Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2024

"Błękitna wstążka" Magdalena Wojtkiewicz

wydawnictwo Filia 2024

Z reguły nie sięgam po literaturę tego typu (romans na wojennym tle), ale tym razem zrobiłam wyjątek.  Wobec debiutu Magdaleny Wojtkiewicz nie miałam wielkich oczekiwań, a wręcz dość sceptyczne podejście. Okładkowe hasła typu "historia wojennej zawieruchy i miłości, która nie powinna się wydarzyć" jakoś mnie nie przekonują i nie przepadam za fikcją osadzoną w wojennych realiach. Obawiałam się, że będzie to stereotypowa, schematyczna, egzaltowana opowieść w stylu szkolnego wypracowania, skoncentrowana na wątku uczuciowym, z pobieżnie nakreślonym tłem historycznym.

Okazało się jednak, że powieść została napisana całkiem zgrabnie, tzw. lekkim piórem, a przy tym konkretnie, bez zbędnych dygresji, Czytało mi się ją bardzo przyjemnie, trudno było oderwać się od lektury,  choć oczywiście tematyka należała do tych trudnych, poważnych i kontrowersyjnych.

Celowo nie będę pisać o fabule, by nie zdradzić zbyt wiele. Krótko tylko wspomnę, że przeniesiemy się do czasów wybuchu II wojny światowej, do Gdańska, Warszawy, a także do... malowniczego Jastkowa w gminie Ćmielów.
I to właśnie ten powód, dla którego sięgnęłam po "Błękitną wstążkę".

Fabuła jest dynamiczna, wciągająca, z wyraźnie zarysowanym kontekstem historycznym, a emocje i przemiany bohaterów są dobrze oddane. Śledząc losy postaci nie da się  pozostać wobec nich obojętnym, nie obędzie się bez wzruszenia, oburzenia niepewności, zdenerwowania, zdziwienia... Nie unikniemy chwili wahania i zastanowienia nad decyzjami, wyborami i czynami bohaterów. I jeśli nawet wątek romansowy nas nie przekona, to warto zauważyć, że Magdalena Wojtkiewicz przybliża nam wiedzę o zbrodni w Lesie Piaśnickim koło Wejherowa (tzw. "Pomorski Katyń"), a nie jest to częsty motyw w literaturze popularnej. I jeśli kogoś "Błękitna wstążka" skłoni do zagłębienia się w ten temat, do sięgnięcia do artykułów, materiałów historycznych, to jest - według mnie - sukces.

Książka jest doskonale wyważona, jeśli chodzi o ilość opisów i dialogów, a także o przedstawianie wydarzeń z perspektywy postaci Anny i Horsta.
Autorka zachowała umiar w dawkowaniu szczegółów, jednocześnie nie unikając scen przemocy i okrucieństwa. Wydaje mi się, że wszystko opisała w wystarczającym stopniu, by zachować istotny przekaz i oddziaływać na odbiorcę. Momentami może jednak nieco zbyt pobieżnie, budząc w czytelniku niedosyt - tu mam na myśli wątki dotyczące poszczególnych bohaterów.
Z wielkim wyzwaniem, jakim jest opis sceny miłosnej, też poradziła sobie wspaniale, bez wulgarności, bez śmieszności, zmysłowo i subtelnie.
Czytając "Błękitną wstążkę" miałam poczucie, że wszystko jest odpowiednio uporządkowane,  wszystko czemuś służy, każda postać, każde wydarzenie - ma znaczenie dla fabuły. Ładnie poprowadzono motyw błękitnej wstążki, widać, że tytuł nie od parady.

Mam nadzieję, że zarówno autorka jak i redaktorka zadbały, aby wszystko się zgadzało pod względem historycznym. Nie jestem w stanie tego do końca zweryfikować, ale chociażby sądząc po przypisach, można przypuszczać, iż pisanie powieści poprzedził rzetelny research. Niestety, znalazłam coś co mi "zgrzytało", z tym, że nie chodzi o fakt historyczny, a język postaci - otóż użyto wyrażenia, które powstało znacznie później niż czas akcji powieści. Nie jest to jednak aż tak wielki mankament, by przesłonić walory tej książki, która jest naprawdę niezła, tym bardziej jak na debiut.

Wydaje mi się, że są szanse na drugi tom tej opowieści, bo autorka jakby celowo nie dopowiedziała losów niektórych postaci, a w zakończeniu mamy ewidentnie otwartą furtkę na dalsze dzieje Anny Malickiej i Horsta Kluzera.
I chyba każdy, kto przeczytał "Błękitną wstążkę" chętnie poznałby, co było dalej....




 



wtorek, 13 czerwca 2023

"Fake Dates and Mooncakes" Sher Lee

 


 

Cud, miód i ciasteczka! W dodatku nie byle jakie, bo księżycowe – bez pieczenia, że śnieżną skórką i wyjątkowym nadzieniem. Wykonane z sercem i pasją, zgodnie ze starą babciną recepturą. I nie są one jedynym smakołykiem, jakie azjatycka pisarka zafundowała nam w tej powieści. Wątek kulinarny splata się  tu z wątkiem uczuciowym, ogromną rolę odgrywają chińskie tradycje i zwyczaje. Dwóch nastolatków w zabawnej i wzruszającej historii pokazuje nam jak ważne jest wsparcie rodziny, sięganie do tradycji, uczciwość i szczerość.
Wydaje mi się, że młodzież chętnie sięgnie po tego typu prozę, lekką, na wskroś współczesną, z k-popem w tle, a przy tym mądrą, która pod płaszczykiem komedii romantycznej przemyca ważne wartości.

PREMIERA: 14 CZERWCA 2023.

Nie oglądałam “Bajecznie bogatych Azjatów” i nie czytałam “Heartstoppera”, do których nawiązuje opis na okładce, więc do nich się nie odniosę. Nie przepadam za takim etykietowaniem, bo tym sposobem można tyleż zachęcić, co zniechęcić odbiorców. Podobnie z nietłumaczonym tytułem – są fani i przeciwnicy takich praktyk. A szkoda byłoby, gdyby “Fake Dates and Mooncakes” nie spotkały się z szerszym zainteresowaniem, bo to naprawdę fajna i mądra, współczesna powieść młodzieżowa, w której zdecydowanie chodzi o coś więcej niż love story między dwoma chłopakami.

Już od pierwszych stron można wsiąknąć w niezwykły klimat tej rozgrywającej się w Nowym Yorku opowieści, poczuć smak pierożków xiao long bao, smażonego ryżu i innych smakołyków serwowanych przez “Wojowników Woka” – bar z kuchnią singapursko-chińską, w którym pracuje nastoletni Dylan Tang.  Dość szybko poznajemy jego sytuację rodzinną i następuje zawiązanie akcji – spotkanie Theodora Sommersa. Pechowa dostawa okazuje się szczęśliwym początkiem skomplikowanej znajomości….

Chłopców różni przede wszystkim status społeczny i finansowy, ale mają azjatyckie korzenie i podobne doświadczenia – obaj stracili matki, wychowują się  bez ojców (z różnych przyczyn), są samotni.
Dylan łączy naukę z pracą w gastronomii, czuje się odpowiedzialny za ciocię i kuzynów,  chce pomóc utrzymać i wypromować rodzinny biznes, w związku z tym zamierza wziąć udział w konkursie kulinarnym na najlepsze ciasteczka z okazji Święta Środka Jesieni. Jest uczciwy, honorowy, szczery i skromny.
Natomiast Theo to “obrzydliwie” bogaty uczeń elitarnej szkoły, stać go niemal na wszystko, ale nie jest zadufanym w sobie egoistą, wręcz przeciwnie – okazuje się sympatyczny, pomocny, pracowity. Jest też sprytny i “złotousty”, potrafi wybrnąć z każdej sytuacji.  Dyskretnie chce wspomóc finansowo “Wojowników Woka”. Dylan “wpadł mu w oko”.  Zabiera go ze sobą na wesele kuzynki, gdzie mają udawać  że są parą. Zauroczony nim Dylan musi ukrywać prawdziwe uczucia, poza tym czuje, że nie pasuje do świata celebrytów i bogaczy. To raczej Theo ma łatwiej, by  zbliżyć się do rodziny Dylana, z ochotą spędza czas w barze, pomaga kuzynom, z ciekawością poznaje chińskie zwyczaje, przesądy, legendy, przysłowia itp. – wszak to też jego korzenie (ze strony matki).
Ktoś chce jednak za wszelką cenę rozdzielić zaprzyjaźnionych chłopaków. Obaj muszą udowodnić szczerość swych intencji i sami się przekonać, co do siebie czują i ile są w stanie poświęcić.

Trzeba przyznać, że debiutancka powieść Sher Lee to taki “american dream” oparty na popularnych motywach i kontrastach,  gdzie miłość i prawda zwyciężają, trudności zostają pokonane, a marzenia się spełniają, mamy oczywiście happy end. Trudno jednak wyobrazić sobie, by mogło być inaczej, bowiem bohaterowie są tak sympatyczni, że nie sposób im nie kibicować i nie życzyć szczęścia. Nawet postaci drugoplanowe budzą sympatię i ciekawość, a już szczególnie Clover, suczka rasy corgi – adoptowana ze schroniska.

