Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2024

"Błękitna wstążka" Magdalena Wojtkiewicz

wydawnictwo Filia 2024

Z reguły nie sięgam po literaturę tego typu (romans na wojennym tle), ale tym razem zrobiłam wyjątek.  Wobec debiutu Magdaleny Wojtkiewicz nie miałam wielkich oczekiwań, a wręcz dość sceptyczne podejście. Okładkowe hasła typu "historia wojennej zawieruchy i miłości, która nie powinna się wydarzyć" jakoś mnie nie przekonują i nie przepadam za fikcją osadzoną w wojennych realiach. Obawiałam się, że będzie to stereotypowa, schematyczna, egzaltowana opowieść w stylu szkolnego wypracowania, skoncentrowana na wątku uczuciowym, z pobieżnie nakreślonym tłem historycznym.

Okazało się jednak, że powieść została napisana całkiem zgrabnie, tzw. lekkim piórem, a przy tym konkretnie, bez zbędnych dygresji, Czytało mi się ją bardzo przyjemnie, trudno było oderwać się od lektury,  choć oczywiście tematyka należała do tych trudnych, poważnych i kontrowersyjnych.

Celowo nie będę pisać o fabule, by nie zdradzić zbyt wiele. Krótko tylko wspomnę, że przeniesiemy się do czasów wybuchu II wojny światowej, do Gdańska, Warszawy, a także do... malowniczego Jastkowa w gminie Ćmielów.
I to właśnie ten powód, dla którego sięgnęłam po "Błękitną wstążkę".

Fabuła jest dynamiczna, wciągająca, z wyraźnie zarysowanym kontekstem historycznym, a emocje i przemiany bohaterów są dobrze oddane. Śledząc losy postaci nie da się  pozostać wobec nich obojętnym, nie obędzie się bez wzruszenia, oburzenia niepewności, zdenerwowania, zdziwienia... Nie unikniemy chwili wahania i zastanowienia nad decyzjami, wyborami i czynami bohaterów. I jeśli nawet wątek romansowy nas nie przekona, to warto zauważyć, że Magdalena Wojtkiewicz przybliża nam wiedzę o zbrodni w Lesie Piaśnickim koło Wejherowa (tzw. "Pomorski Katyń"), a nie jest to częsty motyw w literaturze popularnej. I jeśli kogoś "Błękitna wstążka" skłoni do zagłębienia się w ten temat, do sięgnięcia do artykułów, materiałów historycznych, to jest - według mnie - sukces.

Książka jest doskonale wyważona, jeśli chodzi o ilość opisów i dialogów, a także o przedstawianie wydarzeń z perspektywy postaci Anny i Horsta.
Autorka zachowała umiar w dawkowaniu szczegółów, jednocześnie nie unikając scen przemocy i okrucieństwa. Wydaje mi się, że wszystko opisała w wystarczającym stopniu, by zachować istotny przekaz i oddziaływać na odbiorcę. Momentami może jednak nieco zbyt pobieżnie, budząc w czytelniku niedosyt - tu mam na myśli wątki dotyczące poszczególnych bohaterów.
Z wielkim wyzwaniem, jakim jest opis sceny miłosnej, też poradziła sobie wspaniale, bez wulgarności, bez śmieszności, zmysłowo i subtelnie.
Czytając "Błękitną wstążkę" miałam poczucie, że wszystko jest odpowiednio uporządkowane,  wszystko czemuś służy, każda postać, każde wydarzenie - ma znaczenie dla fabuły. Ładnie poprowadzono motyw błękitnej wstążki, widać, że tytuł nie od parady.

Mam nadzieję, że zarówno autorka jak i redaktorka zadbały, aby wszystko się zgadzało pod względem historycznym. Nie jestem w stanie tego do końca zweryfikować, ale chociażby sądząc po przypisach, można przypuszczać, iż pisanie powieści poprzedził rzetelny research. Niestety, znalazłam coś co mi "zgrzytało", z tym, że nie chodzi o fakt historyczny, a język postaci - otóż użyto wyrażenia, które powstało znacznie później niż czas akcji powieści. Nie jest to jednak aż tak wielki mankament, by przesłonić walory tej książki, która jest naprawdę niezła, tym bardziej jak na debiut.

Wydaje mi się, że są szanse na drugi tom tej opowieści, bo autorka jakby celowo nie dopowiedziała losów niektórych postaci, a w zakończeniu mamy ewidentnie otwartą furtkę na dalsze dzieje Anny Malickiej i Horsta Kluzera.
I chyba każdy, kto przeczytał "Błękitną wstążkę" chętnie poznałby, co było dalej....




