Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 lutego 2024

"Poszukiwacze skarbu" Edith Nesbit




 




Urocza ramotka sprzed stu lat. Pierwsza część cyklu o rodzinie Bastablów. 
Po śmierci matki, w sytuacji, gdy rodzinne interesy podupadły na tyle, że nie było funduszy na szkołę, a  służbę odesłano, szóstka dzieciaków postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i podreperować domowy budżet. W tym celu Oswald, Dora, Dick, Ala, Noel i Horacy Oktawiusz  zwany w skrócie H. O.) podejmują szereg  działań m.in. kopią w ogrodzie w poszukiwaniu skarbu, chcą wydać poezje Noela, sami redagują własną gazetę (ich "dzieła" literackie przypominają mi twórczość rodzeństwa Sawanów z książek Ewy Lach, muszę sobie kiedyś powtórzyć), rozważają ślub z księżniczką a nawet bandytyzm, szukają pożyczki u "Ogólnego Dobroczyńcy", próbują handlować winem i wynaleźć lekarstwo. Wszystko to oczywiście w celach zarobkowych!...Do tego łapią złodzieja i podejmują obiadem "biednego Indianina". Normalnie siedem światów z nimi!
Na koniec ich byt znacznie się poprawia.

Trzeba przyznać, ze rodzeństwo Bestablów jest bardzo pomysłowe, samodzielne, rezolutne. Nie zawsze są zgodni, ale jednak się wspierają, dbają o siebie nawzajem, zwłaszcza o chorowitego Noela. Potrafią się świetnie bawić, dzielić, mają bogatą wyobraźnię.
Narratorem opowieści jest jedno z dzieci: "jeden z nas pisze te książkę i bardzo was proszę, ażebyście  się nie starali odgadnąć, kto jest autorem"
A czytelnicy muszą mocno udawać, że nie wiedzą, kto za tym stoi, bo to zbyt jasno wynika z treści.
Wszystko to na swój sposób zabawne, naiwne, ma taki staroświecki urok. Dziś już raczej trudno nam sobie wyobrazić, by dzieci w tym wieku ( skoro najmłodsze ma osiem lat, to najstarsze 12-13) były tak "dziecinne", bawiły się w księżniczki, wierzyły we wróżki i miały takie pomysły jak opisane postaci.

Są kolejne części przygód Bastablów, ale chyba już dam sobie spokój. Wydaje mi się, że inne książki Edith Nesbit, zwłaszcza cykl "Pięcioro dzieci i cos", są lepsze. Nic dziwnego, bo to po szkolnych wspomnieniach jej pierwsza książka dla dzieci ( 1899).

W ogóle to sięgnęłam po ten tytuł, bo w "Trójce E-pik" do lutowej kategorii potrzebowałam właśnie czegoś z motywem poszukiwania skarbów lub ze skarbem w tytule, a nie mam ochoty na jakieś  powieści przygodowe, czy inne dłuższe teksty.

Audiobook - czytała Anna Nehrebecka. Bardzo przyjemny głos.

piątek, 26 maja 2023

"Szara dama" Elisabeth Gaskell

 


Tym razem klasyka mniej znana w szlachetnej oprawie. Niewielkich rozmiarów opowiadanie pióra Elisabeth Gaskell, przyjaciółki Charlotte Bronte, przypadnie do gustu miłośnikom literatury XIX w. w gotyckim stylu z nutą grozy.
Szkoda, że autorka nie pokusiła się o rozbudowanie utworu, gdyż dzieje Anny naznaczone tajemnicami i mrożącymi krew w żyłach przeżyciami to świetny materiał na pełnowymiarową, przygodowo-sensacyjną powieść. Mógłby też powstać na jej kanwie trzymający w napięciu film kostiumowy spod znaku serca i szpady.

Akcja rozgrywa się w latach 40. XIX w. w Niemczech, w młynie nad rzeką Neckarą, gdzie przed deszczem chroni się grupka przyjaciół, a gościnny młynarz zaprasza na kawę. Uwagę narratorki zwraca wiszący na ścianie salonu portret pewnej smutnej, szarej kobiety. Pyta więc o nią gospodarza, a ten udostępnia jej pamiętnik swojej ciotecznej babki, bowiem to właśnie ona widnieje na obrazie. Narratorka przytacza zatem dzieje  Anny Scherer, córki młynarza, która (wiedziona raczej fascynacją, osaczona pięknymi słówkami i nie bez presji otoczenia) poślubiła hrabiego de Tourelle.
Mamy tu do czynienia z retrospekcją, która przenosi nas do 2. połowy XVIII w.

Małżeństwo okazało się pomyłką, samotność w ponurym zamczysku wśród skał i lasów Francji to nie był jednak największy problem. Wydarzyło się bowiem coś, co spowodowało, że  Anna wraz z szczerze jej oddaną pokojówką- towarzyszką musiały uciekać i ukrywać się w przebraniu, by ocalić swoje życie. Pościg deptał im po piętach, dzielne kobiety żyły w nieustannej trwodze, a na domiar tego Anna była w ciąży. Jak potoczyły się jej dalsze losy, które doprowadziły w finale to tego, że na ścianie młyna nad Neckarą zawisł portret szarej damy? Dlaczego nie zgadzała się na małżeństwo córki z jej ukochanym wybrankiem?
Odpowiedź znajduje się w rękopisie, który narratorka przetłumaczyła, skróciła i przytacza, zapewniając o prawdziwości całej historii i jej następstw.

“Szara dama” to nie tylko mrożące krew w żyłach perypetie w mrocznym, posępnym, jak na gotycki styl przystało, otoczeniu. To także, a może przede wszystkim opowieść o sile kobiet, o woli przetrwania oraz o tym, jak przeżycia psychiczne mogą wpłynąć na wygląd fizyczny. Współczesnego czytelnika “wychowanego” na wszelakich thrillerach, kryminałach, horrorach, true crime i telewizyjnych wiadomościach, już takie dziewiętnastowieczne utwory z nutą grozy zupełnie nie przerażają. Zapewne jednak na ówczesnych czytelnikach robiły spore wrażenie.

Nie miałam wcześniej do czynienia z prozą Elisabeth Gaskell, choć mam na półce, ponoć ciekawe, “Północ i Południe”. Wiem, że znane i dość lubiane są jej “Panie z Cranford” oraz biografia Charlotte Bronte. Wiktoriańska pisarka zasłynęła także opowieściami o duchach. “Szara dama” to moje pierwsze i być może nie ostatnie spotkanie z jej twórczością.
Przyznam, że tekst przetłumaczony przez tajemniczą J. F., utrzymany oczywiście w stylu retro, okazał się przystępny, wartki, wciągający, trzymający w napięciu i poczuciu niepokoju. Nie jest to arcydzieło, ale utwór warty przeczytania, dostarczający czytelniczej satysfakcji, piękny przykład literatury danej epoki.

Książka została wydana w pięknej, imitującej płótno oprawie, z klimatyczną grafiką, w spokojnej kolorystyce. Okładkę zaprojektowała Anna Slotorsz.
Wydawnictwo MG przoduje w klasyce znanej i mniej znanej, przypomina nam istne perełki. Do nich zaliczyć można z pewnością “Szarą damę”, którą przeczytałam z przyjemnością.


