Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2016

"Trzy połówki jabłka" A. Kozłowska

Wydawnictwo Otwarte 2007
Zasypują nas książkowe nowości, kuszą uroczymi okładkami, nęcą cytatami i promocyjnymi hasłami. Wszystkie są wspaniałe, przepiękne, przezabawne, trzymające w napięciu i doprowadzające do łez ze wzruszenia... Niestety, bardzo często te "hity" rozczarowują. Nie dorastają do oczekiwań, jakie sobie wyrobiliśmy na podstawie tej całej promocyjnej otoczki.

Gdy odczuwa się przesyt przereklamowanych nowości, dobrze czasem sięgnąć po książkę wydaną ładnych kilka lat temu, o której - owszem - pies z kulawą nogą słyszał, nawet nie jeden, ale o szerokiej popularności mowy nie było. Warto kupić w kiosku czasopismo z powieścią w prezencie za 12,99 zł, wyszukać coś w koszu z wyprzedaży, czy poszperać na bibliotecznych półkach. W ten sposób można trafić na porcję dobrej lektury, która nie udaje, że jest czymś więcej niż jest w rzeczywistości, nie mami nas obietnicami na wyrost.

Taką perełką, która w przyjemny sposób mnie zaskoczyła, okazała się wydana w 2007 r. powieść Antoniny Kozłowskiej "Trzy połówki jabłka".
Główną bohaterką jest Teresa, zabiegana anglistka, żona i matka, przeżywająca trudne chwile i uczuciowe rozterki.  Przypadkiem po wielu latach spotyka w tramwaju pewnego mężczyznę i pojawia się "sakramentalne" pytanie: czy można wejść dwa razy do tej samej rzeki? Czy stara miłość nie rdzewieje? Obecnie oboje są w związkach. Marcinowi niedługo urodzi się dziecko. Teresa pomaga jego żonie. Wróżba z kart brzmi dość niepokojąco... Czy warto burzyć stabilny ład dla ekscytujących chwil? Jaki będzie bilans zysków i strat?

Fabuła prowadzono jest dwutorowo - na przemian pojawiają się fragmenty "Teraz" i "Dawniej",  poznajemy bohaterów w czasach licealno-studecnkich, ich zachowania, dylematy, decyzje i konsekwencje tych wyborów.  To właśnie one rzutują na teraźniejszą sytuację postaci.
Niby temat podjęty w "Trzech połówkach..." jest banalny, ale jakże życiowy. Któż z nas bowiem nie zastanawiał się, co by było, gdyby..., gdyby wybrał inaczej, podjął inną decyzję... Wehikuł czasu - to byłby cud... A kto wie, czy przyniósłby poprawę losu, czy wręcz z deszczu pod rynnę...

To dobra proza obyczajowa, spokojnie można ją postawić na półce "literatura kobieca" (przyjmując ten mocno umowny podział), emocjonalna, konkretna, nieprzegadana.Czyta się ją lekko, szybko, ale nie bezrefleksyjnie. Nie ma morałów, są znaki zapytania.
Co ciekawe, jakoś trudno kibicować poczynaniom bohaterów (bywają dość irytujący), ale też nie można ich zostawić zanim nie dowiemy się, co z nimi będzie. W końcu mowa o trzech połówkach, zatem jakby nie było - zawsze któraś odpadnie, stworzona "hybryda" nie ma szans....
Cały czas czytelnika nurtuje, co zaważyło w przeszłości, że losy tych osób potoczyły się tak a nie inaczej.  Komuś zabrakło odwagi, zdecydowania, otwartości,  szczerości, za dużo było między nimi niedomówień, nakładanych masek, brak pewności co do uczuć i zamiarów partnera... Szerokie pole do rozważań i dyskusji.

Chętnie sięgnę po inne powieści tej autorki. Życzę sobie i Wam owocnych poszukiwań na półkach z książkami.

środa, 6 kwietnia 2016

Różany - hurtem 5 powieści

http://zycieipasje.net/wp-content/uploads/2016/04/r%C3%B3%C5%BCany-5.jpg 
Lubicie pięknie opowiedziane sagi? Macie ochotę poznać nietuzinkowe postaci i wybrać się na wycieczkę do Krakowa, odwiedzić Egipt, Indie? Chcecie przeżyć wraz z bohaterami wojenną zawieruchę i poznać współczesne perypetie młodego pokolenia? Zachęcam do sięgnięcia po „różański” cykl pióra Bogny Ziembickiej, którego ostatni tom niedawno się ukazał. Jeśli wiosna, to tylko w Różanach! 