 



wtorek, 29 sierpnia 2017

Po prostu bądź, M. Witkiewicz


Zanim ukaże się najnowsza powieść autorki, przypomnijmy sobie inną:
Okładka książki Po prostu bądź
"Po prostu bądź”  to przepiękna, wzruszająca powieść o różnych obliczach miłości, o niezbadanych wyrokach losu, o pewnym układzie, który z praktycznego stał się naprawdę romantyczny.  O wielkiej stracie i pewnym zysku, jednakże srogo okupionym… O tym, że to od nas zależy, czy „wsiądziemy do pociągu”, czy przegapimy szansę…  O przyjaźni. O poświęceniu, które nie było poświęceniem. O trudnych, rodzinnych relacjach i naprawianiu zerwanych mostów… O tym, że życie jest gorzkie jak piwo bez soku,dlatego przyda się czasem cukier-puder i ciastko z kremikiem 😉  I jeszcze o starym swetrze i irlandzkich świecach…

całość  mojej recenzji:

http://zycieipasje.net/2015/10/07/po-prostu-badz-magdaleny-witkiewicz-opowiesc-o-roznych-obliczach-milosci/

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Ośmy! W dziewiątym!

 Wydawnictwo Filia
Data premiery: 13 września 2017
... czyli już za chwileczkę, już za momencik, we wrześniu, najnowsza powieść Magdaleny Witkiewicz, "Ósmy cud świata".
Będzie nieco egzotycznie i na pewno nie zabraknie emocji. Okładka bardzo mi się podoba - nie ma twarzy, postaci, dłoni i filiżanek z herbatą. Jest za to romantycznie i tajemniczo. To lubię!

Oto informacja prasowa:

13 września 2017 premiera powieści „Ósmy cud świata” bestsellerowej polskiej pisarki Magdaleny Witkiewicz, inspirowana podróżą autorki do Wietnamu. „Ósmy cud świata” to opowieść o singielce poszukującej najważniejszych wartości w życiu. W tle Wietnam z malowniczą zatoką Ha Long i tętniącym życiem Hanoi. Bohaterka powieści Anna - singielka, odnosi sukcesy, żyje wygodnie i bez zobowiązań, ale cały czas nie czuje się spełniona. Wszystko zmienia się, gdy pod wpływem towarzyszących jej emocji postanawia wyjechać do Wietnamu. To co tam ją spotka już na zawsze pozostawi ślad. Czy jej decyzje mogą zaważyć na losach innych ludzi? Czy szczęście, którym się cieszy rozsypie się nagle jak domek z kart? Anna przeżywa wietnamską przygodę i odkrywa swój własny ósmy cud świata. Magdalena Witkiewicz bestsellerowa polska autorka, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego i studiów MBA. Z zawodu analityk marketingowy, specjalista od modeli ekonometrycznych, z pasji pisarka. Uwielbiana przez kobiety, od lat wzrusza i motywuje swoje czytelniczki, nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Jej książki czytają Wietnamki, Litwinki i Amerykanki. W swych powieściach porusza trudne tematy samotności, poszukiwania sensu życia, dokonywania często niełatwych wyborów, miłości. Nazywana specjalistką od szczęśliwych zakończeń, opowiada o poważnych sprawach w lekkim, a czasami nawet w bardzo lekkim stylu. Dla dzieci i dla dorosłych. A czasami tylko dla dorosłych. Jej najnowsza książka „Ósmy cud świata” jest inspirowana podróżą autorki do Wietnamu, gdzie w 2014r. Magdalena Witkiewicz reprezentowała Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Literatury Europejskiej

czwartek, 17 sierpnia 2017

Nie polecam...

Edipresse 2017
Nie polecam "Szkoły żon" na pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Witkiewicz. Bo w ogóle  - to owszem, czemu nie.
Ta powieść jest specyficzna.
Kiedyś wydawnictwo Filia na fali popularności Greya wypuściło serię z tulipanem,w której wydawano erotyczne i zmysłowe powieści polskich autorek. Właśnie w tym cyklu ukazała się "Szkoła żon" - napisana na zamówienie wydawcy.
I jeśli ktoś nie gustuje w literaturze tego typu, to może się do twórczości Witkiewicz zrazić, zbyt łatwo ją wrzucając do jednego wora.
A szkoda by było, bo autorka ma w swym dorobku sporo różnych powieści, obyczajowych, romantycznych, komediowych, w lekki sposób pisze o poważnych problemach, wkłada w swoje książki dużo serca, ciepła i optymizmu.
Byłoby więc bardzo niesprawiedliwie oceniać na podstawie jednej książki.

Szkoda byłoby patrzeć na "Szkołę żon" tylko przez pryzmat "pikantnych momentów" (swoją drogą według mnie całkiem znośnie napisanych, a to trudna sztuka), bo to powieść, która pod płaszczykiem (czy raczej bielizną!) erotyki, ukrywa ważne przesłanie. Mianowicie  - chodzi tu o to, by nie tracić poczucia własnej wartości, dbać o siebie, o swoje szczęście, by wyzbyć się kompleksów, wyrwać się z kieratu szarej codzienności, uwierzyć w siebie, a przede wszystkim siebie polubić. I na zmianę nigdy nie jest za późno.
Bohaterki (w różnym wieku, różnego stanu cywilnego i o różnej sytuacji rodzinnej) pod wpływem obfitującego w atrakcje pobytu w pensjonacie pod szyldem "Szkoła żon" przechodzą przemianę, nabierają odwagi, by wziąć życie we własne ręce, wrasta ich poczucie wartości i niezależności, zmienia się ich postrzeganie samych siebie.