Wydawnictwo MG
Autor: Elisabeth Gaskell
Tytuł: Szara dama
Tytuł oryginału: The Grey woman
Tłumaczenie: J. F.
liczba stron: 96
Data wydania: 2023
ISBN:9788377798966


wtorek, 17 maja 2022

“Żenujące życie Lottie Brooks” Katie Kirby



 Życie współczesnej nastolatki bywa  skomplikowane, a ilość  trudnych i “obciachowych” sytuacji, w które wpędzają ją najbliżsi w domu i znajomi w szkole stale wzrasta. Najgorszy dzień w życiu przytrafia się prawie codziennie i nikt jej nie rozumie. Do tego dochodzą sprawy związane z dojrzewaniem, pierwszym zauroczeniem, poczucie samotności i brak pewności siebie.  Lottie Brooks opisuje swoje problemy i rozterki w pamiętniku, dodając komiksowe rysunki. Książka Katie Kirby  jest zabawna, mądra i szczera, spodoba się zarówno rodzicom jak i grupie docelowej – młodszym nastolatkom.

Wydawnictwo Znak Emotikon. PREMIERA: 18 maja 2022

(...)
Dzięki tej powieści dorośli mogą bliżej poznać świat nastolatek, w którym jakaś błahostka (z naszego punktu widzenia) urasta do rangi tragedii, a opinia koleżanki może stać się wyrocznią. Zobaczymy  pewne sytuacje z innej perspektywy. Trochę sobie przypomnimy, jak to było, gdy byliśmy w tym wieku i może będziemy bardziej wyrozumiali wobec naszych pociech przeżywających burzliwe chwile podczas adolescencji.
Moja córka niedawno skończyła jedenaście lat, toteż jestem na bieżąco z humorami,  huśtawką emocji i specyficznymi problemami typowymi  dla tego okresu życia. Z przyjemnością podsunę jej “Żenujące życie Lottie Brooks”, książkę o przyjaźni, rodzinie, relacjach rówieśniczych i szkole,  napisaną “na luzie”, współczesną,  naprawdę przezabawną, ale jednocześnie mądrą, pokazującą życiowe sytuacje i przykłady zachowań, niosącą przesłanie, że dobrze jest być sobą i nie powinno się niczego robić na pokaz, dla pozorów i poklasku.

http://zycieipasje.net/2022/05/szpieg-w-ksiegarni-zenujace-zycie-lottie-brooks-katie-kirby-recenzja/

czwartek, 28 kwietnia 2022

“Smutek i rozkosz” Meg Mason

 W sumie to powieść na jedno popołudnie, napisana lekkim piórem, wciągająca, wzruszająca, emocjonalna, jednocześnie smutna i zabawna. Spędziłam nad nią jednak z przyczyn losowych dość dużo czasu i bardzo przywiązałam się do głównej bohaterki – to specyficzna osóbka o trudnym charakterze i skomplikowanej sytuacji życiowej. Trzymałam za nią kciuki.

 

                                                        Wydawnictwo Znak Literanova

 

Trzecia z kolei, ale pierwsza wydana na polskim rynku, powieść pochodzącej z Nowej Zelandii dziennikarki Meg Mason zebrała sporo pochwał. Polecają ją m.in. Ann Patchett, Gillian Anderson, Karolina Sulej. Czy jednak nie na wyrost?
“To jest opowieść o Marcie. Ale mogłaby być o każdym z nas” – głosi okładkowy blurb. Po lekturze mogę stwierdzić, że może nie tak do końca “o każdym”, ale o wielu, wielu z nas. Zresztą, nie tylko w Marcie możemy się przeglądać. A nuż znajdziemy podobieństwo do innych postaci albo zobaczymy sceny bliskie tym z naszego życia? Niewykluczone, wręcz bardzo prawdopodobne. I wcale nie trzeba aż tak bardzo przekrzywiać zwierciadła.

Smutek i rozkosz to napisana w pierwszej osobie historia życia Marthy Russel-Friel, z którą zawsze było “coś nie tak”: taka “dziwna”, trudna,  nadwrażliwa,  niemiła,płaczliwa, miała napady lęku, wycofania, emocjonalnej niestabilności. Leczyła się. Długo jednak trwało, zanim została prawidłowo zdiagnozowana. Rodzina, swoją drogą nieco ekscentryczna i oczywiście nieidealna, traktowała ją dość pobłażliwie. Nie układało jej się najlepiej. Pierwsze małżeństwo okazało się niewypałem. Drugie – choć małżonek wydawał się ideałem, nie obyło się bez problemów. Po imprezie z okazji 40. urodzin, Martha i Patrick rozstali się, ale sprawa nie jest przesądzona – czy dwoje ludzi, którzy zrujnowali sobie życie, może być razem? Czy w końcu będą żyć “normalnie”?

Oprócz głównego wątku Marthy cierpiącej na nienazwaną formalnie (ukrytą pod dwoma myślnikami) chorobę, mamy szereg ciekawych postaci. Oto troskliwy ojciec będący niespełnionym poetą,  oderwana od rzeczywistości i nie stroniąca od alkoholu matka rzeźbiarka, siostra Ingrid – “Matka Polka” i mistrzyni ciętych uwag, organizująca rodzinne święta ciotka Winsome, borykający się z nałogiem kuzyn Nicolas, bon vivant Jonathan,  czy uroczy pan Peregrine, który obdarzył Marthę szczerą przyjaźnią i pomocą. Każde z nich inaczej podchodzi do “problemu Marthy” i ma swój istotny udział w całej historii. Ogólnie wszystkie postaci są specyficzne, ale sympatyczne, no może z wyjątkiem Jonathana, którego Ingrid określiła w dosadny sposób.

To opowieść o rodzinie, miłości i chorobie psychicznej, a także o doświadczaniu i niedoświadczaniu macierzyństwa. O skomplikowanych relacjach, manipulacjach, pułapkach wzajemnego traktowania się. O niedopasowaniu. O tym, jak trudno jest funkcjonować zarówno osobie chorej jak i jej bliskim. O szufladkach i stereotypach. O skutkach niewłaściwej i właściwej diagnozy. O tym, jak łatwo jest uciec w wygodny stan bierności i jak ważna jest szczerość.  O skrywanych pragnieniach spychanych  przez sztuczne poczucie konieczności.

Mamy też motyw autotematyczny – bohaterka spisała swoje przejścia w dzienniku, zdaniem Patricka “wyszła z tego całkiem niezła historia”, którą ktoś powinien sfilmować”. Tak się składa, że  na podstawie “Smutku i rozkoszy” ma powstać film. Chętnie bym go obejrzała, choć mam wiele obaw. To spore wyzwanie dla twórców, by oddać to, co w tej powieści najważniejsze i nie zgubić jej słodko-gorzkiej nuty.

Autorka obdarzyła Marthę inteligencją, poczuciem humoru, dystansem do siebie, a także odwagą do bycia inną, bowiem nie wszystkie zachowania można zrzucić na karb choroby. Martha opowiada w zabawny sposób o tym, co wcale wesołe nie jest, lecz chyba niezbędny jest taki “wentyl bezpieczeństwa”, by  do końca nie dać się wszechogarniającej beznadziei.
Dla mnie ta postać  jest w pewnym stopniu skrzyżowaniem Bridget Jones z Amelią ze słynnego francuskiego filmu.  To nie jest jednak wierne podobieństwo, raczej przywołanie “ducha” tych postaci i ogólnego klimatu. Podzielam również zdanie, że to powieść odpowiednia dla fanów twórczości Sarah Rooney. Zdecydowanie coś w tym jest!

Atutami powieści są niewątpliwie ironia i humor w angielskim stylu. Bez nich ciężko byłoby “strawić” przypadek bohaterki i cała historia wiele by straciła. Umiejętnie balansując między powagą a śmiechem, udało się Meg Mason wyjść poza ramy komedii romantycznej i powieści psychologicznej oraz zapewnić czytelnikom doskonałą rozrywkę z mądrym przesłaniem. To świetne “czytadło”  w dobrym tego słowa znaczeniu, takie z “wyższej półki”. Niby lekkie, a swój ładunek ma. Niesie nadzieję.

