Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2025

"Doll story"

 

Opublikowane 16.03,2023 na stronie fb magazynu Życie i Pasje

\\/ DOLL STORY - PRZYJACIELE, MASKOTKI, ZABAWKI I GRY....\///

Z ogromną przyjemnością przedstawiam trzecią powieść, jaka wyszła spod pióra Michała Pawła Urbaniaka, prozaika, krytyka literackiego, nauczyciela kreatywnego pisania. Już od debiutu autor postawił sobie wysoką poprzeczkę i wydaje mi się, że wspina się coraz wyżej na drabinie literatury pięknej. Nadal porusza trudną tematykę, kreuje niejednoznaczne postaci i mroczną atmosferę, wywołuje w czytelniku burzę emocji i prowokuje do dyskusji. Ciekawą fabułę ubarwia książkowymi nawiązaniami. Udowadnia, że jest znakomitym obserwatorem, który potrafi z niezwykłą wrażliwością, szczerością i odwagą ukazać prawdę o ludzkiej naturze, niepozbawionej wad i ciemnych stron.

“Poruszająca powieść o dotkliwej samotności w rodzinie i ciągłej grze pozorów ” – ten napis na okładce jest adekwatny do treści, nie stanowi tylko chwytliwego hasła jak to nieraz bywa w wydawniczym świecie, ale doskonale oddaje charakter tej książki. Trudno wręcz o lepsze jej podsumowanie.

Doll story to także opowieść o toksycznych relacjach, wadach i niedoskonałościach, o współczesnej rodzinie, kontrowersyjnym projekcie społecznym, niezaspokojonej potrzebie przyjaźni i akceptacji oraz o tym, jak wielką moc mają słowa, które mogą ranić, niszczyć, kreować i fałszować rzeczywistość.

Jest to historia rodziny Rajchertów, która – w ramach kontrowersyjnego projektu społecznego i prezentu dla syna – przyjmuje pod swój dach Mariusza, dając mu nie tylko przysłowiowy wikt i opierunek, ale także pensję i wychodne oraz szansę na spełnienie marzeń, karierę, lepszą przyszłość. Młodzieniec ma być “maskotką”, przyjacielem na zawołanie, przyszywanym członkiem rodziny, niemalże “drugim synem”. Jego pojawienie się zmienia (niekoniecznie na lepsze) napięte relacje w domu, wizja wspólnego życia szybko przestaje być sielankowa.

Trzeba wspomnieć, że Rajchertowie nie są standardową familią. Nastoletni Wolfgang, w dzieciństwie przeszedł ciężką chorobę, uczy się w domu, nie wychodzi, nie ma znajomych, żyje pod kloszem. Czuje się samotny i nieszczęśliwy, porzucił grę na fortepianie, ucieka w książki, okopał się na swojej pozycji i niewiele czyni, by uwolnić się z tego “więzienia” (które po części sam sobie stwarza i nieźle się w nim urządza – dlaczego?).

Jego matka, “generał Rajchert”, z wykształcenia historyk, zawodowo zajmuje się genealogią, jest apodyktyczną tyranką, pełną żalu i frustracji z powodu niespełnionych ambicji pokładanych w mężu i synu. Ojciec zaś to były pianista, swoje frustracje topiący w kieliszkach wina.

Postaci trudno obdarzyć sympatią, nawet współczucie – po pewnych scenach – przychodzi z trudnością. Najciekawsza wydaje się postać matki. O ile można zrozumieć nadopiekuńczość wobec jedynaka po ciężkich przejściach ze zdrowiem, to trudno pojąć, że zamiast mu nieba przychylić, rodzicielka stawia mu ciągle wymagania, rozkazy i zakazy, a nawet zabrania ulubionej gry w “chińczyka”. Skąd wzięła się taka postawa “generał Rajchert”? Czy zmieni się w obliczu pewnych wydarzeń ?

Każdy z bohaterów ma swoje za uszami, każdy gra – i nie chodzi tu o fortepian. W tej ciągłej grze pozorów łatwo się zagubić i stracić ostatnie karty. Tu wszyscy, moim zdaniem, przegrali.

Ważną rolę w fabule odgrywają książki. Znajdziemy wiele pośrednich i bezpośrednich odniesień do literatury (m.in. do twórczości Agathy Christie, w której zaczytuje się Wolf i “zaraża” tą pasją Mariusza, do Ani z Zielonego Wzgórza, Dobrej pani Orzeszkowej, wiersza Iłłakowiczówny Samotność). Warto przyjrzeć się cytatom użytym w charakterze motta do poszczególnych części i całości książki – doskonale określają wydźwięk treści.

Istotny jest także motyw muzyki, która rzutuje na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość bohaterów dając im (czyżby złudną?) szansę na karierę, sławę, “bycie kimś”.

Doll story to książka, która już po kilkudziesięciu stronach stawia przed czytelnikiem pytania, zasiewa ziarno moralnego niepokoju i nie odpuszcza aż do końca.

Dlaczego on/ona tak się zachowuje? Jaka motywacja kryje się za takim postępowaniem? Co by było, gdyby podjąć inną decyzję? Jak my zachowalibyśmy się w danej sytuacji?

Często powtarzamy, że jakaś książka daje do myślenia, ale w tym przypadku jest to niemal zmuszanie do intensywnej burzy pytań, myśli, refleksji. Do przekładania fikcyjnej historii na rzeczywiste sytuacje, jakie znamy z autopsji, obserwacji, czy ze słyszenia. Wreszcie – do dyskusji.

Zwłaszcza, że jest to opowieść mocno uniwersalna – o tym, jak traktujemy siebie nawzajem w różnych relacjach (rodzinnych, szkolnych, społecznych itp.); nie tylko o “maskotce”, ale o marionetkach, figurkach, zabawkach (w sensie przenośnym i dosłownym – mam tu na myśli pamiątkowe pudło z pokoju Wolfganga) i maskach, jakie przywdziewamy w teatrze życia. Tytuł Doll story pasuje do tej wielowymiarowej powieści idealnie.

Najnowsza książka Michała Pawła Urbaniaka to dojrzała, mądra, emocjonalna, przekonująca proza zawierająca smutny i gorzki portret rodziny, w literacko muzycznych kontekstach. Ta solidna porcja dobrej lektury z mocnym przekazem usatysfakcjonuje niejednego czytelnika, podobnie jak poprzednie powieści: Lista nieobecności i Niestandardowi.

Nie wątpię, że autor jeszcze nieraz nas zaskoczy ciekawą historią i na pewno nie obniży literackiego poziomu, ale ciekawa jestem jak poradziłby sobie w lżejszym gatunku. Niezależnie jednak od tego, co nam napisze, trzymam kciuki za jego pisarskie sukcesy.