Nie będę nad tą książką "achać" i "ochać", bo też nie uważam jej za rewelację. Wrażenia jednak mam z lektury pozytywne. Książka "przeczytała się sama", jest kobieca, życiowa, choć wiadomo - troszkę "bajkowa".
Dużo zależy od nastawienia i umiejętności wychwycenia tego, co jest naprawdę istotne. Erotyczne opisy nie są tu najważniejsze, prosta fabuła też nie.
Bez opowieści o Jadzi, Julce, Misi i Marcie, można przeżyć. Warto jednak je poznać, by na ich przykładach podbudować się i też zacząć otwierać drzwi szczęściu.

Zastanawiam się, dlaczego akurat "Szkoła żon" stanowi 1 tom kolekcji "Bestsellery na obcasach". Zapewne wydawca zbadał grunt, ale ja mam poważne wątpliwości.
Ci, którzy twórczość M. Witkiewicz już znają, owszem, sięgną, dokupią brakujące, jeszcze nie czytane tytuły. Nawet jeśli im erotyczna literatura nie odpowiada, to jakoś to przetrawią. Natomiast wiele osób może się, brzydko mówiąc "naciąć" i zrazić do twórczości Witkiewicz i pozostałych autorek wydawanych w kolekcji (K. Mirek, A. Krawczyk), a przecież szkoda by było.


Ze strony wydawnictwa Edipresse:

Wyjątkowa kolekcja współczesnych powieści obyczajowych napisanych przez uznane polskie autorki - Magdalenę Witkiewicz, Agnieszkę Krawczyk i Krystynę Mirek . Książki opisują kwestie bliskie pokoleniu dzisiejszych 30- i 40-latek. Mówią o miłości, zdradach, rozwodach, romansach, poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, samotności, rutynie życia codziennego i problemach w pracy. Choć dotykają spraw poważnych, są napisane w lekkim stylu. Cechuje je wartka akcja, cięty język, humor i pogoda ducha.


sobota, 22 lipca 2017

"Pracownia dobrych myśli" M. Witkiewicz

[EDIT: ten post zaczęłam pisać już dawno temu.... i tak zeszło, ale w końcu jest!]

To raczej musiała być lekka, optymistyczna, zabawna lektura, żadne tam krwawe kryminały , czy filozoficzne dysputy. Wybór padł na "Pracownię dobrych myśli". I był to wybór idealny! Książkę przeczytałam właściwie w dwa popołudnia  -  przed i po porodzie, potem podczytując z małym ssakiem przy piersi, czy podczas snu maluszka.

Do książek Magdaleny Witkiewicz trzeba podchodzić z nastawieniem, że będzie do porcja miłej prozy, często zabawnej, ale nie uciekającej od poważnych problemów, z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem. Nie przeczytałam jeszcze wszystkich, nie o wszystkich przeczytanych napisałam, ale sporo już mam za sobą i wiem, że sięgnę po następne. Bo lubię!

"Pracownia dobrych myśli" to taka trochę bajka, o szczęściu, które mamy w zasięgu ręki, możemy je sobie uszyć z kawałków, trzeba do tego dobrej woli, przyjaznego otoczenia, pozytywnej energii... 

Tak właśnie jest w pewnej kamienicy, którą zamieszkuje grono sympatycznych osób:
 artystka rzeźbiarka/malarka Grażyna, wdowa Ewa z córeczką, szalona Giga  z lokalnej tv, para starszych państwa - Wiesia, (która nie lubi kłopotów i unika ich jak może, a świat obserwuje z okna, ogląda tv, czyta gazety i nawet internety przegląda) i Zbyszek (poczciwiec, co to bułki na śniadanie - tak niby przy okazji -sąsiadce przynosi).
Na parterze w lokalu po dawnej pracowni krawieckiej syn Grażyny, Florek otwiera kwiaciarnię. To miejsce staje się znów sercem kamienicy, firma prowadzona jest z pasją, to dzięki niej wszystko zaczyna się wokół układać, następuje taak prawdziwa dobra zmiana.
Florek otworzył pracownię florystyczną, a sąsiedzi - serca. Otworzyli się na miłość, przyjaźń, wzajemną pomoc. A niektórzy nawet na technologiczne nowinki ;-)
Okazało się, że stara miłość nie rdzewieje i takie tam inne happyendy...

"Pracownia dobrych myśli" to powieść pełna pozytywnej energii oraz zarówno wzruszających jak i zabawnych momentów, bardzo sympatyczna, optymistyczna, pokrzepiająca.
Gdyby ktoś szukał tego typu lektury na urlop, polecam gorąco!




niedziela, 27 września 2015

"Po prostu bądź" i podaj chusteczki...[przedpremierowo]

Wyd. FILIA , 2015
W twórczości Magdaleny Witkiewicz, specjalistki od szczęśliwych zakończeń, znajdziemy zarówno przezabawne komedie romantyczne, jak i powieści obyczajowe o poważnej tematyce. I jedne i drugie napisane są z lekkością, mają w sobie emocje, prawdę i coś, co trudno określić słowami. Taki rodzaj ciepła, serdeczności płynącej z kart książki prosto do czytelniczych serc. 