Dodatkowo  chciałabym pochwalić okładkę za wyrazisty minimalizm i kolorystykę.
Z przyjemnością przeczytałabym inne powieści Meg Mason, tymczasem polecam  “Smutek i rozkosz” Waszej uwadze. Mam nadzieję, że zachwyci Was podobnie jak mnie.

 http://zycieipasje.net/2022/04/szpieg-w-ksiegarni-smutek-i-rozkosz-meg-mason-recenzja-premierowa/

środa, 30 grudnia 2020

"Historia amuletu" Edith Nesbit

 


"Historia amuletu" Edith Nesbit, 
tłumaczenie: Irena Tuwim
Podróż sentymentalna do książek z dzieciństwa.
To 3 tom serii, poprzednie "Pięcioro dzieci i"coś"", "Feniks i dywan", kiedyś czytałam, pamiętam też słuchowiska w audycji "Radio Dzieciom".
Londyn, 1905 r., Antea, Robert, Cyryl i Janeczka znów spotykają Piaskoludka (uroczy, ale trochę wredny, bardzo go lubię), znajdują amulet i muszą zdobyć jego drugą część, w tym celu podróżują w czasie i przestrzeni (m.in. do starożytnego Egiptu, Babilonu, na Atlantydę...a także w przyszłość - tu piękna idealistyczna wizja). Fantastyka, przygoda i historia. Dziecięca fantazja, przyjaźń, miłość,życzliwość, rodzina.
Przemiła powieść, pomogła mi przełamać świąteczny impas czytelniczy. Teraz namawiam córkę, ciekawe czy się skusi;-)
 

czwartek, 29 października 2020

"Kobiety z Vardø" Kiran Millwood Hargrave,

Recenzja ukazała się tutaj:
http://zycieipasje.net/2020/10/szpieg-w-ksiegarni-kobiety-z-vardo-kiran-milwood-hargrave-recenzja/

 

wydawnictwo Znak LiteraNova 2020

 Wściekłość i wrzask. Nie chodzi jednak o tytuł powieści W. Faulknera. To najkrótsze podsumowanie moich odczuć po lekturze “Kobiet z Vardø “, książki opartej na faktach, opowiadającej o procesach “czarownic”, jakie miały miejsce na północy Norwegii w XVII wieku. Absurdalność zarzutów postawionych kobietom oraz sposób ich traktowania budzi oburzenie, którego nie sposób wyrazić. Nad tą powieścią nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza, że łatwo dostrzec, iż w pewnych aspektach nic się nie zmieniło nawet przez  czterysta lat.

Kobiety z  Vardø to pierwsza powieść dla dorosłych napisana przez  brytyjską pisarkę i poetkę, Kiran Millwood Hargrave, której Dziewczynka z atramentu i gwiazd została nagrodzona m.in. British Book Award w kategorii literatury dziecięcej, a kolejne powieści dla młodych czytelników również były docenione.

Kanwą utworu są wydarzenia historyczne – akcja dzieje się w latach 1617-1619 na najdalej wysuniętym na północ krańcu Norwegii. Za panowania króla Chrystiana IV w XVII w.  wprowadzono rozporządzenia prawne wymierzone przeciwko  rdzennej ludności, w rzekome “czary”,  sankcjonujące prześladowania. Skazano i spalono na stosie 91 osób. Procesy zostały udokumentowane, pokłosiem prac badawczych są książki  np. “Witchcraft Trials in Finnmark in Northern Norway”  dr Liv Helene Willumsen. Upamiętnia je umieszczona na wyspie Vardø  instalacja P.Zumthora i L. Bourgeois, która zainspirowała Kiran Millwood Hargrave do napisana powieści.
Jak wspomina autorka w posłowiu – książka poświęcona jest nie tyle samym procesom, ile okolicznościom, które mogły do nich doprowadzić. “Pisząc z perspektywy  czterystu lat odnajdywałam wiele podobieństw między tak różnymi epokami jak wiek siedemnasty i nasz” – stwierdza – “Ta opowieść mówi o ludziach i o tym, jak żyli” ( s. 393).

O tak, te podobieństwa są zaskakujące. Tym samym powieść nabiera uniwersalnej wymowy. To bowiem nie tylko historia kobiet z rybackiej osady, które po stracie – w wyniku nagłego sztormu – swoich mężów, ojców, synów, braci musiały stawić czoła przeciwnościom losu i z determinacją walczyć o przetrwanie.
To opowieść o tym, do czego może doprowadzić fanatyzm, ślepe poddawanie się zasadom, żądza władzy i sławy, a także zawiść i nienawiść. O tym, jak ważne są solidarność i wzajemne wsparcie  w rodzinie oraz w grupie społecznej. Z przykrością trzeba stwierdzić, że to ich brak przyczynił się w znacznej mierze do tragedii. To jedne kobiety oskarżyły drugie – ten fakt wydaje się szczególnie bolesny. Wszystkie, można powiedzieć, “jechały na tym samym wózku”, ale zazdrość i nienawiść, a także chęć przypodobania się władzom (komisarzowi, szeryfowi) i pastorowi  popchnęła niektóre z nich ku niecnemu postępkowi.
Ponadto bardzo wyraźnie widoczny jest w powieści problem nierówności płci, instrumentalne traktowanie kobiet. Współcześnie noszenie przez kobiety spodni już nie stanowi skandalu, ale nadal bywają one traktowane gorzej niż mężczyźni, spychane do stereotypowych ról, ich zdanie się nie liczy, a prawa nie są szanowane.
To także książka o miłości i śmierci,  odwiecznej walce dobra ze złem, o nieuchronnym konflikcie między narzucanym siłą prawem a opartymi na tradycji zwyczajami.

Wracając do fabuły – choć oparte na historycznej podstawie, to postaci i wydarzenia są fikcyjne. Pierwszoplanową bohaterką jest dwudziestoletnia Maren, świeżo upieczona narzeczona, pełna marzeń i planów.  To z jej perspektywy śledzimy wydarzenia, choć narracja jest trzecioosobowa.
Obserwujemy jej relacje z matką i bratową – z pochodzenia Laponką,  ze starszą przyjaciółką Kristen oraz z innymi kobietami z wioski. Każda inaczej przeżywała żałobę po stracie najbliższych. Zastanawiały się też nad tragedią, wypatrywały znaków, rozważały czy wieloryb, który przygnał ławicę ryb,  został zesłany przez Złego, a może ktoś przyzywał diabła?
Koniecznością było, by w sytuacji, gdy w osadzie zostali tylko starcy i małe dzieci,  to kobiety zakasały rękawy, przejęły męskie obowiązki, podjęły się wyruszania łodzią na połów ryb, hodowania reniferów itp. Powinny też opiekować się sobą nawzajem. Spotykały się co  środę w  dużym domu Fru Olufsdatter, niedoszłej teściowej Maren, na wspólne robótki, rozmowy i posiłek – coś w stylu Koła Gospodyń Wiejskich. Szybko jednak wytworzyły się między nimi animozje. Powstał  – nazwijmy to “obóz kościółkowy”, ze złośliwą, zawistną Toril na czele,  skupiony wokół zboru, nowego pastora (w sumie dość biernego człowieka) oraz nowego komisarza Corneta – wielce bogobojnego, fanatycznego Szkota, słynącego z polowań na osoby parające się czarami.
Należało zapomnieć o runach, tradycyjnych  ludowych figurkach, zaklinaniu pogody, czy zbieraniu ziół,  wszelkie zachowanie odstające od narzuconych norm było podejrzane i osądzanie. Edykt “O czarach” wszedł w życie. Niezależność, samodzielność, zaradność i odwaga stały się dla niektórych mieszkanek Vardo powodem do zguby.
Wraz z komisarzem do Vardo przybyła jego młodziutka żona, Ursa – niedoświadczona i naiwna, wydana za mąż jak towar; samotna, zagubiona. W Maren znajduje pomocnicę, nauczycielkę zajęć domowych, a także więcej niż przyjaciółkę. Z czasem potem rodzi się świadomość uczucia i pożądania..