Błędem byłoby sprowadzić tę książkę tylko do wątku uczuciowego, bo moim zdaniem był on tylko tłem dla ukazania chińskiej kultury, obyczajowości, kuchni, dla podkreślenia roli tradycji i jej pielęgnowania, roli pamięci/wspomnień, a także takich wartości jak uczciwość, honor, solidarność, rodzina, opieka nad zwierzętami.
To również piękna opowieść o relacjach rodzinnych, o tym jak ogromną rolę odgrywa wzajemne wspieranie się; o tym, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. I o tym, że nawet mając niewiele, można komuś podarować coś cennego – niematerialnego: czas, uwagę, miejsce w rodzinie, miłość, poczucie szczęścia.
Na przykładzie tej historii można zastanawiać się, czy życiem rządzi przypadek, czy przeznaczenie? Czy to prawda, że pieniądze szczęścia nie dają? Co jest w życiu naprawdę ważne?

“Fake Dates and Mooncakes” to urocza, ciepła, subtelna,  wartościowa i zabawna komedia romantyczna (określana też jako querrowy romans) z sympatycznymi bohaterami i barwnym azjatyckim tłem. Idealna młodzieżowa lektura na wakacje albo weekendowy odpoczynek, dla miłośników chińskiej kultury kuchni i niebanalnych ciasteczek – obowiązkowa

Agnieszka Grabowska

współpraca recenzencka

Wydawnictwo Literackie
Tytuł: Fake Dates and Mooncakes
autor: Sher Lee
Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Data wydania: 14.06.2023
Liczba stron: 310
ISBN:9788308081303

poniedziałek, 17 października 2022

"Fall in love" Marika Krajniewska

 


Po książki Mariki Krajniewskiej sięgam w ciemno, niezależnie od gatunku.  Poznałam jej twórczość w różnych odsłonach i wiem, że autorka znakomicie radzi sobie zarówno w poważnej psychologicznej prozie jak i tej lżejszego kalibru. Nie popada w schematy i dba o to, by fabuła niosła mądry przekaz. Potrafi zaskoczyć czytelnika. Tak też było tym razem, bo “Fall in love” nie jest, jak się okazuje, typowym romansem. To urocza opowieść o poszukiwaniu siebie, o uważności, dopuszczaniu do głosu własnych potrzeb i dokonywaniu wyborów, docenianiu “tu i teraz”. O miłości też, ale jakby… na dalszym planie. Dodajmy do tego motyw Halloween i słodkie wypieki, na które pod czas lektury aż leci ślinka, i mamy idealną powieść na jesień.

 

 

Kolorowe liście, lśniące kasztany, rumiane jabłuszka, pękate dynie, grzybobranie,  złota pogoda, a w domu ciepłe kocyki, kubki z aromatyczną herbatą, szarlotka z cynamonem…. A także deszcze niespokojne, kalosze, parasole, wichury, ciemne chmury, poranne mgły, słota, minorowe nastroje. Taka właśnie bywa jesień. Takie też jest życie, ma swoje blaski i cienie, góry i doły. Brzmi banalnie, ale po prostu tak jest.
Nie inaczej w życiu głównych bohaterów: Jagody i Adama, których historię poznajemy stopniowo i na przemian, czekając na rozwój wydarzeń. Przyglądamy im się z uwagą, wyczekiwaniem, nadzieją…

Ona –  pracuje w teatrze lalek, ukrywając za kukiełkami swoją osobowość; przygotowuje spektakl oparty na irlandzkiej legendzie o tym, skąd się wzięły dyniowe lampiony.
W życiu prywatnym też jest aktorką, robiąc dobrą minę do złej gry w toksycznym związku. Niewątpliwie jest zagubiona, ma niskie poczucie wartości, nie dopuszcza do siebie emocji.
On  – tajemniczy, chyba wreszcie odnalazł swoje miejsce na ziemi,  otworzył wymarzoną piekarnię, chce karmić ludzi radością; jego wypieki nie mają sobie równych. Odkąd zobaczył kobietę w czerwonej czapce podjął pewne wyzwanie.
Ścieżki tych dwojga krzyżują się. Co z tego wyniknie? Jaką rolę odegrają wypiekane z sercem ciasta?

Zbyt wiele nie chcę opowiadać o fabule, by nie odbierać nikomu przyjemności samodzielnego odkrywania kart.
Natomiast muszę poświęcić słowo postaciom drugoplanowym, ale niezwykle ważnym. Prym wiodą stara Iwaszkiewicz i Mariaszka – sąsiadki i pomocnice Adama, które go motywują, popychają do działania, między sobą prowadzą dowcipne, cięte dialogi. Trzeba przyznać, że autorka stworzyła wspaniałe kreacje starszych pań. Czyżby duchowe koleżanki Marysi i Gieni z “No, Asiu!”?
Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że to te seniorki ożywiły, ubarwiły i skradły tę opowieść  i na pewno wiele osób chętnie przeczytałoby kolejne części o ich perypetiach.
Na szczególną uwagę zasługuje też Zosia  – rezolutna, mądra siedmiolatka, rozumiejąca więcej niż się wydaje. Dziewczynka znajduje się jakby między młotem a kowadłem, wspierając żonę swojego ojca.

Tłem opowieści, a w sumie również bohaterem, jest tu Toruń. Słynące z Kopernika i pierników miasto ukazane zostało z wielką sympatią, jako ciekawe, przyjazne,  niezwykle klimatyczne, dobre miejsce. Wiem, że Marika Krajniewska zna to miasto nie tylko z wycieczek.  Da się to odczuć, że  jest jej naprawdę bliskie. Podejrzewam, że również z autopsji zna te wszystkie tak sugestywnie, zmysłowo opisane bułeczki, serniki, pączki, napoleonki, bezy i inne przysmaki z powieściowej cukierni. Podczas lektury rośnie apetyt na te słodkości. Motyw słodkich wypieków jest kluczowy dla fabuły, ale równie ważny i  pięknie ukazany został motyw Halloween. Współcześnie wiążemy go przeważnie z amerykańską kulturą, ale jego korzenie tkwią gdzie indziej. Istotny jest także topos teatru. Tytuł  powieści odnosi się nie tylko do pragnień bohaterów, ale przede wszystkim to nazwa sztuki przygotowanej przez Jagodę. Zresztą, uważny czytelnik znajdzie  wiele odniesień.

W tej książce doskonale został oddany klimat jesieni, bo nie bez powodu Fall in love to powieść jesienna. Wbrew napisowi na okładce nie taka znów słodka, nie pikantna lecz raczej korzenna, piernikowa, z lekką goryczką. Zgrzytająca i nieoczywista, jak beza z marakują, ale pozostawiająca poczucie zadowolenia z poznanego połączenia smaków. Nie wszystkim przypadnie do gustu.
To nie jest typowy romans, gdzie między bohaterami iskrzy, a po perypetiach, nieporozumieniach mamy spodziewany happy end. Właściwie to takie “preludium romansu”, otworzenie drzwi, za którymi kryją się szanse i nowe możliwości. Nie spodziewajcie się namiętnych scen i nagłych zwrotów akcji. To spokojna, refleksyjna, nieoczywista, pięknie opowiedziana, dość smutna, ale pełna ciepła i nadziei, romantyczna powieść, w której obecne są też wspomnienia Adama z dzieciństwa i rozważania Jagody o jej rodzinnych relacjach.

Najnowsza powieść Mariki Krajniewskiej na pewno znajdzie swoich zwolenników, choć niektórych może rozczarować. Jak wspomniałam, nie jest to typowy romans, może właśnie dlatego mnie akurat przypadła do gustu. Była to naprawdę przyjemna, refleksyjna lektura, swoją “jesiennością” wyróżniająca się na tle wydawanych w ostatnim kwartale roku powieści zimowo-świątecznych.
Chętnie zobaczyłabym Fall in love na wielkim ekranie. Mam już swoje typy do obsadzenia głównych ról. Byłaby to taka “jesienna walentynka” z mądrym przesłaniem. Tylko w czasie projekcji konieczna byłyby degustacje tych wszystkich smakołyków, które pojawiałaby się na ekranie.

polecam nie tylko na jesień,
Agnieszka Grabowska

materiał chroniony prawami autorskimi

PRZECZYTAJ TAKŻE: recenzje innych powieści Mariki Krajniewskiej /klik/ oraz / wywiad /


środa, 27 stycznia 2021

“Kobieta w białym kimonie” Ana Johns

 


Rytuał picia herbaty, pięknie tkane kimona, wzorzyste wachlarze, kwitnące wiśnie, origami i haiku… Japonia kojarzy nam się zazwyczaj bardzo pozytywnie i miło, tymczasem i ten kraj ma swoje ciemne i smutne karty…  W powieści Any Johns odkrywamy jedną z nich – przenosimy się w  lata 50.XX w.  kiedy to japońsko-amerykańskie związki były z góry skazane na niepowodzenie, obowiązywały surowe zasady, nadal aranżowano małżeństwa, a za bramami domów, klinik, klasztorów i sierocińców rozgrywały się tragedie. Nie mogłam oderwać się od tej książki i na pewno długo o niej nie zapomnę.

