zawsze jest do cudzej śmierci nieprzygotowany" ( s. 43)
To również opowieść o relacjach rodzinnych, często toksycznych, o schematach, w które można brnąć, albo je przerwać. I jak na Papużankę przystało, to opowieść piękna pod względem językowym.

Przewijają się przez tę powieść motywy pisania książki oraz teatru, wodewilu. Nawet mamy tekst rozpisany jak w dramacie, a bohaterowie przyjmują role innych. Ba, pojawiają się nawet kuplety!  To wszystko nie wzięło się bez powodu. Raz, że ojciec Krystyny grał w amatorskim teatrze, dwa - "Wodewil różni się od życia nadmiernie i dlatego ludzie potrzebują wodewilu, bo mają dość życia" (s. 45).
O słynnej metaforze życia jako teatru już nawet nie wspominam, bo to chyba najczęstsza myśl, jaka przychodzi do głowy podczas lektury. I ciekawa jestem, czy inne osoby, czytając tę powieść, też miały ochotę czytać ją na głos. I czy mają ochotę przeczytać ją jeszcze raz. Ja tak. Zdaję sobie bowiem sprawę, że w pierwszej, powierzchownej lekturze można wiele przegapić, w drugiej - coś nowego wyłuskać. Tylko błagam, nie kminek!

W  moim odczuciu "Żaden koniec", a zwłaszcza partia tekstu z punktu widzenia Marty, w pewnym stopniu koresponduje z... "Cudzoziemką" Marii Kuncewiczowej. Znalazłam też nawiązanie do utworu Stanisława Wyspiańskiego, pewnie już domyślacie się którego.

Zapewne nie każdy podzieli moje zachwyty, ale dla mnie każda książka Zośki Papużanki to wspaniałe czytelnicze doświadczenie, współczesna proza polska w wydaniu tej autorki smakuje mi najlepiej.

 

środa, 2 czerwca 2021

“Kąkol” Zośka Papużanka

 



Każda książka tej autorki to całkiem inna czytelnicza przygoda. Tym razem jest to pięknie ukształtowana językowo opowieść o dzieciństwie i wakacjach na wsi, ale wcale nie sielskich. O trudnych relacjach rodzinnych i dziecięcym postrzeganiu świata, o bogactwie przyrody. W tej powieści znajdziemy sporo mitologicznych i biblijnych nawiązań. Plastyczne opisy wprost urzekają. Nietypowa okładka zachwyca już od pierwszego wejrzenia.

Kąkol jest piątą książką w literackim dorobku krakowskiej pisarki, a trzecią, jaką mam przyjemność czytać i na pewno nie ostatnią. Mam do Zośki Papużanki już ogromne zaufanie i tylko czekam, czym jeszcze nas zaskoczy. Szczerze życzę jej Nike oraz innych literackich nagród. Dla mnie to prawdziwa mistrzyni opisywania szczegółów, rzeczy pozornie nieistotnych, przykładająca ucho i oko do rzeczywistości i potrafiąca te obserwacje przekuć w piękną prozę. Niesamowicie podoba mi się jej praca ze słowem, konstruowanie często nieoczywistych zwrotów i zdań, barwne i niezwykle trafne opisywanie świata.
“Opel parkował na trawie, łamał znaki ostrzegawcze babki lancetowatej, zapadał się w miękkie, srebrzyste skrzydełka pięciornika gęsiego” ( s. 20).
To tylko niewielki przykład, bo w sumie to można by zacytować pół książki, wprost przerzucając się coraz to lepszymi fragmentami.

całość recenzji:
http://zycieipasje.net/2021/06/szpieg-w-ksiegarni-kakol-zoska-papuzanka-recenzja/

sobota, 22 maja 2021

“Niestandardowi” Michał Paweł Urbaniak

Debiutancką “Listą nieobecności” autor sam sobie postawił wysoko poprzeczkę. Druga powieść Michała Pawła Urbaniaka nie odstaje poziomem od pierwszej. Pozostaje tylko pytanie, czy już zawsze jego domeną będzie trudna tematyka związana z innością, niestandardowością, tolerancją i jej brakiem, różnymi odcieniami miłości, nienawiścią, śmiercią? Czy zawsze będzie to proza gęsta, mroczna i mocna? Czytelnicy chyba nie mają nic przeciwko temu. Zwłaszcza, że “Niestandardowi” poruszają wiele bardzo ważnych kwestii i zapadają w pamięć.
(...)
“Niestandardowi” to pełna emocji powieść o wielkich nadziejach i wielkich rozczarowaniach, o zmianach, niekoniecznie na dobre. O zwykłych ludziach.. ich problemach, konfliktach  i tragicznych sytuacjach.
To książka, o której chce się dyskutować. To poruszająca, bardzo prawdziwa, życiowa historia, wymagająca od odbiorcy uważności, wrażliwości, może nawet zmiany postrzegania pewnych spraw, docenienia codzienności i znalezienia sensu życia nie opartego na opinii innych.  Nie jest to lekka powieść, która podnosi na duchu, przeciwnie – przytłacza i zasmuca. Wnioski i refleksje z tej lektury mogą jednak okazać się budujące.

Cała moja recenzja:
 http://zycieipasje.net/2021/05/szpieg-w-ksiegarni-niestandardowi-michal-pawel-urbaniak-recenzja/

sobota, 17 kwietnia 2021

"Budzenie drzew" Joanna Domańska

  


Sięgając po tę książkę, nie miałam żadnych konkretnych oczekiwań. Spodobała mi się minimalistyczna okładka. Znając inne publikacje Biblioteki Słów, miałam pewność, że “Budzenie drzew” nie będzie byle jakie, ale jednak trochę targały mną wątpliwości – w końcu to powieściowy debiut poetki, dziennikarki, fotografki, a wiadomo, że nie każdy w każdej dziedzinie się sprawdza. Po lekturze, mogę stwierdzić, że kredyt zaufania nie został  zawiedziony.


Budzenie drzew
to minimalistyczna powieść, licząca zaledwie 141 stron, złożona z krótkich rozdziałów (obejmujących maksymalnie 7 stron, przeważnie 2-3), jednak napisana w taki sposób, że nie trzeba nadmiernie mnożyć słów, by przedstawione w niej  obrazy zapadły czytelnikom w pamięć i poruszyły własne wspomnienia. Joanna Domańska oszczędnie i umiejętnie operuje słowem, na pewno wpływ ma na to poetycki warsztat. Nie jest to jednak powieść, w której dominują poetyckie metafory i opisy, tu przeważają konkrety – po prostu proza życia.