 Mój tekst, w którym odnoszę się do każdej z 5 książek, znajdziecie pod linkiem:
 http://zycieipasje.net/2016/04/06/z-wizyta-w-rozanach/

niedziela, 8 listopada 2015

"Tylko dzięki miłości" Bogna Ziembicka

Tylko dzięki miłości
Wyd. Otwarte, 2014
"Tylko dzięki miłości" Bogny Ziembickiej przeczytałam już jakiś czas temu, teraz dopiero nadrabiam zaległości "pisemne" ;-)
Mam z tą książką mały problem. O ile "Drogę do Różan" pochłonęłam niemal jednym tchem, a po drugą część, czyli "Wiosnę w Różanach" pędziłam jak na skrzydłach do księgarni, to  ten trzeci tom - szczerze przyznam - nieco mnie nużył i długo trwało zanim dobrnęłam do ostatniej strony, a w międzyczasie "łyknęłam" ze dwie inne powieści.

Ku pamięci "popełnię" kilka zapisków:
Tym razem autorka wybrała inną niż dotychczas formę, a mianowicie zbudowała powieść z przeplatających się ze sobą wpisów z dzienników/pamiętników młodziutkiej Zuzanny Hulewiczówny oraz Joachima, Niemca  zarządzającego na faktorii w Afryce.(oboje znali się, bo Zuzanna i siostra Joachima razem się uczyły).
Tytuł jest mylący i niesłusznie odstraszający tych, którzy nie przepadają za romansami. To bowiem nie jest romans, choć wątek uczuciowy tli się jak zresztą w prawie każdej fabule.
Zabrakło mi w tym konkretnym przypadku emocji, nawet jakiejś takiej egzaltacji skoro mamy do czynienia z zapiskami  nastoletniej uczennicy.
Nie brakuje tragicznych wydarzeń - są jednak wg mnie podane zbyt sucho.
Korzystnie wypadają natomiast takie "notatki z epoki". W zapiskach Zuzy i Joachima odbija się historia, obraz Europy i Afryki w latach 30. XX w.
Dla tych, którzy nie czytali "Różan" nie wszystko może być jasne ( to akurat przemawia za tym, aby zabierać się za serię po kolei).
Ciekawym zabiegiem było zamieszczenie 'reprintów' z ówczesnej prasy (artykuły, reklamy, ulotki z lat 30. XX w. )

Uczucia mam mieszane. Z jednej strony- to była cudowna literacka  podróż w lata trzydzieste, do Krakowa i Egiptu, z drugiej - nie pasjonowało mnie to aż tak, jak się spodziewałam.
Mimo tego  marudzenia, nadal mam ochotę zgłębiać i przeżywać dzieje mieszkańców Różan. Tylko chętnie kiedyś przeczytałabym całość hurtem, powtórzyłabym dotychczas poznane, dołączyła do tego 4 część,  a krakowskie gołębie gruchają, że będzie jeszcze piąty tom....
Zatem, do zobaczenia w Różanach!

sobota, 23 marca 2013

Gdy masz PMS- czytaj KMS!


Wydawnictwo Otwarte 2011
Nie tylko na przypadłość zwaną PMS-em, ale na wszelkie chandry, doły i smuteczki najlepszym lekarstwem jest lekka i zabawna książka, taka na przykład jak "Klub Matek Swatek" Ewy Stec.
Autorka ma świetne poczucie humoru oraz dystans do opisywanych sytuacji i tego samego wymaga od czytelnika. Nie sposób bowiem brać na serio zwariowanych splotów zdarzeń i nie chichotać się nad scenkami, czy dialogami bohaterów.
A skoro już o postaciach mowa... Występuje tu cała plejada barwnych i charakterystycznych osóbek, w tym między innymi: singielka- nauczycielka Ania (znalezienie jej królewicza z bajki spędza sen z powiek jej rodzicielce i to staje się początkiem lawiny zdarzeń),  malarz Wiktor o czekoladowych oczach( który tak naprawdę nim nie był) policjant Marek - amant (też mający co nieco za uszami), temperamentna Matylda o góralsko-jamajskiej krwi, łysy Kudłaty Edzio, gangster Wiertara oraz grupka kobiet w wieku menopauzalnym - nałogowa palaczka Danuta, emerytowana psychiatra Krystyna, niesamowita w swych poczynaniach Jadwiga, była pracownica służb specjalnych.
Zabawne są nie tylko perypetie i kwestie bohaterów, ale to, jak zostali nazwani.  Nauczyciel muzyki, niespełniony geniusz fortepianu - Fryderyk Szopa,  wróżka, jasnowidzka- Klara Widząca. Ha ha, świetne!
I czego tu nie ma! Karawan w charakterze meblowozu, depilator jak narzędzie tortur, gej w cekinowych kalesonach,  gangsterzy i CBŚ, akcje rodem z filmu o Jamesie Bondzie, pościgi, porwanie, strzelanina, ech.... Poszalała autorka nieźle! I wcale nie mam jej tego za złe, bo rozrywka przednia! Miks komedii romantycznej z sensacyjnym kryminałem.
Myślałam, że Klub Matek Swatek, to będzie paczka babeczek plotkujących przy kawie i ciasteczkach, a to cała organizacja, agencja korzystająca z najnowszych zdobyczy technologii i mediów (aparat z lunetą, profile w sieci itp.) opierająca się na technikach wywiadowczych, nie wahająca się przed niczym, by tylko osiągnąć zamierzony cel (zaaranżowane przypadkowe spotkanie dwojga "ofiar").
Nie wiem, jakim sposobem, ale autorka wciągnęła mnie w wir powieściowego świata, np. za każdym razem, gdy Wiktor spadał z drabiny- słyszałam ten huk!