Spodziewałam się, że będzie to wzruszający romans z Japonią w tle, opowieść o tajemnicy z przeszłości, o japońskich zwyczajach i tradycjach. I owszem, to wszystko dostałam, ale znalazłam w tej książce coś więcej, co przykuło moją uwagę i nie pozwalało odłożyć lektury. Mianowicie: portret młodej, zdeterminowanej i walecznej kobiety, która w ówczesnym systemie społecznym  nie mogła decydować o własnej przyszłości oraz  nieznany przeciętnemu czytelnikowi problem dyskryminowanych związków między Japonkami a Amerykanami, tragiczny los kobiet i urodzonych przez nie dzieci, z których tylko nieliczne trafiały do sierocińca. To także opowieść o trudnych wyborach i ich konsekwencjach, o  tęsknocie, śmierci, stracie, przeżywaniu ich i pogodzeniu się z tym.
(....)

Całą moja recenzja:
http://zycieipasje.net/2021/01/szpieg-w-ksiegarni-kobieta-w-bialym-kimonie-ana-johns-recenzja/

środa, 20 stycznia 2021

"Free Birds" Emilia Szelest



Między liderem rockowego zespołu i polską autorką romansów, której powieść doczekała się ekranizacji w Los Angeles, nie tylko iskrzy, ale wręcz latają pioruny. Caroline i Alex to naprawdę wybuchowa para,  trudno za nimi nadążyć i zrozumieć, dlaczego tak uparcie utrudniają sobie nawzajem życie? Emilia Szelest napisała zgrabną, emocjonalną opowieść, od której pod koniec nie można się oderwać – będzie happy end czy nie…? Wielbicielki “niegrzecznych książek” oraz wątków muzycznych powinny być usatysfakcjonowane tą nowością.


Free Birds to typowy romans, w którym główni bohaterowie zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale ich temperamenty i życiowe okoliczności sprawiają, że ta “love story” podąża bardzo wyboistą i krętą ścieżką. Mamy tu motyw “love- hate” w pięknym wydaniu. Ona jest mężatką,  która przyjechała do USA w związku z ekranizacją swojej powieści. On – jej muzyczny idol – wraz z swoim zespołem ma pracować nad piosenką do tego filmu. Niefortunna wymiana zdań na początku znajomości o mały włos nie zaprzepaściła szans na współpracę.  Sprytnie zaaranżowany tydzień w hotelowym apartamencie pozwolił tym dwojgu nie tylko się nie pozabijać, ale nawiązać bliskie relacje. Spędzają razem cudowny czas, zwiedzając miasto i  jego najpiękniejsze obiekty. Wydaje się, że są dla siebie stworzeni.
Aby budować wspólną przyszłość, muszą rozliczyć się z przeszłością – i tu zaczynają się schody, bowiem na filmową premierę Karolina przyjeżdża z mężem, a sprawa rozwodu okazuje się dość skomplikowana. Alex zbyt łatwo odpuszcza, rzuca się w wir używek…
Choć czytelnik mocno im kibicuje i podświadomie czeka na happy end, to często ma ochotę “kopnąć w odwłok” jedno czy drugie, zirytowany ich poczynaniami. Oboje komplikują sobie życie na własne życzenie, nie słuchają się nawzajem, sądzą po pozorach, zbyt impulsywnie podejmują decyzje, emocje buzują. Bez tego jednak nie byłoby tej fabuły.
(...)

Całość mojej recenzji:

 http://zycieipasje.net/2021/01/szpieg-w-ksiegarni-free-birds-emilia-szelest-recenzja-przedpremierowa/

środa, 1 lipca 2020

"Syreny"A. Langner

(...) Autorka  świetnie realizuje schemat  romansu z motywem “hate-love”,”kto się czubi, ten się lubi”.  Kreuje postaci z temperamentem, niewyidealizowane, zwyczajne, z bagażem wad i zalet oraz życiowych problemów, przydałoby się jednak trochę bardziej rozbudować  ich charakterystyki (szczególnie zabrakło mi wyraźniejszego wątku Julki), niemniej nietrudno o sympatię do nich, choć momentami bywają dość irytujący.
Anna Langner potrafi  zgrabnie i zmysłowo napisać sceny erotyczne, nie owija w bawełnę, ale nie przekracza granic dobrego smaku. Nie propaguje przemocy i brutalności, nie podąża w stronę nadmiernej wulgarności, choć nie jest to “grzeczna” powieść.
W dodatku stawia na poczucie humoru. Dialogi są pełne ciętych ripost, dwuznaczne, zabawne, ostre. Wtrącone czasem myśli bohaterów – dokładają ironii.  Niektóre sceny także bawią jak w najlepszej komedii.
(...)
Całość mojej recenzji:
http://zycieipasje.net/2020/07/01/szpieg-w-syreny-anna-langner/

poniedziałek, 4 maja 2020

"Malowany welon" Wiliam Somerset Maugham


W  kwietniowej edycji "Book-Trottera"  obowiązywała literatura brytyjska. Sięgnęłam po leżący od dawna na półce "Malowany welon" W. S. Maughama, już nie pamiętam, dlaczego kupiłam tę książkę i nie wiem, czemu tak długo czekała. Może spodziewałam się typowego romansidła?A tu jednak niespodzianka: to raczej dramat obyczajowo-psychologiczny; romans, ale bez happy endu, za to z refleksją o konsekwencjach wyborów i czynów.  Smutna opowieść o relacjach damsko-męskich, o miłości i jej braku, o zdradzie i jej konsekwencjach, o desperacji i determinacji, o pragnieniach i rozczarowaniach, straconych złudzeniach, o ludzkich charakterach... O nabraniu życiowej mądrości, dojrzałości  i duchowej przemianie (wiem, że to brzmi górnolotnie i niezbyt zachęcająco, ale powieść  nie jest w moim odczuciu "natchniona" i moralizatorska).

Akcja toczy się w latach 20.XX w. w Chinach, w angielskiej kolonii, miasteczku Tching-Yen, następnie  w opanowanym epidemią cholery Mei- Tan Fu (retrospekcja obejmuje wcześniejsze czasy w Londynie, w finale również mamy powrót do Anglii).
Główni bohaterowie to młode małżeństwo: piękna i próżna Kitty,  nieśmiały i ponury z usposobienia Walter - lekarz bakteriolog. On zakochany po uszy, ona - wyszła za niego nie tyle z rozsądku, ile ze strachu by nie zostać starą panną i nie dać się wyprzedzić w zamążpójściu młodszej siostrze (ech, te konwenanse...). Para nie jest szczęśliwa. Kitty romansuje z Charlesem, starszym od niej wysokiej rangi urzędnikiem.  Gdy zdrada wychodzi na jaw, Walter stawia żonie ultimatum.... Skandal wisi w powietrzu. Wyjazd do Mei-Tan- Fu miał być szansą...
Czy Walter wybaczył Kitty? Czy związała się z Charlesem?  Jaki wpływ na młodą Angielkę miało przebywanie w zagrożonym chorobą rejonie i praca w klasztorze? Kto zapłacił największą cenę?
To smutna historia, ale z niosącym nadzieję finałem.

Pod czas lektury nasuwa się wiele pytań, każda z sytuacji wymaga "rozpatrzenia" racji z kilku stron, z perspektywy różnych osób i okoliczności. Nie da się pochopnie oceniać, trzeba dokłądnie przemyśleć uczucia, motywacje, czyny postaci. Na zachowanie Kitty  na pewno miało wpływ jej wychowanie i rodzinne relacje, a tych nie zaliczymy do idealnych. Owszem, była irytująca, naiwna, ślepa na pewne sprawy, egoistyczna. Nie chodzi o to by ją usprawiedliwiać, ale spróbować zrozumieć. Nie można jej potępić, zwłaszcza, że w końcu nabrała rozumu, tylko drogo opłaciła tę życiową lekcję.

Mottem powieści są słowa w wiersza P. Shelleya - "malowana zasłona, którą żyjący życiem zwą" - łatwo ten cytat odnieść do opadania zasłon kolejnych pozorów i złudzeń, odkrywania prawdy o sobie, innych ludziach, o uczuciach i charakterach... Kitty zerwała zasłonę, zrozumiała życiowe błędy. Jej losy nie są dobrym wzorem, ale dającym do myślenia przykładem.
"Malowany welon" świetnie nadawałby się do dyskutowania w klubie czytelniczym.

Powieść w tłumaczeniu Franciszki Arnsztajnowej ma swój nieco staroświecki urok, ale są "mielizny" - niekonsekwentnie tłumaczone imiona, lepiej w tytule pasowałąby "zasłona" niż "welon" ( choć z drugiej strony to słowo od razu kieruje skojarzenia ku małżeńskiej tematyce utworu);
wiele zdań mogłoby mieć zgrabniejsze brzmienie, przydałby się współczesny przekład.

Nie oglądałam filmu ( jest parę adaptacji), ale podobno różni się od powieści przedstawieniem wątku i zakończeniem. Chyba nie chcę oglądać. Ogólnie jestem zadowolona z lektury.


sobota, 11 lutego 2017

"Gorący lód" Nora Roberts



Świat Książki 2015
Typowe dla Nory połączenie sensacji i romansu, tym razem w egzotycznej scenerii Madagaskaru.