Główna bohaterka, a zarazem narratorka, powraca do swoich korzeni. Po wielu latach przyjeżdża na wieś, do babki, która ją wychowała, bo jej matka wyjechała za granicę i ograniczyła kontakt do sporadycznych, zdawkowych telefonów. Wspomina sceny z dzieciństwa, snuje historie z tamtych czasów, przygląda się, co po nich zostało, co się zmieniło. Słucha opowieści wiekowej już babki. Zdaje się, że chce w jakiś sposób rozliczyć się z przeszłością, poukładać i zamknąć pewne sprawy, zwłaszcza, że historia zatoczyła koło – sama wkrótce urodzi córkę.
(...)
Całość mojej recenzji pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2021/04/szpieg-w-ksiegarni-budzenie-drzew-joanna-domanska-recenzja/

wtorek, 5 maja 2020

"Taśmy rodzinne" Maciej Marcisz

Wydawnictwo W. A. B 2019

Nadrabiam zaległości w notatkach
To jedna z pierwszych książek, jakie dorwałam w EmpikGo, jeszcze w połowie marca.... Utknęłam, porzuciłam, wreszcie skończyłam.
Okładka super. Na niej mogłam poprzestać. O fabule nie chce mi się pisać (są dokładne opisy na LC) ogólnie - o toksycznej rodzinie, przemocy, pieniądzach, biznesach, czasach transformacji lat 90. O trzydziestolatku, który ma kłopoty i długi, liczy na kasę od ojca, a tu zonk! Próbuje coś zdziałać wracając do rodzinnego domu, poznajemy całą historię rodziny, jej "taśmy". Zakończenie - banalne i jakby "przyszyte" na siłę.
Achów i ochów co niemiara nad tą powieścią, niezadowolone głosy są w mniejszości. Ja dopisuję się do tych drugich. Może to jest udany debiut, świetna proza, ważny temat itp,itd a ja się na tym nie poznałam. Zupełnie nic mi ta powieść nie "zrobiła" - nie zachwyciła, nie zaskoczyła, nie zdenerwowała, no nic! Zero emocji.
Jest w niej jakaś szczerość, autentyczność scen, obrazki z życia jakie znamy z obserwacji, wspomnień, z doświadczenia.... Całość jednak nie robi większego wrażenia, także pod względem literackim.
Dla mnie to powieść mocno przeciętna, wręcz nijaka.
Przeważnie zawsze znajdzie się jakaś postać, którą czytelnik darzy sympatią, choćby to miał być pies sąsiada wstępujący w epizodzie. Tu nikt - w moim odczuciu - nie był sympatyczny. Chociaż wiem, że wcale nie chodzi o to, by lubić bohaterów, dziwnie jednak tak zupełnie być wobec nich obojętnym.
Już wolę kryminały poczytać chyba

sobota, 21 marca 2020

"Żywopłoty" Maria Karpińska

wydawnictwo W. A. B
audiobook - Biblioteka Akustyczna

Wysłuchałam korzystając z dwumiesięcznego darmowego dostępu w aplikacj EmpikGo.

Bardzo dobrze napisane, dobrze opowiedziane. Zaskakująco dojrzałe.
Opowiadania o życiu i śmierci, codzienności, zwyczajności, przemijaniu, samotności. Dość smutne, ale nie przygnębiające, raczej refleksyjne. Z nutą takiej , jak to nazwać..., "dziwaczności"? Ale nic tu surrealistyczego, bardziej ekscentryczność.
Bohaterem, narratorem każdego z nich jest mężczyzna w różnym etapie życia (np 30, 40, 50...latek). Uważny obserwator, wrażliwy. Na dobrą sprawę trudno stwierdzić, czy to nadal ten sam bohater. Ale tu nie o to chodi, bo wymowa jest dość uniwersalna. Każdy z rozdziałów może być osobnym tekstem, ale też stanowią spójną całość.
Słuchałam z uwagą, zaciekawieniem, satysfakcją, ale jednak to nie są do końca moje "klimaty".
Czyta Henryk Simon. Głos przypominał nieco Malajkata. Jako żyję, nie kojarzę gościa. Sprawdziłam - młody aktor, gra m.in w serialu "Pierwsza miłość" ( nie łoglundam, to i nie znam). Brzmi nieźle.
I tylko taki "zonk" , aż przewijałam nagranie, czy ja czasem nie przysnęłam, ale nie... Na końcu jest "Dziękujemy za wysłuchanie książki Marii Sokołowskiej"

sobota, 7 marca 2020

"Pustostany" D. Kotas

O debiucie Doroty Kotas  można powiedzieć: “słowotok” o wszystkim i o niczym.  Ale jakie to “nic” jest ważne! Autorka, niewątpliwie obdarzona świetnym zmysłem obserwacji i umiejętnością budowania klimatu opowieści,  w pierwszoosobowej narracji opowiada o rzeczach zwykłych i banalnych, ale w życiu nieodzownych. Proza codzienności okraszona surrealizmem. Specyficzna, niszowa, zachwycająca.
 

cała recenzja:
http://zycieipasje.net/2020/03/04/szpieg-w-ksiegarni-pustostany-dorota-kotas-recenzja/

Niebieska Studnia 2020

 

niedziela, 14 października 2018

Off -Off, Ewa Skunart

Czasami intuicja podpowie mi jakąś dziwną, ale fajną książeczkę ;-)
Na przykład taką


(...)

Nieczęsto zdarza się, żeby opis na okładce  tak dobrze oddawał charakter książki, a tym razem jest w punkt: owszem, ta opowieść jest przewrotna, groteskowa, zabawna. Ponadto niebanalna, zaskakująca, krytyczna, gorzka, ale jakże prawdziwa. Oparta na wnikliwych obserwacjach i doświadczeniach, stanowi ważny głos w dyskusji o osobach wykluczonych, innych, o statusie i prawach kobiet.
Ewa Skunart sprytnie i sprawnie porusza się między realizmem a absurdem, pisze z ironią, humorem, inteligentnie, soczyście i smacznie. Potrafi "rzeźbić" w słowie i przykuć uwagę czytelnika do danej historii, nawet jeśli pozornie panuje w niej chaos.
(...)

Całość mojej recenzji znajdziecie tutaj:

http://www.polscyautorzy.pl/index.php/pl/recenzje/1034-off-off-ewa-skunart-novae-res

niedziela, 7 lipca 2013

Niekompatybilność z Terminalem


Wielce uradował mnie fakt, iż w zasobach lokalnej biblioteki znajduje się wznowiony w 2012 r. nakładem Wielkiej Litery "Terminal" (1994) Marka Bieńczyka, laureata Nagrody Literackiej Nike w 2012 roku za "Książkę twarzy". Ten tytuł od dawna miałam na uwadze, chciałam w ogóle poznać cokolwiek pióra tego autora, więc bez wahania, po długiej przerwie w korzystaniu z tej instytucji, wypożyczyłam tę powieść. Niestety, sama lektura radości mi nie przysporzyła, natomiast przyniosła znużenie, irytację i stan bliski rezygnacji z dalszego zapoznawania się z treścią.

