Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kryminalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kryminalna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 sierpnia 2021

"Urodziny" Carol Wyer

 


"Urodziny" Carol Wyer
Dodatek do "Gali", którą kazałam mężowi kupić ze względu na wywiad z Romą Ligocką ( mąż kupił wydanie z książką, bo korzystniej cenowo 😉 )

Pierwszy tom cyklu z komisarz Natalie Ward.

Podczas urodzin zorganizowanych w centrum ogrodniczym zaginęła mała dziewczynka. Po 2 latach przypadkiem znaleziono jej zwłoki. Zaczęły ginąć kolejne dziewczynki. Ofiary mają założone żółte sukienki. Trwa śledztwo, policja nie ma czego się chwycić, sprawdzają wszystko i wszystkich - rodziców, mieszkańców danych ulic, pracowników, nauczycieli ze szkoły itp. Przypadek sprawia, że ktoś zauważył coś, czego sprawdzenie doprowadziło jak po nitce do kłębka.

Retrospekcje pokazują sceny z przeszłości, ale czytelnik nie bardzo wie o kogo tam chodzi. Mylące tropy nie są przekonujące.

Komisarz Natalie Ward (matka 2 nastoletnich dzieci, mąż tłumacz freelancer pracuje w domu, mniej zarabia, jakoś się dogadują, różne problemy) - jakoś nie budzi sympatii, dość nijaka postać

W pewnym momencie jest nudno, potem się rozkręca, ale nie jest to porywający kryminał.

Takie sobie; jako przerywnik między poważną i trudną prozą to w sam raz.

Nie będę kontynuować tego cyklu.

sobota, 29 sierpnia 2020

"Głos" Arlandur Indriðason



Islandzki kryminał/thriller z Erlendurem Sveinssonem po raz trzeci. O ile 1i 2 tom wciągnęłam, to z tym się grzebałam i mam mieszane uczucia. Nadal lubię i chcę czytać kolejne części, ale tu tak jakoś miałam w nosie, kto zadźgał portiera. Główny wątek kryminalny był pretekstem do podjęcia innych tematów. Mianowicie: los dziecięcych gwiazd, przemoc domowa, skomplikowane relacje rodzinne, wygórowane oczekiwania rodziców itp...Plus traumy z przeszłości i psychiczne zaburzenia. A to jeszcze nie wszystko (nie chcę aż tak spojlerować).

Akcja dzieje się w hotelu, w okresie przedświątecznym, Elinborg nie ma czasu napiec ciasteczek... Erlendur nie kwapi się skorzystać z zaproszenia na święta, wytrawny odludek Ten kryminał to akurat "miła" odmiana w słodkopiernikowym nurcie powieści bożonarodzeniowych, których co roku powstaje na pęczki;-)

Na razie mam dość brutalnej tematyki, przerwa . Teraz muszę skończyć "Ginczankę".

sobota, 15 sierpnia 2020

Arnaldur Indriðason "W bagnie"oraz "Grobowa cisza"

 


Zaczęłam słuchać audiobooka "W bagnie" (wspaniale czyta A, Ferenc), ale że treści niezbyt do słuchania przy dzieciach i poczucie, że szybciej bym czytała sama, przerzuciłam się na e-booka (wszystko na EmpikGo), w końcu pomyślałam, że najwygodniej jednak papier- sprawdziłam w bibliotece- jest! Przyniosłam od razu 3 tomy, planuję poznać całą serię. Bardzo mi przypadły do gustu, choć raczej nie siedzę w tym gatunku. Mocne, mroczne, konkretne.

Śledztwa prowadzi Erlendur Sveinssonn ( towarzyszą mu Sigurður Óli i Elínborg) - taki starej daty, dość zasadniczy, jego wydające się czasem dziwne pomysły, okazują się zazwyczaj słusznymi tropami. Prywatnie - skomplikowane życie, m.in. córka narkomanka. Dużo problemów społecznych w tych powieściach, nie tylko wątek kryminalny.

"W bagnie" - zaczyna się od morderstwa w kamienicy, w śledztwie zamiast szukać zabójcy zajmują się całkiem innymi, pozornie niezwiązanymi z tym sprawami z przeszłości....Temat chorób genetycznych.

"Grobowa cisza"
- przypadkowo znaleziono ludzką kość na terenie budowy osiedla... Zaczęto więc grzebać. W ziemi i w przeszłości. Motyw przemocy domowej. I nie tylko...


W moim odczuciu drugi tom był lepszy, zupełnie też inaczej prowadzona narracja - bo mamy też sceny z przeszłości tzn. czytelnik "widzi" więcej niż policja, która szuka i czekając na badanie kości, łapie się różnych tropów, które mogą być prawdopodobne czy pomocne do dalszego rozwikływania zagadki.
Wydaje mi się jednak, że to nie ten typ kryminału, gdzie czytelnik ma też rozwiązywać sprawę. Ważniejsze chyba jest islandzkie tło społeczno-obyczajowe.

 
"Grobową ciszę" ujęłam w kategorii "Trup w szafie " w  sierpniowej Trójce E-pik.
To nie jest "domestic noir", ale jak na "mroczną serię" przystało są trupy i tajemnice rodzinne z przeszłości, które przez przypadek "wyłażą na wierzch". I tu tych tajemnic mamy wiele: jedna dotyczy przeszłości komisarza Erlendura, druga - narzeczonej Benjamina ( wątek poboczny, ale istotny dla śledztwa), a trzecia to główny wątek pewnej rodziny, którego przecież nie będę spojlerować.

Zanim zabiorę się za kolejny tom, czytam coś lekkiego, by odetchnąć.

( tu nastąpiła przerwa na  Chmielewskiej - "Wszystko czerwone" oraz "Wielka Księga Klary" Wichy i jeszcze "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" i "Turbulencje" Shalaya )

wtorek, 24 września 2019

"Śledztwo na cztery ręce" Agatha Christie

Wyd. Hachette 2002 r.
Po trzech latach przerwy postanowiłam znów wziąć udział w wyzwaniu czytelniczym "Wrzesień z Agathą Christie".
Niczym "córka marnotrawna" powracam  do klasyki kryminału w mistrzowskim wykonaniu. Tak się składa, że ostatnio czytałam sporo polskich powieści kryminalnych, przeważnie w duchu komediowym. Nie zawsze były to udane spotkania, ale trafiłam też na takie książki, które dostarczyły mi odpowiedniej rozrywki i pozwoliły określić czytelniczą ścieżkę, którą zamierzam podążać. Co jakiś czas warto jednak wracać do źródeł, do "starych, ale jarych" powieści, do sprawdzonych autorów.
Gdy czuję przesyt współczesnych "czytadeł", sięgam po twórczość Dostojewskiego, zaś z kryminalnej półki wybieram Christie. Właśnie przyszedł czas, by znów podążyć tropem Agathy....

Tę książkę wybrałam dość przypadkowo spośród licznych tomów w bibliotece, szukając tytułu z dwuznakiem, bo akurat takiego potrzebowałam do innego wyzwania. "Śledztwo na cztery ręce" zawiera aż dwa dwuznaki, pasowało więc idealnie, a do tego spodobał mi się pies w okularach na okładce. Niezłe kryteria wyboru, prawda?

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to nie powieść a zbiór kilkunastu opowiadań połączonych ramą fabularną i osobami głównych bohaterów, co więcej, nie występuje tu ani Herkules Poirot, ani panna Marple! Poczułam się nieco zdezorientowana. Nie wiedziałam, że oprócz serii z wymienionymi postaciami (i poza powieściami obyczajowymi  wydanymi pod pseudonimem Mery Westmacott) Agatha Christie napisała także utwory o Tuppence i Tommym Beresfordach, czy - jak potem sprawdziłam - jeszcze innymi bohaterami ( np. Parker Pyne). Teraz już wiem, a po lekturze tego tomu wiem też, że raczej wolę trzymać się utartych szlaków.

Tuppence i Tommy Beresfordowie są uroczą parą, dobraną pod każdym względem, świetnie się dogadują, mogą zawsze na siebie liczyć. Ich dialogi nie obywają się bez drobnych złośliwości, ale też skrzą się inteligencją i humorem. Znudzona rutyną domowych obowiązków i życia towarzyskiego Tuppence marzy o tym, aby coś się wydarzyło, tęskni za przygodami i niebezpieczeństwami, jakie wspólnie przeżyli. Jej mąż obecnie nadal pracuje w służbach specjalnych, ale na stanowisku czysto biurowym.
Jak z nieba zatem spada Beresfordom zlecenie poprowadzenia Międzynarodowej Agencji Detektywistycznej Teodora Blunta. To niby ma być przykrywka dla pewnych działań związanych z rozpracowywaniem rosyjskich szpiegów, ale poza tym małżeństwo ma wolną rękę w przyjmowaniu zleceń i prowadzeniu śledztw.