Wraz z przewracaniem kolejnym kartek tej książki narasta oburzenie zachowaniem postaci takich jak komisarz, szeryf, Toril, matka Maren, rośnie natomiast współczucie dla, Maren, Diinny, Kristen i innych niesłusznie posądzonych i okrutnie potraktowanych. Pod koniec akcja przyspiesza i można rzec, że nabiera rumieńców. Czy można było ocalić uwięzione Norweżki?  Kto i czym zawinił? Czy Dinnie udało się bezpiecznie uciec?  Co się wydarzyło w szopie na łodzie? Jak postąpiła Ursa? Jaką decyzję podjęła Maren?
Trudno tę książkę odłożyć, póki się nie dowiemy.

Oryginalny tytuł brzmi “The mercies”. Miłosierdzie? To wręcz oksymoron w odniesieniu do tej historii, wielka ironia dziejów. Według pastora Bóg okazał miłosierdzie  – kobiety ocalały podczas sztormu, przeszły przez trudną próbę. I tu aż prosi się o pytanie, na które nie ma odpowiedzi…. Gdzie był Bóg, gdy płonęły stosy? Czyżby to ludziom zabrakło miłosierdzia?

Proza Kiran Millwood Hargrave jest dość prosta, surowa jak skandynawski klimat, niemniej sugestywna i poruszająca. Opisy warunków życia, zajęć, potraw, ubrań, tamtejszej pogody i krajobrazu są realistyczne. Autorka dba o szczegóły, które obrazują nieraz więcej niż uczyniłyby to długie opisy. Potrafi oddać emocje bohaterów, zbudować napięcie.
Kobiety z Vardo to ciekawa, dobrze opowiedziana historia, z wyrazistymi postaciami, mocno osadzona w realiach historycznych, uniwersalna, ważna i potrzebna,  skłaniająca do refleksji i gorzkiej konstatacji, że polowanie na czarownice nadal w takiej czy innej wersji trwa…

 
Książka wpasowała się z październikowe zdanie wyzwania "Pod hasłem"

 

poniedziałek, 13 lipca 2020

klasyka na ucho - "O czym szumią wierzby"

Ta powieść to klasyka literatury dla dzieci. Opublikowana w 1908 roku, w Polsce wydana w 1938 r.,   do dziś cieszy się zainteresowaniem i popularnością wśród czytelników.  Przygody Borsuka, Ropucha, Kreta i Szczura Wodnego zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, doczekały się kilku ekranizacji i adaptacji scenicznych, a także kontynuacji pióra Williama Horwooda.  Nie miałam okazji zetknąć się z tą książką w dzieciństwie, toteż z tym większą ciekawością sięgnęłam po audiobook”O czym szumią wierzby” w interpretacji lektora Tomasza Bielawca. Czy było warto?

Link do mojej recenzji:
 

http://zycieipasje.net/2020/07/13/poczytaj-mi-na-uchoo-czym-szumia-wierzby-kenneth-grahame/


 Tytuł wpisuje się do kategorii lipcowej Trójki:

poniedziałek, 4 maja 2020

"Malowany welon" Wiliam Somerset Maugham


W  kwietniowej edycji "Book-Trottera"  obowiązywała literatura brytyjska. Sięgnęłam po leżący od dawna na półce "Malowany welon" W. S. Maughama, już nie pamiętam, dlaczego kupiłam tę książkę i nie wiem, czemu tak długo czekała. Może spodziewałam się typowego romansidła?A tu jednak niespodzianka: to raczej dramat obyczajowo-psychologiczny; romans, ale bez happy endu, za to z refleksją o konsekwencjach wyborów i czynów.  Smutna opowieść o relacjach damsko-męskich, o miłości i jej braku, o zdradzie i jej konsekwencjach, o desperacji i determinacji, o pragnieniach i rozczarowaniach, straconych złudzeniach, o ludzkich charakterach... O nabraniu życiowej mądrości, dojrzałości  i duchowej przemianie (wiem, że to brzmi górnolotnie i niezbyt zachęcająco, ale powieść  nie jest w moim odczuciu "natchniona" i moralizatorska).

Akcja toczy się w latach 20.XX w. w Chinach, w angielskiej kolonii, miasteczku Tching-Yen, następnie  w opanowanym epidemią cholery Mei- Tan Fu (retrospekcja obejmuje wcześniejsze czasy w Londynie, w finale również mamy powrót do Anglii).
Główni bohaterowie to młode małżeństwo: piękna i próżna Kitty,  nieśmiały i ponury z usposobienia Walter - lekarz bakteriolog. On zakochany po uszy, ona - wyszła za niego nie tyle z rozsądku, ile ze strachu by nie zostać starą panną i nie dać się wyprzedzić w zamążpójściu młodszej siostrze (ech, te konwenanse...). Para nie jest szczęśliwa. Kitty romansuje z Charlesem, starszym od niej wysokiej rangi urzędnikiem.  Gdy zdrada wychodzi na jaw, Walter stawia żonie ultimatum.... Skandal wisi w powietrzu. Wyjazd do Mei-Tan- Fu miał być szansą...
Czy Walter wybaczył Kitty? Czy związała się z Charlesem?  Jaki wpływ na młodą Angielkę miało przebywanie w zagrożonym chorobą rejonie i praca w klasztorze? Kto zapłacił największą cenę?
To smutna historia, ale z niosącym nadzieję finałem.

Pod czas lektury nasuwa się wiele pytań, każda z sytuacji wymaga "rozpatrzenia" racji z kilku stron, z perspektywy różnych osób i okoliczności. Nie da się pochopnie oceniać, trzeba dokłądnie przemyśleć uczucia, motywacje, czyny postaci. Na zachowanie Kitty  na pewno miało wpływ jej wychowanie i rodzinne relacje, a tych nie zaliczymy do idealnych. Owszem, była irytująca, naiwna, ślepa na pewne sprawy, egoistyczna. Nie chodzi o to by ją usprawiedliwiać, ale spróbować zrozumieć. Nie można jej potępić, zwłaszcza, że w końcu nabrała rozumu, tylko drogo opłaciła tę życiową lekcję.

Mottem powieści są słowa w wiersza P. Shelleya - "malowana zasłona, którą żyjący życiem zwą" - łatwo ten cytat odnieść do opadania zasłon kolejnych pozorów i złudzeń, odkrywania prawdy o sobie, innych ludziach, o uczuciach i charakterach... Kitty zerwała zasłonę, zrozumiała życiowe błędy. Jej losy nie są dobrym wzorem, ale dającym do myślenia przykładem.
"Malowany welon" świetnie nadawałby się do dyskutowania w klubie czytelniczym.

Powieść w tłumaczeniu Franciszki Arnsztajnowej ma swój nieco staroświecki urok, ale są "mielizny" - niekonsekwentnie tłumaczone imiona, lepiej w tytule pasowałąby "zasłona" niż "welon" ( choć z drugiej strony to słowo od razu kieruje skojarzenia ku małżeńskiej tematyce utworu);
wiele zdań mogłoby mieć zgrabniejsze brzmienie, przydałby się współczesny przekład.