"Terminal" to opowiedziana w nietypowy sposób (rodzaj gawędy, opowieści snutej jakby "na żywo" przed odbiorcami,  pełnej zwrotów do czytelnika) "historia jednej znajomości"- romans dwojga stypendystów w Paryżu. Wydarzenia ustępują tu pola gestom, uczuciom, wyobrażeniom oraz skojarzeniom i odniesieniom różnego typu. Mnóstwo tu literackich i filozoficznych nawiązań, cytatów, kryptocytatów, aluzji. Mamy nawet fragment "Nieśmiertelności" M. Kundery - zwanego w tekście Dużym Pisarzem (jestem z siebie dumna, że rozpoznałam). Bywa ironicznie, lirycznie, poetycko, intelektualnie, mocno intertekstualnie i  metaforycznie. Metaforycznie aż do przesady, aż do mdłości. Niejednokrotnie w trakcie żmudnej lektury przekładałam uszami, ale w momencie, gdy trafiłam na określenie "w totolotku ostryg wylosował zły numer" (odnośnie zatrucia pokarmowego ostrygami) - miałam ochotę dokonać defenestracji. Egzemplarz biblioteczny - zatem się uchował, choć perspektywa  dalszego czytania zawisła na włosku. Dobrnęłam do końca, ale nad niektórymi akapitami prześlizgiwałam się wzrokiem. Zwiewna bluzeczka na okładce nie odnosi się wprost proporcjonalnie do ciężaru tej lektury.

Bardzo lubię książki, w których ważna jest forma, narracja dominuje nad fabułą, pojawia się autotematyczność oraz intertekstualność, autor bawi się konwencją, kombinuje, puszcza oko do czytelnika... Cenię polską literaturę współczesną, eksperymenty literackie, z ochotą sięgam po publikacje nominowane do Nike tudzież innych nagród. Nie stronię od prozy ambitnej, trudnej, wymagającej od czytelnika uwagi i "złapania" zasad gry, jakie ustalił dany twórca. Wykazuję jednak wyraźną niekompatybilność z "Terminalem". 
Nie przyswajam maniery Bieńczyka, nie wchodzi mi jego fraza, nie nadążam za jego tokiem myśli i skojarzeń. Drażni mnie iście barokowe nagromadzenie metafor. Owszem, niektóre są ciekawe i zaskakujące, ale w takim natłoku giną w otchłani niepamięci, za dużo ich. Nie wczułam się w to wszystko. Zbyt duża dawka postmodernizmu chyba mi nie służy. Nie każdy jest wszak "zwolennikiem lektury uciążliwej" (s. 197)
Pod koniec znalazłam fragment doskonale ilustrujący charakter tej powieści:
" - Będziesz pisał? - rzuciła z uśmiechem.
- Nie wiem - odpowiedziałem w zadumie - recenzyjkę, tłumaczonko, podanie.
- Opowieść środkowoeuropejską? - uśmiechała się dalej.
- Nie wiem. Może - odpowiedziałem cichnąco.
- Wolna amerykanka, wszystko można, romans, esej, kicz rymowany i bez rymów, narracja na bieżąco, trzy po trzy i podstawianie luster, trochę byle jak, pół żartem, pół nudno?
- Nie wiem. Może - szepnąłem z rozpaczą."
(s. 222)
I taki właśnie jest "Terminal" -wszystko można, na bieżąco, trzy po trzy, pół na pół.
Czytać?
Nie wiem. Może.

piątek, 16 listopada 2012

Ale "Szopka"!

 Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie! 
(M. Gogol) 

Tu tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Gorzki i przerażająco prawdziwy jest obraz rodziny  przedstawiony w debiutanckiej książce Zośki Papużanki, krakowianki z teatrologicznym wykształceniem, doktorantki literaturoznawstwa, autorki tekstów kabaretowych.

Moją uwagę zwróciła ta powieść jeszcze na etapie zapowiedzi - w ulotce promującej serię 'nowa proza polska' Szara okładka z sugestywną kobiecą twarzą (jak widać plany graficzne uległy zmianie) oraz  rekomendacja Leszka Bugajskiego  wzbudziły moją ciekawość. Potem przypadkiem usłyszałam fragment tekstu czytany w radiowej Trójce.  Do tego przeczytałam recenzję sugerującą gombrowiczowskie tropy. Ciągnęło mnie do "Szopki". Nic więc dziwnego, że gdy wygrałam tę książkę w blogowym konkursie nieomal skakałam z radości.

Do "Szopki" hej, czytelnicy,  do "Szopki", bo tam cud... Tak żartobliwie tylko kolędę trawestuję, bo tematycznie to żadna rewelacja. Sceptycy wzruszą ramionami, mało to bowiem portretów kilkapokoleniowej rodziny w literaturze, mało opisów problemów w relacjach międzyludzkich, konfliktów, dramatów istnienia? Na pęczki. Tu jednak nie o treść  tylko, a o formę chodzi. O język. O narrację. O sposób budowania i prezentowania postaci. Nie bez powodu debiut Papużanki ukazał się w serii "nowa proza polska", bo odbiega od klasycznego, tradycyjnego dyskursu powieści.

Autorka operuje narracją przesuwając punkt ciężkości coraz to do innych bohaterów, oddaje im głos, a przy tym nie pozwala czytelnikowi przywyknąć do tymczasowej choćby chronologii. Nie wiadomo, czy na następnej stronie będzie relacja wnuczki, czy wspomnienia dziadka z okresu wojny, czy scena z czasów, gdy ów jegomość jeszcze tylko funkcję męża i ojca, albo nie-ojca pełnił, czy może z perspektywy innego członka rodziny zobaczymy kawałek powieściowej rzeczywistości. "I nigdy nie będzie jasne, kto jest narratorem, kto postacią, kto tłem, kto bohaterem, czyje są słowa, które się piszą." (s.5) "Szopka" jest nieprzewidywalna.

Brawa należą się Papużance za znakomity słuch językowy i ciekawe pomysły. Za oddanie słowem pisanym wrzasków, słowotoków, myślocieków, wielogłosowego jazgotu (np. na imieninach). Gromkie oklaski za nieprzypadkowe użycie pozornie przypadkowych wielkich liter wyrazów w monologu matki ścierającej ze ściany brzydki napis. Za wypowiedź karpi wigilijnych. Za szopkę metaforyczną i dosłowną (krakowska, konkursowa - z witrażami i złotą kopułą z chochelki oraz  sklecona z desek w ogródku przez dzieci na wakacjach). Z mojej strony zaś szczególne standing ovation za scenę telefonicznego zaproszenia na celebrację sznycli. 