Przeczytałam gdzieś  porównanie twórczości E. Stec do J. Chmielewskiej, a choć nie jestem entuzjastką i znawczynią tej drugiej, to myślę, że to zaszczyt i duży komplement dla tej pierwszej.
Pod powłoczką tych wszystkich brawurowych akcji, komicznych sytuacji i ogólnie śmichów- chichów są przemycone poważne sprawy i problemy ( takie jak nadopiekuńczość, manipulowanie innymi, pogodzenie się z przemijaniem itp.) jednak nie czas i miejsce, by je wszystkie wyciągać i analizować. Nadrzędnym celem powieści "Klub Matek Swatek" wydaje się być przecież rozrywka, więc na tym poprzestanę.
Odniosłam wrażenie, że pisząc - Ewa Stec znakomicie się bawiła, ja czytając- zresztą też. Czy sięgnę po kontynuację tej powieści i inne tytuły? Nie obiecuję, ale nie wykluczam. W każdym razie mam już kolejne nazwisko na liście sprawdzonych autorów.

Książka pasuje do marcowej Trójki E-pik - kategoria: o kobietach.

poniedziałek, 4 lutego 2013

"Był sobie złodziej" J. Skowroński

Jacek Skowroński, Był sobie złodziej,
Wydawnictwo Otwarte 2009
Był sobie złodziej... nie żaden pospolity kieszonkowiec grasujący w autobusowym ścisku, nie opryszek walący łomem na prawo i lewo, ale prawdziwy profesjonalista wykonujący  czarną robotę w białych rękawiczkach, z niemal chirurgiczną precyzją realizujący misternie skonstruowane plany. Okradał bogatych niczym Robin Hood, czy inszy Janosik, z tą subtelną różnicą, że łupów nie rozdawał potrzebującym, a przeznaczał na zabezpieczenie własnej przyszłości. Mistrz mistyfikacji i metamorfoz wyglądu, specjalista od otwierania sejfów, nie rozstający się z wytrychem w sznurówce, złodziej wręcz doskonały.  Jednak dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie....

Bohater miał to nieszczęście znaleźć się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze, został wzięty omyłkowo za kogoś innego i wpadł jak śliwka w kompot (bardzo niesmaczny zresztą). Uwikłano go w sprawę porwania syna biznesmena, nie obyło się bez mrożącej krew w żyłach strzelaniny i ofiar.   "Nasz" złodziej trafił w ręce policji i to na nim miało się wszystko skrupić. Ale jak tu wypić piwo, którego się nie nawarzyło, w dodatku za więziennymi kratami? Trzeba coś wykombinować...
Rusza lawina wydarzeń. Napady, zasadzki, ucieczki, pościgi, mylenie tropów... Co chwilę coś się dzieje. Na scenie zdarzeń występują też kobiety, tajemnicze i zjawiskowe, a wątki z nimi związane są nietypowe, czy raczej to same postaci  (zwłaszcza Marta ) nietypowo postępują.
Bohater  znajduje między młotem a kowadłem, a dokładnie między glinami a gangsterami -i jedni, i drudzy mają wobec niego pewne zamiary, niekoniecznie odpowiadające samemu zainteresowanemu. Wiele razy niemal psim swędem udaje mu się ujść z życiem.