Nie oglądałam filmu ( jest parę adaptacji), ale podobno różni się od powieści przedstawieniem wątku i zakończeniem. Chyba nie chcę oglądać. Ogólnie jestem zadowolona z lektury.


niedziela, 15 marca 2020

“Mopsik, który chciał zostać jednorożcem” Bella Swift



To jedna z najbardziej uroczych książek dla dzieci, jaka ukazała się ostatnio. Moja dziewięcioletnia córka przeczytała ją jednym tchem, a jest dość wybredną czytelniczką. Historia małego mopsa, choć wzruszająca, daleka jest od ckliwości. Autorka pięknie uczy o odpowiedzialności za zwierzę i o wartości bycia sobą.


Całą recenzję przeczytać możecie tutaj:

http://zycieipasje.net/2020/03/11/szpieg-w-ksiegarni-mopsik-ktory-chcial-zostac-jednorozcem-bella-swift-recenzja/

wtorek, 24 września 2019

"Śledztwo na cztery ręce" Agatha Christie

Wyd. Hachette 2002 r.
Po trzech latach przerwy postanowiłam znów wziąć udział w wyzwaniu czytelniczym "Wrzesień z Agathą Christie".
Niczym "córka marnotrawna" powracam  do klasyki kryminału w mistrzowskim wykonaniu. Tak się składa, że ostatnio czytałam sporo polskich powieści kryminalnych, przeważnie w duchu komediowym. Nie zawsze były to udane spotkania, ale trafiłam też na takie książki, które dostarczyły mi odpowiedniej rozrywki i pozwoliły określić czytelniczą ścieżkę, którą zamierzam podążać. Co jakiś czas warto jednak wracać do źródeł, do "starych, ale jarych" powieści, do sprawdzonych autorów.
Gdy czuję przesyt współczesnych "czytadeł", sięgam po twórczość Dostojewskiego, zaś z kryminalnej półki wybieram Christie. Właśnie przyszedł czas, by znów podążyć tropem Agathy....

Tę książkę wybrałam dość przypadkowo spośród licznych tomów w bibliotece, szukając tytułu z dwuznakiem, bo akurat takiego potrzebowałam do innego wyzwania. "Śledztwo na cztery ręce" zawiera aż dwa dwuznaki, pasowało więc idealnie, a do tego spodobał mi się pies w okularach na okładce. Niezłe kryteria wyboru, prawda?

Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to nie powieść a zbiór kilkunastu opowiadań połączonych ramą fabularną i osobami głównych bohaterów, co więcej, nie występuje tu ani Herkules Poirot, ani panna Marple! Poczułam się nieco zdezorientowana. Nie wiedziałam, że oprócz serii z wymienionymi postaciami (i poza powieściami obyczajowymi  wydanymi pod pseudonimem Mery Westmacott) Agatha Christie napisała także utwory o Tuppence i Tommym Beresfordach, czy - jak potem sprawdziłam - jeszcze innymi bohaterami ( np. Parker Pyne). Teraz już wiem, a po lekturze tego tomu wiem też, że raczej wolę trzymać się utartych szlaków.

Tuppence i Tommy Beresfordowie są uroczą parą, dobraną pod każdym względem, świetnie się dogadują, mogą zawsze na siebie liczyć. Ich dialogi nie obywają się bez drobnych złośliwości, ale też skrzą się inteligencją i humorem. Znudzona rutyną domowych obowiązków i życia towarzyskiego Tuppence marzy o tym, aby coś się wydarzyło, tęskni za przygodami i niebezpieczeństwami, jakie wspólnie przeżyli. Jej mąż obecnie nadal pracuje w służbach specjalnych, ale na stanowisku czysto biurowym.
Jak z nieba zatem spada Beresfordom zlecenie poprowadzenia Międzynarodowej Agencji Detektywistycznej Teodora Blunta. To niby ma być przykrywka dla pewnych działań związanych z rozpracowywaniem rosyjskich szpiegów, ale poza tym małżeństwo ma wolną rękę w przyjmowaniu zleceń i prowadzeniu śledztw.

To było wprost przezabawne jak Beresfordowie wczuwali się w swoje role, jak urządzili  swoje biuro, jak udawali, że jako "błyskotliwi detektywi Blunta" mają mnóstwo pilnej pracy i ważnych spotkań, podpatrywali interesantów zatrzymywanych przez rezolutnego Alberta na recepcji. Trochę zachowywali się jak dzieci bawiące się w detektywów. Przy tym odnosili się do zgromadzonych na półce kryminałów i naśladowali ich bohaterów, przyjmując ich styl zachowania i sposób prowadzenia spraw.
Tomy i Tuppence jako detektywi-amatorzy okazali się jednak bezbłędni i rozwiązali szereg różnorodnych zagadek, od kradzieży przez fałszywe alibi po morderstwa. Nie sposób ich  nie polubić: bystrzy, inteligentni, zabawni, sprytni, charyzmatyczni. Trochę zwariowani w pozytywnym znaczeniu. Spostrzegawczość, umiejętność logicznego myślenia i dedukcji, odwaga i otwartość to cechy, które znakomicie przydały się im w pracy, która też była dla nich w pewnym sensie zabawą, życiowym wyzwaniem. Tuppence niejednokrotnie wykorzystywała swoje 'kobiece sztuczki': jej wiedza z dziedziny mody, czy znajomość plotek, towarzyskich układów i koneksji bardzo się przydawała.  Trzeba przyznać, że obydwoje uzupełniali się nawzajem, tworząc świetną parę  jako detektywi i małżeństwo.

Opowiadania, raczej dość krótkie, często zajmujące dwa rozdziały wydawały mi się idealne do publikowania w prasie. Nie pomyliłam się, bowiem sprawdziłam i owszem, w latach 1923-28 ukazywały się w brytyjskich czasopismach, dopiero w 1929 roku wydano je w formie książki, z tym, że autorka dokonała niezbędnych zmian (układ, tytuły, drobne poprawki) tak, by całość była spójna. W trakcie lektury pomyślałam także, że to mógłby być niezły serial. I proszę! Dowiedziałam się, że  nakręcono taki w 2015 roku, na podstawie cyklu o perypetiach Beresfordów. Jest też film z 2008 roku, w którym - sadząc z opisu - opowiedziana jest całkiem inna historia na podstawie książek A. Christie a pan Beresford dostał na imię Belisaire(!).

"Śledztwo na cztery ręce" ("Partners in Crime") czyta się lekko, przyjemnie, z uśmiechem, z mniejszym lub większym zaangażowaniem w kolejne detektywistyczne zagadki. Sporo tu dzieje się bez udziału czytelnika, mamy podane rozwiązania, a wcześniej nie znaliśmy pewnych faktów. Sporo zbiegów okoliczności, schematów, niektóre intrygi są dość przewidywalne. Nie można jednak odmówić uroku ani opowiadaniom ani bohaterom.  Śmiem twierdzić, że w tym przypadku Agatha Christie bardziej skłaniała się ku komedii niż typowym kryminałom i coraz bardziej rozumiem współczesne próby pisania "kryminałów na wesoło". To naprawdę sztuka, choć nie każdemu się udaje. Jakby co, to autorzy mogą się uczyć od mistrzyni.

Nie sądzę, aby to była jedna z najlepszych książek Agathy Christie, ale też nie uważam lektury za stratę czasu. Nie każdemu "Śledztwo na cztery ręce" przypadnie do gustu, z racji  swojej specyfiki i kreacji bohaterów. Warto jednak poznać tę nieco inną odsłonę twórczości Christie, zwłaszcza, gdy znało się dotąd tylko Marple i Poirota ;-) . Osobiście nie narzekam.




poniedziałek, 30 października 2017

"Kapelusze doñi Nicanory" K. Hawkins

Prószyński i S-ka 2010

To nie będzie recenzja, raczej notatka.