To było wprost przezabawne jak Beresfordowie wczuwali się w swoje role, jak urządzili  swoje biuro, jak udawali, że jako "błyskotliwi detektywi Blunta" mają mnóstwo pilnej pracy i ważnych spotkań, podpatrywali interesantów zatrzymywanych przez rezolutnego Alberta na recepcji. Trochę zachowywali się jak dzieci bawiące się w detektywów. Przy tym odnosili się do zgromadzonych na półce kryminałów i naśladowali ich bohaterów, przyjmując ich styl zachowania i sposób prowadzenia spraw.
Tomy i Tuppence jako detektywi-amatorzy okazali się jednak bezbłędni i rozwiązali szereg różnorodnych zagadek, od kradzieży przez fałszywe alibi po morderstwa. Nie sposób ich  nie polubić: bystrzy, inteligentni, zabawni, sprytni, charyzmatyczni. Trochę zwariowani w pozytywnym znaczeniu. Spostrzegawczość, umiejętność logicznego myślenia i dedukcji, odwaga i otwartość to cechy, które znakomicie przydały się im w pracy, która też była dla nich w pewnym sensie zabawą, życiowym wyzwaniem. Tuppence niejednokrotnie wykorzystywała swoje 'kobiece sztuczki': jej wiedza z dziedziny mody, czy znajomość plotek, towarzyskich układów i koneksji bardzo się przydawała.  Trzeba przyznać, że obydwoje uzupełniali się nawzajem, tworząc świetną parę  jako detektywi i małżeństwo.

Opowiadania, raczej dość krótkie, często zajmujące dwa rozdziały wydawały mi się idealne do publikowania w prasie. Nie pomyliłam się, bowiem sprawdziłam i owszem, w latach 1923-28 ukazywały się w brytyjskich czasopismach, dopiero w 1929 roku wydano je w formie książki, z tym, że autorka dokonała niezbędnych zmian (układ, tytuły, drobne poprawki) tak, by całość była spójna. W trakcie lektury pomyślałam także, że to mógłby być niezły serial. I proszę! Dowiedziałam się, że  nakręcono taki w 2015 roku, na podstawie cyklu o perypetiach Beresfordów. Jest też film z 2008 roku, w którym - sadząc z opisu - opowiedziana jest całkiem inna historia na podstawie książek A. Christie a pan Beresford dostał na imię Belisaire(!).

"Śledztwo na cztery ręce" ("Partners in Crime") czyta się lekko, przyjemnie, z uśmiechem, z mniejszym lub większym zaangażowaniem w kolejne detektywistyczne zagadki. Sporo tu dzieje się bez udziału czytelnika, mamy podane rozwiązania, a wcześniej nie znaliśmy pewnych faktów. Sporo zbiegów okoliczności, schematów, niektóre intrygi są dość przewidywalne. Nie można jednak odmówić uroku ani opowiadaniom ani bohaterom.  Śmiem twierdzić, że w tym przypadku Agatha Christie bardziej skłaniała się ku komedii niż typowym kryminałom i coraz bardziej rozumiem współczesne próby pisania "kryminałów na wesoło". To naprawdę sztuka, choć nie każdemu się udaje. Jakby co, to autorzy mogą się uczyć od mistrzyni.

Nie sądzę, aby to była jedna z najlepszych książek Agathy Christie, ale też nie uważam lektury za stratę czasu. Nie każdemu "Śledztwo na cztery ręce" przypadnie do gustu, z racji  swojej specyfiki i kreacji bohaterów. Warto jednak poznać tę nieco inną odsłonę twórczości Christie, zwłaszcza, gdy znało się dotąd tylko Marple i Poirota ;-) . Osobiście nie narzekam.




poniedziałek, 20 maja 2019

"Śledztwo od kuchni..." Karolina Morawiecka

“Śledztwo od kuchni, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)” Karolina Morawiecka
Muszę przyznać, że do komedii kryminalnych zazwyczaj mam spory dystans, bowiem nieraz już okazało się, że te rzekomo takie śmieszne mnie w ogóle nie bawią, a nawet słynna Chmielewska niekoniecznie i nie zawsze do mnie trafia. Tym razem jednak to był strzał w dziesiątkę. Wpadłam jak śliwka w kompot! Tak mnie zauroczyła debiutancka powieść Karoliny Morawieckiej czytana przez Donatę Cieślik, że nie tylko bez wahania sięgnę po następne książki autorki (liczę na co najmniej kilkuczęściową serię), ale i do tej pierwszej chętnie jeszcze powrócę. Śledztwo od kuchni śledziłam z nieukrywaną przyjemnością, ubawiłam się przednio i naprawdę zrelaksowałam, choć przy tym solidnie zgłodniałam, gdyż powieść obfituje zarówno w literackie, jak i kulinarne smaczki.
(...)
Całość recenzji:

http://zycieipasje.net/2019/05/20/poczytaj-mi-na-ucho-sledztwo-od-kuchni-czyli-klasyczna-powiesc-kryminalna-o-wdowie-zakonnicy-i-psie-z-kulinarnym-podtekstem-karolina-morawiecka-recenzja-audiobooka/

#audiobook
#Trójka E-pik ( kwiecień)


środa, 28 września 2016

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" - wrzesień z Agathą trwa!

Postanowiłam, że tak "na drugą nóżkę" w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą" przeczytam jeszcze jakąś powieść ze słynną panną Marple. Z bibliotecznej półki wybrałam, raczej losowo,
"Zwierciadło pęka w odłamków stos". Tytuł brzmi pięknie, prawda?

Dopiero w trakcie lektury dowiedziałam się, że to wers z poematu "Pani z Shalott" A. Tennysona (angielskiego poety epoki wiktoriańskiej, który jako pierwszy poeta w historii otrzymał tytuł szlachecki.) Cóż, jestem żywym dowodem na to, że "Ludzie ostatnio prawie nie czytują Tennysona"  jak zauważyła jedna z bohaterek - pani Bantry. Za to dość często czytują Christie, co może ich zachęcić do sięgnięcia po twórczość wspomnianego poety, a także do baczniejszego przyglądania się charakterom ludzkim wzorem niedoścignionej panny Marple. 

W tej powieści spotykamy słynną Jane Marple w podeszłym wieku, fizycznie nie ma już tyle sił, ale pamięć i umysł funkcjonują bez zarzutu, toteż nadinspektor ze Scotland Yardu, Dermot Craddock z powodzeniem korzysta z jej celnych wskazówek i to właśnie ona rozwiązuje zagadkę morderstwa w posiadłości Gossington Hall. 
Zaraz, zaraz, czy tam już coś się kiedyś nie wydarzyło? Ależ tak, pamiętna "Noc w bibliotece"! Tym razem mamy nieco inną sytuację - po tragicznych zdarzeniach pani Bantry sprzedała tę rezydencję, zostawiwszy sobie tylko domek myśliwski i zaczęła podróżować po świecie. Teraz powraca do St. Mary Maid, które znacznie się rozbudowało (nowe Osiedle) i unowocześniło (np. supermarket). Jej dawny dom obecnie zamieszkuje słynna aktorka Marina Gregg waz z mężem, producentem filmowym. Pani Bantry została zaproszona do nich na przyjęcie charytatywne. W jego trakcie dochodzi do tragicznej sceny - jedna z pań goszczących na bankiecie nagle umiera.  Szybko okazuje się, że została otruta. Wydaje się jednak, że stała się zupełnie przypadkową ofiarą... I to nie ostatnią...

Wszystko jest mocno podejrzane. Kto kogo chciał tak naprawdę zabić? Czym zawiniła dobroduszna i gadatliwa Haether z Towarzystwa St John Ambulance? Czy Marina powinna obawiać się o własne życie?
Tu trzeba mądrego detektywa i naprawdę niezłego kombinowania, bo nic do niczego nie pasuje, nic konkretnego nie wynika ze śledztwa. Od czego jednak mamy pannę Marple! 