Agnieszka Grabowska

materiał chroniony prawami autorskimi

Wydawnictwo Mova

Autor: Michał Paweł Urbaniak

Tytuł: Doll story

Liczba stron: 520

Data wydania: 8 marca 2023

ISBN: 978-83-8321-192-3


środa, 8 maja 2024

"Moje dni w antykwariacie Morisaki" Satoshi Yagisawa

 


"Moje dni w antykwariacie Morisaki" Satoshi Yagisawa
(wyd. Kwiaty Orientu), audiobook

Z opisu:
Przetłumaczony z japońskiego światowy bestseller wydany w kilkunastu krajach. Na jego podstawie nakręcono film „The days of Morisaki bookstore” (Japonia, reż. Asako Hyuga, 2010). Kontynuacją tej powieści jest „Moje miejsce w antykwariacie Morisaki”. Książka Roku 2023 według plebiscytu portalu Granice.pl (nagroda jurorów w kategorii proza obcojęzyczna).

Książka z kategorii 'ładne, ale nudne". Moim zdaniem do bestsellera jej daleko i nie ma w niej nic, co mogłoby szczególnie porwać czytelnika.
Oczywiście mamy tu motyw książek, czytania, wpływu lektur na życie, antykwariatu, ba -  mowa o całej dzielnicy pełnej księgarni i wyspecjalizowanych antykwariatów. Owszem to stanowi "smaczek", ale to za mało, by się wyróżniać,  zwłaszcza, że obecnie mamy istny wysyp azjatyckich powieści o księgarniach/bibliotekach/klimatycznych sklepikach i kawiarniach. Książek o poszukiwaniu i znajdowaniu sensu życia, swojego miejsca na ziemi, o uczuciach,  potrzebie zrozumienia, o stracie, nadziei ( itp. itd...) też jest na pęczki.
Fabuła dość prosta, całość jakaś taka pobieżna i powierzchowna.
Głównej bohaterce Takako posypało się życie prywatne i zawodowe, znalazła kąt i pracę u wujka w rodzinnym antykwariacie, stopniowo wyszła z marazmu (dzięki książkom, a jakże!).
W drugiej części poznajemy historię Momoko, żony wujka, która kilka lat temu go opuściła i teraz wróciła. Takako nawiązuje z nią dobre relacje i dowiaduje się przyczyn tajemniczego zniknięcia ciotki. A to dość smutna, traumatyczna historia. Tylko jakoś tak mam wrażenie, że całość rozmyła się w nieciekawym sposobie opowiadania i nieistotnych szczegółach. Niby to krótkie, a bardzo mi się dłużyło.
Podobno drugi tom jest słabszy od tego, więc już podziękuję.


piątek, 19 kwietnia 2024

"Błękitna wstążka" Magdalena Wojtkiewicz

wydawnictwo Filia 2024

Z reguły nie sięgam po literaturę tego typu (romans na wojennym tle), ale tym razem zrobiłam wyjątek.  Wobec debiutu Magdaleny Wojtkiewicz nie miałam wielkich oczekiwań, a wręcz dość sceptyczne podejście. Okładkowe hasła typu "historia wojennej zawieruchy i miłości, która nie powinna się wydarzyć" jakoś mnie nie przekonują i nie przepadam za fikcją osadzoną w wojennych realiach. Obawiałam się, że będzie to stereotypowa, schematyczna, egzaltowana opowieść w stylu szkolnego wypracowania, skoncentrowana na wątku uczuciowym, z pobieżnie nakreślonym tłem historycznym.

Okazało się jednak, że powieść została napisana całkiem zgrabnie, tzw. lekkim piórem, a przy tym konkretnie, bez zbędnych dygresji, Czytało mi się ją bardzo przyjemnie, trudno było oderwać się od lektury,  choć oczywiście tematyka należała do tych trudnych, poważnych i kontrowersyjnych.

Celowo nie będę pisać o fabule, by nie zdradzić zbyt wiele. Krótko tylko wspomnę, że przeniesiemy się do czasów wybuchu II wojny światowej, do Gdańska, Warszawy, a także do... malowniczego Jastkowa w gminie Ćmielów.
I to właśnie ten powód, dla którego sięgnęłam po "Błękitną wstążkę".

Fabuła jest dynamiczna, wciągająca, z wyraźnie zarysowanym kontekstem historycznym, a emocje i przemiany bohaterów są dobrze oddane. Śledząc losy postaci nie da się  pozostać wobec nich obojętnym, nie obędzie się bez wzruszenia, oburzenia niepewności, zdenerwowania, zdziwienia... Nie unikniemy chwili wahania i zastanowienia nad decyzjami, wyborami i czynami bohaterów. I jeśli nawet wątek romansowy nas nie przekona, to warto zauważyć, że Magdalena Wojtkiewicz przybliża nam wiedzę o zbrodni w Lesie Piaśnickim koło Wejherowa (tzw. "Pomorski Katyń"), a nie jest to częsty motyw w literaturze popularnej. I jeśli kogoś "Błękitna wstążka" skłoni do zagłębienia się w ten temat, do sięgnięcia do artykułów, materiałów historycznych, to jest - według mnie - sukces.

Książka jest doskonale wyważona, jeśli chodzi o ilość opisów i dialogów, a także o przedstawianie wydarzeń z perspektywy postaci Anny i Horsta.
Autorka zachowała umiar w dawkowaniu szczegółów, jednocześnie nie unikając scen przemocy i okrucieństwa. Wydaje mi się, że wszystko opisała w wystarczającym stopniu, by zachować istotny przekaz i oddziaływać na odbiorcę. Momentami może jednak nieco zbyt pobieżnie, budząc w czytelniku niedosyt - tu mam na myśli wątki dotyczące poszczególnych bohaterów.
Z wielkim wyzwaniem, jakim jest opis sceny miłosnej, też poradziła sobie wspaniale, bez wulgarności, bez śmieszności, zmysłowo i subtelnie.
Czytając "Błękitną wstążkę" miałam poczucie, że wszystko jest odpowiednio uporządkowane,  wszystko czemuś służy, każda postać, każde wydarzenie - ma znaczenie dla fabuły. Ładnie poprowadzono motyw błękitnej wstążki, widać, że tytuł nie od parady.