Październikowe zadanie ejotkowego wyzwania "Pod hasłem" wymagało od uczestników lektury książki z obcojęzycznym słowem w tytule. Już wydawało mi się, że nic takiego nie znajdę, ewentualnie skorzystam z zasobów biblioteki, gdy przypomniałam sobie o "Kapeluszach doñi Nicanory" Kirstan Hawkins.

Typowy "półkownik". Kupiłam ją kilka lat temu (czy raczej wybrałam w ramach wygranego bonu, tak coś mi świta...), bo mnie zaciekawił, zauroczył opis. W natłoku książek nie przeczytałam jej od razu, ciągle odkładałam, jak wyjątkowy smakołyk na specjalną okazję. Niestety, gdy się za nią zabrałam, czar prysnął. Zupełnie mnie ta powieść nie ujęła, nie zaciekawiła. Porzuciłam ją dla innych lektur, w tym biografii, która okazała się pasjonująca. Wróciłam, przebrnęłam, bez entuzjazmu, ziewając.

O czym to?
O małym, zabitym dechami miasteczku  Valle de la Virgen, ulokowanym na odludziu, wśród dżungli i bagien oraz jego nietuzinkowych, często ekscentrycznych mieszkańcach.
Tytułowa Nicanora jest wdową, ma trójkę dzieci, w tym dorosłego syna ( z Ernesto jest niezły huncwot i obibok), ma dar przewidywania przyszłości, marzy o założeniu sklepu z kapeluszami. Don Bosco, lokalny golibroda, żyje wspomnieniem uczucia i odmowy oświadczyn sprzed lat. Zaskoczony zmianą zachowania i prośbą ukochanej kobiety, wybiera się w podróż.
Artur, lekarz w nowo wybudowanej klinice nudzi się, na rynku przesiaduje zaś Gringito, hipis, cudoziemiec, dziwak, stołujący się za ciężkie dolary u Nicanory. Burmistrz chce dokonać w niemrawym, zapomnianym miasteczku zmian, rozruszać je jako atrakcję turystyczną... To jeszcze jednak nie wszystkie postaci tej zakręconej historii, w której występują tajemnicza figura Matki Boskiej i komputer ;-)
O marzeniach, uczuciach, podążaniu własną ścieżką, takie tam...

Zgodnie z  opisem na okładce miała to być  urocza, słodka, zabawna, ciepła opowieść rodem realizmu magicznego. Nie czułam tego wcale. Porównywać z Marquezem to mocne nadużycie.
Jakoś nie było mi po drodze z wychwalanym humorem i groteską "Kapeluszy..."
Jedyne, co chcę podkreślić, to nietypowy klimat, coś w nim jest baśniowego,  nieokreślony czas akcji, takie "wszędzie i nigdzie", miasteczko uniwersalne, ze swoim ryneczkiem, swoją gromadką stałych bywalców u fryzjera i na piwku.

Autorka studiowała antropologię, to jej powieściowy debiut. Nie mam pojęcia, czy napisała coś jeszcze. Nie jestem już zainteresowana.

Liczyłam na coś zupełnie innego, rozczarowałam się. I to nie tak, że powieść jest zła, po prostu nie trafiła do mnie.

Przeczytana w ramach "Pod hasłem".

sobota, 29 kwietnia 2017

"Zimowe królestwo" P. Larkin


Dotychczas nazwisko Philipa Larkina kojarzyłam wyłącznie z poezją. Z jego twórczością zetknęłam się w antologii Od Chaucera do Larkina. 400 nieśmiertelnych wierszy, 125 poetów anglojęzycznych z 8 stuleci – w przekładzie Stanisława Barańczaka oraz w zbiorze Fioletowa krowa. 333 najsławniejsze okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej – tegoż tłumacza. Tymczasem jeden z najwybitniejszych poetów brytyjskich XX wieku tworzył również prozą.
(...)

Oto moja recenzja:

wtorek, 11 kwietnia 2017

"Prawdziwa królowa. Elżbieta II, jakiej nie znamy" A. Marr

Marginesy 2017
Królowa Elżbieta II jest "żywą legendą", monarchinią znaną na całym świecie, osobą podziwianą i fascynującą. Opowiada o niej serial "The Crown".
Możemy o niej także poczytać w biograficznej publikacji pióra Andrew Marra, brytyjskiego dziennikarza, pisarza, prezentera telewizyjnego, byłego szefa działu politycznego BBC.
Książka była pisana równolegle ze scenariuszem i kręceniem trzyczęściowego filmu telewizyjnego dla BBC. Nie ma oficjalnej autoryzacji, ale wszelkie faktograficzne błędy zostały skorygowane. 

Muszę przyznać, że przeliczyłam się nieco z własnymi siłami na tę lekturę. Moje zainteresowanie królową okazało się o wiele mniejsze niż sądziłam, przynajmniej w stosunku do treści, jakie znalazłam w  książce Andrew Marra. Jest to bowiem książka niezwykle bogata merytorycznie, z bardzo dużą dawką historii, polityki, faktów, interpretacji. Autor skupił się nie tylko na tytułowej postaci, ale przedstawił różnorakie konteksty, bogate i ciekawe tło. Poznamy m.in. dość szczegółowo dzieje dynastii, pochodzenie nazwiska Windsor, historię odznaczeń, funkcjonowanie i finansowanie monarchii, historię księcia Filipa (męża Elżbiety), wiele zakulisowych ciekawostek. Dowiemy się, co ukształtowało osobowość królowej, jakie ma obowiązki, jak jest postrzegana. Nie obędzie się też bez wątku  księcia Karola i Diany oraz ślubu księcia Wiliama z Kate Middleton.
 
Moje oczekiwania rozminęły się z wrażeniami z lektury, ale nie ma w tym winy książki - po prostu okazałam się niezbyt odpowiednim odbiorcą. Spodziewałam się znacznie lżejszej opowieści, tymczasem to poważna, solidna publikacja, bardziej w tonie podręcznika historii. Osobiście nie przepadam za takimi. Doceniam jednak ogromny wkład autora w jej przygotowanie, wręcz mrówczą pracę przy gromadzeniu informacji.

"Prawdziwa królowa. Elżbieta II, jakiej nie znamy" to książka rzetelna, obfitująca w wiedzę, dostarczająca bogatego materiału, który na pewno usatysfakcjonuje wszystkich "anglofilów",osoby interesujące się historią Wielkiej Brytanii, brytyjską monarchią. Dodatkowo publikację wzbogacają liczne fotografie, zamieszczono też przypisy i bibliografię źródłową.
Warto o tej książce wiedzieć.

tytuł oryginału -The Real Elizabeth an Intimate Portial of Queen Elizabeth II
tłumaczenie: Hanna Pawlikowska - Gannon
data wydania - 22 lutego 2017
ISBN - 9788365282064
liczba stron - 448



niedziela, 18 grudnia 2016

"Dziewczyna z pociągu" P. Hawkins

Świat Książki 2015
"Dziewczyna z pociągu" to światowy bestseller, na którego podstawie powstał film cieszący się równie dużą popularnością.
Jedni się tą powieścią zachwycali, drudzy - odradzali jej czytanie. Nie dążyłam jakoś specjalnie do tego, by ją poznać, ale skoro miałam ją w zasięgu, to czemu nie... W końcu miałam okazję, by wyrobić sobie własne zdanie.