W hucznych rekomendacjach "Szopki" pojawiają się w ramach kontekstu nazwiska Zapolskiej i Kuczoka. Owszem, jest tu pewna dulszczyzna, kołtuństwo, a  jeden z bohaterów, mąż- "stary", później stający się dziadkiem  (Czy właściwie padło w powieści jego imię- zastanawiam się) przypomina Felicjana Dulskiego, milczącego pantoflarza, umykającego cichaczem z hałaśliwego terytorium, gdzie panuje niepodzielnie żona, herod- baba. (Herod- do szopki pasuje jak znalazł ;-)) Powiązań z prozą Kuczoka nie znajduję, tyle że w "Gnoju" też antyrodzina była pokazana. Bliższych skojarzeń nie mam. Natomiast dostrzegłam podobieństwo do stylu  D.Masłowskiej i G. Bełzy, ale zaznaczam, iż to nie wtórność.

Bardzo mi się podobało. Zastanawiam się tylko, czy po generalnie świetnie przyjętym debiucie autorka skusi się na "popełnienie" (ech, jak ja nie znoszę tego wyrażenia) kolejnych książek. A jeśli tak, to czy w podobnej konwencji językowej i narracyjnej? Sama nie wiem, czy chciałabym czytać "Szopkę" bis.


Zośka Papużanka, Szopka, Świat Książki 2012



wtorek, 25 września 2012

Speleolog w literackiej jaskini

W.A.B. premiera - październik 2012
Już wkrótce ukaże się nowa książka autora "Gnoju" i "Senności". Na spotkaniu z czytelnikami Wojciech Kuczok prezentował slajdy ze swoich speleologicznych wypraw i czytał fragmenty pochodzące z "Poza światłem" - świadczące o ogromnej wrażliwości i uważnej obserwacji świata miniatury, refleksje, zapiski podróżnika, odkrywcy.(Trzeba bowiem wiedzieć, iż laureat Nagrody Nike nie tylko sprawnie włada piórem, ale i z powodzeniem eksploruje podziemne korytarze - ma na swoim koncie kilka odkrytych jaskiń).
Był czas na pytania publiczności i odpowiedzi pisarza, a na koniec - światowa premiera - odczytanie roboczej wersji opowiadania, które wejdzie w skład kolejnej publikacji. To będzie coś innego, niż znamy do tej pory w wykonaniu Kuczoka. Jak wypadnie całość - to się okaże, ale sądzę, że może być ciekawie, przynajmniej tak mi się zdaje po wysłuchaniu próbki tekstu.
Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu autorskim. Pozostaję pod wielkim wrażeniem osoby pana Wojciecha- człowieka wielce skromnego, mądrego, mającego wiele pasji (góry, jaskinie, sport, film, literatura...), trochę niedzisiejszego, ale w pozytywnym znaczeniu - nie lansującego się za wszelką cenę.
Kropla drąży skałę, pisarz rzeźbi w języku. Narastają stalaktyty słów i stalagmity znaczeń, gdzieniegdzie pokrywa je warstwa ironii. Jaskinia literatury współczesnej bywa mroczna, trudna do przejścia,  Kuczok wyznacza w niej szlak, którego warto się trzymać.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Książeczka z pazurkami -"Casting na diabła" Grażyna Bełza

G. Bełza, Casting na diabła, Wyd. Czarny Koń 2006.
 Bywają opasłe tomiszcza, które w czytaniu idą jak burza, ani się obejrzymy, a już żegna nas ostatnia kartka; są też takie chudziny, niewiele ponad sto stron liczące, które nie dają się wcale tak łatwo pochłonąć. Nie pozwalają się czytać w przelocie, ani za jednym zamachem. Brniemy przez nie jak przez zaspy, mozolnie podnosząc kolana, jednocześnie nie mogąc wyjść z zachwytu, ile śniegu napadało i jak pięknie dookoła... Słowo za słowem, zdanie po zdaniu. Niespiesznie, czasem nawet powracając w to samo miejsce i od nowa. Słowo do słowa, frazami jak saniami suniemy przez fikcję i życie, w zachwycie i niedosycie, niekiedy podskakując na wybojach wrażeń.

Skończyłam czytać, a ta niewielka książeczka z czerwoną sukienką na okładce, wczepiła mi się pazurkami we włosy i mruczy nad uchem. Niełatwo nam będzie się rozstać. Z naostrzonym ołóweczkiem wyruszę znów na literacką wędrówkę. Nie fabułą, a narracją utwór ten przemawia, impresyjnym słowotokiem wbija się w myśli. Poetycko, ale zarazem swojsko, przyjacielsko snuje się jak babie lato. Zaskakuje skojarzeniami, metaforami, ujmuje wrażliwością, której autorce nie brakuje, podobnie jak wyobraźni  i słuchu językowego. 
 
Nieprzypadkowo przychodzi do głowy porównanie z twórczością Doroty Masłowskiej, pewna fascynacja nią zostaje wspomniana  w tekście (s. 83). To zresztą widać po stylu. Tylko nie krzywić mi tu ryjków, bo to korzystna inspiracja, a Bełza mimo wszystko pisze inaczej, bogatsza w inne doświadczenia ( jakby nie było różnica pokolenia), moim zdaniem lepiej niż autorka "Wojny polsko-ruskiej" rzeźbi słowa w literacką formę.

O czym jest "Casting na diabła"? O eliminacjach do piekielnego "tapmadel"? O selekcji kandydatów do roli rogatego kolędnika? Jasne, że nie. Jest o tym,  o czym traktuje większość piosenek - o miłości. Także o samotności. O szukaniu drugiej połówki. O byciu na przekór światu O tym, że czasem się zdarza, by "hollywoodzki scenariusz przyjął się w naszej glebie klasy szóstej". O tym, jak "szurnięta poetka z miasta Warszawa" poznała via internet amerykańskiego pisarza s-f i co z tego wynikło.... O czerwonych sweterkach i piżamkach w misie... I o ulicy Puławskiej, z którą bohaterka nie jest po imieniu, ale wygląda na Beatę... i o ukochanych parkach... O listopadach i wiosnach...O życiu, tylko niekonwencjonalnie.

Niby nic nowego pod słońcem. Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach. Strach przed lataniem i głód doświadczeń. Samotność w sieci. Lepszy model. Pod piórem Grażyny Bełzy wszystko zgrabnie splotło się w nieco poetycką, ale realną skądinąd opowieść. Pełną refleksji, momentami depresyjną, ale też kwitnącą humorem i radością. Ze słowami Z. Herberta na zakończenie.

Nie wnikam, czy i na ile, Grażyna,"chroniczna marzycielka"- główna bohaterka, stanowi alter ego autorki. Chyba każda fikcyjna historia ma swoje korzenie w życiu, nawet jeśli ten korzonek stanowi tak naprawdę tylko cieniutka niteczka, drobny rys, którego użycza się kreowanym postaciom. A postaci pięknie i żywo wykreowane, kredą narysowane, czerwoną farbą zaznaczone, śladami literek opisane.