Mam nadzieję, że zarówno autorka jak i redaktorka zadbały, aby wszystko się zgadzało pod względem historycznym. Nie jestem w stanie tego do końca zweryfikować, ale chociażby sądząc po przypisach, można przypuszczać, iż pisanie powieści poprzedził rzetelny research. Niestety, znalazłam coś co mi "zgrzytało", z tym, że nie chodzi o fakt historyczny, a język postaci - otóż użyto wyrażenia, które powstało znacznie później niż czas akcji powieści. Nie jest to jednak aż tak wielki mankament, by przesłonić walory tej książki, która jest naprawdę niezła, tym bardziej jak na debiut.

Wydaje mi się, że są szanse na drugi tom tej opowieści, bo autorka jakby celowo nie dopowiedziała losów niektórych postaci, a w zakończeniu mamy ewidentnie otwartą furtkę na dalsze dzieje Anny Malickiej i Horsta Kluzera.
I chyba każdy, kto przeczytał "Błękitną wstążkę" chętnie poznałby, co było dalej....




 



niedziela, 14 kwietnia 2024

"Drabina" Eugenia Kuzniecowa


 

"Drabina" Eugenia Kuzniecowa

Pierwsze skojarzenia z drabiną to wspinanie się, hierarchia, awans społeczny, kariera, dążenie do osiągnięcia celów, pokonywanie trudności,  a w znaczeniu dosłownym: narzędzie do wejścia wyżej, droga ewakuacji/ucieczki...
Okazuje się, że tytuł został dobrany idealnie, bo wszystkie te odniesienia pasują jak ulał do treści najnowszej książki Eugenii Kuzniecowej, której debiut "Nim dojrzeją maliny" został dobrze przyjęty, a mnie osobiście - zachwycił. Tym razem  mój czytelniczy zachwyt ustąpił miejsca zadowoleniu, bo "Drabina", choć, owszem, podobała mi się, to zanadto mnie nie oczarowała.

Wydawało mi się, że będzie to lektura, którą pochłania się jednym tchem, a jednak spędziłam nad nią sporo czasu, z lekką irytacją, ale także z sympatią kibicując bohaterom.  Zupełnie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać, kiedy coś zacznie się dziać, w którą stronę to wszystko ma zmierzać.
Z pewnością nie ma co liczyć na wartką akcję, czy pogłębioną analizę psychologiczną postaci, tu kluczową rolę odgrywa atmosfera - gęsta, pełna niepokoju, niepewności,  tęsknoty, wyczekiwania i nadziei.

Odnalazłam tu klimat czeskich komediodramatów w reżyserii Petera Zelenki, w których występuje  galeria nietuzinkowych, mających swoje "dziwactwa" postaci, a humor miesza się ze smutkiem i goryczą. Czytając, "widziałam" niektóre sceny i według mnie aż się prosi, by zekranizować "Drabinę", choć pewnie dla niektórych lekka, komediowa opowieść o wojnie i uchodźcach byłaby nie do przyjęcia.

Po wybuchu wojny na Ukrainie do mieszkającego w Hiszpanii, nieśmiałego, introwertycznego Tolika przyjeżdża niemal cała jego familia: matka, cioteczna babka - była artystka estradowa, wuj na wózku inwalidzkim, siostra z koleżanką, a do kompletu dwie kotki ( teściowa z synową!) i pies.
Rodzina trwa w takim zawieszeniu, z niepokojem śledzi wiadomości z ojczyzny, rozmyśla nad stanem swoich opuszczonych mieszkań i ogrodów, tęskni za utraconym.  Wszyscy mają poczucie tymczasowości. Odskoczni szukają w codzienności - gotowaniu, sadzeniu pomidorów ( w fontannie!), chodzeniu na targ po owoce, grze na flipperze, majsterkowaniu. Można odnieść wrażenie, że nikt nie czuje się sobą, wszystko jest na opak, pojawiają się np. dylematy czy  masz prawo tęsknić za psem podczas gdy giną ludzie? Czy w obecnych okolicznościach jest miejsce na randki, uczucia?
Niedawno zakupiony, wymarzony dom (póki co pełen pozostałych po poprzedniej właścicielce rzeźb, aniołków, jezusków i gobelinów) jest obszerny, ale szybko staje się "ciasny", bowiem Tolik czuje się osaczony, zaczyna się ukrywać w swoim pokoju, wchodzi do niego po drabinie, aby tylko uniknąć pytań i uwag rodziny. Nic dziwnego, bo ciągle go strofują, zwłaszcza matka: o pracę w nocy,  picie kawy,  o bieganie, o kolor koszuli... Traktują go jak nastolatka, a nie dorosłego mężczyznę.
Do tego Tola czuje wyrzuty sumienia, bo nie idzie walczyć na front. Ma jednak świadomość, że pracując jak dotąd ( jest programistą) może wspomóc Ukrainę finansowo oraz zapewnić schronienie i byt rodzinie. Z tym, że na dłuższą metę przebywanie z nią  jest uciążliwe.
W jego firmie zostaje zorganizowana huczna impreza charytatywna, potem pojawia się kwestia na co przeznaczyć zebrane środki. Pada pomysł, by część przekazać... Rosjanom, sprzeciwiającym się dyktaturze, ale nie spotyka się  to z powszechną aprobatą. 
W końcu pojawia się opcja powrotu do kraju. Zaczynają się przygotowania, nieporozumienia, perypetie... Finał zaskakuje nie tylko Tolika.

"Drabina" to opowieść o emigracji - zarobkowej i wojennej;  o wojnie z perspektywy uchodźców i obcokrajowców; o różnych punktach widzenia na tę samą sprawę; o poczuciu presji, lęku, tęsknocie, o skomplikowanych relacjach rodzinnych; o zaradności i bezradności.
Kuzniecowa opowiedziała o trudnej tematyce w lekki sposób, ale wcale jej tym nie umniejszyła. Dużo w powieści czarnego humoru, śmiechu przez łzy oraz zwykłej codzienności.  Postaci wykreowane przez autorkę budzą sympatię i choć ich działania nie zawsze wydają się racjonalne, to nie sposób im nie kibicować i nie życzyć powodzenia. Na szczególną uwagę zasługuje pięknie podkreślony wątek zwierząt - ewakuowanych z Ukrainy i otoczonych opieką.