Tak się składa, że częściej sięgałam po Witkiewicz "na wesoło" i na listę nierefundowanych antydepresantów wpisałabym z całym przekonaniem "Balladę o ciotce Matyldzie" oraz "Moralność pani Piontek". Do obyczajówek może nie tyle nie miałam zaufania, ile nie czułam akurat takiego zapotrzebowania. Do czasu.
Zauroczona subtelną okładką oraz intrygującą  zapowiedzią poczułam, że najnowszą "Po prostu bądź" po prostu muszę poznać.

Poznałam. Zaczęłam czytać w leniwe niedzielne przedpołudnie, leżąc jeszcze w łóżku. Gdyby nie to, że tego dnia mieliśmy "katering", na obiad byłyby kanapki. Trudno bowiem było oderwać się od  tej opowieści, niby prostej, niby przewidywalnej w zakresie głównych wydarzeń, ale poruszającej, wciągającej po uszy, sprawiającej, że czytelnik włazi z butami w świat bohaterów i choć ściska mu się serce, nie chce z niej wyjść. Po przewróceniu ostatniej kartki tak trudno było się pozbierać... (....)

[EDYCJA: 7.10.2015]  

Na dalszy ciąg recenzji zapraszam na stronę  magazynu
" Życie i pasje"/klik/

środa, 15 lipca 2015

"Moralność pani Piontek" - dobry humor na początek

Okładka książki Moralność pani PiontekSłuchaj, Krystyna... jeśli szukasz jakiejś sympatycznej, zabawnej i lekkiej lektury na wakacyjny wyjazd, do czytania na plaży, na ławce w parku, czy na ciasnym, ale własnym balkonie, to bez dwóch zdań wybierz "Moralność pani Piontek". Nie, nie Dulskiej. Wiem, że tak się od razu ten tytuł kojarzy, ale to zupełnie inna para kaloszy. Tylko ostrzegam cię, mąszeri, gdy będziesz czytała w miejscu publicznym, weź pod uwagę, iż mogą wystąpić niekontrolowane wybuchy śmiechu, a co za tym idzie, rozmaite reakcje osób postronnych. Jedni spojrzą na ciebie jak na ufoludka, który nie dość, że czyta, to jeszcze chichocze. Drudzy popukają się w czoło i obejdą szerokim łukiem, a inni - oby tacy się trafili - może podejdą i zapytają, co też takiego czytasz... , zainteresują się i pobiegną do księgarni...

Wróćmy do Piontek. Wiem, mąszeri, dziś jest środa, ale mi nie przerywaj. Gertruda jest z domu Piontek, a nosi po mężu znamienite nazwisko Poniatowska i stara się być ze wszech miar arystokratyczną. Jest też despotyczna, bo nie może się pogodzić z faktem, że jej ukochany i jedyny syn, Augustyn Poniatowski, który co prawda zgodnie z jej marzeniem został lekarzem, ale o zgrozo - ginekologiem, wyprowadził się był.
Co więcej, zamieszkał (niekoniecznie z własnej woli) wspólnie z jakąś "lafiryndą". Która oczywiście żadną taką nie była, ale przecież pani Gertrudzie (harpii i piranii) nie wytłumaczysz... co innego, gdyby współlokatorka była dziedziczką fortuny, hektarów ziemi i stadniny koni...  - według wersji Cyryla. Przebrzydłego. Kumpla najlepszego.
Augustyn nie miał lekko ze swoją szanowną rodzicielką, ale i jego ojciec, Romuald miał przechlapane z małżonką, której na dobrą sprawę ciągle pobłażał wielkopańskie maniery i dziwactwa. Nawet pogodził się z widniejącym w garderobie strojem do trumny. Ze szpilkami Louboutine o czerwonej podeszwie włącznie. No co... musi być szykownie do grobowej deski!

Ale słuchaj, Krystyna, co ja ci będę opowiadać!!! Sama sobie przeczytaj. To naprawdę śmieszna powieść, komedia pomyłek, z motywem qui pro quo, oczywiście ze szczęśliwym zakończeniem. I wiesz, mąszeri,  wszystkie, absolutnie wszystkie postaci da się lubić. I tego Cyryla, o którym można powiedzieć , że w końcu przyszła kryska na Matyska. Na Cyryska :D  I Anulę, która "chciała, to sobie wzięła". I Anitę - pracowitę. ;-) I pana Romualda poczciwego i panią Janinkę zaczytaną i nawet Halinę, która  - zapewne o tym nie wiedząc - stała się spiritus movens całej hecy. Oczywiście także Gertrudę, mimo jej dziwactw i uciążliwości. Bo przecież chciała dobrze....