Moim zdaniem ta książka z powodzeniem mogłaby być wydana w serii "z miotłą", znakomicie wpisuje się w ten profil literatury ("dobra proza pisana przez kobiety, nie tylko o kobietach i nie tylko dla kobiet").

"Casting na diabła"  zaskoczył mnie pozytywnie, nastroił dziwnie, stąd ten zwichrowany charakter mojej wypowiedzi. The end.

Na deser kilka fragmentów na spróbowanie:

Fragment 3 (z dedykacją dla Mag przepisany):
" - Sweetheart, kupię ci odtwarzacz do empetrzy. Będziesz sobie mogła tego swojego Brel'a w czasie spacerów słuchać. I kogo jeszcze?
- Grabaża.
- A jaki to rodzaj muzyki?
- Kardiologiczny.
- Kardiologiczny?
Bo ma skierowanie prosto do mojego serca." 
(s.72)
 

środa, 27 czerwca 2012

"Melancholii, czyli poszukiwanie ciemnego świata"

Ostatnio wieczorami, a raczej już nocą, podczytywałam pewien utwór w formie e-booka. Miałam właściwie odłożyć czytanie go na późniejszy termin, ale nieopatrznie otworzyłam plik i....wsiąkłam.  Efekt był taki, że potem bałam się  poruszać po mieszkaniu, a nawet odwrócić, bo wydawało mi  się, że ktoś mnie obserwuje...Ze stron książki wieje bowiem grozą i tajemnicą. Ciekawe tylko, czy nie zwieje czytelnik nieprzepadający za paranormalnymi, mrocznymi i dziwnymi historiami, a taką właśnie zaserwował nam Andrzej Paczkowski, z którym wywiad można przeczytać tutaj.

Bohater, a zarazem narrator, Tomasz wskutek traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa obsesyjnie lęka się śmierci, nie chce się pogodzić z przemijaniem i pragnie zachować wieczną młodość. Odcina się od rówieśników, ucieka w świat książek. Na własne życzenie staje się odludkiem, jedyna silna relacja wiąże go z matką, która go samotnie wychowywała. Od pewnego czasu nęka chłopca dziwny sen, a na jawie prześladuje go tajemnicza postać. Tomek postanawia poznać to, co niezbadane, odkryć tajemnice niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Fascynują go demony, rozpoczyna poszukiwania wampira. Jeszcze nie wie, że dostał się w krąg działania pewnych mocy. W swych poszukiwaniach młodzieniec udaje się do Krakowa, gdzie wuj mnich umożliwia mu dostęp do klasztornej biblioteki skrytej w podziemiach. Przypadkiem ujrzany portret naprowadza Tomka na pewien trop związany z założycielem zakonu, Montelupim. I tu dopiero zaczyna się dziać... Dziwne, niewytłumaczalne zdarzenia, pełne grozy chwile, mrożące krew w żyłach sytuacje. Pojawia się wątek cygański, alternatywna wersja stworzenia świata, zbrodnia, motyw wędrówki poza życiem oraz metafizyka, nadprzyrodzone, trudne do pojęcia postaci. Jest też miłość, dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości, wtajemniczenie, czyli tematy z kręgu  tzw.literatury inicjacyjnej. Realizm splata się z fantastyką,  a ukazany świat jest  mimo wszystko dość ciemny, tak jak to zaznaczone w podtytule.

Mam trudny orzech do zgryzienia, albowiem ciężko mi się odnaleźć w tematyce zaproponowanej przez A. Paczkowskiego. O ile cała "demonologia", włącznie z wampirami, jest mi obca, to postać głównego bohatera dosyć mnie zainteresowała, choć nie uwolniłam się też od irytacji w odniesieniu do jego postawy (gardzenie innymi, alienacja, wywyższanie się). Fabuła, przyznam, ciekawa. Wspomnienia dotyczące dzieciństwa i obsesji śmierci wydają mi się najbardziej zajmujące. Zwróciłam także uwagę na cytaty stanowiące motto utworu (Myśliwski, Cioran).

Powieść "Melancholii, czyli poszukiwanie ciemnego świata" czytałam w wersji przed korektą, zatem powinnam spuścić zasłonę milczenia na pewne kwestie. Powiem tylko, że korekta jest konieczna, bo tekst zgrzyta, a autor nie powinien skazywać czytelnika na zgrzytanie zębami.  

Pozwolę sobie przy okazji na  dygresję. W moim wyobrażeniu osoba pisząca, pretendująca do wydawania swoich utworów, cyzeluje każde zdanie, waży słowa, dopieszcza i wygładza tekst, szlifując go jak jubiler drogie kamienie. Czyta po raz wtóry, a nawet po wielokroć kolejne akapity niwelując nierówności i tropiąc chochliki. Zdaję sobie sprawę, że w roztargnieniu, przez pomyłkę, przez nieuwagę, czy jeszcze z innych przyczyn, mogą spod pióra (klawiatury) wyjść różne "kwiatki", jednak  zadaniem autora, który winien być dla siebie najsurowszym sędzią, jest poprawienie tekstu. Owszem, korektor zadba o ortografię, interpunkcję i gramatykę, ale czy ma prawo ingerować w słownictwo? Czy ma prawo zmieniać słowa i zwroty użyte przez twórcę danego dzieła? Zastanawia mnie ta kwestia. Czasem bowiem mam wrażenie, że piszący nie czytają tego, co napisali. Gdy bowiem  czytam, że "z wieży kościoła Mariackiego rozległ się hymn" to już wiem, iż ta książka u mnie nie zajmie "poczytnego miejsca na półce".

sobota, 26 maja 2012

Z dystansem o "Transie"

M. Gretkowska, Trans, Świat Książki 2011, s. 288.

Twórczość Manueli Gretkowskiej jest specyficzna i nie każdemu odpowiada. To chyba pisarka z rodzaju tych twórców, których albo się lubi, albo nie. Ja akurat lubię. Jednakowoż zaczynam utwierdzać się we wniosku, że wolę jej dawniejsze książki niż nowości, a pod względem gatunkowym - felietony i zapiski dziennikowe niż powieści. "Trans" podobał mi się średnio, momentami bardziej, momentami mniej lub wcale. Zdążyłam się przyzwyczaić do stylu  tej autorki, więc nic mnie nie dziwiło, nie szokowało, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Wrażliwszym odradzam jedzenie przy lekturze tej książki. Bywa niesmacznie, wulgarnie, obrazoburczo, prowokacyjnie.