Doug jest zawodowym złodziejem. Gdy orientuje się, że zleceniodawca chce go zlikwidować, ucieka, zabierając ze sobą skradzione dokumenty, w których znajdują się cenne wskazówki prowadzące do skarbu. Chcąc wykołować ścigających go gangsterów wsiada do auta, prowadzonego przez piękną, charakterną Whitney. Jak się potem okaże - dziedziczkę rodzinnej fortuny, żyjącą w luksusie. Brawurowa jazda przez miasto to dopiero początek... Oboje są na celowniku.
Zostają wspólnikami - ona ma klasę i  kasę, on - honor i wartościowe dokumenty. Zbiry są tuż o krok za nimi... Ledwo udaje się naszym bohaterom ujść z życiem.
Douglas i Whitney lecą na Madagaskar, by odnaleźć skarb - klejnoty francuskiej monarchii. Tam też jednak sięgają macki Dimitriego i wspólnicy znów muszą salwować się ucieczką. Przed nimi wiele niebezpieczeństw i wyzwań. Przede wszystkim - żeby się sami nawzajem "nie pozabijali", bo charaktery oboje mają wybuchowe i nieprzeciętne. Whitney to twarda sztuka, choć pozornie "laleczka z okładki", a Douglas - z niejednego pieca chleb jadł, wie, co to ciężka praca, jest sprytny, inteligenty i marzy o dostatnim życiu.
Czy odnajdą skarb i czy między nimi zaiskrzy?

Świetne dialogi, szybka akcja, dużo przygód. Wpleciony wątek historyczny (z dziejów Marii Antoniny) oraz ciekawe opisy ludności i przyrody na Madagaskarze.
Sympatyczne, lekkie czytadło.
Dość długo jednak nie potrafiłam wciągnąć się w fabułę. Trafiały mi się już lepsze książki tej autorki. "Gorący lód" nie rozgrzał mnie aż tak bardzo.


Książkę wyciągnęłam z półki pod kątem zabawy "Pod hasłem". W lutym szukaliśmy tytułów zaczynających się od pierwszej litery naszego nazwiska. Zatem moją lekturę sponsorowała literka G.


wtorek, 10 maja 2016

O tym, co znalazłam w "Poza czasem szukaj"...

 
















Od okładki nie można oczu oderwać. Od lektury oderwać się można. Ale po co? Lepiej od razu poznać całą opowieść, zwłaszcza, że czyta się ją gładko, tak lekko, tak toczy się w dal... Rozgrzewa się do czerwoności i wykrzyknikiem straszy(...)

Całość mojego tekstu pod linkiem: Poza czasem szukaj

niedziela, 29 listopada 2015

A kuku! ("Pamiętnik"N. Sparks)


"A kuku! Nabrałem Cię" - tak właśnie mógłby  zawołać autor, gdy podczas lektury w pewnym momencie zmieniłam zdanie o 180 stopni.

"Pamiętnik" to literacki debiut Nicolasa Sparksa, autora popularnych powieści obyczajowych. To również pierwszy tom kolekcji "Wszystkie kolory miłości" prezentującej jego twórczość.
Nie będę streszczać fabuły. Kto zna, ten zna, kto chce, to sobie przeczyta odpowiedni opis, choćby na stronie lubimyczytać.pl. Dużo osób na pewno też zna film pod tym samym tytułem. Nie oglądałam, nie mam porównania.

Co do książki - zaskoczyła mnie. Najpierw - niesamowicie nudziła, niby taka niewielka objętościowo, ale czytanie szło mi jak po grudzie. Historia Noaha i Allie, takie amerykańskie love story, nie przemawiała do mnie, takie egzaltowane bla, bla, bla, a w pewnym momencie o Allie myślałam per "głupia idiotka" ;-)
Dopiero od  189 strony (całość liczy ok. 250) wszystko się wyjaśniło, historia z pamiętnika skończyła się inaczej niż myślałam.Odetchęłam, że jednak było tak, jak powinno.

No i co tu rzec na koniec? Piękna, wzruszająca opowieść o miłości w zdrowiu i w chorobie, aż po kres....
Kiedyś obejrzę też film na jej podstawie,

Książka pasowała do listopadowego zadania "Pod hasłem"

czwartek, 29 stycznia 2015

Lawendowe lato Zuzanny

Okładka książki Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna. Tom I.
Wyd. Novae Res 2014

Szukałam i znalazłam, co prawda nie wśród lawendy, lecz pomiędzy książkami na bibliotecznym regale, pierwszy  tom "trylogii chorwackiej" Agnieszki Lingas- Łoniewskiej. W tej części cyklu, który równie dobrze można nazwać "lawendowym", poznajemy historię Zuzanny Skotnickiej, a także niejako otrzymujemy wprowadzenie do wątków dotyczących jej sióstr - Zofii oraz Gabrieli. One będą głównymi bohaterkami kolejnych tomów.

Zuzanna -  rudowłosa singielka o niesamowitym spojrzeniu - poświęca się karierze w korporacji, nie ma czasu na życie osobiste, nawet kaktusa zasuszyła... Niezbyt chętnie, ale w końcu decyduje się na spontanicznie zorganizowany zlot sióstr przy okazji "pracowej" wycieczki z firmy szwagra.
Zofia - jej bliźniaczka, zupełnie inna z charakteru, swoje zdolności artystyczne realizuje w rękodziele, zajmując się domem i  rodziną, w której pozornie wszystko gra... Jej mąż Adam prowadzi znakomicie prosperującą firmę programistyczną -  zabiera swoich pracowników w nagrodę na wyjazd do Chorwacji. Tam osiedliła się najmłodsza z sióstr Skotnickich - Gabriela, która pracuje jako masażystka i wychowuje kilkuletniego synka.  

Zuzia, Zosia i Gabrysia znakomicie się bawią,  imprezują i wspominają epizody sprzed lat.... Główna bohaterka I tomu musi zmierzyć się z przeszłością. Okazuje się bowiem, że Robert, jeden z kadry Adama, niegdyś był  jej bardzo bliski, a potem stało się coś niewybaczalnego, co ich rozdzieliło na szereg lat....   Tak jak każdy kij ma dwa końce, to i każda historia podobnie - bywa, że znany tylko jedną wersję wydarzeń, w dodatku niepełną, a może nieprawdziwą... Często u podstaw rozpadu związku leży nieporozumienie, błędne założenia, duma... Robert i Zuzanna mają sobie wiele do wyjaśnienia, nie jest oczywiste, czy dadzą sobie kolejną szansę....

Tłem pełnych emocji zdarzeń jest malownicza, pachnąca lawendą Chorwacja, Półwysep Pelješac,  Dubrownik, wyspa Korcula... Biura podróży powinny ochoczo włączać się w promocję tej serii, albowiem autorka tak sugestywnie przedstawiła tamtejsze krajobrazy, że na pewno wiele osób zamarzy o zobaczeniu ich na własne oczy. Taka "żywa" reklama zakątków Chorwacji.

Oczywiście nie mogło zabraknąć muzyki. Nie dość, że każdy rozdział  ma "swoją" piosenkę, to są one obecne  np. w dzwonku telefonu bohaterki, czy jako element imprezowego spotkania sióstr...   Może ktoś kiedyś wpadnie na pomysł wydawania książek Agnieszki Lingas- Łoniewskiej w komplecie z płytą CD... Takie zestawy to dopiero byłaby gratka!

W moim odczuciu ta powieść wydała mi się ciekawsza, bogatsza od poprzednich książek autorki, które miałam okazję przeczytać. Miała więcej kolorów, więcej postaci, a co za tym idzie - więcej związanych z nimi scenek,  przywołanych wspomnień, wątków. Wszystko razem było tak opowiedziane, że  książkę pochłonęłam od razu i nabrałam apetytu na kolejne, lawendowe części. Zwłaszcza, że kolejny wątek został sprytnie zapowiedziany na koniec, co więcej, została zasugerowana niecodzienna sytuacja... Tym razem przeszłość zapukała do drzwi Zofii...

Agnieszka Lingas-Łoniewska  porusza się w konwencji romansu, tu i ówdzie go ubarwiając humorem, czy (jak  to miało miejsce w innych powieściach)  nutą kryminalno-sensacyjną. Nie ma co udawać, że jest inaczej. Na taki typ literatury jest  bardzo duże zapotrzebowanie, więc dlaczego  polskie czytelniczki miałyby szukać tylko na półkach z literaturą zagraniczną... Mogą mieć rodzime  romanse,  romanse z problemami. Już kiedyś stwierdziłam, że książki wrocławskiej pisarki  kojarzą mi się z twórczością Nory  Roberts -  jednakowo zaczytujemy się w nich po uszy! Humor, cięte riposty bohaterów, zwłaszcza  kobiet, charakterne postaci, zawirowania uczuć, emocjonalny rollercoaster - to łączące je elementy. Moim zdaniem, to bardzo dobry wzorzec, znakomita droga do tego, aby urzec rzesze czytelniczek. Tym bardziej, że "lawendowa  trylogia" przypomina takie serie u Nory, która często opowiada historie np. trzech sióstr, trzech braci, czy czterech przyjaciółek. 