Przypadkiem jakiś czas temu poznała nieszczęsną panią Badcock (ofiarę), toteż wyrobiła sobie o niej zdanie. Dobrze wsłuchała się w relację pani Bantry, zwróciła uwagę na istotne szczegóły, które zupełnie nie były brane pod uwagę. Sporo poczytała w prasie na temat kontrowersyjnej Mariny (gwiazdy "z temperamentem", z problemami psychicznymi, borykającej się z poważną traumą z przeszłości) . Krok po kroku wpadła na to, czego policjanci nie wymyśliliby nawet za sto lat. Znów zatriumfowała jej znajomość ludzkich charakterów i kobieca przenikliwość!

Świetna lektura. Podobało mi się literackie nawiązanie do poezji Tennysona, obecne od motta aż po finał powieści. Zagadka kryminalna znów mnie zaskoczyła, nie przewidziałam takiego obrotu sprawy. Bardzo też chciałbym pochwalić warstwę obyczajową. Oprócz wątku kryminalnego Christie przedstawiła jak staroświecka, choć dziarska, staruszka  odbiera zmiany zachodzące w miasteczku, jak żyją młodzi mieszkańcy (np. Cherry, pomoc domowa), słowem - oddała małomiasteczkowy klimat.

Uroku powieści dodaje motyw pani Knight, upierdliwej opiekunki, która chce usadzić pannę Marple najlepiej pod kocem z budyniem i puddingiem, gruchając do niej słodko "czujemy się zmęczone". Na szczęście Marple ma swoje sposoby i nie daje się poskromić. To jest całkiem zabawne, ale i dające do myślenia, bo niestety, niektórzy mają tendencję do uszczęśliwiania kogoś na siłę i za nic mają cudze preferencje.

Nie mam zbyt wielkiego porównania, ale wydaje mi się, że Marple z całym szacunkiem dla jej umiejętności analizowania i logicznego myślenia, była przedstawiana jako wścibska, przemądrzała osóbka. W tej powieści takiego wrażenia nie odniosłam. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki stanowi jej  "lekarstwo" na starość, łatwiej jej pracować umysłem niż dziergać  na drutach (gubi oczka). Nadal jest baczną obserwatorką i słuchaczką,  zna się na ludziach po prostu.

Na koniec chciałabym przytoczyć bardzo trafną charakterystykę pewnego typu ludzi, ukutą rzecz jasna przez pannę M.:
"... nigdy nie myślała o nikim prócz siebie. Była taką osobą, która mówi ci, co robiła, widziała, czuła czy słyszała. Nigdy nie wspominała, co zrobili czy powiedzieli inni ludzie. Życie to dla niej rodzaj jednokierunkowej ulicy. Liczy się tylko ruch. Inni są jak... czy ja wiem, tapeta na ścianach".

"Zwierciadło pęka w odłamków stos"  jako powieść kryminalno-obyczajowa sprawiła się na medal. Cieszę się, że ją przeczytałam. Za jakiś czas pewnie znów "łyknę" porcyjkę Agathy...

PS. Różowa okładka jakoś nie bardzo mi pasuje.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą"wyrażam zgodę na opublikowanie jej na blogu "Na tropie Agathy"


poniedziałek, 5 września 2016

"Morderstwo w Orient Expresie", czyli wrzesień z Agathą Christie


W ramach zmian w czytelniczym repertuarze postanowiłam wziąć  udział w wyzwaniu "Wrzesień z Agathą Christie". Nie jestem wierną i zagorzałą fanką twórczości tej pisarki, ale kilka jej książek mam za sobą ["Noc w bibliotece", "Słonie mają dobrą pamięć",  "Dziesięciu murzynków"(= "I nie było już nikogo" ), "Pierwsze, drugie zapnij mi obuwie"] i złego słowa powiedzieć o nich nie mogę.

Czasem lubię sięgnąć po klasyczny kryminał. Tym razem z bibliotecznej półki wybrałam powieść, której tytuł wydawał mi się bardzo znany,  jednym słowem - "pewniak". I nie zawiodłam się.

Spotkałam się z Herkulesem Poirot, detektywem osobliwym, niepozornym, a genialnym. Wraz z nim jechałam wyjątkowo zapełnionym pociągiem relacji Stambuł - Calais i utknęłam w zaspach gdzieś w Jugosławii....
Nasz główny bohater zamierzał zwiedzić tureckie miasto (Hagia Sofia przecież ponoć taka piękna!), ale niestety, nie było mu to dane, gdyż pilnie wezwany do Londynu - musiał ruszać w dalszą drogę. Ledwo znalazło się dla niego miejsce w wagonie sypialnym. Towarzysze podróży, których miał okazję obserwować w wagonie restauracyjnym, byli rozmaitego pochodzenia, płci wieku, statusu, temperamentu. Nie wszyscy budzili sympatię.

Pociąg w nocy został unieruchomiony wśród zasp. To jednak nie był największy problem, albowiem wtedy została popełniona zbrodnia.... Jeden z pasażerów stracił życie w nader podejrzanych okolicznościach. Czy dokonał tego ktoś z zewnątrz, czy morderca był w wagonie?
Pan Poirot, poproszony przez swojego przyjaciela, szefa linii kolejowych Mr Bouc'a, zabrał się do  pracy śledczej. Przesłuchał wszystkich pasażerów i konduktora, zadając im dociekliwe, nieraz dziwne pytania. Skrupulatnie zbierał dane, próbując odtworzyć wydarzenia tej okrutnej nocy. Ostrożnie podchodził do śladów zbyt ostentacyjnie pozostawionych na miejscu morderstwa, nie wysuwał pochopnych wniosków. Krok po kroku posuwał się naprzód, choć im dalej w las, tym wszystko było bardziej zagmatwane.
Okazało się, że "korzenie" zbrodni w pociągu tkwią w rodzinnej tragedii, która rozegrała się parę lat temu w Ameryce.
Misterną łamigłówkę mógł rozwikłać tylko Herkules Poirot. Ku zdziwieniu pana Bouca i lekarza odrzucił wszystkie błędne teorie, oddzielił ziarno od plew i wyłuskał prawdę. Trzeba przyznać, że była zaskakująca....

"Morderstwo w Orient Expresie" to lektura wciągająca po uszy, wprost nie mogłam się od niej oderwać, dopóki nie dowiedziałam się, kto zabił. Cały czas byłam pod wrażeniem przenikliwości umysłu detektywa, jego fenomenalnej pamięci, dedukcji, umiejętności analizowania i kojarzenia faktów, a także intuicji i psychologicznego podejścia do poszczególnych rozmówców. 

Nie udało mi się odgadnąć sprawcy, choć przyznam, że  miałam swoich "faworytów". Czytelnik w sumie nie bardzo ma szanse, bo istotne dla przebiegu zdarzeń okazują się szczegóły dotyczące np. umiejscowienia zasuwki na drzwiach przedziału, a taką wiedzą nie dysponuje. Dowiaduje się o tym dopiero z relacji Poirota.

Powieść czyta się z zaciekawieniem, choć wydaje się monotonna -  główną część zajmują kolejne zeznania pasażerów, ale to właśnie one zbijają z tropu czytelnika wnosząc nowe dane lub obalając jego domysły. Podziwu godna jest logika, jaką w tym wszystkim odnajdujemy, choć początkowo łatwo przyznać rację jednemu z bohaterów, który używa określenia "dom wariatów".

Bardzo ciekawe są opisy  postaci, autorka obdarza je wyrazistymi cechami ( np. twarz owcy) i podaje to "okiem" detektywa, któremu żaden szczegół nie umknie. Nie obędzie się bez poczucia grozy, wszak pociąg tkwi nocą w śniegu, doszło do morderstwa, a kto wie, czy nie stanie się coś jeszcze...

Mamy do czynienia z jednością czasu, miejsca i akcji, rzecz rozgrywa się w ciągu kilku godzin w zamkniętej przestrzeni. Zakończenie - nieprzewidywalne, zaskakujące i kontrowersyjne.
Brawo dla Agathy Christie za skonstruowanie takiej fabuły!

Kiedyś na pewno skuszę się na jeszcze inne książki jej pióra. Tymczasem jestem usatysfakcjonowana kryminalną zagadką i zmierzam już w inne literackie rejony.




Wyrażam  zgodę na opublikowanie recenzji na blogu Na tropie Agathy.

wtorek, 6 października 2015

Skandynawski smutek

Kiedy dotarła do mnie wiadomość, że zmarł Hennig Mankell, zrobiło mi się bardzo smutno. Jestem raczej "małokryminalna", ale powieści tego autora należą do nielicznych z tego gatunku, których się chwytam. Nie przeczytałam ich zbyt wiele, mam więc przed sobą jeszcze trochę literackich skandynawskich podróży, ale i tak przykro, że już nie będzie kolejnych książek pióra H. Mankella.