U Gretkowskiej filozofia miesza się z fizjologią, antropologia z autobiografią, a wszystko to w sosie literackiej kreacji."Powieść jest literackim kundlem, mieszańcem fantazji, eseju i realu" - mówi pisarka w wywiadzie da VIVY! W tej samej rozmowie stwierdza, iż "Trans" zaskoczył ją tym, jak mocno ta historia była w niej i jak dobrze ilustruje żeńsko - męskie dramaty: "Z osobistego punktu widzenia jest zdystansowaną upływem czasu bolesną wiwisekcją. W pisarskiej perspektywie to relacja na gorąco z miłosnego transu, w którym traci się kontakt z rzeczywistością. Bo toksyczna miłość, czy raczej pseudomiłość, odurza jak narkotyk i uzależnia".

"Trans" to powieść o toksycznych uczuciach i zależnościach, emigracyjnych doświadczeniach bohaterki, o jej perypetiach z mężczyznami, z pracą i ogólnie z życiem, o genezie scenariusza filmu "Szamanka" (nie oglądałam, nie zamierzam). Sporo tu kluczy do autentycznych postaci i zdarzeń, ale nie można zapominać, że mimo wszystko to jest fikcja literacka.

Na pierwsze spotkanie z prozą Gretkowskiej raczej odradzam, lepiej zacząć od debiutanckiego utworu "My zdjes' emigranty" chociażby. Stałym czytelnikom Manueli tej książki polecać nie trzeba, bo sięgną, nawet jeśli tylko z przyzwyczajenia. Zresztą- pewnie  większość już czytała, a teraz mierzy się z kolejną powieścią pt. "Agent". Ja też jestem jej ciekawa, a mam jeszcze do nadrobienia poprzednią - "Miłość po polsku". Wtedy będę mogła je porównać, póki co - wolę "Kobietę i mężczyzn", o których pisałam tutaj.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Demony Goi według Dehnela

J. Dehnel, Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya, W. A.B. 2011.









 "Nawet solniczka, jeśli ją odpowiednio narysować,
wydaje się przerażona światem."*

Historia sztuki to zarazem historia człowieka. Z ciekawością zerkamy wstecz,  za sprawą różnych form przekazu (książka, album,  film) podpatrujemy pracę przy sztalugach czy kamiennej bryle, zaglądamy na drugą stronę płótna lub za obelisk, by poznać dzieje życia jego twórcy i genezę dzieła. Nawet jeśli w znacznej mierze miałaby to być fikcja literacka bądź filmowa.

Malarstwem interesuję  się od dawna, nie posiadam co prawda żadnych płócien na ścianach i daleka jestem od stwierdzenia, że się na tym znam, ale swego czasu miałam okazje bywać na kilku wystawach i kupowałam pismo z serii "Wielcy Malarze" (żałuję wręcz, że nie zgromadziłam więcej numerów). Lubię książki, filmy traktujące o malarzach i ich dziełach, lub takie "dookoła sztuki". Bardzo podobała mi się powieść "Córka Rembrandta" - choć historia fikcyjna, to ciekawie sylwetkę holenderskiego artysty. Miło wspominam filmową adaptację "Dziewczyny z perłą" (książki nie czytałam) i "Raj odnaleziony" - film o Paulu Gauguin.  Mając  ciągoty ku historii sztuki i literaturze o tej tematyce, chętnie zagłębiłam się w "Saturnie", który przybliża czasy hiszpańskiego malarza Francisco Goi i poniekąd zachęca do zapoznania się z jego twórczością lub pogłębienia jej znajomości

Jacka Dehnela chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Artysta pełną gębą - poeta, prozaik, tłumacz i malarz. Laureat Paszportu Polityki i Nagrody Kościelskich, nominowany do Nike. Niezwykle obiecujący twórca młodego pokolenia, zasłużenie utytułowany Ambasadorem Polszczyzny. Jego "Lala", jedna z pierwszych lektur w moim DKK, bardzo mi się podobała, i choć "Balzakiana" już mniej przypadły mi do gustu  (próbowałam, nie szło, oddałam), to cenię pisarza za erudycję, pewien klimat prozy  i walory językowe.

Inspiracją do napisania "Saturna", o czym autor wspomina w posłowiu, była praca profesora J. J. Junquery, który zauważył, że słynny cykl fresków (tzw." Czarne obrazy") Francisca Goi został namalowany prawdopodobnie przez....kogoś innego. Przypuszczalnie mógł to być syn artysty, Javier. O tajemniczym potomku niewiele wiadomo. Czyż trzeba lepszej pożywki dla fikcji literackiej? Kulisy powstania  wiekopomnego dzieła Goi stały się dla Dehnela, któremu wszak malarstwo nieobce, tematem na książkę.

Powieść prowadzona jest wielogłosowo, historia rozpisana została na partie ojca, syna, a potem też wnuka z rodu Goya. Przedstawiają oni w monologach te same zdarzenia, ale różny punkt widzenia, odsłaniając, jak różne były ich charaktery, poglądy  i style życia. Między Francisco, Javierem i Mariano toczy się gra, nawet można by rzec walka, będąca z jednej strony wyrazem nieuniknionego konfliktu pokoleń,  uwarunkowana odmiennością, różnicą w sposobach bycia, a z drugiej- wynikająca z trudnych relacji rodzinnych opartych na niezrozumieniu, dominacji i uległości. Rządzi nimi zazdrość, chęć bycia tym najważniejszym samcem w stadzie, pragnienie chwały i mania wielkości. Panowie Goya nie są przyjaciółmi. Francisco uważa introwertycznego syna za tłustego nieudacznika ( furorę dla mnie zrobiło słowo "okląchły"), ten z kolei chce się odsunąć od "starego głuchego borsuka", który wiedzie rozpustny żywot. Mariano zaś cieszy się względami dziadka, do którego jest bardziej podobny.  Javiera nie interesuje to, co jego ojca ( towarzystwo, polowania, kobiety,  pełny dzban, uciechy i różne okropności), ale pewnego dnia i ten dziwak, samotnik chwyta za pędzel.... 

Kluczem do tego, co zdarzyło się między Franciscco, Javierem i Mariano jest cykl fresków namalowanych na ścianach Domu Głuchego pod Madrytem, monumentalne dzieło, które skrywa w sobie tajemnicę. Bohaterami opowieści są mężczyźni z rodu Goya, ale bardzo ważne, choć nieco w tle są postacie kobiet: dobroduszna Pepa, łagodna Gumersinda. frywolna Leokadia. Bez nich nie byłoby tylu emocji. Do rangi bohatera urastają też obrazy. Nie tylko te, o których mowa w akcji powieści. W książce umieszczono reprodukcje (niestety dość niewyraźne) dzieł Goi. Na ich podstawie autor snuje refleksje, tu mamy do czynienia z dość poetyckimi, nieco wydumanymi opisami, jakże różniącymi się stylem od monologów bohaterów, których  styl określiłabym jako rubaszny i gawędziarski. Te fragmenty były może nie tyle mniej ciekawe, co inne, stanowiące jakby przerywnik, odpoczynek dla czytelnika od głównego wątku. Całość jednak wydała mi się bardzo spójna.  