Cóż więcej dodać, po prostu  - "Szukaj mnie wśród lawendy. Zuzanna" podobało mi się bardzo, pomogło mi oderwać się od szarej rzeczywistości.  To także był przerywnik od poważnej lektury, do której w danym czasie nie miałam głowy. Cieszę się, że wtedy znalazłam "lawendę".

niedziela, 11 stycznia 2015

Wyższe sfery

Lubię kulinarne eksperymenty i próbowanie nowości, ale z przyjemnością wracam do tradycyjnych smaków i sprawdzonych dań. Podobnie mam z literaturą. Sięgając po różne książki poniekąd ryzykuję, bo nigdy nie wiadomo, jak będą mi "smakować". Toteż czasem z premedytacją wybieram takie, po których wiem, czego się spodziewać.
Właśnie na tej zasadzie wyciągnęłam ze stosu przy oknie tomik "Arystokraci" opatrzony nazwiskiem Nory Roberts. Potrzebowałam akurat lektury lekkiej, przyjemnej,  nie absorbujacej, a już na pewno nie przygnębiającej. Zresztą dawno już nic tej autorki nie czytałam, a przecież lubię. I tak   okołoświąteczny czas spędziłam w towarzystwie wyższych sfer, a mianowicie ( fikcyjnego) książęcego rodu de Cordina.
Okładka książki Arystokraci
Książka "Arystokraci"  zawiera dwa opowiadania. Są to
"Beztroski książę" (""The Playboy Prince", wcześniej ukazało się jako "Książęcy urok")
oraz
 "Błękitna krew"  ("Cordina's Crown Jewel", poprzednio pod tytułem "Arystokraci")

Pierwsze z nich rozgrywa się w europejskim ( fikcyjnym) księstwie Cordina. Poznajemy całą rodzinę: księcia Armanda, jego syna Bennetta (miłośnika kobiet, koni, rozrywek), córkę Gabriellę ( 10 lat temu została uprowadzona przez wroga, ale wszystko dobrze się skończyło) oraz następcę tronu Aleksandra i jego żonę Eve. Ona właśnie spodziewa się potomka. Towarzystwem i pomocą służy jej daleka krewna lady Hannah. Ta skromna i niepozorna kobieta skrywa jednak pewną tajemnicę, jej obecność na książęcym dworze nie jest czysto towarzyska, ma pewne zadanie do wykonania. Przy okazji wpada w oko księciu Bennettowi, ale niełatwo ją zdobyć. W dodatku odwieczny wróg rodu de Cordina, Deboque przygotowuje kolejny atak. Czy zostanie udaremniony, jaką rolę odegra w tym Hannah i czy beztroski książę się "ustatkuje" - o tym przeczytamy w tej minipowieści.

Drugi tekst zabiera nas do Ameryki, gdzie przebywa rodzina Gabrielli de Cordina. Jej córka Camilla ma już dość obowiązków księżniczki i oblężenia przez dziennikarzy. Zdesperowana obcina włosy i wypożyczonym autem ucieka w świat, jedzie przed siebie, gdzie oczy poniosą... Podczas ulewy dochodzi do niegroźnego wypadku, dziewczyna znajduje schronienie w chacie ekscentrycznego, aroganckiego gbura imieniem Delaney - archeologa. Ci dwoje drą ze sobą koty, ale oczywiście między nimi iskrzy. Camilla pomaga przepisywać artykuły, odkrywa tajniki archeologii, sama "łapie bakcyla" i już wie, czym chce się zajmować. Wiele się dzieje na płaszczyźnie uczuciowej. Nieporozumienie prowadzi do "krachu", ale pewna intryga kończy wszystko happy endem.

"Arystokraci" to taki słodko-pikantny tomik, charakterystyczny dla Nory Roberts, która w romans wplata nutkę sensacji, przygody, dodaje konkretny wątek tematyczny, a postaci obdarza "charakterkiem", ciętym językiem i poczuciem humoru.
Gdybym miała  porównać, to pierwsze opowiadanie wydaje mi się spokojniejsze, bardziej statyczne, mimo wątku sensacyjnego, natomiast drugie- bardziej dynamiczne, żywe, barwniejsze. "Błękitna krew"  ponadto zawiera wątek archeologiczny,  i  właśnie to opowiadanie, choć schematyczne, podobało mi się bardziej.
Całość  jednak wypada przyjemnie, to jakby przystawka i główne danie.

Zajrzałam zatem do kolejnego zakątka królestwa Nory, tym razem do Cordiny... pewnie  niebawem wyruszę na kolejną podróż z bohaterami jej powieści.

sobota, 3 stycznia 2015

"Przebudzenie" - moja pierwsza lektura w Nowym Roku!

Okładka książki Przebudzenie
Wyd. FILIA 2014

Jedni są tą książka zachwyceni, drudzy- rozczarowani. Natomiast ja- jestem pośrodku, bo dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam, choć niektórych pomysłów fabularnych nie przewidziałam. Chciałam poznać dalsze dzieje bohaterów powieści "Łatwopalni" , toteż w końcu zaspokoiłam ciekawość. Do stylu autorki zdążyłam się przyzwyczaić i naprawdę - nie narzekam.Nie jest to literatura "wysoka", ale Agnieszka Lingas-Łoniewska z założenia - i z powodzeniem - tworzy powieści popularne, a przy tym bardzo poczytne, utrzymujące się w zakresie romansowo-obyczajowo-sensacyjnym, z nutką humoru i szczyptą pikanterii.  W jej  książkach chodzi o emocje, o feerię uczuć i przeżyć bohaterów, ich problemy, życiowe zawirowania, a nie o kunsztowną stylistykę frazy, nie o wyrafinowaną formę literacką. W ten sposób opowiadane historie trafiają do serc wielu czytelniczek (przepraszam panów, ale chyba jesteście w znacznej mniejszości odbiorców tego typu prozy).

W "Przebudzeniu" emocji  oraz życiowych zakrętów nie brakuje. Bohaterowie muszą rozliczyć się z przeszłością, ułożyć jak autko z klocków lego swoją teraźniejszość i "przebudzić się", by jasnym wzrokiem spojrzeć w przyszłość. Może ich perypetie komuś dadzą do myślenia? Może ktoś znajduje się w podobnej, choć częściowo, sytuacji?
Monika, Jarek i Grzesiek muszą dokonać ważnych wyborów i uporządkować swoje relacje. Sylwia znalazła się na rozdrożu - czas na remont, nie tylko mieszkania, ale i związku. Bernie- chłop na schwał - on też nie ma lekko, o nie, bo trafiła go strzała Amora, a przeszłość wróciła niespodziewanie i to z niespodzianką...
Ktoś chce solidnie namieszać, ale zemsta okazuje się wcale nie taka słodka, bo kto pod kim dołki kopie... i mieczem wojuje...wiadomo... Konieczny jest udział policji z podkomisarz Dorotą na czele, na powieściową scenę wkracza też... Lukas, czyli stary znajomy Łukasz Borowski. I  nie jest czarnym charakterem!

To nie jest słodka opowieść  o spełnianiu marzeń w scenerii usłanej płatkami róż. Droga bohaterów jest kamienista, nierówna i pełna zakrętów. Tak łatwo się potknąć i upaść, ale gdy ktoś poda dłoń - lżej się podźwignąć i brnąć dalej. W "Przebudzeniu"  - wydanym w "zmysłowej i romantycznej" serii z tulipanem - są "wichry namiętności", ale też zarysowano poważne problemy, jak ten, kiedy  na szalach wagi znajdują się małżeństwo i zgubny nałóg, albo utrudnianie rodzicowi kontaktu z dzieckiem. Powtarzam, tu nie jest różowo.
Niby wszystko dobrze się kończy, ale  mamy parę znaków zapytania, a pewne drzwi nie zostają zamknięte...Co dalej? To już w  tomie III. Oczywiście czuję się zaintrygowana kontynuacją.

Cóż więcej mogę powiedzieć... Dlaczego czytam takie książki?  Bo lubię ;-)  Bo czasem nie mam głowy do skomplikowanych spraw i filozoficznych dyskursów, czy też nie mam ochoty na epicką rozlewność. Niektórzy odpoczywają przy kryminałach, innych bawi fantasy, ja zaś wolę  inną formę i nie gardzę "czytadłem", romansem, czy  fabułą obyczajową.  Dla mnie "Przebudzenie" stanowiło przyjemną lekturę wprowadzającą mnie czytelniczo w Nowy Rok. Stopniowo przyjdzie czas także na "trudniejszą" literaturę, ale  póki co... pójdę się przespać....


Książka akurat idealnie pasuje do wyzwania "Pod hasłem". Hasło na styczeń 2015 r. brzmi:
polskie dwa-tysiące-czternastki, czyli książki polskich autorów wydane w 2014 roku.






czwartek, 13 lutego 2014

Nie tylko na Walentynki. "Miłosne kolizje" M. Kłosińska -Moeda


Wyd. Replika 2013
 

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego nie mamy polskich odpowiedników opowiadań romantycznych w stylu Nory Roberts czy Diany Palmer. Przecież tego typu literatura cieszy się dużą popularnością i znakomicie sprawdza się w roli odskoczni od szarej codzienności i umilacza życia!
Po przeczytaniu dwóch książek Michaliny Kłosińskiej Moedy, śmiem twierdzić, że jej twórczość stanowi  krok w kierunku zapełnienia tej luki na rodzimym rynku wydawniczym. Autorka ma "lekkie pióro", "dobre oko" i poczucie humoru, a poza tym - świadomość "bajkowości" kreowanych przez siebie światów, dystans do tego, co pisze. Wbrew pozorom, napisać dobry romans obyczajowy, czy komedię romantyczną, to prawdziwa sztuka. Łatwo bowiem wpaść w sidła kiczu i schematu, a co za tym idzie - znudzić i zniechęcić czytelników. W tym przypadku - to nam nie grozi!