Skoro już o głównej postaci mowa - nie da się Rafała jednoznacznie ocenić, z jednej strony nie można pochwalać jego procederu, ale z drugiej - trudno nie być pod wrażeniem jego technik i umiejętności w swoim "fachu". Czy można go nazwać czarnym charakterem, skoro staje się narzędziem w rękach jeszcze czarniejszych person? Czy można  mu współczuć, skoro bywa tak wyrachowany i cyniczny?

Średnio co dziesięć stron zaskakiwał mnie zwrot akcji albo kolejny element powieściowej rzeczywistości. Wszystko toczyło się z prędkością rakiety, a podane było z perspektywy... tytułowego złodzieja.  Splot wydarzeń może wydawać się zbyt nieprawdopodobny, ale w trakcie lektury nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Jest przygoda, akcja, napięcie i zaskoczenie. Znakomity materiał na film sensacyjny.

 Czego jak czego, ale wyobraźni i pomysłowości Jackowi Skowrońskiemu nie brakuje. Zresztą już czytając notę na okładce, gdzie widnieje informacja, iż autor potrafi prowadzić lokomotywy elektryczne, a w wolnym czasie m.in. uprawia winogrona i wędzi mięsiwa, można było się spodziewać ułańskiej niemal fantazji.

"Był sobie złodziej" to lektura dość nietypowa jak na moje czytelnicze preferencje, trafiła do mnie drogą konkursową już jakiś czas temu (jeszcze chyba w zamierzchłych czasach przedblogowych), odczekała swoje i wpasowała się znakomicie w potrzebę odmiany. Tak się bowiem złożyło, że zanim po nią sięgnęłam, miałam za sobą dwie spokojne, nastrojowe, wręcz statyczne pod względem akcji, książki i byłam żądna wrażeń, że tak powiem. Dostałam niebanalną, wciągającą powieść z gatunku kryminalno- sensacyjnych, której przeczytanie było świetną odmianą i przyjemnością.

Przyznam się, że mam na półce "Muchę" pióra tego samego autora. Słyszałam, że jest podobno jeszcze lepsza.... Zatem już wiem, co przeczytam, gdy znużą mnie dotychczasowe lektury i będę miała ochotę na odrobinę sensacji w niebanalnym ujęciu.







poniedziałek, 26 listopada 2012

"Boska trucizna" Anton Cziż

A. Cziż, Boska trucizna,
Wydawnictwo Otwarte 2010
  
Nota na okładce głosi tak:
Sankt Petersburg, rok 1905. W śnieżnej zaspie zostaje znalezione ciało młodej kobiety. Okoliczności śmierci bada radca kolegialny Wanzarow. Pozornie banalna sprawa niespodziewanie się komplikuje. W śledztwo zostają wmieszani ekscentryczni naukowcy, piękności w woalkach oraz tajne carskie służby. Czy rozwiązanie zagadki kryje się w świętych tekstach kultu aryjskiego boga Somy?
„Boska trucizna” to mistrzowsko skonstruowany kryminał. Rosja w przededniu rewolucji jest tłem dla trzymającej w napięciu intrygi. Kapitalny język i poczucie humoru autora dodają smaku opowieści o zbrodni i tajemniczym napoju.

Natomiast ja ze swej strony stwierdzam, że "Boska trucizna" to trzy i pół setki stron znakomitej rozrywki. Kryminalna fabuła przyprawiona humorem i przesycona rosyjskim klimatem sprawiła, że wsiąkłam po uszy i ani mi w głowie było zaprzestanie lektury. Moje zapotrzebowanie na książkę tego typu zostało zrealizowane z pełnym zadowoleniem.

Śledztwo przypominało zabawę w kotka i myszkę, z tym, że z Wanzarowa był niezły kocur - nawet "nosił gęste wąsy przystrzyżone nieco na styl koci" (s. 20), natomiast myszka, jak się okazało, była niejedna. Cały czas coś się działo, pojawiały się nowe postaci.  Nie było wiadomo, czy dana osoba wystąpi tylko epizodycznie, czy może odegra większą rolę w fabule. Trochę nieraz mieszały mi się te wszystkie nazwiska, ale nie pogubiłam się. Co ciekawe, dużo tu kobiecych ról, jakby według przysłowia "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". Tylko zamiast mocy piekielnych mamy Ochranę i Oddział Specjalny - rywalizujące ze sobą, plus policja śledcza - między młotem a kowadłem będąca. Pewne damy wiele krwi napsują naszemu detektywowi, a i żona dorzuci swoje trzy grosze.