Nie jest to powieść, którą uznałabym za wybitną i szczególnie ważną, ale doceniam jej humor, lekkość, koloryt i w ogóle pomysł na podjęcie trudnych tematów z nieco innej perspektywy. 
Bardzo podoba  mi się okładka, pasująca do treści, od razu wprowadzająca w upalny hiszpański klimat. Żałuję niestety, że tekstowi nie poświęcono należytej uwagi, bowiem znalazłam kilka literówek, a w niektórych momentach coś "zgrzytało" stylistycznie. Te drobne mankamenty nie przesłoniły jednak przyjemności z lektury. Z chęcią będę śledzić twórczość Eugenii Kuzniecowej, bowiem ciekawi mnie, co ta pisarka jeszcze wymyśli, w którą stronę - tematycznie i gatunkowo - podąży.


piątek, 10 lutego 2023

"Nim dojrzeją maliny" Eugenia Kuzniecowa


Jestem tą powieścią zachwycona i oczarowana. Czytając, czułam się tak, jakbym wraz z bohaterkami siedziała przy stole w ogrodzie zarośniętym dzikimi jeżynami, piła z nimi herbatę na zmurszałym tarasie, siała dynie, zbierała jabłka i jeździła do miasteczka na targ po zakupy. Każdy rozdział był jak kolorowy slajd pełen smaków, zapachów i dotykowych wrażeń. Chciałam, aby ta opowieść trwała i trwała… Niestety, nic nie może przecież wiecznie trwać.

Wydawnictwo Znak, premiera: 8.02.2023

Spodziewałam się, że będzie to ładne czytadełko o siostrach, które pojechały na wieś w poszukiwaniu sensu życia, zbudowały domek, zakochały się, a może nawet odnalazły skarb przodków, czy dostały spadek – czyli taka sielska bajeczka jakich wiele. Jakże się myliłam! Okazało się, że pod fioletową okładką kryje się świetna, współczesna, niesztampowa powieść obyczajowa, w dodatku feministyczna. Napisana lekko, ale z mocnym ładunkiem emocjonalnym.


Debiutancka powieść ukraińskiej autorki to ciepła, mądra, subtelna, momentami zabawna, słodko-gorzka historia o rodzinie, domu, jabłoniowym sadzie, o ucieczkach i powrotach, o relacjach, zmianach, życiowych decyzjach, a przede wszystkim o sile kobiet.

Siostry Lilka i Mijeczka w obliczu życiowych rozterek i konieczności podjęcia trudnych decyzji (o wyjeździe do Australii jedna, a o zamążpójściu – druga) postanowiły zrobić sobie “przerwę od życia” i wyjechać na lato na wieś, do prawie stuletniej babci, do “kryjówki”. Wiadomo, że od problemów nie uciekną, ale chociaż odpoczną, spędzą czas w przyjemnym miejscu, z bliskimi osobami, “naładują baterie”. Przyjeżdża również z Indii dawno niewidziana, tajemnicza kuzynka Marta, która jest w ciąży. Zawita tam preferująca mieszkanie w mieście Marija, matka Lilki i Mijki. Do tego “babińca” dołączy jeszcze mała dziewczynka. Będą pojawiać się goście, sąsiadka, rozmaici fachowcy do prac remontowych, a w finale do stołu zasiądzie bodajże 11 osób, w tym przybysz z Japonii.

Bohaterki rozmawiają, trochę przy tym ironizując, zajmują się pracami domowymi, zakupami, remontem, opieką. Zachowują się trochę tak, jakby nie dzieliły ich na co dzień kilometry, wiek i różne charaktery. Jednoczą siły we wspólnym projekcie hodowania i fotografowania dyń, organizują naprawę drzwi, dachu i tarasu, będą ciągnąć zapałki w ważnej kwestii. Nie użalają się nad swoim losem, nie są skłonne do poświęceń w imię czegokolwiek. Potrzebują czasu, by nabrać wiatru w żagle i wybrać to, co dla nich będzie najlepsze.

Mężczyźni są tu w tle, pomagają, współpracują. Autorka nie przedstawia ich w złym świetle. Lilka przyjaźni się z byłymi mężami, odwiedzają ją w babcinym domostwie. Ustym, z którym spotyka się niezdecydowana Mija, jest nieco zbyt idealny (nawet z wyglądu – mógłby pozować rzymskim posągom). Warto jednak zauważyć, że Kuzniecowa jakby celowo przejaskrawia czasem pewne cechy, czy sytuacje, mrugając do czytelniczek i czytelników, bawiąc się literacką konwencją, bo ta piękna powieść sprytnie ubrała się w letnią sukienkę i udaje “chic lit”.

Moimi ulubienicami są babcia Teja (Teodora) i Marta. Pierwsza – z racji wieku doświadczona i mądra, nieco przekorna i bardzo wyrozumiała, kochająca, dająca wnuczkom przestrzeń i swobodę działania. Skupia jak magnes wszystkich wokół siebie. Druga – jest kobietą, która znalazła się w sytuacji, na jaką nie była gotowa – przynajmniej tak ją odebrałam. “Nie po drodze” jej z ciążą i to bliźniaczą, ucieka od związku, nie zachwycają jej noworodki, “obsługuje” je tak jakoś automatycznie, ale jestem gotowa się założyć, że ta postać będzie wspaniałą matką i najulubieńszą ciocią, która po prostu nie tapla się w lukrowanym macierzyństwie. Najmniej przekonana jestem do Mijeczki, chociaż odgrywa ona kluczową rolę w fabule, jest motorem zmian, próbuje znaleźć swoją drogę, choć momentami sama nie wie, czego ( i kogo) chce, to jednak właśnie ona wypowiada ważne zdanie: “Najgorsze więzienie to ty sama”. Tak, bo to jest także powieść o wolności i o odwadze realizowania własnych planów i marzeń. I wiecie co? Trzymam kciuki za szczęście Mijki.

Ważną rolę w tej powieści odgrywają dom i przyroda.
Stary dom babci Teodory jest rajem z dzieciństwa,  źródłem pięknych wspomnień,  schronieniem  w okresie egzystencjalnych rozterek, bezpiecznym azylem, przystanią dla życiowych rozbitków, czy – cytując tę książkę – “przytułkiem dla nieudaczników” gdzie “każdy, kto jest na skraju załamania mógł tu przeczekać kłopoty”. To miejsce rodzinnych spotkań, powrotów; siedlisko oferujące gościnę, ale wymagające napraw, remontów, nakładu pracy.
Podobnie sprawy mają się z ogrodem, rozległym, bujnym, zdziczałym, ekspansywnym oraz posadzonym przez dziadka jabłoniowym sadem, który właściwie powinno się wykarczować, posadzić nowe drzewka. Coraz trudniej korzystać z darów natury, dosięgnąć owoców z wysokich drzew, krzewy wręcz oplatają domostwo. Przyroda jednocześnie daje schronienie i pożywienie, ale może też zagrażać bezpieczeństwu. Zmiany w domu, ogrodzie i sadzie oznaczają też zmiany w życiu bohaterów

Podobał mi się klimat tej powieści, plastyczność opisów (bez obaw, nie są zbyt rozbudowane), niedopowiedzenia, jej pozorna lekkość i mądry przekaz. Doceniam to, że autorka wiele scen nakreśliła z humorem, ale też nie zabrakło gorzkich prawd i przede wszystkim życiowych sytuacji, ze smutkiem, sentymentem, tęsknotą za tym, co przeminęło.
Specjalne punkty przyznaję za chodzącego własnymi ścieżkami rudego starego kocura oraz nietypową kotkę Julę, a także za hiszpański temperament Nati i kupioną przez nią rzeźbę do ogrodu.