"Miłosne kolizje" to debiutancka książka Michaliny Kłosińskiej - Moedy, którą czytałam niemal równolegle z przedpremierową wersją "Kota lubi szanuje".
Powieść zaczyna się banalnie - od samochodowej stłuczki i przeproszeniowo-zapoznawczej kawy. Między Malwiną o miodowych włosach i Robertem o typowo iberyjskiej urodzie - coś zaiskrzyło. Każde z nich miało jednak swoje poukładane w pewien sposób życie. Panna Michalska była  na - niekoniecznie dobrej - drodze do ołtarza z Szymonem Brudnym vel Brudaskiem. Pan Lisowski natomiast leczył rany po nieudanym związku i poświęcał się pracy w prowadzonej w duecie z przyjacielem pracowni aranżacji wnętrz "Dobra robota" albo... wsiadał do samolotu i zmieniał warszawskie widoki na scenerię Madrytu. Ma tam bowiem całkiem sporą familię...  W ogóle to jest dość tajemniczy jegomość, ale za rolę księcia z bajki, jaką pełni w tej fabule, powinien dostać Oscara! Dobrą wróżką w tej bajce jest z kolei niepozorna ciocia Wiesia, bibliotekarka na rencie, która zajmowała się wychowywaniem siostrzenicy. Teraz nie może się powstrzymać, by nie pomóc odrobinę  przeznaczeniu... Podsyca ziarno niepewności, jakie w Malwie zasiało spotkanie z przystojniakiem.

Nie zamierzam streszczać całej historii, wspomnę tylko, że perypetie bohaterów budzą wiele emocji. Normalnie chciałoby się udusić tego  Brudnego - to taka, za przeproszeniem, miernota, która chce się urządzić cudzym kosztem, żeruje na Malwinie i manipuluje nią.  Robert wzbudza sympatię, zaiste, jest szlachetnym człowiekiem, ale też przydałoby się go kopnąć w łydkę - bywa zbyt pochopny, zbyt łatwo odpuszcza (na początku). Malwiną również należałoby potrząsnąć - tkwiła w przyzwyczajeniu, nie dopuszczając do głosu swoich marzeń i pragnień, potem -  uciekła wsiadając "do pociągu bylejakiego". Naprawdę sporo tu życiowych i emocjonalnych kolizji.

Na uwagę zasługują, oprócz wątku głównego, także metamorfoza pani Wiesławy (stara miłość nie rdzewieje, jak to mówią...), śląska gościnność rodziny Brudnych i Czystych, Muzeum Literatury Warszawskiej, "Mamowo" - wioska rodzin zastępczych, lekko"zmoherowane" sąsiadki oraz szereg innych epizodów, czy scenek.  Generalnie jest bardzo romantycznie, zabawnie, ale i poważnie, smutno- jak to w życiu. Mimo tej całej bajkowości z happy endem na czele, powieść jest mocno osadzona w realiach, zakorzeniona w tym, czego doświadczamy i obserwujemy dookoła.

"Miłosne kolizje" czyta się bardzo przyjemnie, albowiem zostały napisane z polotem i humorem. To powieść lekka, ale nie taka pusta, jak pewnie niektórzy sądzą. Można z niej wyciągnąć coś mądrego i ważnego. Co - to już sobie sami przeczytajcie.

PS. Książka już kiedyś w bibliotece przyciągnęła moje oko kolorystyką. Chociaż para na okładce zupełnie do dwójki bohaterów niepodobna- to całość oprawy bardzo ładna! Przynajmniej mnie się podoba.


niedziela, 22 września 2013

Łatwoczytalni

Niniejszym wyjawiam, którą książkę z poprzednio prezentowanych przeczytałam w trybie  natychmiastowym i błyskawicznym:
Moją recenzję znajdziecie TUTAJ.

Oczywiście mam świadomość, że nie jest to literatura wielka, wybitna, taka z "wyższej półki" , z rodzaju tych nominowanych do Nagrody Nike, czy innych literackich trofeów. Mam jednak słabość do książek tej autorki, podobnie jak do Nory Roberts, potrzebuję czasem takich prostych acz ujmujących historii. Nieraz aż miło odpocząć od kunsztownych fraz i gęstych od znaczeń próz.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Cztery wesela i...

Wyd. Prószyński i S-ka, 2013
Tam, tam, tadamm....tam tam tadamm...   Dźwięki słynnego marsza Mendelssohna byłyby znakomitym akompaniamentem do tej książki, albowiem jej tematyka krąży wokół spraw weselnych.
 
Parker Brown, mieszkająca w odziedziczonej po tragicznie zmarłych rodzicach pięknej posiadłości, wraz z przyjaciółkami zakłada "Przysięgi" - firmę organizującą śluby i inne uroczystości. Każda z kobiet zajmuje się inną branżą: Mac (Mackensie) jest niezrównaną fotografką, Emma - wspaniałą florystką, a za torty i desery Laurel niejeden dałby się pokroić. Parker - wiodąca bohaterka tej części - odpowiada za całość od strony organizacyjnej, jest "wielozadaniowa", ambitna, perfekcyjna i niezawodna. Potrafi zachować zimną krew, nawet gdy o piątej rano budzi ją telefon od rozhisteryzowanej panny młodej, umie rozwiązać każdy konflikt i dba o najmniejszy szczegół. Ba, nawet podczas ceremonii i przyjęcia ma przy sobie "niezbędnik" z rzeczami typu agrafka, igła z nitką, czy taśma klejąca.W natłoku zajęć codziennie znajduje czas na ćwiczenia na siłowni.

Czy jednak jest coś, a raczej ktoś, kto sprawi, że idealnie poukładany świat panny Brown zatrzęsie się w posadach? Przecież  to byłoby bez sensu, gdyby nikt taki się nie zjawił. Oczywiście, że się pojawił, tylko nie był to rycerz na białym koniu, a czarnowłosy mechanik samochodowy na motocyklu., typ obok którego obojętnie przejść nie można: "Jego dżinsy były podarte na kolanach i poplamione olejem na udach. Czarna koszula  i rozpięta kurtka dopełniały wyglądu seksownego niegrzecznego chłopca, który nie zawsze chadza prostymi drogami." (s. 33)
Parker Brown i Malcolm Kavanaugh  - to zestawienie to mieszanka wybuchowa, daleko im do słodkiej pary gołąbków, żadne z nich nie odda pola drugiemu. Na ewentualną możliwość ich związku kładą cień trudne przeżycia z przeszłości, oboje są zamknięci w sobie, nieufni. Cóż, może kuchnia pani Grady ( świetnie gotującej gosposi) stanie się przestrzenią, w której bohaterowie ogłoszą pakt o nieagresji...a może ambaras przy kolejnym organizowanym ślubie, paradoksalnie okaże się pomocny....

Mac, Emma, Parker i Laurel są jak cztery muszkieterki albo jak jeden mąż - wyjątkowo zżyte ze sobą,  zgrane, wspierające się nawzajem. Dzięki przyjaźni i ogromnemu zaangażowaniu  ich firma rozwija skrzydła. One same też jak na skrzydłach mkną do ołtarza. Ich partnerzy również tworzą zgraną paczkę kumpli, jeden z nich - Del - to brat Parker. Punktem kulminacyjnym powieści jest ślub rudowłosej Mac. Wydarzy się tam jednak o wiele więcej, biorąc pod uwagę główny wątek dotyczący Parker.

W tej książce znalazłam wszystko to, co lubię w twórczości Nory Roberts: dużo fajnych, barwnych postaci (oprócz wymienionych dziewczyn i ich partnerów sympatię wzbudzają pani Grady i Kay - matka Mala), ciekawe tło ( praca "weddingplanerek" i związane z tym perypetie),  dużo dialogów, cięty język- riposty bohaterów, zarysowanie innych wątków ( np. dzieciństwo i życie Malcolma, historia z matką Mac, opowieść o pani G., trauma wypadku), czyli cała warstwa obyczajowa, która dla mnie ważniejsza jest od wątku romansowego, będącego osią powieści tego typu. Walorem są również  opisy bajecznych dekoracji kwiatowych, tortów, sukien ślubnych. Może nie są jakieś kunsztowne literacko, ale przemawiające do wyobraźni.

 Była to bardzo przyjemna, relaksująca lektura. Nie muszę mówić, że z happy endem.
"Miłosne przysięgi" (tytuł oryg. "Happy Ever After") stanowią IV tom "Kwartetu weselnego", ale bez przeszkód można je czytać odrębnie. Każda bowiem część to opowieść o (głównie uczuciowych) perypetiach jednej z czterech przyjaciółek. Być może kiedyś poznam je wszystkie.


 Książka pasuje do lipcowej Trójki E-pik /kategoria: letnie, wakacyjne czytadło.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Plus i minus - hurtem o dwóch książkach Nory R.


Wydane w Polsce w 1994 roku przez Silhouette opowiadanie Nory Roberts "Z nakazu sądu" (tytuł.oryg. "Falling for Rachel") należy do cyklu o Stanislaskich, rodzinie o ukraińskich korzeniach.

( Foto okładki- stąd)
Rachel, prawnik na państwowej posadzie, dostaje z urzędu sprawę dziewiętnastoletniego Nicka Le Beck złapanego podczas wynoszenia sprzętu elektronicznego ze sklepu. Pozostali sprawcy włamania - członkowie gangu Kobry - dali nogę. Chłopak nie po raz pierwszy wpada w tarapaty, ale pozostaje lojalny wobec kolegów, nie chce ich wsypać. Sędzia Beckett, dość ekscentryczna osóbka, ustanawia nad oskarżonym nadzór kuratorski. Przez dwa miesiące kuratelę nad młodocianym włamywaczem mają sprawować pani adwokat Stanislasky oraz Zack Muldoon, przyrodni (właściwie to nawet "przyszywany") brat Nicka, były marynarz, obecnie właściciel baru. Obojgu niezbyt odpowiada taka sytuacja, ale cóż....