To był nie tylko świetny pisarz, ale wspaniały człowiek. Za jego pracę na rzecz sierot w Mozambiku, niesienie pomocy potrzebującym, zaangażowanie w sprawy społeczne, a także prowadzenie teatru w Maputo - należą mu się nie medale, ale oklaski i podziw. Oby stał się wzorem dla innych.

Pisał też dla najmłodszych czytelników- za książki dla dzieci otrzymał Nagrodę im. Astrid Lindgren. To  znaczące wyróżnienie, prawda?

Nie wiedziałam, że jego żoną była córka Ingmara Bergmana, Eva.

W tych minorowych nastrojach i niefortunnych okolicznościach przypominam "Za co lubię Wallandera" (wpis z 2012 r.) oraz jeszcze starszą ( z 2008 r., niech was nie zwiedzie inne nazwisko, to ja) opinię o powieści "Mężczyzna, który się uśmiechał".

Z "niekryminalnych" czytałam jeszcze "Comedie Infantil". I to nie jest komedia, uprzedzam.

Chlip, chlip...

sobota, 18 kwietnia 2015

"Florystka" K. Bonda

Na pewno jeszcze nie wszyscy mieli okazję czytać prozę Katarzyny Bondy, ale chyba każdy o niej słyszał. Ta autorka, nazywana "królową polskiego kryminału" jest bowiem mistrzynią PR, a dobra promocja to czasem więcej niż połowa sukcesu.

Skusiłam się i ja, choć dość rzadko sięgam po powieści kryminalne i mam swoją udeptaną ścieżkę (A. Christie, B. Akunin, H. Mankell, J. Skowroński). Zdarza mi się jednak z niej zbaczać i na czytelniczą listę wskakują zupełnie nowe nazwiska. Tym razem - Katarzyna Bonda i wznowienie wydanej w 2012 r. "Florystki" - tym razem w wersji kieszonkowej (tylko trzeba mieć obszerną kieszeń, bo tomiczek liczy ok. 570 stron). 

Okładka książki Florystka
 Wyd. MUZA SA, 2015
Hubert Meyer, profiler odsunięty od pracy w policji po niefortunnym błędzie, zaszył się w leśnej głuszy, w chacie po rodzicach, towarzyszą mu pies Szwagier i kot Radzio. To jednak nie do końca jego świat, a fundusze pozostawiają wiele do życzenia. Wkrótce Meyer dostaje szansę powrotu do branży. Zostaje poproszony o pomoc w śledztwie w sprawie zaginięcia dziewięciolatki. U jego boku pojawia się zdeterminowana, piękna i inteligentna Lena Pawłowska. Psycholodzy razem "grzebią" w poszukiwaniu tropów, punktów zaczepienia, rozmawiają z osobami związanymi z tą sprawą. Niestety, finał poszukiwań jest tragiczny. Są przypuszczenia,  że zabójstwo Zosi łączy się ze śmiercią Amadeusza sprzed paru lat. Do tego podejrzany pożar w windzie i spalone zwłoki młodej kobiety. W tej historii nie wystarczy dodać dwa do dwóch. Wszystko jest niesamowicie poplątane, skomplikowane. Ciągle coś nowego "wyskakuje". W dodatku wygląda na to, że co nieco sfingowano w tamtych sprawach, ktoś tu kogoś kryje...
Przed czytelnikiem rozwijają się jak dywaniki rozmaite wątki. Harfistka. Florystka i duch syna. Marlena - matka Zosi. Dewotka Sochacka. Cyganie. Resocjalizacja Kobierskiego. Traumatyczne wspomnienia Leny. Odwet na Meyerze. Stacja badawcza - wilki.
Naprawdę sporo wody w rzece upłynie zanim okaże się, co się naprawdę wydarzyło i jak te rozsypane puzzle - pozornie z różnych zestawów - wskakują na swoje miejsce.

Rzecz się rozgrywa w Białymstoku, osiedle Dziesięciny  -  kolejny punkt na literacko-kryminalnej mapie Polski.

Jest to trzecia cześć przygód psychologa śledczego Huberta Meyera.

Mam mieszane uczucia wobec tej powieści. 

Nie mogę odmówić autorce pracowitości i skrupulatności w kreowaniu świata przedstawionego, w którym połączyła wiele dziedzin. Musiała zgromadzić bogatą dokumentację, sporo informacji i wiedzy, w podziękowaniach wymieniono osoby, które jej w tym pomagały poprzez konsultacje i udostępnianie materiałów. Na pewno trzeba docenić wyraziste kreacje bohaterów, z akcentem na postaci kobiece. Sam wybór tematyki niezwykle ciężkiego kalibru i jej udźwignięcie, włącznie z rozwiązaniem wątku mordercy i ukazaniem  motywacji tej osoby - zasługują na uznanie. Przypadek opisany przez autorkę (co ciekawe, główna bohaterka miała swój pierwowzór) jest naprawdę przerażająco-fascynujący, wywiera duże wrażenie. Bardzo ważna problematyka przeżywania etapów żałoby podjęta na przykładzie matki zamordowanego chłopca.

Jeśli dobra książka to taka, od której nie można się oderwać, to "Florystka" dla mnie dobra nie była. Czytało mi się nawet znośnie, ale jak  już się oderwałam, to wcale mnie nie ciągnęło z powrotem. W międzyczasie sięgnęłam po 3 inne lektury, z których 2 skończyłam całe.Cóż zatem leżało na przeszkodzie, by pochłaniać powieść Bondy? Otóż, moim zdaniem wpłynęła na to przede wszystkim zbyt duża ilość, wątków, epizodów, szczegółów z życia nawet dalszoplanowych postaci. Czy wszystkie były konieczne - stoi pod wielkim znakiem zapytania. Ważne, by powieść była barwna, a postaci nie papierowe, ale z drugiej strony nadmiar bywa nużący. Mnie właśnie to znużyło, rozproszyło i uciekałam od lektury.
Ponadto, gdzieś około 1/3 książki domyśliłam się, kto jest zabójcą i moje domysły się potwierdziły. A dodam, że nie mam wprawy w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek, nie czytuję regularnie tego typu literatury.  Warto jednak było dobrnąć do końca, by dowiedzieć się, jak wszystko ostatecznie się potoczyło, jaki był motyw sprawcy. Zresztą, choć całość zbytnio się rozwleka, to pod koniec robi się naprawdę ciekawie, przynajmniej takie było moje odczucie.

"Florystki" ani nie polecam, ani nie odradzam. Osobiście nie jestem zachwycona, ale moje subiektywne odczucia nie stanowią wyroczni, zwłaszcza, że nie czytam kryminałów pasjami. Wiele osób bardzo chwali tę książkę. Zła bynajmniej nie jest, ale szału nie ma.
Ta powieść może zaintrygować. Na pewno skutecznie zajmie czas, gdy ktoś ma go w nadmiarze, na przykład podczas podróży pociągiem. Śmiem jednak twierdzić, że są lepsze lektury na taką okoliczność.
Być może dam autorce jeszcze jedną szansę, aczkolwiek patrząc na objętość "Pochłaniacza" obawiam się, że znów będzie tam mnóstwo niekoniecznych szczegółów i epizodów. Tracę wtedy zapał.


O amarylisach, harfach i morderstwach czytałam w ramach współpracy z:




wtorek, 9 grudnia 2014

Au...! Kryminał!