Przyznam, że zupełnie nie czytałam tej książki przez pryzmat wojny, ani w ogóle Ukrainy. Dla mnie była to bardzo uniwersalna historia, której fabuła mogłaby dziać się wszędzie, zwłaszcza, że świat stał przed bohaterkami otworem. Powieść była najgłośniejszą ukraińską książką 2021 roku, zdobyła wyróżnienie Europejskiej Nagrody Literackiej i mam nadzieję, że to nie koniec sukcesów autorki.

Kuzniecowa w pięknym stylu opowiedziała o rodzinie wielopokoleniowej, międzynarodowej i patchworkowej,  w której prym wiodą kobiety – silne, niezależne, odważne, będące w skomplikowanych relacjach uczuciowych, potrzebujące niekiedy “kryjówki”, “przerwy od życia” – po prostu dystansu, czasu na przemyślenie pewnych spraw i podjęcie decyzji.

Powieść “Nim dojrzeją maliny” zasługuje na uważną lekturę, dostarczy wielu emocji, otuli jak kocyk, oplącze jak gałęzie dzikich krzewów i niełatwo wypuści ze swojego świata. Polecam zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

Recenzja została opublikowana na stronie Życie i Pasje:
http://zycieipasje.net/2023/02/nim-dojrzeja-maliny-eugenia-kuzniecowa-recenzja/

Wydawnictwo Znak
Autor: Eugenia Kuzmiecowa
Tytuł: Nim dojrzeją maliny
Tłumaczenie: Iwona Boruszkowska
Data wydania: 8.02.2023
Liczba stron: 304
ISBN: 978-83-240-6582-0

środa, 22 września 2021

“Uczniowie Hippokratesa. Doktor Anna” Ałbena Grabowska

 

Główną bohaterką jest Anna Tomaszewicz-Dobrska (1854 -1918), pierwsza kobieta z dyplomem lekarskim praktykująca w Warszawie, która mimo ogromnej wiedzy i umiejętności doświadczyła dyskryminacji, z uporem i determinacją walczyła o swoje prawa do wykonywania zawodu, a potem niczym lwica walczyła o godne warunki lokalowe, czystość, o  poprawę zdrowia i bytu swoich pacjentów, wywodzących się z nizin społecznych, biedoty.

Studiowała medycynę w Zurychu, prowadziła badania naukowe z dziedziny neurologii, lecz po powrocie w Warszawie nie mogła nostryfikować dyplomu ze względu na swoją płeć, dokonała tego w Sankt Petersburgu, ale też nie bez przeszkód. Opiekowała się tam haremem sułtana, co dało jej furtkę do zdobycia pozwolenia na pracę. Po powrocie do stolicy prowadziła własną praktykę, specjalizowała się w pediatrii i chorobach kobiecych, pracowała w przytułku położniczym, kształciła akuszerki, położników, pielęgniarki; wyjątkowy nacisk kładła na aseptykę, dzięki niej znacznie zmniejszyła się śmiertelność wśród położnic, jako pierwsza wykonała cesarskie cięcie. Ponadto była zaangażowana społecznie, działała charytatywnie, przemawiała publicznie o prawach kobiet. To ciekawa, a mało znana szerokiemu gronu osoba, która nie tylko zrobiła wiele dobrego w swojej zawodowej karierze, ale także przetarła szlaki innym  kobietom-lekarkom, zwanym dawniej nieco pogardliwie “medycynierkami”.

  (...)
Autorka zgrabnie wplotła w fabularyzowaną opowieść o Annie Tomaszewicz bohaterów poprzedniej części – państwa Korzyńskich, a także wprowadziła autentyczne postaci z tamtych czasów (np. Henryk Sienkiewicz, Napoleon Cybulski, wspomniane są  też E. Orzeszkowa, G. Zapolska) oraz świetne fikcyjne kreacje (np. Kasia – pracowita, rezolutna służąca, Włodzimierz – inżynier budowy mostów).
Niezwykle realistycznie opisała życie w XIX w. Warszawie i Petersburgu, szczególnie dużą wagę przykładając do sytuacji społecznej.
(...)


“Doktor Anna”, drugi tom cyklu “Uczniowie Hippokratesa”, to nie tylko wspaniała, poszerzająca wiedzę i dostarczająca emocji oparta na faktach lektura, ale materiał, który aż się prosi o zekranizowanie. Anna Tomaszewicz-Dobrska, pierwsza polska lekarka,  powinna być szerzej znana i doceniana, stawiana jako autorytet, wzór wytrwałości i kobiecej siły, a także ustanawiana patronką szkół, szpitali, instytucji medycznych itp. Szkoda, że o takich jak ona historia przeważnie milczy. Mam nadzieję, że dzięki powieści Ałbeny Grabowskiej ta postać zostanie “odkurzona” i należycie zapamiętana.

 cała recenzja:
 http://zycieipasje.net/2021/09/szpieg-w-ksiegarni-uczniowie-hippokratesa-doktor-anna-albena-grabowska-recenzja/

 

środa, 23 czerwca 2021

“Zanim wyznasz mi miłość” Magdalena Kordel – recenzja przedpremierowa


Sięgając po książkę Magdaleny Kordel, można być pewnym, że znajdziemy w niej ciepłą, optymistyczną opowieść z wątkiem uczuciowym, której bohaterowie, choć mają swoje troski, problemy i tajemnice, swoim postępowaniem sprawiają, że powraca wiara w człowieka. W tej powieści też tak jest. Myli się ten, kto sądzi, choćby po tytule, że to będzie słodkie romansidło. Autorka zadbała o zrównoważenie rozmaitych wątków i wykreowanie barwnych postaci.  Zanim przeczytasz “Zanim wyznasz mi miłość”, przygotuj się na wiele uśmiechów i wzruszeń.
PREMIERA: 30.06.2021 r.
 
całość recenzji:

 http://zycieipasje.net/2021/06/szpieg-w-ksiegarni-zanim-wyznasz-mi-milosc-magdalena-kordel-recenzja-przedpremierowa/

środa, 9 czerwca 2021

“Mała zielarnia w Paryżu” Donatella Rizzati

 

Włoska autorka zabiera nas na wyprawę do stolicy Francji, do niezwykłej, prowadzonej zgodnie z wieloletnią tradycją zielarni. Viola, studentka naturopatii trafiła tam przypadkowo, nie spodziewając się nawet, jak bardzo po kilku latach to miejsce wpłynie na jej życie. “Mała zielarnia w Paryżu”  to spokojna, ciepła, klimatyczna powieść o przeżywaniu straty, odnajdywaniu na nowo własnej tożsamości,   pokonywaniu lęków i kompleksów. Dodatkowym atutem są receptury na herbatki ziołowe, kosmetyki i kwiatowe esencje. Dla sympatyków zielarstwa, irydologii, reiki, terapii naturalnych będzie to z pewnością ważna książka, a dla wszystkich – przyjemna lektura.