Nie zamierzam streszczać fabuły, powiem tylko, że perypetii nie brakowało, iskrzyło i wirowało. Wątek romansowy oczywiście był, ale nie przesłaniał innych, a "intimate moments" były subtelne. Roberts nie skupiła się tylko na sprawach uczuciowych między bohaterami. Ciekawie przedstawiła wątek "resocjalizacyjny"; pokazała jak skomplikowane relacje rodzinne i trudne dzieciństwo wpływają na osobowość jednostki, jak istotna jest potrzeba przynależności do grupy społecznej (brak oparcia w rodzinie sprawił, że Nick szukał go w bandzie "uliczników", w gangu młodzieżowym); pokreśliła wartość i rolę rodziny (zjazd rodu Stanislasky, starania Zacka, dobry przykład/wzór dla Nicka). Nie zabrakło także braterskiej rywalizacji oraz poświęcenia dla bliskiej, ważnej osoby.
Sporo się działo zarówno w warstwie fabularnej, jak na płaszczyźnie emocjonalnej między bohaterami. W dialogach  - humor, docinki, cięte riposty - w książkach Nory nie ma słodkiego" tiu tiu tiu" i natchnionych sentencji. 
Barwne różnorodne postacie (wspomnę tu chociażby drugoplanowego kucharza Rio- sympatycznego wielkoluda z Jamajki), żywy język, nutka sensacji  (napad  i strzelanina w barze) i niepokoju ( gdy czytelnik drży o życie bohatera, nawet jeśli wie, że musi być happy end) to charakterystyczne elementy twórczości Nory Roberts, za które zresztą ją lubię.

"Z nakazu sądu" okazało się  książką, która bawi, wzrusza i wciąga po uszy. Stawiam jej wielki plus.
 --------------------------------------------------------------------------------------------------------
(żródło okładki: tu)

"Kwestia wyboru" (A Matter od Choice, 1984) wyd. Amber (1997) znalazła się niegdyś w serii książek  "Wszystko dla Pań" dodawanych  do czasopisma "Pani Domu". Żałuję, że wówczas nie zbierało się u nas tej kolekcji. Przyznam jednak, że z przeczytanych dotychczas przeze mnie książek Nory Roberts  ta podobała mi się najmniej. Gdybym od niej zaczęła swoją znajomość z pisarką, to zapewne nie byłaby ona długa. Na szczęście na początek trafiłam na coś całkiem przyzwoitego, a potem była już tendencja zwyżkowa.
Wróćmy jednak do "Kwestii wyboru", która okazała się wyborem nietrafnym.
Schematyczna, przewidywalna, i choć z nutką sensacji (śledztwo, przemyt, strzały snajpera), to zbyt romansowa i w tej warstwie banalna, słaba. 
James Sladerman, zwany "Slade" pracuje w policji, jest znakomity w swym zawodzie (kontynuuje rodzinne tradycje), ale jego pasję stanowi pisanie - właśnie tworzy swą drugą powieść. Nadkomisarz Dodson (kojarzył  mi się on z prokuratorem z serialu "Gliniarz i prokurator" choć nie był łysawy  i nie miał psa, jak wnioskuję z opisów) zleca mu nietypowe zadanie - ma zostać "bodygardem" jego chrześnicy, Jessiki, córki zmarłego przed paru laty sędziego Sądu Najwyższego w Connecticut. Antykwariat prowadzony przez dziewczynę jest ważnym punktem przerzutowym w zakrojonym na szeroką skalę przemycie kosztowności. FBI prowadzi śledztwo, tropy prowadzą właśnie do tego sklepiku - ktoś tam pracujący macza palce w przestępczym procederze. Czy Jessika jest w to zamieszana? Czy grozi jej niebezpieczeństwo? Slade ma to sprawdzić, pozostając incognito. Oficjalnym powodem jego pobytu w posiadłości sędziego jest pomoc w uporządkowaniu i skatalogowaniu obszernej biblioteki, a także potrzeba spokojnego miejsca do pracy twórczej. James niezbyt ma ochotę "niańczyć zepsutą bogaczkę, która albo szmugluje dla rozrywki, albo jest zbyt tępa, żeby widzieć, co się dzieje pod jej własnym nosem...", ale musi podporządkować się poleceniom przełożonego. Nie wie, jak odmienne od rzeczywistości okażą się jego przypuszczenia.
Nietrudno się domyślić, że tych dwoje coś połączy i to szybko.

Wątek sensacyjny związany z przemytem nie jest porywający, nie wymaga od czytelnika główkowania, kto za tym stoi, a rozwiązanie - nie zaskakuje.
Całość wydała mi się zbyt melodramatyczna. Tego właśnie określenia potrzebowałam od początku pisania tego tekstu. Nie można jednak zaprzeczyć, że czyta się szybko i przyjemnie - bez zgrzytów.
Niestety, stawiam minus.

W tomiku oprócz tekstu opowiadania znalazłam ciekawostki biograficzne na temat autorki i listę jej książek.











piątek, 21 września 2012

Nie sądź książki po tytule, że nie wspomnę po okładce

Prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po twórczość Maeve Binchy, gdyby nie kasia.eire i ten wpis. Przyznam, że nazwisko pisarki nie było mi tak do końca obce, kojarzyłam je z  grzbietów i okładek książek w bibliotece, jednak to nie był "mój" regał.  Tym razem jednak z premedytacją wypożyczyłam "Miłość i kłamstwa".  Tytuł i okładka z góry skazują książkę na miejsce  wśród romansideł i harlekinów. Wiele osób, które takowych lawstorów nie czytuje, ominie ją szerokim łukiem, a szkoda,  bo to bardzo bardzo ładna i mądra powieść obyczajowa.

Oryginalny tytuł brzmi "Quentins". To nazwa restauracji, miejsca wielce istotnego dla fabuły, splatającego wiele wątków. Poznajemy bowiem historie założycieli, pracowników i klientów lokalu. O Quentins ma powstać film dokumentujący przemiany  zachodzące w dublińskim społeczeństwie na przestrzeni lat, ale to właściwie tylko pretekst dla zaprezentowania galerii postaci i ich losów. Są one  równorzędnym  elementem do głównego wątku opowiadającego życiowe perypetie Elli Brady, która tak niefortunnie ulokowała swoje uczucia jak niektórzy swoje oszczędności. Dodam, że motyw oszustwa finansowego jest tu kluczowy, a czytałam tę powieść akurat jak media trąbiły o aferze z pewną parabankową instytucją.Bohaterów występuje sporo, do moich ulubieńców zaliczają się Deidre, oddana przyjaciółka Elli oraz Blouse - chłopak taki nieco w stylu Forresta Gumpa, najbystrzejszy nie był, ale wiedział to,co najważniejsze.
Troszeczkę  w tych opowieściach mieści się baśniowości  - odnaleźć można motywy typu: król w przebraniu chłopa sprawdza swych poddanych, dobra wróżka nagradza kogoś za dobroć i pracowitość, głupi Jaś odnosi sukces.... - ale to nie  stanowi żadnego mankamentu książki, wręcz przeciwnie. W życiu nieraz też dzieją się rzeczy na pozór nieprawdopodobne,  nie zdziwiłabym się, gdyby autorka czerpała z autentycznych zdarzeń i osób.

Maeve Binchy nie szczędziła wrażeń i rozterek wykreowanym przez siebie bohaterom, zadbała o realność i różnorodność postaci, o emocje i nasuwające się refleksje. Nie pozwoliła, by czytelnik się nudził. Tchnęła w tekst wiele ciepła, optymizmu, pogody ducha. Oczywiście, że jest happy end, ale czyż nie tego oczekujemy?

Z przyjemnością wsiąknęłam w świat "Quentins" i niewykluczone, że jeszcze się spotkam z prozą zmarłej niedawno Irlandki.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Przyjaźń, balia i niebieskie kajety, czyli urzekająca "Wiosna w Różanach"

Bogna Ziembicka, Wiosna w Różanach, Wydawnictwo Otwarte 2012.
Z niecierpliwością czekałam aż kontynuacja "Drogi do Różan" znajdzie się w moich rękach, byłam ciekawa jak potoczą się losy bohaterów. Z przyjemnością zanurzyłam się w świat powieści, a ostatnią kartkę odwróciłam z żalem, że to już koniec i nadzieją, że może jeszcze będzie kolejna część. Bardzo miło, choć nie bez wzruszeń i chwilami ze ściśniętym gardłem, spędziłam czas w towarzystwie Zosi, Eryka, Marianny i innych osób. Znów byłam w Różanach, gdzie po kryjomu moczyłam nogi w podgrzewanej balii w ogrodzie pani Milejko, znów wędrowałam jak cień krakowskimi ulicami - Lea, Starowiślną, Stradomiem, jadłam zapiekanki z okrąglaka na Kazimierzu, a nawet wybrałam się do Dalmacji!