Okładka książki Autorka"Autorka" M.Ulatowska, J. Skowroński
 

Był  już "Literat" ( swoją drogą, nie przypadł  mi do gustu), przyszła pora na "Autorkę"...
Sięgając po nią upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu.  Zapoznałam się z kolejną książką pióra Jacka Skowrońskiego, którego powieści kryminalno-sensacyjne jak jedne z nielicznych tego gatunku czytuję oraz wreszcie spróbowałam prozy pióra Marii Ulatowskiej, przemiłej pisarki "od sosnowych dworków" ;-)

Trochę trudno mi sobie wyobrazić takie pisanie na spółkę, gdy każdy z autorów ma swoje pomysły, inaczej widziałby pewne kwestie, czy rozwiązania. Tu jednak państwo się dogadali znakomicie, skoro efektem jest  taki oto kryminał obyczajowy/ "obyczaj" kryminalny. Nie jestem znawczynią gatunku, ale jako zwykłej  czytelniczce -   bardzo mi się podobało.
 W różnych dziwnych okolicznościach giną czytelniczki pewnej poczytnej pisarki... Ona sama jest osaczana przez tajemniczego osobnika... Śledztwo prowadzi nadkomisarz Zawada ( taki troszkę "mankellowy"), pomaga mu profilerka...  Wszystko się gmatwa, to spraw zawodowych dochodzą problemy osobiste. Ważną rolę odgrywa obraz podarowany przez przyjaciela  bohaterce... 
W fabułę zagłębiać się nie będę, bo odbierać przyjemności lektury nikomu nie zamierzam. Powiem tylko, że najpierw myślałam, że już wiem kto za tym wszystkim stoi, potem jednak autorzy skutecznie zbili mnie z tropu, by w zakończeniu totalnie zaskoczyć.  Może ja się nie znam, powtarzam, ale wciągnęło mnie na tyle, że stwierdzam,  iż takie literackie duety obyczajowo-kryminalne to mogłabym czytać częściej ;-)
 I tak czytam różne opinie, a  w jednej z nich była mowa o tym, że doskonale widać, kto z autorów napisał  dany fragment, rozdział,  że "nie starali się zrównoważyć różnic w sposobie narracji i kreacji bohaterów". Ja akurat nie dzieliłam tekstu, co spod czyjej klawiatury wyszło, wszystko mi w jedną dobrą ( oczywiście zróżnicowaną) całość się łączyło.Moim zdaniem, nawet gdyby całość napisała jedna osoba i napisała  to dobrze, to te różnice w narracjach i kreacjach też być powinny. Skoro zamysł książki opiera się na przedstawieniu kilku perspektyw, różnych punktów widzenia, to siłą rzeczy  inne będą fragmenty o komisarzu policji, inne o autorce romansów, a jeszcze inne o psychopacie.
 Nie ma co rozkładać na czynniki pierwsze, trzeba przeczytać. Dla zwolenników rozrywki z dreszczykiem idealne!

niedziela, 24 sierpnia 2014

"Co się zdarzyło w hotelu Gold" G. Kozera

Okładka książki Co się zdarzyło w hotelu Gold
Już wiem, co się zdarzyło w  hotelu Gold, ale nie jestem pewna, czy zaliczanie tej książki do literatury kryminalnej jest słuszne. Chyba, że pojęcie " współczesny kryminał" rozumiemy bardzo szeroko. Nie bardzo też zgadzam się, że to "historia miłosna" czy "opowieść o miłości", w każdym razie nie taka typowa. Taka chyba uroda współczesnych powieści, że są hybrydami gatunkowymi. Jeśli są zgrabnie skonstruowane, to taki misz-masz wychodzi im tylko na dobre. Osobiście bardzo lubię literaturę tego typu.

"Nic nie jest takie, jakie się początkowo wydaje" - te słowa umieszczone na okładce idealnie wprowadzają czytelnika w tajemniczy klimat, a i pierwsze zdanie ("Tego dnia, kiedy umarła Sylvia Kristel, gwiazda najsłynniejszego  filmu erotycznego świata, Emmanuelle, wdowa po flamandzkim pisarzu Hugonie Clausie, zaprosił mnie do swojego gabinetu profesor Jarecki") niesie w sobie przedsmak i zapowiedź - jakże interesującej- całości. 
Narracja prowadzona jest z punktu widzenia głównego bohatera - Antoniego Topoli, pisarza i doktora uniwersyteckiego, który z ramienia uczelni jedzie na kongres naukowy do Wiednia, by w zastępstwie swego przełożonego odczytać referat. Wyjazd okazał się obfity w emocje i perypetie. W tym - nasz bohater został uwikłany w śledztwo w sprawie śmierci znanego kolekcjonera sztuki  i zaginięcia cennego rysunku. Nic nie jest jednak takie, jak by się mogło wydawać, a  zakończenie  - zupełnie zaskakuje.

Dostrzegłam w powieści  regionalne  "smaczki"  (porcelana z Ćmielowa, Kielce). To szczegóły, które można pominąć, ale mi akurat "wpadły w oko". Najważniejsze jednak są motywy historii sztuki ( malarstwo Gustava Klimta oraz twórczość Egona Schiele - tu przy okazji  funkcja edukacyjna, bo o ile tego pierwszego znam i lubię, to o drugim - dowiedziałam się po raz pierwszy) i tematyka żydowska ( temat kongresu stał się "punktem zaczepnym" do wprowadzenia tych treści), po części też austriacka. Dużo ironii, takiego ironicznego podszycia. Wypunktowując  główne wątki, tematy nie można zapomnieć o ludzkich relacjach, uczuciach, to bohaterów łączy samotność, wyobcowanie.
Co jeszcze... Dodam, że śledztwo komisarza Manfreda Bluma nad domniemaną kradzieżą dzieła sztuki przypominało mi nieco działania Porfirego Pietrowicza. Wiedeński policjant jednak nie był tak dobrym psychologiem.


Z powieści - w moim odczuciu - emannuje spokój, harmonia, mimo tego, iż opisywane wydarzenia do zwykłych i spokojnych nie należą (np. wizyta na planie filmu porno), a choć momentami bywa mało subtelnie, to też to jakoś "gra"  i nie powoduje niesmaku.
W jednej z opinii spotkałam się ze stwierdzeniem, że  powieść jest napisana "drewnianym" językiem.  Nie zgadzam się z tym. Nie każdego cechuje epicka rozlewność,  a i nadmiar ozdobników nieraz bardziej szkodzi niż pomaga. Przynam, ze nieco jeżę się na teksty, w których każdy, ale to każdziutki, rzeczownik okraszony jest przymiotnikiem, czy określeniem. Proza Grzegorza Kozery jest konkretna, oszczędna w słowach, pozbawiona zagmatwanych i długich na pół strony zdań. Przemawia do czytelnika krótką, wyraźną frazą, po żołniersku ;-) Rzecz gustu.


To było moje drugie, a na pewno nie ostatnie, spotkanie z twórczością kieleckiego pisarza. Wyczuwam w niej coś z Pilcha, a to dobry kierunek dla moich czytelniczych wyborów. Tę książkę przeczytałam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zebrałam się do napisania niniejszej notatki, której nie mogło nie być! Nie godzi się wszak pomijać milczeniem tak zacnej lektury.
Wkrótce ukaże się wznowienie "Białego Kafki", a nowa powieść Pana Grzegorza  - w przygotowaniu. Jest zatem na co czekać.

piątek, 8 listopada 2013

Czy czasu strata na "Literata"?

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.  Darowanej, bo wygranej książce - w zęby, czy raczej w kartki zajrzeć trzeba.
Tym razem "ofiarą" padła debiutancka powieść kryminalna Agnieszki Pruskiej "Literat".
  • Dobry pomysł spalił na panewce, bo jedna mumia wiosny i dobrego kryminału nie czyni... 
  • Książkę zaczęłam czytać niemal od razu po rozpakowaniu przesyłki, ale stopniowo mój entuzjazm gasł. Ciekawie zapowiadająca się zagadka kryminalna utknęła w długich i nudnych fragmentach, gdy prowadzone jest śledztwo, a polega to głównie na rozdzielaniu zadań, oczekiwaniu na wyniki, raporty, zdawanie relacji przełożonemu, a nic z tego nie wynika, wszystko stoi w martwym punkcie.
  • Całość przewidywalna, nawet dla kogoś, kto nie czytuje kryminałów tonami.
  •  Występuje dwutorowość narracji (1os. i 3 os.)  i akcji (przeszłość/teraźniejszość)- myśli mordercy planującego zbrodnię (zresztą dość słabo napisane) oraz bieżące wydarzenia związane ze śledztwem.
  • Dużo postaci, ale niektóre niewiele albo nic nie wnoszą.
  • Główny detektyw- nadkomisarz Barnaba Uszkier -  godzi pracę z życiem rodzinnym, znajduje czas, by pograć z synami w RPG. Aspekt rodzinny wart podkreślenia.
  • Bardzo przypadkowe i naciągane "wpadnięcie" na właściwy trop. ( Na zasadzie -  daj mi znać, jakby  ktoś ci powiedział, że ktoś mu mówił, że  ktoś się dziwnie zachowuje...)
    Przestępca pojawia się trochę tak "deus ex machina".
  • Nie da się nie zauważyć, że w pewnym momencie na jakiś czas jedna z postaci (właściwie biernych, ale to nic) zmienia imię!!! W sumie co za różnica Angelika, czy Agata....
  •  "Oglądnąć"  - regionalizm małopolski uznany jest za poprawny,  jednakowoż mnie jego używanie drażni ( więc np. nie "oglądnę"  filmu, a obejrzę) i dziwi w tekście gdańskiej autorki.
  • Tytuł do bani. ( Przenośnia tak daleka, że aż nietrafna)
  • Nie będę pisać, że autorka ma potencjał, ale go nie wykorzystała, bla bla bla....Nie będę usprawiedliwiać, bo poza słabym wątkiem kryminalnym nie ma tu nic ciekawego, fajnego, dodatkowego...
  • Lubię ( też  kryminalną) literaturę polską. Pruskiej - czytać nie będę.