Fabuła nie jest skomplikowana, problematyka niespecjalnie poważna (choć jest pewna istotna kwestia), ale taki jest urok komedii. Grunt, że podczas lektury można świetnie się bawić, wplecione zostały także różne anegdoty i wesołe historyjki, np. ta o haśle "jesienny liść", "o zakopanym piesku" i "zabawie w pogrzeb".
Wiem, brzmi upiornie, ale zobaczysz, uśmiejesz się setnie. Stawiam tej książce ogromnego plusa za motyw książkowy (King, Sparks, Musso - autorka przemyciła swoich ulubieńców, hihihi) oraz za porcelanę z Ćmielowa.  Fabryka powinna ufundować pisarce chociaż pamiątkowy kubek za promocję :-)

To już wiesz, Krystyna, co będzie znakomitą lekturą na poprawę humoru, czy utrzymanie dobrego nastroju. Mam nadzieję, że Magdalena Witkiewicz jeszcze nie raz rozbawi nas do łez. Wiem, że coś się szykuje na jesień, ale tym razem raczej będzie bardziej obyczajowo i romantycznie.
A gdyby komuś zabrakło lekkich i zabawnych historii, to już wkrótce opowiem o kolejnej....


czwartek, 7 maja 2015

"Ty jesteś moje imię" K. Zyskowska -Ignaciak

Już w najbliższą niedzielę gościem Magazynu Obsesje ( na profilu fb) będzie Katarzyna Zyskowska- Ignaciak, ta od "Upalnego lata..." ;-)
Czytałam jej "Nie lubię kotów" (świetne) i "Przebudzenie" (fajne), kto ciekaw, niech poszpera za nimi na blogu. Polubiłam tę autorkę.  Z przyjemnością zatem sięgnęłam po "Ty jesteś moje imię".
Okładka książki Ty jesteś moje imię
Na recenzję te powieści zapraszam  tutaj

piątek, 30 stycznia 2015

Po macoszemu

Natasza Socha „Macocha” Wyd. FILIA 2014

Okładka książki Macocha
Nie miałam tej książki w planach, ale skoro akurat napatoczyła się w bibliotece, no to czemu nie… Przeczytałam ją właściwie od  ręki, znaczną część w okolicach obiadu, wieczorem dokończyłam. Kilkadziesiąt stron leciało migiem. Taki typ. W dodatku w formie zapisków z pamiętnika. Zachwycona nie jestem, ale co się pośmiałam – to moje!

Na początku strasznie mnie irytowała bohaterka – narratorka. Wykreowana została na infantylną, egoistyczną, próżną istotę. Rozumiem, że to wszystko  w zabawnej, humorystycznej konwencji, ale bez przesady…. Zgadzam się, że pewnie trudno było Romie emanować radością i entuzjazmem, gdy nagle jej sytuacja domowa uległa zmianie. A mianowicie: przyjechała nastoletnia córka jej męża (z pierwszego małżeństwa) z zamiarem zamieszkania u nich. Ale te „mordercze” plany  pozbycia się intruza….Mnie to raczej nie ubawiło…  No i nawet w komedii jakoś nie na miejscu wydaje mi się określanie  (nawet tylko  w myślach bohaterki) córki swojego partnera mianem „zezowatego potwora ze skundlonymi włosami” i tym podobnymi epitetami. Podejście Romy do Kasi rzutuje w pewien sposób na jej relację z Brunonem – nie musi lubić jego córki, ale jakiś elementarny szacunek jej się należy. Skoro „po wierzchu” wszystko jest poprawnie, to biorąc pod uwagę jej notatki – jest w tym fałsz.  Zabrakło też udziału tego całego Bruna w rodzinie – jakby zupełnie się nie angażował w jej sprawy. Cóż, być może ważniejsze były dla niego operacje chomików…

Krzywe zwierciadło, w którym pokazano tę „patchworkową rodzinkę” aż nadto zostało przechylone.
Potem  - może się przyzwyczaiłam, bo już dałam się porwać komedii, ale i tak do głównej bohaterki sympatią nie pałałam, za to bardzo polubiłam jej matkę z Niemiec (czy ona miała w ogóle  jakieś imię? Bo nie utkwiło mi w pamięci. Chyba funkcjonowała jako Matka. Kojarzyła mi się za sprawą swojego temperamentu z postacią Simony z dawniejszych odcinków „M jak miłość”), czyli  „babcochę”  - dla Kasi. I tu brawa ogromne za tę pomysłową, trafną nazwę! (matka macochy = babcocha).

Fabuły w sumie w tej powieści brak. Całość dzieje się w przeciągu roku, od przyjazdu Kasi – do jej wyjazdu, a pomiędzy – mamy szereg luźnych scenek z życia wziętych, przez krzywe zwierciadło przepuszczonych. Zlepek epizodów, mniej lub bardziej zabawnych, dotyczących nie tylko Romy, Bruna i Kasi, ale także ich przyjaciół, znajomych, sąsiadów, tudzież przypadkowych ludzi (np. o fiksacji na punkcie barbie jednego z użytkowników kafejki internetowej, perypetie klientów biura matrymonialnego prowadzonego przez Romę z koleżanką…) plus  inne dodatki. To tak jakby powieść była ciastem i dodano za dużo środka spulchniającego…

Dla mnie dla książka, owszem, była rozrywką, ale nie nazwałabym jej ciepłą i wzruszającą. Jeśli ktoś szuka dramatu obyczajowego z pogłębioną psychologią postaci, studium przypadku relacji macocha-pasierbica – to nie ten adres. Natomiast tym, którzy mają ochotę na lekką, „głupkowatą” komedię, chcą się pośmiać i oderwać od codzienności – polecam.