Było śmieszno i straszno, jasno i mrocznie. Piękno i ohyda, miłość i śmierć. Tajemnice i zaskoczenie. Podobało mi się, smakowało mi to literackie danie. To książka z  gatunku tych, po których pozostaje coś więcej niż tylko dobre wrażenie, poczucie dobrze spędzonego czasu, wartościowego poznania. Seria "Archipelagi" Wydawnictwa W.A.B od lat już prezentuje ambitną, ciekawą, wartościową prozę rodzimych autorów. Książki Dehnela wydane w jej ramach potwierdzają tę regułę.

*J. Dehnel, Saturn... s. 101.

poniedziałek, 30 maja 2011

Katharsis futurum, Patryk Omen

Patryk Omen, Katharsis futurum, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2011.

Gdyby przyszłość miała wyglądać tak, jak w powieści Patryka Omena, to wolałabym chyba, żeby koniec świata był w zeszłą sobotę. Z jednej strony super technologia: czytniki, do których wystarczy przyłożyć palec, by mieć wszelkie dane, samochody z inteligentnym autopilotem zasilane elektrycznością, monitoring, multimedialne panoramy w oknach, roboty... Z drugiej zaś ogromna przestępczość, morderstwa, agresja, okrucieństwo, brak wartości, brak skrupułów, kryzys rodziny... Zdecydowanie przerażająca to wizja. Umieściłabym nawet na okładce napis: „Uwaga! Zawiera drastyczne sceny!”

Nie przypuszczałam, że sięgnę po thriller science – fiction: nie moja półka. Przeczytałam „Katharsis futurum” poniekąd przez przypadek, ale jestem zadowolona, ze mogłam poznać ten tekst. To coś zupełnie innego niż zazwyczaj czytam, choć sięgam po różnorodne pozycje. Na początku miałam obawy. Już pierwsza strona trochę mnie odrzuciła: wulgaryzmy. To nie jest język, jakiego chcę w literaturze. Jednak nadaje to pewnej realności i należy do świata wykreowanego przez autora: tak wygląda powszednia mowa bohaterów. Być może to ostrzeżenie, do czego może dojść, gdy dziś nie zadbamy o czystość i poprawność naszego języka. Oprócz przekleństw mamy anglojęzyczne wtręty – również należące do codzienności. Z myślą o tych czytelnikach, którzy nie znają angielskiego (nie mówię o sobie, ale są i tacy) mogłyby być przypisy z tłumaczeniem. Powieść opatrzona jest mottem- definicją „katharsis”. Dobrze, może nie każdy pamięta znaczenie tego pojęcia ze szkoły, ale czy Wikipedia jako źródło jest w pełni wiarygodna? Może się czepiam, może to znak nowych czasów, ale ja tam wolę tradycyjne encyklopedie i słowniki. 

Początkowo zdegustowana i znużona – zaczytałam się. Nie będę streszczać fabuły, zresztą nota na okładce daje pewien obraz, o czym ta książka jest.*
Wciągnęła mnie, zakończenie zaskoczyło. Przyzwyczailiśmy się, że obserwujemy najczęściej przebieg śledztwa, tu zaś śledzimy zabiegi, konieczne by ustalić, czy w ogóle będzie prowadzone śledztwo. Na paranoję zakrawa fakt, że według nowego prawa, ofiara (także zamordowana) musi zgłosić przestępstwo. Służą do tego specjalne znaczniki, które musi wyszukać sekcja rozpoznania. Funkcjonariusze nie mają jednak łatwo, przestępcy skutecznie zacierają ślady. Główny bohater Kamil Koc, rzetelny i uczciwy inspektor policji, okazuje się, że kryształowy nie był. A tak się dobrze zapowiadał... W ogóle wszystkie postacie były jakieś „nieludzkie”, wynaturzone. Skumulowało się w nich całe zło tkwiące w społeczeństwie. Mam wrażenie, że tę wizję przyszłości autor celowo tak pokazał. Ku przestrodze?
Tytułowe katharsis - oczyszczenie- pokazane jest tu przewrotnie, nie prowadzi bowiem do niczego dobrego. Uwolnić cierpienie, odreagować zablokowane napięcie, stłumione emocje... ale za jaką cenę?

Czy „Katharsis...” powinno dalej wędrować? Myślę, że tak (poznawać bowiem warto), choć wielu osobom może się nie spodobać. To nie jest książka na poprawę humoru, do poduszki, na ukojenie po ciężkim dniu. To bardziej męska proza. Twarda, mroczna i wulgarna. Trzeba przyznać, ze autor ma wyobraźnię i pomysły.

Książkę przeczytałam dzięki akcji „Włóczykijka”


* z okladki:
Nie tak odległa przyszłość - nie tak odległa perspektywa.

Przestępczość w Unii Europejskiej osiąga tak wysoki poziom, iż w ramach oszczędności finansowych Parlament Europejski wprowadza dyrektywę znoszącą pojęcie przestępstwa ściganego z urzędu. Od tego momentu, aby zostało wszczęte postępowanie śledcze, ofiary przestępstwa lub jego świadkowie muszą zgłosić zawiadomienie osobiście. Ofiarom śmiertelnym pozostawiono jednak furtkę dającą możliwość pośmiertnego zgłoszenia zawiadomienia.


Kamil Koc, inspektor krakowskiej sekcji rozpoznania – specjalnego wydziału policji, mającego za zadanie odszukiwanie tego typu zawiadomień – dostaje wezwanie do nietypowej sprawy. Sprawy, która całkowicie odmieni jego życie oraz życie osób biorących w niej udział.


Czy przy niespójnym i niechroniącym obywatela prawie istnieje zbrodnia doskonała? Czym jest prawdziwe katharsis – katharsis jednostki, ogółu i systemu? To tylko dwa z wielu pytań, na które w swojej nowej powieści „Katharsis futurum” szuka odpowiedzi Patryk Omen – autor tego pełnego emocji, akcji i barwnego języka psychologicznego thrillera science-fiction.

czwartek, 10 marca 2011

"Pensjonat" Piotra Pazińskiego, czyli archeologia pamięci

Przyznam, ze dawno nie czytałam tak ładnej prozy. Ładnej, w sensie: literackiej, sugestywnej, poetyckiej, nawet powiedziałbym klasycznej. Czasem mam wrażenie, że literatura współczesna jest zbyt potoczna, a przecież otwierając książkę, chcemy chyba nieco innego języka niż słyszymy  na co dzień. Nie musi to być jednak jakiś szczególnie wyrafinowany dyskurs, można pisać prosto, zroumiale, a ładnie, "odświętnie"....