(...)
Niestety, momentami powieść nieco się dłuży i na początku trudno było się wczuć w fabułę. Z czasem jednak trudno się oderwać od tej historii, kibicując zarówno Violi w radzeniu sobie z problemami, jak i Gisele w utrzymaniu rodzinnego interesu, trudno też nie spodziewać się wątku uczuciowego, za który trzyma się kciuki ze względu na charyzmatycznego Romaina. To jednak dość skomplikowana relacja, jak się okaże. Zachowanie Violi momentami bywa irytujące, jednak jej przemiana jest inspirująca, jej przykład może zmotywować wiele osób w podobnej sytuacji. Miło czyta się opisy paryskich lokali, autorce udało się oddać ich klimat.

Cała moja recenzja:

http://zycieipasje.net/2021/06/szpieg-w-ksiegarni-mala-zielarnia-w-paryzu-donatella-rizzati-recenzja/


Książka wpisuje się w czerwcową kategorie Trójki E-pik:


Joanna Chmielewska - królowa polskiego kryminału
Książka z przyimkiem w tytule
                                                                    Cudne miejsce!

sobota, 29 maja 2021

"Biegnij" Ann Patchett

 

Wyd. Rebis 2008 r.


Niestety, tym razem nie jestem zadowolona. Bardzo mnie ta powieść zmęczyła i nie zachwyciła. Byłby z tego dobry film - dramat obyczajowy, dla tych, którzy lubią ten gatunek. Ja niespecjalnie.
O ile "Dom Holendrów" tej autorki naprawdę mnie "kupił" swą fabułą, problematyką, to "Biegnij" zupełnie mnie nie ujęło.
Gdyby ktoś szukał powieści z motywem, zimy, śnieżycy paraliżującej ruch w mieście, to ta się nada.
O treści niewiele mogę powiedzieć, żeby nie spojlerować. Akcja dzieje się w Bostonie. Były burmistrz wraca ze swoimi adoptowanymi ciemnoskórymi synami ( obecnie już duże chłopy, ok 20 lat, żona burmistrza nie żyje) z wykładu politycznego, jest zawierucha, świata nie widać, Tip o mały włos wpadłby pod samochód, ale w ostatniej chwili odepchnęła go pewna kobieta, która sama uległa wypadkowi. Jadą do szpitala, potem zaopiekowali się córką kobiety.Okazało się, że dziewczynka zna ich oraz ich dom z obserwacji.
Niespodziewanie przyjeżdża najstarszy brat, przez lata przebywający w Afryce, on też angażuje się w tę historię. Jest jeszcze stary,schorowany ksiądz - wuj chłopaków. Interesują się operowaną kobietą, pomagają Kenii. Tip chodząc o kulach znów ma wypadek. Znów szpital.
Epilog - kilka lat później pokazuje finał tamtych zdarzeń i ich konsekwencje, wybory bohaterów (pokuta zamiast pasji).
Kim była ta kobieta i jej córka, Kenia ( świetna nastoletnia biegaczka)? To się w trakcie wyjaśnia (choć nie jestem przekonana do sposobu w jaki autorka to przedstawiła).
O czym to jest? O relacjach rodzinnych, ambicjach pokładanych w dzieciach, wyborze życiowych dróg, różnych szansach, determinowanych przez stan zamożności, pochodzenie itp.
O roli przypadku, o trudnych decyzjach.
Najciekawsza wg mnie była postać Sullivana, najstarszego rodzonego syna, który w sumie żył w cieniu adoptowanych braci, miał traumatyczny w skutkach wypadek, podążał różnymi ścieżkami.
Motyw figurki Matki Boskiej ( ciekawa historia jej pochodzenia) - rzeźba przekazywana w rodzinie z pokolenia na pokolenie dla córki. Wizerunek przypominał Bernadette, żonę burmistrza Doyla, po jej śmierci nie oddał figurki jej siostrom, choć nie mieli córki.
Zgadnijcie, do kogo potem trafiła 😉
Nie umiałam się wczuć w tę opowieść, wykrzesać sympatii dla bohaterów, nie przekonała mnie psychologia postaci.
Literacko w porządku, ale całość do mnie nie trafiła. Jeszcze te imiona Tip i Teddy ( myliło mi się który jest który), wuj Sullivan i młody Sullivan...

czwartek, 13 maja 2021

“Angst with happy ending” Weronika Łodyga

 

W tej powieści znajdziemy problemy współczesnej młodzieży, poznamy nietuzinkowych bohaterów i ich emocjonalne przeżycia w skomplikowanych życiowych sytuacjach. Druga książka Weroniki Łodygi  to mądra lekcja tolerancji, przyjaźni i empatii.

 

Kiedy na jakimś forum albo facebookowej grupie książkowej pojawi się pytanie, prośba o polecenie książki dla nastolatków, to można się założyć, że prędzej czy później padną nazwiska Siesicka, Musierowicz, Nienacki, Szklarski… Owszem, to byli  autorzy książek naszego dzieciństwa, literatura z biblioteczki naszych rodziców, do której mamy ogromny sentyment. Nie twierdzę, że ich twórczość nie spodoba się młodzieży, na pewno znajdą się jej fani, ale dla większości te lektury będą mocno archaiczne. Współczesna młodzież chce czytać o swoich rówieśnikach, o współczesnych realiach i problemach, jakie bywają ich udziałem. Nie samą fantasy nastolatki żyją, szukają też literatury obyczajowej, realistycznej, takiej, w której znajdą kawałek siebie i swojego świata. I właśnie w książkach Weroniki Łodygi to znajdą.