Wanzarow jest młody, ambitny, wierzący w prawdę i walkę ze złem. Jego cechą charakterystyczną jest wada wymowy-"Dostojny pan wydawał śmieszny dźwięk, w którym mieszały się "s", "sz" i "f" jak zbłąkane owieczki. W ustach silnego rosłego mężczyzny niewinna wada wymowy wydawała się rozczulająca, jeśli nie rozbrajająca... (s.23) Śledczy wydaje się być jegomościem dość ociężałym, bynajmniej nie umysłowo! Jego sokratejski sposób rozumowania, drążenie tematu, logika budzą podziw. Bywa nawet porównywany do Sherlocka Holmesa, ale z tego jest niezbyt zadowolony. To zupełnie inny typ niż Kurt Wallander, niemniej zyskał u mnie taką samą sympatię.( niestety nie mam zbyt dużego porównania, jeśli chodzi o literaturę kryminalną i detektywów).

Autor zmieszał w literackim tyglu takie ingrediencje jak: symbolika pentagramu, starożytna mitologia - bóstwo Soma, eliksir życia, motyw faustowski, nietzscheańska teoria nadczłowieka, szpiegostwo, manipulowanie ludźmi,  rewolucyjne nastroje, rosyjska zima, towarzystwo opiumowe oraz wiele innych wątków i motywów. Doprawił wszystko humorem, suspensem i wlał w kryminalną formę. Wstrząśnięte, nie mieszane. Dla mnie- pyszna czytelnicza mikstura.

Cziż został okrzyknięty drugim rosyjskim Akuninem. Coś w tym jest, choć za mało znam twórczość obu, by przeprowadzać dokładniejsze porównania. Grunt, że przy książkach obu pisarzy świetnie się bawiłam, a niekoniecznie prozę tego typu czytuję zazwyczaj. 
Odniosłam wrażenie, że nad "Boską trucizną" unosi się duch "Mistrza i Małgorzaty". Co prawda tu nie ma mieszania płaszczyzn i nierealnych postaci, ale atmosfera zamieszania, zagmatwania wydały mi się podobne.
W pewien sposób też powieść Cziża pasuje mi do "Korzeńca", i jak już wróci do mnie ten drugi tytuł, ustawię je obok siebie na półce.
Tak czy owak, bardzo mi się podobało i aż szkoda, że tak długo kazałam tej książce czekać.
Chętnie poznałabym inne przygody Wanzarowa. Ciekawe, czy wydawnictwo zamierza kontynuować serię.

 --------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Książka wpasowała się w wyzwanie listopadowa Trójka E -pik: pisarz z kraju sąsiadującego z Polską 


poniedziałek, 23 lipca 2012

Przyjaźń, balia i niebieskie kajety, czyli urzekająca "Wiosna w Różanach"

Bogna Ziembicka, Wiosna w Różanach, Wydawnictwo Otwarte 2012.
Z niecierpliwością czekałam aż kontynuacja "Drogi do Różan" znajdzie się w moich rękach, byłam ciekawa jak potoczą się losy bohaterów. Z przyjemnością zanurzyłam się w świat powieści, a ostatnią kartkę odwróciłam z żalem, że to już koniec i nadzieją, że może jeszcze będzie kolejna część. Bardzo miło, choć nie bez wzruszeń i chwilami ze ściśniętym gardłem, spędziłam czas w towarzystwie Zosi, Eryka, Marianny i innych osób. Znów byłam w Różanach, gdzie po kryjomu moczyłam nogi w podgrzewanej balii w ogrodzie pani Milejko, znów wędrowałam jak cień krakowskimi ulicami - Lea, Starowiślną, Stradomiem, jadłam zapiekanki z okrąglaka na Kazimierzu, a nawet wybrałam się do Dalmacji!