Laureat Paszportu Polityki 2009  - Piotr Paziński (ur. 1973), filozof, redaktor pisma "Midrasz", autor monografii o "Ulissesie" J. Joyce'a - zadebiutował znakomitą prozą.
Chwali go profesor M. Głowiński: "jest to debiut wybitny, ze wszech miar godny uwagi. Proza przejmująca i niezwykle sugestywna (...)". 
Krytyk literacki J. Sobolewska podkreśla: "Paziński unika patosu, za to sprawnie operuje ironią i humorem. to powiastka filozoficzna o trwaniu, przemijaniu i rozpadzie, a zarazem literacki obrzęd wskrzeszania pamięci."
Tyle z okładki. Teraz czas na moje refleksje.
Bohater- młody mężczyzna - przyjeżdża do pensjonatu, gdzie jako dziecko pewnie co roku spędzał kilka miesięcy z babcią. Jak sam mówi, przyjeżdża "do siebie", "ja jestem stąd". Dom wczasowy to jego korzenie, miejsce szczęśliwego dzieciństwa. Teraz wszystko wygląda inaczej niż dawniej. Ścieżki w ogrodzie wydają się krótsze, a pokoje mniejsze... Przeszłość ożywa w postaci obrazów i głosów. Bohater wspomina dawnych mieszkańców, klimat tamtych dni... Pamięta smak landrynek, którymi częstował go doktor Kahn, łódki z kory, które robił mu pan Leon i model kosmosu układany z patyków, orzechów, jabłek... Słyszy echa dyskusji na tematy religii, filozofii, polityki, jakie snuli panowie Abram i Leon... Pudełko starych pocztówek i zdjęć, przechowywane prze wiele lat przez panią Tecię staje się akceleratorem wspomnień, podobnie rozmowy ze staruszkiem Jakubem i całe otoczenie. Powieść, a raczej dłuższe opowiadanie, dotyka w dużej mierze tematyki żydowskiej, ale generalnie porusza problem przemijania, pamięci, zatrzymywania przeszłości w kadrach wspomnień....
Bohater mówi:
"Zdaje mi się, że wszystko,co tutaj robię, to archeologia pamięci zapadłej w mroku, jak te drzewa i jak resztki drewnianych domów."(s. 73)
"Moja przeszłość tkwi we mnie głęboko, lecz kiedy staram się do niej dotrzeć, natrafiam na wydrążoną pustkę, jakbym urodził się wczoraj, a wszystko, co dawniej się wydarzyło, było tylko gąszczem cienistych obrazów, zetlałych i rozsypanych w drobiny atomów, o których opowiadał pan Leon." (s. 103) 
  Podobał mi się język i nastrój tej książki. Może zbyt mglisty i sentymentalny jak na wyczekiwanie wiosny, ale warto było poznać "Pensjonat".  Gdybym miała pokusić się o porównanie, to wyczułam jakby odrobinę B. Schulza, trochę J. Iwaszkiewicza....
Zapraszam do zagłębienia się w tę "archeologię pamięci", ciekawe materiały na temat tej książki (wywiady, recenzje, fragmenty...) znajdziecie na tej stronie:

Wpadłam na nią przypadkiem, szukając zdjęcia okładki, by wstawić do tego posta. 

P. Paziński, Pensjonat, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2010 (wyd. II)



piątek, 11 lutego 2011

"Kara" Maja Wolny

Do sięgnięcia po tę książkę skłoniła mnie zakładka, którą dodano do jakiejś innej publikacji wydawnictwa Prószyński i S-ka. Oprócz zdjęcia okładki była na niej rekomendacja Olgi Tokarczuk:
"Nadzwyczaj szczery monolog o życiu w obcym kraju, wyobcowaniu i zagubieniu. Poruszające i wrażliwe pisarstwo wysokiej próby."
Ponadto zaintrygował mnie tytuł. Kto i za co został ukarany?
Nic dziwnego, że gdy zobaczyłam "Karę" na bibliotecznej półce, to poczułam, że muszę to przeczytać.
Kim jest autorka?
Otóż Maja Wolny (ur. 1976) to dziennikarka, eseistka, doktor nauk politycznych i europejski menedżer kultury. Studiowała w Krakowie, Warszawie i Brukseli. Pisała dla "Polityki", od 2003 r. kieruje w Belgii Fundacją Post Viadrina, która stanowi miejsce spotkań ludzi i książek z Europy Wschodniej. Napisała książkę o współczesnej nowomowie "Język sukcesu"oraz współtworzyła "Kronikę śmierci przedwczesnej", zbiór esejów o tragicznie zmarłych artystach. Powieść "Kara" jest jej debiutem w tym gatunku.
O czym jest książka?
Wszystkiego nie opowiem, albowiem nie znoszę streszczeń. Uchylę  tylko nieco drzwi....
Karolina w swoje 30-te urodziny jedzie autostradą E 40 z Krakowa do Brukseli, dokonuje bilansu swego dotychczasowego życia. Opowiada burzliwe dzieje swojego teścia, polskiego żołnierza, który po wojnie osiedlił się w Belgii i budował autostrady. Na przemian z tą historią przedstawia losy własnego małżeństwa, które było równie obfite w zawirowania.
W powieści aż kłębi się od uczuć i przeżyć. Mamy tu  miłość, nienawiść, zdradę, samotność, walkę z depresją, poszukiwanie własnej życiowej ścieżki, konfrontację z cieniami tragicznej przeszłości.
Odnosząc się do opinii Tokarczuk, muszę przyznać, że rzeczywiście motyw wyobcowania i zagubienia jest wyraźnie obecny, wręcz uwypuklony. Jan jest profesorem specjalizującym się w migracjach  w Europie. Jego ojciec był emigrantem wojennym, Karolinę życie skłoniło do szukania swego miejsca na ziemi poza ojczyzną, w Belgii szczęścia szukają Igor z Białorusi i Viki z Uzbekistanu. Oprócz tych "realnych" emigrantów, mamy emigrantów "duchowych" - tych, którzy uciekają w chorobę, romans, samotność czy nienawiść.
Ważną rolę odgrywa motyw autostrady. W pewnym sensie łączy ona losy bohaterów,  symbolizuje emigrację, wyjazd ze Wchodu na Zachód Europy, szansę życiową. Paradoksalnie autostrada sprawia, że miejsca przybliżają się do siebie, ale ludzie  się oddalają.
Trudno mówić o tej książce, mam  wrażenie, że bardzo spłaszczam jej problematykę.
Zakończę cytatem:
"Życie jest autostradą, na której codziennie zdarzają się wypadki, bo niezliczone możliwości zachowań ludzkich krzyżują się tutaj we wszystkich kierunkach." 
(M.Wolny, Kara, Warszawa 2009, s. 211.) 

Moja lista blogów