Nie chciałabym wyjawić zbyt wiele z treści, więc poprzestanę na dość ogólnych stwierdzeniach. Byłam zaskoczona pewnymi wydarzeniami, inne zaś potoczyły się po mojej myśli - czuję jak kibic, którego drużyna wygrała mecz. Nie da się bowiem czytać bez sympatii dla jednych bohaterów, a niechęci czy irytacji dla drugich. 
Emocji nie brakowało, były i łzy i śmiech. Kapitalne dialogi. Postaci prowadzą inteligentne rozmowy, z których można się dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy ( np. co jest szczytem chamstwa w Japonii, co oznaczają inskrypcje na żydowskich nagrobkach, kim są bambrzy). Humor też jest na swoim miejscu. Nawet udało mi się zapamiętać dwa dowcipy, w tym jeden o Kubusiu Puchatku.
 Motywy kwiatowe nadal są obecne, choć w znacznie mniejszym stopniu niż w pierwszej części. Nie bez znaczenia jest fakt, iż rzecz dzieje się w dużej mierze zimą - wiosna rozkwita dopiero w finale opowieści. Noc Walpurgii jest nie mniej magiczna niż Świętojańska. Apetytu przysparzają opisy dań przygotowywanych i jedzonych przez bohaterów. Są też przepisy niani. Z nich powstaje książka kucharska, a jej wydanie przynosi sporo zamieszania i zmiany w życiu kluczowych postaci. Zapiski Zuzanny zawarte w niebieskich zeszytach dotyczą jednak nie tylko kulinariów. To pamiętnik opowiadający o jej życiu z czasów, gdy nakazem pracy  została wysłana do szkoły na wsi, gdzie mieszkała w izdebce bez wody i prądu, z trudem wiążąc koniec z końcem, dzielnie "niosąc kaganek oświaty" i własnym sumptem organizując dodatkowe dochody pieczeniem ciast na zamówienie i szyciem. Szkoda, że tak w sumie niewiele tych wspomnień.

 Skoro już była mowa o edukacji... Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie- dobitnie przekonała się o tym Zosia, ale to nie jedyna nauka, jaką wyniosła z gorzkiej lekcji, jaką zgotowało jej życie. Szczegółów jednak nie zdradzę. Marianna, cudowna wiedźma, wspaniała kobieta, nauczyła się, żeby nie stawiać poprzeczki zbyt wysoko. Eryk - że warto być cierpliwym i ostrożnym. To właśnie tym dwojgu ustąpiła nieco miejsca na kartach powieści Zosia. Na arenę wkroczyli też Oszka, Natalia, Andrzej, Paweł, Leszek, Anthony i Milena. Kim są? Przeczytajcie sami.

Podobnie jak pierwsza część, a może nawet bardziej, i  ta  mnie urzekła swą malowniczością, emocjami, ciepłem. Beczka miodu nie obędzie się jednak bez odrobiny dziegciu. Odniosłam wrażenie, że niektóre wydarzenia, sytuacje wyskakują jak królik z kapelusza. Zbyt szybko coś się wyjaśnia, zbyt łatwo układa. Nie zapominajmy jednak, że powieść utrzymana jest w konwencji romansu obyczajowego, więc perypetie mogą  być burzliwe, ale koniec musi okazać się szczęśliwy.

Cóż więcej dodać, jestem bardzo zadowolona z lektury,  chciałabym jeszcze kiedyś powrócić do Różan, liczę na trzecią część. Może autorka tym razem rozwinie wątek Natalii, Ewy Wolskiej, Oszki..., a "starzy znajomi" pozostaną w tle? Ot, takie moje gdybanie...
Obie książki już powędrowały do kolejnych czytelniczek, a ja czuję, że przyjdzie czas, kiedy ponownie je przeczytam. 

Tymczasem zapraszam na stronę autorską: www.bognaziembicka.pl




wtorek, 26 czerwca 2012

Spacer "Drogą do Różan"

B. Ziembicka, Droga do Różan, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012, s. 416.

Powieść Bogny Ziembickiej trafiła do mnie jako nagroda w konkursie, w którym nie było z góry wiadomo o jakie książki toczy się gra. Była to więc dla mnie radosna niespodzianka, miałam bowiem chrapkę na tę publikację odkąd pojawiły się pierwsze recenzje, zresztą intuicja mówiła mi, że to coś akurat dla mnie. Nie zawiodłam się.

 Tytułowe Różany to (fikcyjna) podkrakowska miejscowość, gdzie mieści się urokliwy dworek zaadaptowany na pensjonat - niestety, mimo cudownej atmosfery, pysznej kuchni i własnego zaplecza ogrodniczego, nie prosperuje on najlepiej. Dochody z uprawy warzyw i kwiatów nie wystarczają na utrzymanie, długi rosną. Zosia, pasjonatka kwiatów, z wykształcenia i zamiłowania ogrodniczka - jedna z głównych person opowieści - urabia sobie ręce po łokcie, a jej ojciec, Stanisław Borucki - właściciel posesji - żyje mrzonkami, "bawi się w dziedzica" i myśli, że wszystko się ułoży. Główny wierzyciel Krzysztof, w którym po uszy zadurzona jest Zosieńka, w interesach nie uznaje sentymentów. Koniec końców państwo Boruccy wraz ze staruszką nianią Zuzanną (jej historia prowadzona od czasów przedwojennych opowiedziana w retrospekcji to mocny atut powieści) przyszło spakować manatki i przenieść się do Krakowa. Przykro było opuszczać ukochane miejsce, ale nowe lokum to nowe wyzwania... zwłaszcza dla Zosi. Na szczęście zawsze może liczyć na przyjaciół - rudowłosego Eryka, malarza (nie da się ukryć- wpatrzonego w nią jak w obraz) i Mariannę, temperamentną "wiedźmę", z którą można konie kraść. Perypetie bohaterów - nie tylko miłosne - wciągają niczym jedzenie truskawek czy czekoladek,  posmakowawszy -sięgamy po następną i odwracamy kolejną kartkę....

Autorka zabrała nas nie tylko do Różan, ale i zafundowała  wycieczki nad morze i w góry, jedną nogą byliśmy też w Monachium, w Indiach, Izraelu, a szykuje się w planach Japonia... (podróże bohaterów). Największą - przynajmniej dla mnie - frajdą było wędrowanie po Krakowie. Miło czytać ze świadomością, że wie się, gdzie dokładnie toczy się akcja i jeździło się tym samym tramwajem. A gdy wspomniany został "Pierwszy Lokal Na Stolarskiej Na Lewo Idąc Od Małego Rynku" - byłam już "wniebowzięta". Ot, sentyment...

Bohaterów nie sposób nie polubić, choć niektórzy mogą w pewnych sytuacjach irytować, ale ogólnie trzeba przyznać, że są barwni, prawdziwi, różnorodni. Dialogi skrzą się humorem, zwłaszcza cięty język Marianny zasługuje na uwagę. Charakterna z niej kobitka. Bawią skecze w wykonaniu Eryka. Nie myślcie jednak, że cały czas jest wesoło, są też smutne i  tragiczne wydarzenia, losy Zuzanny i jej bliskich wyjątkowo poruszają, a i wspomnianej Marianny życie nie rozpieszczało.

Opowieść jest niezwykle malownicza, urocza i pobudzająca zmysły. Pełno w niej kwiatów, zapachów, barw i smaków. Nie trzeba znać się na botanice, by podziwiać roślinne aranżacje skomponowane przez Zosię, ani być znawcą kulinarnym, by docenić kunszt kuchenny Zuzanny, czy dzieła Marianny. Na samo wspomnienie tortu orzechowego z masą prowansalską (pierwszy raz o takiej słyszę) cieknie mi ślinka i nie zdziwiłabym się, gdyby rzesze czytelniczek pod wpływem lektury wzbogaciło swe ogródki o wymieniane tam gatunki róż, tulipanów i innych roślin.
Naprawdę dawno nie czytałam tak "kwiecistej" powieści i nie mam tu wcale na myśli kwiecistego stylu (bo przesadnego szafowania epitetami tu nie ma), ale zgrabne wykorzystanie motywów kwiatowych. Autorka, każąc bohaterom grać w skojarzenia, przemyciła wiele ciekawostek na temat róż. Mam tylko małą uwagę - wierszyk "Nie rusz, Andziu, tego kwiatka..." wyszedł spod pióra S. Jachowicza, nie Słowackiego. Chyba że Krzysztof żartował, ale jeśli tak, to nie zostało to niestety sprostowane. Tym sposobem wiele osób mniej zorientowanych w temacie może zostać wpuszczonych w maliny (skoro już się trzymamy botanicznego słownictwa ;-))

Książę wydało Otwarte w serii Dla Ciebie. Romans. Owszem, to jest romans obyczajowy, z naciskiem na obyczajowy, więc i zdeklarowani przeciwnicy "harlekinów" mogą spokojnie sięgnąć po"Różany". Powieść ozdabiają ryciny kwiatów, bardzo dobrze wpasowujące się w całość. Jedyny mankament pięknej okładki to nadrukowana cena, co prawda niewysoka, ale jakoś nie pasuje mi tutaj, z tyłu to co innego.

 Cieszę się, że wkrótce ukaże się kolejny tom  pióra Bogny Ziembickiej, bo wprost MUSZĘ dowiedzieć się, jak potoczą się dalej losy Zosi, Krzysztofa, Eryka, Marianny i innych.... Z radością powrócę do Różan, a i Was serdecznie zapraszam.



Moja lista blogów