Na koniec mam jeszcze tylko taką uwagę. Znalazłam w treści błąd rzeczowy. I wytknę go tutaj, bo mnie on bardzo razi. Otóż brzmi to następująco:
"Polecam panu od biologii nowelkę Sienkiewicza Dobra pani" (s. 57)
Polecona lektura pasuje do sytuacji z biologiem, ale autor się nie zgadza. Można niby zrzucić tę gafę na konto bohaterki, o niezbyt dużym rozumku, ale jednak – sądzę, że to może zmylić część czytelników i nie najlepiej świadczy... Tu więc minus.



sobota, 3 stycznia 2015

"Przebudzenie" - moja pierwsza lektura w Nowym Roku!

Okładka książki Przebudzenie
Wyd. FILIA 2014

Jedni są tą książka zachwyceni, drudzy- rozczarowani. Natomiast ja- jestem pośrodku, bo dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, choć niektórych pomysłów fabularnych nie przewidziałam. Chciałam poznać dalsze dzieje bohaterów powieści "Łatwopalni" , toteż w końcu zaspokoiłam ciekawość. Do stylu autorki zdążyłam się przyzwyczaić i naprawdę - nie narzekam.Nie jest to literatura "wysoka", ale Agnieszka Lingas-Łoniewska z założenia - i z powodzeniem - tworzy powieści popularne, a przy tym bardzo poczytne, utrzymujące się w zakresie romansowo-obyczajowo-sensacyjnym, z nutką humoru i szczyptą pikanterii.  W jej  książkach chodzi o emocje, o feerię uczuć i przeżyć bohaterów, ich problemy, życiowe zawirowania, a nie o kunsztowną stylistykę frazy, nie o wyrafinowaną formę literacką. W ten sposób opowiadane historie trafiają do serc wielu czytelniczek (przepraszam panów, ale chyba jesteście w znacznej mniejszości odbiorców tego typu prozy).

W "Przebudzeniu" emocji  oraz życiowych zakrętów nie brakuje. Bohaterowie muszą rozliczyć się z przeszłością, ułożyć jak autko z klocków lego swoją teraźniejszość i "przebudzić się", by jasnym wzrokiem spojrzeć w przyszłość. Może ich perypetie komuś dadzą do myślenia? Może ktoś znajduje się w podobnej, choć częściowo, sytuacji?
Monika, Jarek i Grzesiek muszą dokonać ważnych wyborów i uporządkować swoje relacje. Sylwia znalazła się na rozdrożu - czas na remont, nie tylko mieszkania, ale i związku. Bernie- chłop na schwał - on też nie ma lekko, o nie, bo trafiła go strzała Amora, a przeszłość wróciła niespodziewanie i to z niespodzianką...
Ktoś chce solidnie namieszać, ale zemsta okazuje się wcale nie taka słodka, bo kto pod kim dołki kopie... i mieczem wojuje...wiadomo... Konieczny jest udział policji z podkomisarz Dorotą na czele, na powieściową scenę wkracza też... Lukas, czyli stary znajomy Łukasz Borowski. I  nie jest czarnym charakterem!

To nie jest słodka opowieść  o spełnianiu marzeń w scenerii usłanej płatkami róż. Droga bohaterów jest kamienista, nierówna i pełna zakrętów. Tak łatwo się potknąć i upaść, ale gdy ktoś poda dłoń - lżej się podźwignąć i brnąć dalej. W "Przebudzeniu"  - wydanym w "zmysłowej i romantycznej" serii z tulipanem - są "wichry namiętności", ale też zarysowano poważne problemy, jak ten, kiedy  na szalach wagi znajdują się małżeństwo i zgubny nałóg, albo utrudnianie rodzicowi kontaktu z dzieckiem. Powtarzam, tu nie jest różowo.
Niby wszystko dobrze się kończy, ale  mamy parę znaków zapytania, a pewne drzwi nie zostają zamknięte...Co dalej? To już w  tomie III. Oczywiście czuję się zaintrygowana kontynuacją.

Cóż więcej mogę powiedzieć... Dlaczego czytam takie książki?  Bo lubię ;-)  Bo czasem nie mam głowy do skomplikowanych spraw i filozoficznych dyskursów, czy też nie mam ochoty na epicką rozlewność. Niektórzy odpoczywają przy kryminałach, innych bawi fantasy, ja zaś wolę  inną formę i nie gardzę "czytadłem", romansem, czy  fabułą obyczajową.  Dla mnie "Przebudzenie" stanowiło przyjemną lekturę wprowadzającą mnie czytelniczo w Nowy Rok. Stopniowo przyjdzie czas także na "trudniejszą" literaturę, ale  póki co... pójdę się przespać....


Książka akurat idealnie pasuje do wyzwania "Pod hasłem". Hasło na styczeń 2015 r. brzmi:
polskie dwa-tysiące-czternastki, czyli książki polskich autorów wydane w 2014 roku.






wtorek, 8 lipca 2014

"Zawód spikerka" Iwona Schymalla

Z  przyjemnością sięgam po różnego rodzaju wspomnienia, autobiografie, biografie, wywiady, reportaże itp. dotyczące  znanych osób świata kultury i sztuki, a także mediów. Ślady tych lektur widnieją w moich blogowych zapiskach, mam też wiele jeszcze w planach.