czwartek, 18 lipca 2013

Pożyczyłam 225 kryminałów

Mój dylemat, którą książkę najpierw opisać  pozostał nierozwiązany (vide: poprzedni wpis), gdyż padły tylko 2 głosy w układzie 1:1. Czekam zatem na słowo, które przeważy szalę - powiedzmy do jutra do 20-ej. Tymczasem pożyczyłam sobie od Monotemy listę 225 najlepszych ponoć kryminałów.  Literatura kryminalna nie jest moją ulubioną, ale czasem dla odmiany sięgam też po nią. Na liście zaznaczyłam pogrubieniem zielonym książki, które czytałam bądź autorów, w przypadku, gdy czytałam akurat inne ich tytuły. Podkreśliłam natomiast te, które chętnie bym poznała.
Osobiście do tego spisu dodałabym książki B. Akunina, "Boską truciznę" A. Cziża, a z rodzimych twórców: J. Skowrońskiego, P. Borkowskiego, pewnie jeszcze parę nazwisk by się znalazło, nie sądzicie?
Zdziwił mnie też totalny brak J.D. Robb ;-)



czwartek, 6 czerwca 2013

Hotel Zaświat- oferta na weekend (niekoniecznie turystyczna )

Wyd. Oficynka 2013
Wrażenia z mojej czytelniczej wizyty w tymże obiekcie znajdziecie tutaj.


Dodam, że powieść to zgrabnie napisany "mieszaniec gatunkowy", którego lepiej nie czytać późną nocą, gdyż  nieco wieje grozą, a już na pewno tchnie klimatem tajemnicy i niepokoju.

Znany ze sceny kabaretowej Przemysław Borkowski zdobył u mnie spore uznanie - w nocie na okładce czytamy o nim następujące słowa:

 "Uważa, że pisarzem zostaje się po opublikowaniu co najmniej trzech powieści. Ta jest druga."

 Brawa za pisarską pokorę, czy też skromność.
To ja  już czekam na tę trzecią powieść, a w międzyczasie może uda się przeczytać pierwszą.

Tymczasem zapraszam na stronę:



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Oficynka i portalu Czytajmy Polskich Autorów, z którym współpracuję.

czwartek, 23 maja 2013

Niespodziewany kurs na Kursę!

O książkach Małgorzaty Kursy słyszałam, że są utrzymane w klimacie i stylu Joanny Chmielewskiej. Dla mnie nie jest to zbytnio zachęcający argument, albowiem nie przepadam za twórczością wyżej wymienionej pisarki. Chciałam jednak  poznać choć jedną z  kilku już wydanych powieści tej mieszkającej w Kraśniku autorki, bo ciągle spotykałam się  z licznymi pozytywnymi opiniami na ich temat, a nazwisko Kursa często "kursowało" po internetowych  ścieżkach, którymi dreptam - na blogach, portalach książkowych i społecznościowych.

Wyd. Prozami 2013
Los sprzyjał mym zamiarom i oto w konkursie zorganizowanym na stronie "Książka zamiast kwiatka" wygrałam nowość wydawnictwa Prozami. Niespodziewanie otrzymałam "Niespodziewanego trupa" z imienną dedykacją , za co ślicznie pani Małgorzacie dziękuję.

 Fabuły streszczać nie będę, bo odebrałabym przyszłym czytelnikom przyjemność lektury, choć wiem, że już wypaplano, kogo tam unicestwili.. .Zanotuję tylko kilka spostrzeżeń. 

 Akcja rozgrywa się w Kraśniku. Podoba mi się taka forma patriotyzmu lokalnego, a zarazem promocja miejscowości. Miejsce wydarzeń jest konkretne, a przy tym bliskie rzeszom czytelników/czytelniczek zamieszkującym małe miasteczka. To też miła odmiana od popularnych w literaturze perypetii bohaterów w wielkim mieście czy sielskiej wiejskiej okolicy z sosnowym domkiem nad jeziorem na czele.
Pojawia się grono postaci znanych z poprzednich książek M. Kursy, co jednak wcale nie przeszkadza przypadkowemu czytelnikowi w połapaniu się w sytuacji, co najwyżej nabierze ochoty na przeczytanie kolejno wszystkich tomików.
Wśród bohaterów są zarówno starsze - ale młode duchem- panie jak i rozbrajające małe mądrale, szczególnie pewna 5-letnia blondyneczka sztuk raz. Zestaw damsko - męski oczywiście obecny, generalnie dążący do  bajkowego stanu "i żyli długo i szczęśliwie". To nie jest zarzutem żadnym, wszak to ma być pogodne 'czytadło' a nie rozdzierający duszę przygnębiający dramat.
Podobieństwa  do twórczości Chmielewskiej zauważam, wypadają pozytywnie w moim odczuciu. Grupka niekonwencjalnie zachowujących się przyjaciół prowadząca prywatne śledztwo, swymi nietypowymi metodami; nieprawdopodobne sploty okoliczności; wydostanie się bohaterki z opresji za pomocą czegoś w rodzaju szydełka - skąd my to znamy.. Znamy i lubimy, dodam. Tak, nawet ja, lubię, choć bez szczególnego entuzjazmu. 

Powieść jest  lekka i prosta, humorystyczno- kryminalna, z akcentem na humor. Przyjemna w odbiorze i szybka w lekturze. Nie rewelacyjna, nie fenomenalna, ale po prostu fajna.
 Znakomicie wpasowała się w moje potrzeby czytelnicze, gdy chciałam złapać oddech po literaturze poważniejszego kalibru. Świetnie pasowała do porannej kawy i wieczornej herbatki przed snem.
Spodobała mi się także okładka w modnych odcieniach zieleni i pomarańczu, z żyrafką i kobietą trzymającą w rękach  suszarkę niczym magnum czy inszą spluwę - jak na kryminał przystało.

Obrałam kurs na Kursę. Wiem już, że jej książki doskonale sprawdzą się jako umilacz-odstresowywacz, porcja dobrej rozrywki, humoru i optymizmu.

Na koniec mam dla Was zagadkę - co to za roślinka? 

Kto czytał "Niespodziewanego..."  - cicho sza! Pozostałym powiem, że ten element rodzimej flory występuje w powieści i jest niezwykle istotny dla przebiegu fabuły.

;-)




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zbrodnia w branży filmowej ("Celebryci i śmierć" - J.D. Robb)

Wyd. Prószyński i S-ka 2012
To już kolejny, bodaj 35-ty tom przygód detektyw Eve Dallas ( seria In Death), a moje pierwsze w życiu spotkanie z J. D. Robb, czyli typowo kryminalnym obliczem, znanej mi już oczywiście Nory Roberts.

 Główna bohaterka wraz ze swą współpracownicą- detektyw Delią Peabody odwiedza plan filmowy, gdzie kręcą film na podstawie książki Nadine Furst opartej na autentycznej sprawie kryminalnej prowadzonej kiedyś przez porucznik Dallas (plan Icove'ów - afera z klonowaniem ludzi). Poznaje tam swojego "sobowtóra", aktorkę Marlo Durn oraz niemiłą K. T. Harris wcielającą się w rolę jej partnerki. Wieczorem czeka Eve udział w przyjęciu w gronie twórców adaptacji, impreza ma mieć charakter towarzysko- promocyjny. Kobieta najchętniej wymigałaby się od tego wydarzenia, nie przepada bowiem za strojeniem się na "wielkie wyjścia". Mąż Roarke (wykreowany na ucieleśnienie ideału z mroczną przeszłością) dba o jej garderobę i i biżuterię, zapewniając nieziemską oprawę tej mocno stąpającej po ziemi policjantce.
Na przyjęciu ma miejsce przykry incydent - K. T. Harris zachowuje się skandalicznie, czyniąc wredne uwagi, także pod adresem Eve. Wkrótce aktorkę znajdują martwą na tarasie... Czyżby ktoś jej "pomógł" wpaść do basenu? Rusza śledztwo. Prowadzi je niezrównana porucznik Dallas wraz z Peabody.
Co ciekawe, sprawy zatoczą znacznie szerszy krąg, niż się mogło wydawać.