Z ogromną ciekawością i nadzieją sięgam po współczesną literaturę dla młodzieży. Nie tylko po to, żeby “być na bieżąco”, ale liczę też na to, że znajdę takie książki, które pomogą dorosłym rozumieć świat ich potomków, często bardzo odległy od tego, w jakim sami się wychowywali.
Po powieści Hurt/comfort, która bardzo mi się spodobała, miałam nadzieję, że Weronika Łodyga napisze coś jeszcze. Cieszę się, że wydała Angst with happy ending.

(...)
Autorka znakomicie wczuwa się w emocje nastolatków, potrafi  zastosować porównania i określenia bliskie młodzieżowemu postrzeganiu świata. Pisze na luzie, lekko, ale wymownie. Nietrudno znaleźć w tej opowieści mądrą lekcję.
Z Angst with happy ending niejeden nastolatek i niejeden dorosły może się czegoś nauczyć, a przyjemność czytania stanowi dodatkowy walor. Nie zabraknie też poczucia oburzenia zachowaniem niektórych postaci, wzruszenia pewnymi scenami  i nadziei, że wszystko dobrze się skończy.
Po wszystkich burzach i niepokojach dla bohaterów zaświecił promyczek słońca, pojawiła się szansa na happy end. Wiwat przyjaźń i akceptacja!
Gratuluję Weronice Łodydze tak udanej powieści i nie ukrywam, że liczę na kolejne.

Całość mojej recenzji:
http://zycieipasje.net/2021/05/szpieg-w-ksiegarni-angst-with-happy-ending-weronika-lodyga-recenzja/

środa, 24 lutego 2021

"Stacje serc" Monika Sjöholm

 

Wydawnictwo Sonia Draga, 2021 

Najkrócej o Stacjach serc powiedziałabym tak: piękna, niebanalna historia miłości i nie tylko, z nieoczywistymi bohaterami, których odkrywamy stopniowo;  współczesna o powieść o Warszawie, z książkowymi motywami i egzotyczną nutą w postaci wycieczki do Kataru; napisana z czułością dla szczegółów. Wspaniały debiut literacki!


Są takie książki, od których nie można się oderwać, ale też żal kończyć lekturę, bo nie chce się tak szybko opuszczać świata bohaterów. Do nich należą właśnie Stacje serc.  Historia Róży i Mateusza jest niebanalna i nieschematyczna, bardzo emocjonalna, ale nie egzaltowana; opowiedziana z czułością dla postaci i miejsc, dopracowana w najmniejszych szczegółach, z malowniczo przedstawionym tłem, z nutą egzotyki i ezoteryki oraz  książkowym motywem, który na pewno przypadnie do serca bibliofilom.

 (...)
Cała moja recenzja:
http://zycieipasje.net/2021/02/szpieg-w-ksiegarni-stacje-serc-monika-sjoholm/

 

Książka wpasowała się do lutowej kategorii Trójki E- pik:

Kontynentalna przygoda

 Realizujemy postanowienia noworoczne 

Książka na luty, krótkie ma buty

środa, 27 stycznia 2021

“Kobieta w białym kimonie” Ana Johns

 


Rytuał picia herbaty, pięknie tkane kimona, wzorzyste wachlarze, kwitnące wiśnie, origami i haiku… Japonia kojarzy nam się zazwyczaj bardzo pozytywnie i miło, tymczasem i ten kraj ma swoje ciemne i smutne karty…  W powieści Any Johns odkrywamy jedną z nich – przenosimy się w  lata 50.XX w.  kiedy to japońsko-amerykańskie związki były z góry skazane na niepowodzenie, obowiązywały surowe zasady, nadal aranżowano małżeństwa, a za bramami domów, klinik, klasztorów i sierocińców rozgrywały się tragedie. Nie mogłam oderwać się od tej książki i na pewno długo o niej nie zapomnę.

Spodziewałam się, że będzie to wzruszający romans z Japonią w tle, opowieść o tajemnicy z przeszłości, o japońskich zwyczajach i tradycjach. I owszem, to wszystko dostałam, ale znalazłam w tej książce coś więcej, co przykuło moją uwagę i nie pozwalało odłożyć lektury. Mianowicie: portret młodej, zdeterminowanej i walecznej kobiety, która w ówczesnym systemie społecznym  nie mogła decydować o własnej przyszłości oraz  nieznany przeciętnemu czytelnikowi problem dyskryminowanych związków między Japonkami a Amerykanami, tragiczny los kobiet i urodzonych przez nie dzieci, z których tylko nieliczne trafiały do sierocińca. To także opowieść o trudnych wyborach i ich konsekwencjach, o  tęsknocie, śmierci, stracie, przeżywaniu ich i pogodzeniu się z tym.
(....)

Całą moja recenzja:
http://zycieipasje.net/2021/01/szpieg-w-ksiegarni-kobieta-w-bialym-kimonie-ana-johns-recenzja/

piątek, 24 lipca 2020

"Liliowy autobus" Maeve Binchy



Wydane w serii "Biblioteczka Pod Różą", sądząc po okładce tanie romansidło, ale nie, nie - to całkiem dobra proza obyczajowa. Tylko nie miała autorka szczęścia do okładek (i polskich tytułów, już kiedyś "odczarowałam" jedną jej książkę: http://agnestariusz.blogspot.com/…/nie-sadz-ksiazki-po-tytu…)

Na powieść składa się 8 opowiadań - każde poświęcone jednemu pasażerowi tytułowego pojazdu i kierowcy (ale całość jest spójna, akcja obejmuje jeden weekend, choć fabuła przedstawia bohaterów w szerszej perspektywie czasu. Czasem widzimy tą samą scenę z innej strony - np. w jednym opowiadaniu ktoś kogoś gdzieś widzi, w drugim - dowiadujemy się co ta osoba tam robiła... itp.)) .
Bohaterowie pracują na co dzień w Dublinie, na weekendy wracają do rodzinnego Rathdoon, ich ścieżki przecinają się, bo to małe miasteczko, jeden pub, smażalnia ryb...Wszyscy się tu znają. Nancy, Dee, Celia, Mikey, Judy, Kev, Rupert, Tom - w różnym wieku, o różnym statusie, są zwyczajni, ich problemy nie odbiegają od przeciętnych. Co my tu mamy... romans z żonatym, skąpstwo, alkoholizm, homoseksualizm, bulimię, kłopoty rodzinne, finansowe... 