Wyd. FILIA 2014
Niestety, muszę przyznać, że sięgnąwszy po książkę "Zawód spikerka" sygnowaną nazwiskiem dziennikarki, redaktorki, prezenterki telewizyjnej, pełniącej przez pewien czas funkcję dyrektora TVP1 Iwony Schymalli  nieco się rozczarowałam. Sugerując się zapowiedzią na okładce liczyłam na barwną, pełną anegdot opowieść o kulisach pracy  przy "Kawie czy herbacie", relacjach z wizyt papieskich i innych ważnych wydarzeń, na wspomnienia, ciekawostki, pokazanie "od kuchni" pracy po drugiej stronie ekranu.  To wszystko niby jest, ale  po pierwsze -w moim odczuciu wcale nie barwne, a suche, rzeczowe i sztuczne, po drugie - przytłoczone przez treści "rozrachunkowe" dotyczące politycznych spraw w kadrach Telewizji Polskiej.

Całość w ogóle ma formę wywiadu, i ta forma jako taka wcale mi nie przeszkadza, jednak razi jej realizacja. Na przodzie okładki nie ma informacji o tym, że jest  to rozmowa, nie widnieje nazwisko osoby, która ją przeprowadziła, dopiero z tyłu okładki wspomniano o Małgorzacie Talarek, na końcu tekstu zaś umieszczono o niej  kilka słów. Spodziewałam się wspomnień, zupełnie innej narracji, a okazało się, że to wywiad, w dodatku bardzo sztywny i sztuczny. Owszem, bywają pasjonujące wywiady-rzeki, ale nie w tym przypadku! Tutaj ta sztuczność wyłazi z każdej strony. Kto bowiem wymieniając osoby, z którymi się spotkał, wylicza je w kolejności alfabetycznej? Kto mówiąc o już nieżyjącej osobie dodaje na końcu wypowiedzi literki R.I.P? To nie jest wywiad "mówiony", naturalny, to wywiad ułożony "pod linijkę", pod to, co główna bohaterka chce przekazać, czy raczej "zakomunikować". W niektórych wypowiedziach miałam wrażenie, że czytam notkę z encyklopedii. Trafiały się ciekawsze fragmenty, ale nie uważam, by była to "przejmująca opowieść", jak głosi rekomendacja na okładce.

Nie chciałabym zostać źle zrozumiana. Nie mam zastrzeżeń co do profesjonalizmu pani Schymalli, jej kompetencji, wiedzy, doświadczenia itp. Nie uważam, że jej decyzje i działania były nieodpowiednie. Daleka jestem od tego, by przyznawać rację którejkolwiek ze stron w problematycznej sytuacji na linii ówczesne władze- Iwona Schymalla. Po prostu nie znam się tym, nie wnikam w to. Patrzę z perspektywy zwykłego telewidza i czytelnika i właśnie z tej perspektywy stwierdzam, że książka "Zawód spikerka" brzmi jak jakaś próba usprawiedliwienia się, wytłumaczenia, (obrony?), pokazania szerokiemu gronu swojej racji. Owszem, była dyrektor  anteny jak każdy ma do tego prawo. Ale czy człowieka, który z ciekawości sięgnął po wspomnienia o pracy w telewizji interesuje przedstawianie kolejnych punktów wypowiedzenia wręczonego p.Schymalli i ich komentarz? Może i kogoś to interesuje, ale nie sądzę, by to dotyczyło większości odbiorców.

Szczerze powiem, jak odebrałam znaną spikerkę na postawie tej książki. Otóż, jako osobę ambitną, pracowitą, konsekwentną, ale przemądrzałą, dumną, sztywną, chłodną. W wywiadzie na każdym kroku podkreślała swój profesjonalizm, słuszność racji, merytoryczność  decyzji. Piętnowała układy polityczne w zarządach, dyrekcjach, nepotyzm. Skądinąd to słuszne, ale czy musiało być tak nachalne w książce o kulisach "Kawy i herbaty"? Czy o tym chcemy czytać? Ta warstwa "rozliczeniowa" położyła się cieniem na całej publikacji, zdominowała treści anegdotyczne, prywatne, związane bezpośrednio z pracą dziennikarską.
Dziwną rzeczą jest umieszczenie na końcu  książki wywiadu, który nie ukazał się w prasie, a raczej jego połowy - samych odpowiedzi udzielonych przez p. Schymallę, gdyż wydawcy nie posiadają praw autorskich do  tamtych pytań.

Nie będę udawać, że jestem tą książką zachwycona, bo nie jestem. Zdecydowanie bardziej trafiały do mnie fragmenty dotyczące tego jak wyglądała praca spikera i przygotowanie porannego, prekursorskiego w Polsce, programu "Kawa czy herbata", czy dziennikarskich relacji niż te wszystkie "rozrachunki", które jednak przesłoniły wszystko inne. Może to była "kawa na ławę", ale ja w takim razie wolę herbatę. Styl tej publikacji nie przypadł mi do gustu. Co ciekawe, mało opinii o niej pojawia się na portalach i blogach. Warto jednak wiedzieć o istnieniu tej książki, a nawet po nią sięgnąć, by przekonać się samemu, czy podzielacie moje zdanie, czy macie zgoła inne....