Nie chciałabym wyjawić zbyt wiele z treści, więc poprzestanę na dość ogólnych stwierdzeniach. Byłam zaskoczona pewnymi wydarzeniami, inne zaś potoczyły się po mojej myśli - czuję jak kibic, którego drużyna wygrała mecz. Nie da się bowiem czytać bez sympatii dla jednych bohaterów, a niechęci czy irytacji dla drugich. 
Emocji nie brakowało, były i łzy i śmiech. Kapitalne dialogi. Postaci prowadzą inteligentne rozmowy, z których można się dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy ( np. co jest szczytem chamstwa w Japonii, co oznaczają inskrypcje na żydowskich nagrobkach, kim są bambrzy). Humor też jest na swoim miejscu. Nawet udało mi się zapamiętać dwa dowcipy, w tym jeden o Kubusiu Puchatku.
 Motywy kwiatowe nadal są obecne, choć w znacznie mniejszym stopniu niż w pierwszej części. Nie bez znaczenia jest fakt, iż rzecz dzieje się w dużej mierze zimą - wiosna rozkwita dopiero w finale opowieści. Noc Walpurgii jest nie mniej magiczna niż Świętojańska. Apetytu przysparzają opisy dań przygotowywanych i jedzonych przez bohaterów. Są też przepisy niani. Z nich powstaje książka kucharska, a jej wydanie przynosi sporo zamieszania i zmiany w życiu kluczowych postaci. Zapiski Zuzanny zawarte w niebieskich zeszytach dotyczą jednak nie tylko kulinariów. To pamiętnik opowiadający o jej życiu z czasów, gdy nakazem pracy  została wysłana do szkoły na wsi, gdzie mieszkała w izdebce bez wody i prądu, z trudem wiążąc koniec z końcem, dzielnie "niosąc kaganek oświaty" i własnym sumptem organizując dodatkowe dochody pieczeniem ciast na zamówienie i szyciem. Szkoda, że tak w sumie niewiele tych wspomnień.

 Skoro już była mowa o edukacji... Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie- dobitnie przekonała się o tym Zosia, ale to nie jedyna nauka, jaką wyniosła z gorzkiej lekcji, jaką zgotowało jej życie. Szczegółów jednak nie zdradzę. Marianna, cudowna wiedźma, wspaniała kobieta, nauczyła się, żeby nie stawiać poprzeczki zbyt wysoko. Eryk - że warto być cierpliwym i ostrożnym. To właśnie tym dwojgu ustąpiła nieco miejsca na kartach powieści Zosia. Na arenę wkroczyli też Oszka, Natalia, Andrzej, Paweł, Leszek, Anthony i Milena. Kim są? Przeczytajcie sami.

Podobnie jak pierwsza część, a może nawet bardziej, i  ta  mnie urzekła swą malowniczością, emocjami, ciepłem. Beczka miodu nie obędzie się jednak bez odrobiny dziegciu. Odniosłam wrażenie, że niektóre wydarzenia, sytuacje wyskakują jak królik z kapelusza. Zbyt szybko coś się wyjaśnia, zbyt łatwo układa. Nie zapominajmy jednak, że powieść utrzymana jest w konwencji romansu obyczajowego, więc perypetie mogą  być burzliwe, ale koniec musi okazać się szczęśliwy.

Cóż więcej dodać, jestem bardzo zadowolona z lektury,  chciałabym jeszcze kiedyś powrócić do Różan, liczę na trzecią część. Może autorka tym razem rozwinie wątek Natalii, Ewy Wolskiej, Oszki..., a "starzy znajomi" pozostaną w tle? Ot, takie moje gdybanie...
Obie książki już powędrowały do kolejnych czytelniczek, a ja czuję, że przyjdzie czas, kiedy ponownie je przeczytam. 

Tymczasem zapraszam na stronę autorską: www.bognaziembicka.pl




wtorek, 26 czerwca 2012

Spacer "Drogą do Różan"

B. Ziembicka, Droga do Różan, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012, s. 416.

Powieść Bogny Ziembickiej trafiła do mnie jako nagroda w konkursie, w którym nie było z góry wiadomo o jakie książki toczy się gra. Była to więc dla mnie radosna niespodzianka, miałam bowiem chrapkę na tę publikację odkąd pojawiły się pierwsze recenzje, zresztą intuicja mówiła mi, że to coś akurat dla mnie. Nie zawiodłam się.

 Tytułowe Różany to (fikcyjna) podkrakowska miejscowość, gdzie mieści się urokliwy dworek zaadaptowany na pensjonat - niestety, mimo cudownej atmosfery, pysznej kuchni i własnego zaplecza ogrodniczego, nie prosperuje on najlepiej. Dochody z uprawy warzyw i kwiatów nie wystarczają na utrzymanie, długi rosną. Zosia, pasjonatka kwiatów, z wykształcenia i zamiłowania ogrodniczka - jedna z głównych person opowieści - urabia sobie ręce po łokcie, a jej ojciec, Stanisław Borucki - właściciel posesji - żyje mrzonkami, "bawi się w dziedzica" i myśli, że wszystko się ułoży. Główny wierzyciel Krzysztof, w którym po uszy zadurzona jest Zosieńka, w interesach nie uznaje sentymentów. Koniec końców państwo Boruccy wraz ze staruszką nianią Zuzanną (jej historia prowadzona od czasów przedwojennych opowiedziana w retrospekcji to mocny atut powieści) przyszło spakować manatki i przenieść się do Krakowa. Przykro było opuszczać ukochane miejsce, ale nowe lokum to nowe wyzwania... zwłaszcza dla Zosi. Na szczęście zawsze może liczyć na przyjaciół - rudowłosego Eryka, malarza (nie da się ukryć- wpatrzonego w nią jak w obraz) i Mariannę, temperamentną "wiedźmę", z którą można konie kraść. Perypetie bohaterów - nie tylko miłosne - wciągają niczym jedzenie truskawek czy czekoladek,  posmakowawszy -sięgamy po następną i odwracamy kolejną kartkę....