Binchy pokazuje różne punkty widzenia, porusza życiowe problemy, kreuje prawdopodobne postaci i zdarzenia. Nie brak tu ciepła, humoru. Bardzo przyjemnie się czyta.
Mam jeszcze jeden tomik "Dublin 4", idealne na rozczytanie się po "niemocy", lekki relaks.
Nie jest to absolutnie nic, co koniecznie trzeba przeczytać, ale w poszukiwaniu do czytania jakiejś prozy obyczajowej, warto się nad twórczością Maeve Binchy pochylić, no i nie sądzić po okładce ;-)


Książka przydała się do lipcowego "Pod hasłem" ( szminka na okładce)

środa, 24 czerwca 2020

"Długi płatek morza" I. Allende



Długi płatek morza
to opowieść o miłości, przyjaźni, rodzinie, ojczyźnie, emigracji,  o korzeniach, wspomnieniach i szansach na inne, lepsze życie. O determinacji, odwadze i wytrwałości, odpowiedzialności, niezależności, różnicach społecznych, prawach człowieka. O dzielnych kobietach i dzielnych mężczyznach (powtórzenie celowe). O historii i polityce, a także o muzyce i medycynie.  Opowieść smutna, ale piękna. Proza gęsta, konkretna, budząca zainteresowanie i emocje, stanowiąca przyczynek do poszukiwania innych książek o podobnej tematyce, inspirująca do sięgnięcia po poezję Pabla Nerudy. Dla miłośników prozy Isabelle Allende i nie tylko.


Cała moja recenzja pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2020/06/24/szpieg-w-ksiegarni-dlugi-platek-morza-isabel-allende/

Książka wpasowała się w czerwcowe zadanie wyzwania "Pod hasłem".

niedziela, 19 kwietnia 2020

"Normalni ludzie" Sally Rooney


"Normalni ludzie" Sally Rooney
Początkowo miałam mieszane uczucia, historia mnie niezbyt interesowała, ale w końcu wciągnęła i nie mogłam się oderwać - to chyba moja najdłuższa i najszybciej przeczytana książka na empikGo.
Nie, to nie jest ani najlepsza, ani najważniejsza powieść ostatnich lat, ale ogólnie podobała mi się, czy raczej "siekła" mnie emocjonalnie.
Nominowana była do Nagrody Bookera oraz otrzymała Costa Book Award w 2019 r. Ponoć ma być zekranizowana.
Sally Rooney to Salinger doby Instagrama?Hehe, jakie czasy, takie Salingery.... Z jeden strony to przesada, a drugiej - coś w tym jest.
Na pewno to nie jest dobra propozycja dla tych, którzy lubią wartką akcję i wielowątkowość. Tu skupiamy się na przeżyciach, przemyśleniach pary bohaterów.
Bohaterów, którym się współczuje i kibicuje, ale też irytują bardzo. Mają to, co mają, poniekąd na własne życzenie. Niby dobrze się rozumieją, ale nie potrafią się dogadać. Niedopowiedzenia, nieporozumienia... Odwieczne "co ludzie powiedzą..."
Normalni ludzie.... Dziwni. Pokręceni, popaprani... Toksyczni. Nie mogą żyć ze sobą, nie mogą żyć bez siebie.
Zakończenie...Hmmm.. Tak bardzo wtedy chciałam wziąć długopis i dopisać im happy end.

Książkę zaliczam do kwietniowego wyzwania TrójkaE-pik
senior w roli głównej
zbrodnia w tle
Joker - wolna amerykanka!

poniedziałek, 30 października 2017

"Kapelusze doñi Nicanory" K. Hawkins

Prószyński i S-ka 2010

To nie będzie recenzja, raczej notatka.

Październikowe zadanie ejotkowego wyzwania "Pod hasłem" wymagało od uczestników lektury książki z obcojęzycznym słowem w tytule. Już wydawało mi się, że nic takiego nie znajdę, ewentualnie skorzystam z zasobów biblioteki, gdy przypomniałam sobie o "Kapeluszach doñi Nicanory" Kirstan Hawkins.

Typowy "półkownik". Kupiłam ją kilka lat temu (czy raczej wybrałam w ramach wygranego bonu, tak coś mi świta...), bo mnie zaciekawił, zauroczył opis. W natłoku książek nie przeczytałam jej od razu, ciągle odkładałam, jak wyjątkowy smakołyk na specjalną okazję. Niestety, gdy się za nią zabrałam, czar prysnął. Zupełnie mnie ta powieść nie ujęła, nie zaciekawiła. Porzuciłam ją dla innych lektur, w tym biografii, która okazała się pasjonująca. Wróciłam, przebrnęłam, bez entuzjazmu, ziewając.

O czym to?
O małym, zabitym dechami miasteczku  Valle de la Virgen, ulokowanym na odludziu, wśród dżungli i bagien oraz jego nietuzinkowych, często ekscentrycznych mieszkańcach.
Tytułowa Nicanora jest wdową, ma trójkę dzieci, w tym dorosłego syna ( z Ernesto jest niezły huncwot i obibok), ma dar przewidywania przyszłości, marzy o założeniu sklepu z kapeluszami. Don Bosco, lokalny golibroda, żyje wspomnieniem uczucia i odmowy oświadczyn sprzed lat. Zaskoczony zmianą zachowania i prośbą ukochanej kobiety, wybiera się w podróż.
Artur, lekarz w nowo wybudowanej klinice nudzi się, na rynku przesiaduje zaś Gringito, hipis, cudoziemiec, dziwak, stołujący się za ciężkie dolary u Nicanory. Burmistrz chce dokonać w niemrawym, zapomnianym miasteczku zmian, rozruszać je jako atrakcję turystyczną... To jeszcze jednak nie wszystkie postaci tej zakręconej historii, w której występują tajemnicza figura Matki Boskiej i komputer ;-)
O marzeniach, uczuciach, podążaniu własną ścieżką, takie tam...

Zgodnie z  opisem na okładce miała to być  urocza, słodka, zabawna, ciepła opowieść rodem realizmu magicznego. Nie czułam tego wcale. Porównywać z Marquezem to mocne nadużycie.
Jakoś nie było mi po drodze z wychwalanym humorem i groteską "Kapeluszy..."
Jedyne, co chcę podkreślić, to nietypowy klimat, coś w nim jest baśniowego,  nieokreślony czas akcji, takie "wszędzie i nigdzie", miasteczko uniwersalne, ze swoim ryneczkiem, swoją gromadką stałych bywalców u fryzjera i na piwku.

Autorka studiowała antropologię, to jej powieściowy debiut. Nie mam pojęcia, czy napisała coś jeszcze. Nie jestem już zainteresowana.

Liczyłam na coś zupełnie innego, rozczarowałam się. I to nie tak, że powieść jest zła, po prostu nie trafiła do mnie.

Przeczytana w ramach "Pod hasłem".

Moja lista blogów