Rzecz dzieje się w przyszłości, ale o tym zorientowałam się dopiero wtedy, gdy jedna z przesłuchiwanych osób odnosiła się do lat 2030 -tych jak do dość dalekiej przeszłości. W trakcie lektury stopniowo dochodziły kolejne szczegóły futurystyczne: autokucharz, androidy, elektroniczne gadżety, supertechnologie materiałów (rewelacyjna kurtka Eve - skórzany przedmiot pożądania ;-) ) Wiele elementów było jednak całkiem zwyczajnych.Nie obliczałam, ale gdzieś znalazłam informację, że to 2060 rok. Taka wycieczka w przyszłość nawet mi nie przeszkadzała, w przeciwieństwie do paru innych rzeczy.
Po pierwsze, na początku długo nie mogłam się wciągnąć w fabułę, rozpraszały mnie epizody i scenki z życia prywatnego bohaterów. Potem już nawet ze sporym zaangażowaniem śledziłam przebieg wydarzeń i tok myślenia pani detektyw. Rozwiązania nie przewidziałam. 
Po drugie, drażniła mnie idealność Dallas, że to taka 'superwoman'  była, a także jej kreacja niby na "zimną sukę", bezwzględną i surową dla pracowników, twardą glinę, ale przy tym wspaniałą, wyszczekaną, uwielbianą.. Może źle odebrałam tę postać, może jeden tom jej perypetii to za mało, ale na tym etapie nie zaprzyjaźniłam się z nią.
Po trzecie, wulgarność. Może nie nagminna, ale raziła. Nie wydawała mi się uzasadniona.
Po czwarte, za dużo odniesień do przeszłości, w sensie do wcześniejszych wydarzeń, innych tomów. Oprócz sprawy Icovów,, na której podstawie niby powstała książka i film ( w świecie tego cyklu powieściowego), wspomniana jest enigmatycznie rodzinna tragedia Eve ( nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam aluzje), oraz napomknięto o  dawnych dziejach Roarke'a - wówczas przemytnika, dziś superbiznesmena. Takie  można odnieść  narzucane poczucie konieczności doczytania o tym wszystkim, sięgnięcia po poprzednie tomy, albo wymaganie ich znajomości.
Po piąte, jakoś za szybko potoczyło się poskładanie kryminalnej układanki, jak z procy wyskakiwały poszlaki, dowody, świadkowie.
Po szóste ( choć to właściwie nie zarzut, a uwaga), ofiara zbrodni skupiała w sobie tyle negatywnych cech, że czytelnikowi trudno czuć żal, że zginęła.

Podobało mi się średnio. Nie sądzę, bym sięgała po dalsze tomy opatrzone nazwiskiem J. D. Robb. Zdecydowanie wolę Norę w jej romansowo - sensacyjno-obyczajowej odsłonie niż w kryminalnej serii o przygodach detektyw Dallas.


Książka pasuje do kwietniowej Trójki E-pik, kategoria: "kryminał kobiecą ręką"

niedziela, 30 grudnia 2012

W afekcie za kulisami -"Świat jest teatrem" Boris Akunin

  
 Nota ze skrzydełka okładki przybliżająca nieco treść powieści:
Rok 1911. Na prośbę wdowy po Czechowie Fandorin podejmuje się rozwiązania zagadki tajemniczych szykan, które spotykają znaną aktorkę petersburskiego awangardowego teatru "Arka Noego" goszczącego na występach w Moskwie. Erast Pietrowicz zakochuje sie - po raz pierwszy od czasów wczesnej młodości. Aby zbliżyć się do pięknej Elizy Altairskiej-Lointaine, zostaje dramatopisarzem. Jego sztuka Dwie komety na bezgwiezdnym niebie odnosi sukces i umożliwia detektywowi przeniknięcie do rządzącego się specyficznymi prawami świata teatru. Może to pozwoli mu znaleźć mordercę, którego ofiarami padają ludzie związani z ukochaną...


Nazwisko Akunin na okładce to gwarancja dobrej czytelniczej przygody, o ile z góry nastawimy się na grę z konwencją i nieszablonowość. Zgodnie z autorską definicją, "akunin" to ktoś ustalający własne zasady. Rosyjski pisarz o gruzińskich korzeniach skwapliwie korzysta z prawa do ustanawiania  literackich reguł, czemu szczególnie daje wyraz w cyklu pt. Gatunki, ale i w seriach  sensacyjno - kryminalnych( czy to o perypetiach Fandorina,  czy Pelagii, tudzież Magistra) nieźle miesza i kombinuje na powieściowej niwie. Efekt- rozgłos, nagrody, tłumaczenia książek na 35 języków oraz ogromna popularność wśród czytelników.

"Świat jest teatrem" to trzynasta, bynajmniej nie pechowa, część rozgrywającego się w realiach carskiej Rosji cyklu Przygody Erasta Fandorina. Tym razem wraz z  głównym bohaterem zaglądamy za kulisy nowatorskiego teatru i śledzimy nie tylko wątek kryminalny, ale i miłosny, poznając przy tym teorię sensacyjności leżącą u podstaw sukcesu teatru Noego Sterna, a także podział ról według charakterystycznych emploi aktorów na przykładzie sztuki "Wiśniowy sad". Dzieje się tu sporo, czasami aż można "zapomnieć", że to jednak kryminał, zresztą u Akunina nie powinno to dziwić, bo jemu jedna konwencja zazwyczaj nie wystarcza. Dla mnie stanowi to zaletę, ale fanów "czystego" kryminału nie przekona.

Erast Fandorin również typowym detektywem nie jest. Posiada szeroki wachlarz umiejętności, których nie powstydził by się sam Chuck Norris. Nawet napisać sztukę teatralną to dla niego fraszka. Jedynym mankamentem wydaje się tylko tendencja do jąkania. Na emeryturze nie spoczywa na laurach, co roku opanowuje nowy obcy język oraz kolejną sportową dyscyplinę. Dzięki temu jest w znakomitej formie fizycznej i umysłowej. Tajemnicze zagadki rozwiązuje niejako "gościnnie", nie urzędowo. Poproszony o zbadanie sprawy związanej ze środowiskiem aktorskim wdeptuje w niezwykłą historię pełną emocji,  gdzie zazdrość, żądza sławy i wielkości prowadzą do zbrodni, a sam pada ofiarą... strzały amora. Zaślepiony uczuciem, albo omotany próbą zapomnienia o nim, Erast  kieruje się mylnymi tropami, dedukcja zawodzi. Jednak w kulminacyjnym punkcie niczym James Bond ratuje sytuację. Takiego bohatera jak Fandorin można zarówno lubić, jak też i nie znosić. Z całą pewnością oryginalna zeń persona. Sama za mało go znam, by wystawić  jednoznaczną opinię, ale chętnie poczytam o nim więcej.
Tak jak Sherlok Holmes miał swojego Watsona, a Robinson Piętaszka, tak Erast ma swojego Masę - japońskiego sługę i oddanego przyjaciela w jednym. To dopiero jest delikwent! Dla niego również znalazło się miejsce na scenie, gra główną męską rolę w sztuce swego pana i nieświadomie staje się jego rywalem. Japończyk zabawnie kaleczy rosyjską mowę, co zostało oddane w polskim przekładzie pióra Olgi Morańskiej.  Postać Masy miło ubarwia całość powieści.

Skoro świat jest teatrem, a ludzie aktorami, to zawodowi aktorzy grają podwójnie. Czasem trudno im oddzielić życie od sceny, ich codzienność naznaczona bywa teatralnością. Czy wśród masek, pozorów i póz jest miejsce na prawdziwe uczucia? O tym opowiada nie tylko warstwa obyczajowa utworu, ale i sztuka przez Fandorina napisana, którą -co ciekawe- czytelnik też może poznać w załączniku. W ogóle do głosu dochodzi wielopoziomowość powieści, bo w ramach literackiej fikcji mamy teatr w teatrze i ten teatr przez tekst załączonej sztuki znów na płaszczyznę tekstu powieści się przenosi. Zagmatwanie to wygląda, ale w lekturze żadnej trudności nie sprawia.