Cóż, powiem tak: jeśli komuś ta książka podobała się, dostarczyła mu wielu emocji, czytelniczej satysfakcji - to cieszę się razem z nim. Oto przecież chodzi  w czytaniu - by czerpać przyjemność.
Ale każdy lubi co innego, ma inne oczekiwania i czytelnicze doświadczenia. Stąd też te rozbieżne opinie, zachwyty i narzekania.
Osobiście bliżej mi do tych drugich.

"Dziewczyna z pociągu" to wspaniały... produkt marketingowy, szeroko reklamowany, rekomendowany przez literackie sławy z samym Kingiem na czele. Takie "wabiki" na mnie działają wręcz odwrotnie - jestem sceptycznie nastawiona do takich zabiegów, podobnie jak do porównań z innymi książkami.
Moim zdaniem,  ta powieść - jak  na debiut autorki - jest całkiem w porządku, ale jednak przeciętna,  warta całego szumu wokół niej. Ot, takie "wiele hałasu o nic".

To miał być thriller, tak? Słowo na wyrost. Raczej powieść obyczajowa z wątkiem psychologicznym i kryminalnym, taki "amerykański dramat", poruszający ważną tematykę społeczną - alkoholizm, przemoc...

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, autorka oddała głos bohaterkom: Rachel, Megan i Annie, których losy splatają się ze sobą.
Rachel, borykająca się z przeszłością, topiąca problemy w alkoholu,  codziennie dojeżdża  podmiejskim pociągiem do Londynu, z okna obserwuje okolice, gdzie kiedyś mieszkała z byłym mężem,  przygląda się pewnej parze (nadaje im imiona, idealizuje ich życie). Nie zachowuje się racjonalnie,  postępuje  jak stalkerka wobec  swojego eks i jego żony.  Jej pociągowe obserwacje zaczynają mieć znaczenie, gdy okazuje się, że zaginęła Megan (kobieta, którą widziała z okna). Niestety, Rachel ma kłopoty z pamięcią, nie jest wiarygodnym świadkiem. Usiłuje jednak się zmobilizować, chce pomóc w śledztwie, próbuje poskładać w całość przebłyski pamięci, wydobyć z niej obrazy i właściwe skojarzenia.
Nie będę przybliżać dalej  fabuły, dużo o niej już napisano.
Skupię się na własnych wrażeniach z lektury.

Od pierwszych stron odczuwałam niepokój i poddenerwowanie, potem znużenie, irytację. Wszystko było takie "ślamazarne", monotonne. Nie potrafiłam się zaangażować w losy postaci, wszystko spływało po mnie jak po kaczce, brakowało mi zaciekawienia, takiego "nie mogę się doczekać, kiedy...", "co będzie dalej...", tu raczej z niecierpliwością przewracałam kartki z myślą "no dobra, ile jeszcze zostało do końca...", serio miałam ochotę sprawdzić dla świętego spokoju zakończenie, przekonać się, czy moja teoria była słuszna i przestać brnąć dalej.
Tak, udało mi się wskazać sprawcę  morderstwa, choć przypisywałam mu inne motywy.
Monotonność i  przewidywalność to nie są cechy dobrego thrillera.
"Dziewczyna z pociągu"   to opowieść  o toksycznych relacjach, uwikłaniu w traumy z przeszłości, o tym, że nic nie jest takie, jak nam się wydaje, że nie można idealizować rzeczywistości. Jako thriller - wypada słabo, jako powieść obyczajowa z domieszką innych gatunków - ujdzie w tłoku. To rzeczywiście książka na jeden raz, szybko się czyta ( tu nie mamy do czynienia z literacką ucztą, to raczej  fast-food )ale żeby zarywać dla niej noc? Nie przesadzajmy.

Pauli Hawkins już podziękuję. Gratuluję spektakularnego debiutu, ale to może być gwiazda jednego sezonu. Po takich "bestsellerach" mam ochotę wrócić do półek z klasyką lub do  sprawdzonych już autorów współczesnych. Odechciewa mi się kolejnych mocno reklamowanych nowości.



środa, 28 września 2016

"Zwierciadło pęka w odłamków stos" - wrzesień z Agathą trwa!

Postanowiłam, że tak "na drugą nóżkę" w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą" przeczytam jeszcze jakąś powieść ze słynną panną Marple. Z bibliotecznej półki wybrałam, raczej losowo,
"Zwierciadło pęka w odłamków stos". Tytuł brzmi pięknie, prawda?

Dopiero w trakcie lektury dowiedziałam się, że to wers z poematu "Pani z Shalott" A. Tennysona (angielskiego poety epoki wiktoriańskiej, który jako pierwszy poeta w historii otrzymał tytuł szlachecki.) Cóż, jestem żywym dowodem na to, że "Ludzie ostatnio prawie nie czytują Tennysona"  jak zauważyła jedna z bohaterek - pani Bantry. Za to dość często czytują Christie, co może ich zachęcić do sięgnięcia po twórczość wspomnianego poety, a także do baczniejszego przyglądania się charakterom ludzkim wzorem niedoścignionej panny Marple. 

W tej powieści spotykamy słynną Jane Marple w podeszłym wieku, fizycznie nie ma już tyle sił, ale pamięć i umysł funkcjonują bez zarzutu, toteż nadinspektor ze Scotland Yardu, Dermot Craddock z powodzeniem korzysta z jej celnych wskazówek i to właśnie ona rozwiązuje zagadkę morderstwa w posiadłości Gossington Hall. 
Zaraz, zaraz, czy tam już coś się kiedyś nie wydarzyło? Ależ tak, pamiętna "Noc w bibliotece"! Tym razem mamy nieco inną sytuację - po tragicznych zdarzeniach pani Bantry sprzedała tę rezydencję, zostawiwszy sobie tylko domek myśliwski i zaczęła podróżować po świecie. Teraz powraca do St. Mary Maid, które znacznie się rozbudowało (nowe Osiedle) i unowocześniło (np. supermarket). Jej dawny dom obecnie zamieszkuje słynna aktorka Marina Gregg waz z mężem, producentem filmowym. Pani Bantry została zaproszona do nich na przyjęcie charytatywne. W jego trakcie dochodzi do tragicznej sceny - jedna z pań goszczących na bankiecie nagle umiera.  Szybko okazuje się, że została otruta. Wydaje się jednak, że stała się zupełnie przypadkową ofiarą... I to nie ostatnią...

Wszystko jest mocno podejrzane. Kto kogo chciał tak naprawdę zabić? Czym zawiniła dobroduszna i gadatliwa Haether z Towarzystwa St John Ambulance? Czy Marina powinna obawiać się o własne życie?
Tu trzeba mądrego detektywa i naprawdę niezłego kombinowania, bo nic do niczego nie pasuje, nic konkretnego nie wynika ze śledztwa. Od czego jednak mamy pannę Marple! 

Przypadkiem jakiś czas temu poznała nieszczęsną panią Badcock (ofiarę), toteż wyrobiła sobie o niej zdanie. Dobrze wsłuchała się w relację pani Bantry, zwróciła uwagę na istotne szczegóły, które zupełnie nie były brane pod uwagę. Sporo poczytała w prasie na temat kontrowersyjnej Mariny (gwiazdy "z temperamentem", z problemami psychicznymi, borykającej się z poważną traumą z przeszłości) . Krok po kroku wpadła na to, czego policjanci nie wymyśliliby nawet za sto lat. Znów zatriumfowała jej znajomość ludzkich charakterów i kobieca przenikliwość!