Autorka zabrała nas nie tylko do Różan, ale i zafundowała  wycieczki nad morze i w góry, jedną nogą byliśmy też w Monachium, w Indiach, Izraelu, a szykuje się w planach Japonia... (podróże bohaterów). Największą - przynajmniej dla mnie - frajdą było wędrowanie po Krakowie. Miło czytać ze świadomością, że wie się, gdzie dokładnie toczy się akcja i jeździło się tym samym tramwajem. A gdy wspomniany został "Pierwszy Lokal Na Stolarskiej Na Lewo Idąc Od Małego Rynku" - byłam już "wniebowzięta". Ot, sentyment...

Bohaterów nie sposób nie polubić, choć niektórzy mogą w pewnych sytuacjach irytować, ale ogólnie trzeba przyznać, że są barwni, prawdziwi, różnorodni. Dialogi skrzą się humorem, zwłaszcza cięty język Marianny zasługuje na uwagę. Charakterna z niej kobitka. Bawią skecze w wykonaniu Eryka. Nie myślcie jednak, że cały czas jest wesoło, są też smutne i  tragiczne wydarzenia, losy Zuzanny i jej bliskich wyjątkowo poruszają, a i wspomnianej Marianny życie nie rozpieszczało.

Opowieść jest niezwykle malownicza, urocza i pobudzająca zmysły. Pełno w niej kwiatów, zapachów, barw i smaków. Nie trzeba znać się na botanice, by podziwiać roślinne aranżacje skomponowane przez Zosię, ani być znawcą kulinarnym, by docenić kunszt kuchenny Zuzanny, czy dzieła Marianny. Na samo wspomnienie tortu orzechowego z masą prowansalską (pierwszy raz o takiej słyszę) cieknie mi ślinka i nie zdziwiłabym się, gdyby rzesze czytelniczek pod wpływem lektury wzbogaciło swe ogródki o wymieniane tam gatunki róż, tulipanów i innych roślin.
Naprawdę dawno nie czytałam tak "kwiecistej" powieści i nie mam tu wcale na myśli kwiecistego stylu (bo przesadnego szafowania epitetami tu nie ma), ale zgrabne wykorzystanie motywów kwiatowych. Autorka, każąc bohaterom grać w skojarzenia, przemyciła wiele ciekawostek na temat róż. Mam tylko małą uwagę - wierszyk "Nie rusz, Andziu, tego kwiatka..." wyszedł spod pióra S. Jachowicza, nie Słowackiego. Chyba że Krzysztof żartował, ale jeśli tak, to nie zostało to niestety sprostowane. Tym sposobem wiele osób mniej zorientowanych w temacie może zostać wpuszczonych w maliny (skoro już się trzymamy botanicznego słownictwa ;-))

Książę wydało Otwarte w serii Dla Ciebie. Romans. Owszem, to jest romans obyczajowy, z naciskiem na obyczajowy, więc i zdeklarowani przeciwnicy "harlekinów" mogą spokojnie sięgnąć po"Różany". Powieść ozdabiają ryciny kwiatów, bardzo dobrze wpasowujące się w całość. Jedyny mankament pięknej okładki to nadrukowana cena, co prawda niewysoka, ale jakoś nie pasuje mi tutaj, z tyłu to co innego.

 Cieszę się, że wkrótce ukaże się kolejny tom  pióra Bogny Ziembickiej, bo wprost MUSZĘ dowiedzieć się, jak potoczą się dalej losy Zosi, Krzysztofa, Eryka, Marianny i innych.... Z radością powrócę do Różan, a i Was serdecznie zapraszam.



piątek, 29 kwietnia 2011

Gdybym miała ...naście lat..... (Szeptem)