Akunin potrafi swymi książkami zająć czytelnika, wciągnąć go w wir swojej wyobraźni i przygód bohaterów. Kryminał nie do końca kryminalny, choć miejscami krwawy i grozę budzący, humorem i szczyptą japońskiego kolorytu doprawiony to świetna lektura dla lubiących niekonwencjonalność osób. "Świat jest teatrem" może przypaść do gustu nie tylko miłośnikom sensacji, ale i teatrologom, a może również sympatykom orientalistyki. Skądinąd sam autor jest japonistą.
Dla mnie lektura tej powieści była znakomitą rozrywką i miłą odmianą.

B. Akunin, Świat jest teatrem, Świat Książki 2012

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki  Matrasowi.

Lektura przydała się jak znalazł do realizacji wyzwania Trójka E-pik.

poniedziałek, 26 listopada 2012

"Boska trucizna" Anton Cziż

A. Cziż, Boska trucizna,
Wydawnictwo Otwarte 2010
  
Nota na okładce głosi tak:
Sankt Petersburg, rok 1905. W śnieżnej zaspie zostaje znalezione ciało młodej kobiety. Okoliczności śmierci bada radca kolegialny Wanzarow. Pozornie banalna sprawa niespodziewanie się komplikuje. W śledztwo zostają wmieszani ekscentryczni naukowcy, piękności w woalkach oraz tajne carskie służby. Czy rozwiązanie zagadki kryje się w świętych tekstach kultu aryjskiego boga Somy?
„Boska trucizna” to mistrzowsko skonstruowany kryminał. Rosja w przededniu rewolucji jest tłem dla trzymającej w napięciu intrygi. Kapitalny język i poczucie humoru autora dodają smaku opowieści o zbrodni i tajemniczym napoju.

Natomiast ja ze swej strony stwierdzam, że "Boska trucizna" to trzy i pół setki stron znakomitej rozrywki. Kryminalna fabuła przyprawiona humorem i przesycona rosyjskim klimatem sprawiła, że wsiąkłam po uszy i ani mi w głowie było zaprzestanie lektury. Moje zapotrzebowanie na książkę tego typu zostało zrealizowane z pełnym zadowoleniem.

Śledztwo przypominało zabawę w kotka i myszkę, z tym, że z Wanzarowa był niezły kocur - nawet "nosił gęste wąsy przystrzyżone nieco na styl koci" (s. 20), natomiast myszka, jak się okazało, była niejedna. Cały czas coś się działo, pojawiały się nowe postaci.  Nie było wiadomo, czy dana osoba wystąpi tylko epizodycznie, czy może odegra większą rolę w fabule. Trochę nieraz mieszały mi się te wszystkie nazwiska, ale nie pogubiłam się. Co ciekawe, dużo tu kobiecych ról, jakby według przysłowia "gdzie diabeł nie może, tam babę pośle". Tylko zamiast mocy piekielnych mamy Ochranę i Oddział Specjalny - rywalizujące ze sobą, plus policja śledcza - między młotem a kowadłem będąca. Pewne damy wiele krwi napsują naszemu detektywowi, a i żona dorzuci swoje trzy grosze.

Wanzarow jest młody, ambitny, wierzący w prawdę i walkę ze złem. Jego cechą charakterystyczną jest wada wymowy-"Dostojny pan wydawał śmieszny dźwięk, w którym mieszały się "s", "sz" i "f" jak zbłąkane owieczki. W ustach silnego rosłego mężczyzny niewinna wada wymowy wydawała się rozczulająca, jeśli nie rozbrajająca... (s.23) Śledczy wydaje się być jegomościem dość ociężałym, bynajmniej nie umysłowo! Jego sokratejski sposób rozumowania, drążenie tematu, logika budzą podziw. Bywa nawet porównywany do Sherlocka Holmesa, ale z tego jest niezbyt zadowolony. To zupełnie inny typ niż Kurt Wallander, niemniej zyskał u mnie taką samą sympatię.( niestety nie mam zbyt dużego porównania, jeśli chodzi o literaturę kryminalną i detektywów).

Autor zmieszał w literackim tyglu takie ingrediencje jak: symbolika pentagramu, starożytna mitologia - bóstwo Soma, eliksir życia, motyw faustowski, nietzscheańska teoria nadczłowieka, szpiegostwo, manipulowanie ludźmi,  rewolucyjne nastroje, rosyjska zima, towarzystwo opiumowe oraz wiele innych wątków i motywów. Doprawił wszystko humorem, suspensem i wlał w kryminalną formę. Wstrząśnięte, nie mieszane. Dla mnie- pyszna czytelnicza mikstura.

Cziż został okrzyknięty drugim rosyjskim Akuninem. Coś w tym jest, choć za mało znam twórczość obu, by przeprowadzać dokładniejsze porównania. Grunt, że przy książkach obu pisarzy świetnie się bawiłam, a niekoniecznie prozę tego typu czytuję zazwyczaj. 
Odniosłam wrażenie, że nad "Boską trucizną" unosi się duch "Mistrza i Małgorzaty". Co prawda tu nie ma mieszania płaszczyzn i nierealnych postaci, ale atmosfera zamieszania, zagmatwania wydały mi się podobne.
W pewien sposób też powieść Cziża pasuje mi do "Korzeńca", i jak już wróci do mnie ten drugi tytuł, ustawię je obok siebie na półce.
Tak czy owak, bardzo mi się podobało i aż szkoda, że tak długo kazałam tej książce czekać.
Chętnie poznałabym inne przygody Wanzarowa. Ciekawe, czy wydawnictwo zamierza kontynuować serię.

 --------------------------------------------------------------------------------------------------------------
 Książka wpasowała się w wyzwanie listopadowa Trójka E -pik: pisarz z kraju sąsiadującego z Polską 


sobota, 7 lipca 2012

Trup w bibliotece? Czemu by nie...

...ale tylko na kartach książki Agathy Christie. Królową kryminału odkryłam bardzo późno( zawsze to lepiej niż wcale),  oczywiście miałam świadomość jej istnienia i popularności, ale nie korciło mnie, by sięgnąć po jej utwory. Zazwyczaj nie miałam ochoty, jednak gdy już spróbowałam, stwierdziłam, że to całkiem smaczny kąsek i teraz co jakiś czas chętnie podczytuję.

A. Christie, Noc w bibliotece, Wyd Dolnośląskie 1999.

The Body in The Library rozpoczyna się od razu "z grubej rury"- w dworku państwa Bantry, przed kominkiem w bibliotece znaleziono zwłoki nieznajomej młodej kobiety. Ani właściciele rezydencji, ani służba nie mają pojęcia kim jest nieboszczka i skąd, u licha, się tu wzięła. Sytuacja jest mocno niezręczna, absurdalna.  Rozpoczyna się śledztwo, trop prowadzi do hotelu w pobliskiej miejscowości, gdzie ofiara pracowała jako tancerka. W grę wchodzą motywy romansowe i majątkowe, krąg podejrzanych, zamieszanych w sprawę jest szeroki.Co z tego wyniknie? No przecież nie napiszę...

Po raz pierwszy w tej książce spotkałam się ze słynną panną Marple ( na imię jej było Jane - nie wiedziałam). Do tej pory czytałam (przypadkowy dobór) te, gdzie występował niemniej słynny Herkules Poirot. Zupełnie inne miałam wyobrażenie o niej. Sądziłam, że jest młodsza i pełni bardziej formalną funkcję(nie wiem czemu uznałam, że była detektywem) w systemie dochodzeniowym. Tymczasem to starsza pani, która niesamowity zmysł obserwacji i  zdolność logicznego myślenia wykorzystuje w amatorskim działaniu, a swoje spostrzeżenia buduje na podstawie analogii do osób, które zna z okolicy. Jej umiejętność wyłapywania szczegółów zasługuje na uznanie.Do samej postaci i jej sposobu bycia muszę przywyknąć.

"Noc w bibliotece" to dobry kawał rozrywki w starym, ale jakże uroczym, stylu. Wciąga czytelnika w wir śledztwa i domysłów, prezentuje galerię ludzkich typów oraz poplątanych losów. Znakomicie i szybko się czyta.

 Do przeczytania tej książki wygrzewającej się na półce od dawna, zmobilizowało mnie wyzwanie u Sardegny:


Moja lista blogów