Świetna lektura. Podobało mi się literackie nawiązanie do poezji Tennysona, obecne od motta aż po finał powieści. Zagadka kryminalna znów mnie zaskoczyła, nie przewidziałam takiego obrotu sprawy. Bardzo też chciałbym pochwalić warstwę obyczajową. Oprócz wątku kryminalnego Christie przedstawiła jak staroświecka, choć dziarska, staruszka  odbiera zmiany zachodzące w miasteczku, jak żyją młodzi mieszkańcy (np. Cherry, pomoc domowa), słowem - oddała małomiasteczkowy klimat.

Uroku powieści dodaje motyw pani Knight, upierdliwej opiekunki, która chce usadzić pannę Marple najlepiej pod kocem z budyniem i puddingiem, gruchając do niej słodko "czujemy się zmęczone". Na szczęście Marple ma swoje sposoby i nie daje się poskromić. To jest całkiem zabawne, ale i dające do myślenia, bo niestety, niektórzy mają tendencję do uszczęśliwiania kogoś na siłę i za nic mają cudze preferencje.

Nie mam zbyt wielkiego porównania, ale wydaje mi się, że Marple z całym szacunkiem dla jej umiejętności analizowania i logicznego myślenia, była przedstawiana jako wścibska, przemądrzała osóbka. W tej powieści takiego wrażenia nie odniosłam. Rozwiązywanie kryminalnej zagadki stanowi jej  "lekarstwo" na starość, łatwiej jej pracować umysłem niż dziergać  na drutach (gubi oczka). Nadal jest baczną obserwatorką i słuchaczką,  zna się na ludziach po prostu.

Na koniec chciałabym przytoczyć bardzo trafną charakterystykę pewnego typu ludzi, ukutą rzecz jasna przez pannę M.:
"... nigdy nie myślała o nikim prócz siebie. Była taką osobą, która mówi ci, co robiła, widziała, czuła czy słyszała. Nigdy nie wspominała, co zrobili czy powiedzieli inni ludzie. Życie to dla niej rodzaj jednokierunkowej ulicy. Liczy się tylko ruch. Inni są jak... czy ja wiem, tapeta na ścianach".

"Zwierciadło pęka w odłamków stos"  jako powieść kryminalno-obyczajowa sprawiła się na medal. Cieszę się, że ją przeczytałam. Za jakiś czas pewnie znów "łyknę" porcyjkę Agathy...

PS. Różowa okładka jakoś nie bardzo mi pasuje.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Wrzesień z Agathą"wyrażam zgodę na opublikowanie jej na blogu "Na tropie Agathy"


poniedziałek, 5 września 2016

"Morderstwo w Orient Expresie", czyli wrzesień z Agathą Christie


W ramach zmian w czytelniczym repertuarze postanowiłam wziąć  udział w wyzwaniu "Wrzesień z Agathą Christie". Nie jestem wierną i zagorzałą fanką twórczości tej pisarki, ale kilka jej książek mam za sobą ["Noc w bibliotece", "Słonie mają dobrą pamięć",  "Dziesięciu murzynków"(= "I nie było już nikogo" ), "Pierwsze, drugie zapnij mi obuwie"] i złego słowa powiedzieć o nich nie mogę.

Czasem lubię sięgnąć po klasyczny kryminał. Tym razem z bibliotecznej półki wybrałam powieść, której tytuł wydawał mi się bardzo znany,  jednym słowem - "pewniak". I nie zawiodłam się.

Spotkałam się z Herkulesem Poirot, detektywem osobliwym, niepozornym, a genialnym. Wraz z nim jechałam wyjątkowo zapełnionym pociągiem relacji Stambuł - Calais i utknęłam w zaspach gdzieś w Jugosławii....
Nasz główny bohater zamierzał zwiedzić tureckie miasto (Hagia Sofia przecież ponoć taka piękna!), ale niestety, nie było mu to dane, gdyż pilnie wezwany do Londynu - musiał ruszać w dalszą drogę. Ledwo znalazło się dla niego miejsce w wagonie sypialnym. Towarzysze podróży, których miał okazję obserwować w wagonie restauracyjnym, byli rozmaitego pochodzenia, płci wieku, statusu, temperamentu. Nie wszyscy budzili sympatię.

Pociąg w nocy został unieruchomiony wśród zasp. To jednak nie był największy problem, albowiem wtedy została popełniona zbrodnia.... Jeden z pasażerów stracił życie w nader podejrzanych okolicznościach. Czy dokonał tego ktoś z zewnątrz, czy morderca był w wagonie?
Pan Poirot, poproszony przez swojego przyjaciela, szefa linii kolejowych Mr Bouc'a, zabrał się do  pracy śledczej. Przesłuchał wszystkich pasażerów i konduktora, zadając im dociekliwe, nieraz dziwne pytania. Skrupulatnie zbierał dane, próbując odtworzyć wydarzenia tej okrutnej nocy. Ostrożnie podchodził do śladów zbyt ostentacyjnie pozostawionych na miejscu morderstwa, nie wysuwał pochopnych wniosków. Krok po kroku posuwał się naprzód, choć im dalej w las, tym wszystko było bardziej zagmatwane.
Okazało się, że "korzenie" zbrodni w pociągu tkwią w rodzinnej tragedii, która rozegrała się parę lat temu w Ameryce.
Misterną łamigłówkę mógł rozwikłać tylko Herkules Poirot. Ku zdziwieniu pana Bouca i lekarza odrzucił wszystkie błędne teorie, oddzielił ziarno od plew i wyłuskał prawdę. Trzeba przyznać, że była zaskakująca....

"Morderstwo w Orient Expresie" to lektura wciągająca po uszy, wprost nie mogłam się od niej oderwać, dopóki nie dowiedziałam się, kto zabił. Cały czas byłam pod wrażeniem przenikliwości umysłu detektywa, jego fenomenalnej pamięci, dedukcji, umiejętności analizowania i kojarzenia faktów, a także intuicji i psychologicznego podejścia do poszczególnych rozmówców. 

Nie udało mi się odgadnąć sprawcy, choć przyznam, że  miałam swoich "faworytów". Czytelnik w sumie nie bardzo ma szanse, bo istotne dla przebiegu zdarzeń okazują się szczegóły dotyczące np. umiejscowienia zasuwki na drzwiach przedziału, a taką wiedzą nie dysponuje. Dowiaduje się o tym dopiero z relacji Poirota.

Powieść czyta się z zaciekawieniem, choć wydaje się monotonna -  główną część zajmują kolejne zeznania pasażerów, ale to właśnie one zbijają z tropu czytelnika wnosząc nowe dane lub obalając jego domysły. Podziwu godna jest logika, jaką w tym wszystkim odnajdujemy, choć początkowo łatwo przyznać rację jednemu z bohaterów, który używa określenia "dom wariatów".

Bardzo ciekawe są opisy  postaci, autorka obdarza je wyrazistymi cechami ( np. twarz owcy) i podaje to "okiem" detektywa, któremu żaden szczegół nie umknie. Nie obędzie się bez poczucia grozy, wszak pociąg tkwi nocą w śniegu, doszło do morderstwa, a kto wie, czy nie stanie się coś jeszcze...

Mamy do czynienia z jednością czasu, miejsca i akcji, rzecz rozgrywa się w ciągu kilku godzin w zamkniętej przestrzeni. Zakończenie - nieprzewidywalne, zaskakujące i kontrowersyjne.
Brawo dla Agathy Christie za skonstruowanie takiej fabuły!

Kiedyś na pewno skuszę się na jeszcze inne książki jej pióra. Tymczasem jestem usatysfakcjonowana kryminalną zagadką i zmierzam już w inne literackie rejony.




Wyrażam  zgodę na opublikowanie recenzji na blogu Na tropie Agathy.

Moja lista blogów