Za egzemplarz dziękuję Księgarni Matras.

niedziela, 27 kwietnia 2014

"Zamek z piasku" M. Witkiewicz


Okładka z LC
Są powieści, o których tyle się czyta i słyszy, że podświadomie nabiera się ochoty na ich przeczytanie. Jeśli do tego z satysfakcją czytało się inne książki danego autora, to tym bardziej. Tak miałam w przypadku Magdaleny Witkiewicz. Po "Pannach roztropnych" ( głowy nie dam, czy ja "Milaczka" kiedyś czytałam), "Lilce i spółce" oraz "Balladzie o ciotce Matyldzie" nabrałam apetytu na więcej. Co i rusz dowiadywałam się o kolejnych publikacjach oraz emocjach, jakie wywołują. Pomyślałam, spróbujemy - zobaczymy...
I zapisałam się w kolejce bibliotecznej do "Zamku z piasku".
( Żony i pensjonaty też są  w tutejszym księgozbiorze, hurra!)
W końcu udało się wypożyczyć. Z premedytacją odłożyłam lekturę na weekend. No i pochłonęłam - wczoraj wieczorem zaczęłam, dziś w międzyczasie skończyłam. Lubię takie książki, które czyta się prawie za jednym zamachem, od których trudno się oderwać.

Muszę przyznać, że jakoś szczególnie to mnie "Zamek z piasku" nie zachwycił, ale nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie podobał. 
Początkowo było tak, jakby to określić... sucho, skrótowo, jak opowiadania w gazetce z krzyżówkami. Niezbyt mi ta powieść "siadła" od strony opisowej, czułam niedosyt. Nie bardzo też "widziałam" bohaterów, nie umiałam ich sobie wyobrazić. Nawet, jeśli było to podane, to nie zapamiętałam, jak wyglądali.
Im dalej w las, tym jednak z coraz większym zaciekawieniem śledziłam perypetie postaci, ich  problemy, wybory i decyzje. Bo tu  o wiele ważniejsze niż kolor oczu, szereg szczegółów i zarys tła było to wszystko, co działo się w sferze uczuciowej, emocjonalnej.
Magdalena Witkiewicz w opowieści o Weronice, Marku, Kubie, Ewie, Dominice poruszyła wiele trudnych spraw. Główne z nich to pragnienie dziecka i niemożność jego posiadania, zdrada emocjonalna i realna, samotność w związku,  kryzys, zagmatwane relacje. Według niektórych (zdaje się nielicznych) opinii powieść jest przewidywalna, banalna. Nie dostrzegłam tu schematu. Na dobrą sprawę, to każde z rozwiązań fabularnych komuś tam może wydawać się oczywiste. Autor jednak musi jakoś to poukładać. Mnie tu wiele zaskoczyło, nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Interesujące jest to, że tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy Marek był uczciwy, czy oplątała go Dominika, podczas gdy Weronika nie poprzestała na rozmowach i e-mailach z Kubą. W ogóle ta Dominika wydała mi się intrygującą postacią, taka jakby femme fatale, szkoda, że było jej tak mało.
Nie będę streszczać fabuły, to można sobie znaleźć tu i tam, ale najlepiej przeczytać samemu - przenieść się na parę godzin do Gdańska, na Kaszuby oraz do sławnej już Amalki, przeżyć wiele wzburzeń i wzruszeń.
Ta książka nie należy do serii "Z tulipanem", ale ze względu na pewne (subtelne) epizody też by do niej pasowała.

"Zamek..." to powieść w sumie z happy endem, ale przede wszystkim z morałem. Związek trzeba ciągle budować, jak tytułową budowlę z piasku, dbać o niego i odbudowywać, gdy trafi się niszczycielska fala. Może to i banalne, "coelhowskie", ale co z tego, skoro to najszczersza prawda!  I nie rozmawiać z nieznajomym. Pięknie o tym śpiewa Michalina Malczewska w utworze "Zamek z piasku" do słów Magdaleny Witkiewicz. 
Ponadto: motocyliści są jak koty.
I tym miłym akcentem kończę te chaotyczne zapiski.

niedziela, 22 września 2013

Łatwoczytalni

Niniejszym wyjawiam, którą książkę z poprzednio prezentowanych przeczytałam w trybie  natychmiastowym i błyskawicznym:
Moją recenzję znajdziecie TUTAJ.

Oczywiście mam świadomość, że nie jest to literatura wielka, wybitna, taka z "wyższej półki" , z rodzaju tych nominowanych do Nagrody Nike, czy innych literackich trofeów. Mam jednak słabość do książek tej autorki, podobnie jak do Nory Roberts, potrzebuję czasem takich prostych acz ujmujących historii. Nieraz aż miło odpocząć od kunsztownych fraz i gęstych od znaczeń próz.

Moja lista blogów