... to zapewne byłabym zachwycona "Szeptem" B. Fitzpatrick, pochłonęłabym tę książkę jednym tchem, w jeden wieczór, nawet zarywając noc. Tymczasem mam nieco więcej wiosen i mieszane wrażenia  po lekturze. Nie było tak źle , ale daleka jestem od entuzjastycznego podziwu. 
Podobnie rzecz miała się z cyklem "Zmierzch" S. Meyer. Co prawda nie czytałam, ale kiedyś kolega przyniósł pożyczone od kogoś filmy na podstawie kolejnych 2 części książki. Wraz ze znajomymi obejrzeliśmy je z ciekawości raczej niż z potrzeby (potrzeby w sensie "czuję, że muszę to zobaczyć", intuicji widza), w końcu tak było głośno o tych wszystkich Bellach i Pattinsonach ;-) - no wypadałoby wiedzieć, o co chodzi.  Stwierdziliśmy "ups, my nie ten target", wyrośliśmy z tego typu opowieści, nie kręci nas to zbytnio, jednakowoż kilkanaście lat wczesniej pewnie bardzo by nam się mogło spodobać. Tak, są książki/filmy, które trzeba poznać w odpowiednim czasie, będąc we "właściwym" wieku, inaczej odbiór będzie wypaczony.
Wracam do "Szeptem".
Zacznę od tego, że raczej nie interesują mnie popularne ostatnio historie o wampirach, aniołach, demonach, wilkołakach oraz inszych wiedźminach... Nie dla mnie fantastyka, nawet w takiej |"obyczajowo- romantycznej" otoczce. Sceptycznie podchodzę do powieści o nastolatkach z amerykańskich szkół i ich uczuciowych problemach. Nie wiem, z czego to wynika, ale zazwyczaj ich sprawy przedstawione są płytko, autorzy zarysowują ciekawe problemy (np. relacje z rodzicami, ambicje, poczucie własnej wartości  itp.), ale realizują je dość pobieżnie."Szeptem" jednak chciałam przeczytać, odkąd tylko się o tym dowiedziałam,  ale dopiero teraz trafiło mi się na bibliotecznej półce.
Tu mamy właściwie jeden wątek. 16- letnia Nora staje w obliczu dziwnego uczucia. Nowo przybyły do szkoły kolega, z którym zmuszona została pracować w parze na lekcjach biologii, z jednej strony ją irytuje, z drugiej - intryguje. Unika chłopaka, ale on ciągle zjawia się na jej drodze. Pożądanie miesza się z lękiem. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Nora czuje się zagrożona. Wcale jej się nie dziwię, że uległa urokowi przystojniaka otoczonego aurą tajemniczości. W końcu ma tylko 16 lat i (nawet podświadomie) dąży do tego, by się zakochać, przeżyć romantyczną wielką miłość, poczuć się kochaną.... Tajemnice i pozorna niedostępność, a także poczucie grozy przyciągają ją do Patcha jeszcze bardziej. Na przekór przecież często dążymy do tego, czego powinniśmy unikać.
W całej historii, jak na amerykańską powieść przystało, nie zabrakło wiernej, gotowej na wszystko , nieco ekscentrycznej przyjaciółki (Vee). Pojawiają się też indywidua, o których długo nie wiadomo kim właściwie są i jakie mają zamiary (Elliot i Jules),  rolę odegra też szkolny psycholog, pani Green. 
Wyobraźnia, sfera psychiki, granica między wyobrażeniami a rzeczywistością, zależność między umysłem a zmysłami, wpływ innych na naszą percepcję - wyznaczają przestrzeń tej opowieści, nie potrafię tego trafnie ująć, chodzi mi oto, że są ważne, kluczowe dla odczytania powieści.
Czyta się dobrze, choć nie jest to zbyt ambitna proza, nie ma kunsztownych opisów, czy ciekawych zabiegów literackich. Treści zawarte w prologu mogłyby być później nieco rozwinięte, na zasadzie retrospekcji  - pomogłoby to jaśniej przedstawić relacje współczesnych bohaterów. 
Czasem miałam wrażenie, że to opisany film. Być może autorka ma właśnie taka filmową wyobraźnię, pisze scenami. 
Podobała mi się okładka. Przyciąga wzrok.   Fabuła może nie porywająca, ale też całkiem znośna, nie nużyła. Do końca nie wiadomo kto kogo (i czy na pewno) chce usidlić/pokonać/zabić...
Powtarzam, gdybym miała ok. 16 lat. byłabym zachwycona. Tymczasem jestem zadowolona, że miałam okazję poznać sama tę popularną (wręcz modną) poczytną  książkę. Jak wpadnie mi w pazurki "Crescendo" (dalsze dzieje)- też chętnie przeczytam. 

Becca Fiztpatrick, Szeptem, Wyd. Otwarte 2010.

PS. A tu macie   fragmencik.








Moja lista blogów