Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

"Moje życie z Tomkiem" Dorota Sumińska - przedpremierowo




"Moje życie z Tomkiem" Dorota Sumińska, Wydawnictwo Literackie 2023


" (...) choćby człowiek miał pięćdziesiąt i sto pięćdziesiąt lat, zawsze jest do cudzej śmierci nieprzygotowany"
(Zośka Papużanka, Żaden koniec, Marginesy 2023, s. 43)


Dorota Sumińska i Tomasz Wróblewski byli parą w liceum. Potem ich drogi rozeszły się, ale w myśl powiedzenia "stara miłość nie rdzewieje" po wielu latach i przejściach znów utworzyli związek.
Przeżyli wspólnie czternaście szczęśliwych, aktywnie spędzonych, pełnych podróży i planów na przyszłość lat. Zgodnie dzielili ze sobą codzienność, w tym opiekę nad licznymi zwierzętami, uzupełniali się, choć także kłócili."Nie byliśmy idealną parą" - wyznaje autorka.  Zamierzali osiąść na Sri Lance. Wzięli ślub. Śmierć brutalnie to wszystko przerwała. Została pustka...

Sumińska, lekarka weterynarii, znana czytelnikom głównie z audycji radiowych i książek o zwierzętach, napisała bardzo osobistą, emocjonalną książkę poświęconą jej zmarłemu mężowi - uznanemu lekarzowi interniście, specjalizującemu się w medycynie ratunkowej.

Obawiałam się, że będzie to niesamowicie smutna, przygnębiająca historia, ale nie do końca taka była, bo chociaż opowiada o stracie bliskiej osoby, o pracy lekarza, który ciągle styka się z chorobami, cierpieniem i śmiercią, to zawiera także dużo jasnych punktów, ciepłych, pogodnych wspomnień, anegdot z życia wziętych, które wywołują uśmiech.
Miałam także obawy, czy to nie będzie taka "laurka", ale lektura szybko je rozwiała. Dorota Sumińska przedstawiła bowiem swojego partnera nie omijając jego wad i nałogów. Przybliżyła jego sylwetkę opierając się na konkretnych przykładach, na podstawie wspomnień znajomych, kolegów, współpracowników. Przytoczyła historie z czasów jego studiów medycznych, szkolenia wojskowego, lekarskich praktyk, dyżurów na SOR, wspólnych podróży.

Tomasz Wróblewski był introwertykiem opancerzonym w swojej skorupie, nałogowym palaczem, wspaniałym diagnostą, wybitnym i cenionym specjalistą, odpowiedzialnym, opiekuńczym, mądrym, odważnym, wrażliwym na krzywdę ludzi i zwierząt człowiekiem, pozornym twardzielem.

Książka "Moje życie z Tomkiem" to literackie pożegnanie, swoisty dziennik żałoby, listy pisane do nieobecnego, upamiętnienie ciekawej osobowości. Na pewno dla autorki to jakaś forma autoterapii, Dla czytelników - szczera, wzruszająca i skłaniająca do refleksji opowieść, która wskazuje na to, co jest najważniejsze.
"Ciągle myślę o tym, jak płytko patrzymy na świat. Jak mało zauważamy, a potem, gdy jest już za późno, tęsknimy za niezauważonym". (s. 152)

W mojej opinii to wartościowa publikacja, dzięki której na podstawie osobistej historii można wyciągnąć uniwersalne wnioski.

 (współpraca recenzencka)

 

środa, 6 stycznia 2021

"Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów" Deborah Feldman

 


"Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów" Deborah Feldman, 
wydawnictwo Poradnia K

Autobiograficzna opowieść o Dewojre, która była wychowywana przez dziadków w  żydowskiej ortodoksyjnej rodzinie, w Williamsburgu, wiodła bardzo rygorystyczny tryb życia, ale wewnątrz była "niepokorną duszą". Małżeństwo, w którym widziała furtkę do niezależności, okazało się klapą, ale w końcu udało jej się wyzwolić z okowów fanatyzmu. Została "chasydzką feministką", zawalczyła o siebie i syna.

Ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie (opowiedzianą historią, nie literackością 😉 )
To ważna i przejmująca książka, otwierająca oczy na pewne kwestie, o których często nie mamy zielonego pojęcia. Chasydzi, ortodoksi, tradycje i zasady... no dobrze, ale, że aż tak? W XXI wieku? Nawet czytanie książek zakazane, rygor ubioru, golenie głów, peruki, aranżowane małżeństwa, brak edukacji i perspektyw... To się w głowie nie mieści!
Jestem oburzona traktowaniem kobiet (ale i młodych mężczyzn) w chasydzkiej społeczności; zdziwiona,że to wszystko nadal tak funkcjonuje... W wielu momentach tej książki byłam w istnym szoku (szmatki czystości konsultowane z rabinem... 😱🤬)
Podziwiam bohaterkę - za jej świadomość, odwagę, zdobywanie niezależności, za wyjście z tej "sekty" i dążenie do bycia sobą.
 
 

 
 
kandydat do książki roku
 książka z motywem (lub autorem) LGBT
 Nowy Początek
 

czwartek, 15 lutego 2018

"Wysoki zamek" S. Lem - na ucho!



Spieszę uspokoić tych, którzy wzdrygają się na hasło „Lem”, bo w fantastyce nie gustują. Wysoki zamek to nie jest powieść z gatunku science fiction, lecz autobiograficzna opowieść o dzieciństwie, przetykana rozważaniami na temat pamięci i sztuki. W znakomitej, lektorskiej interpretacji Marka Nowakowskiego doskonale „wpada w ucho”. Polecam zarówno sympatykom twórczości Stanisława Lema, jak i tym, którzy ją z zasady omijają.

(...)
Całość  pod linkiem:



http://zycieipasje.net/2018/02/05/poczytaj-mi-na-ucho-wysoki-zamek-stanislaw-lem-recenzja-audiobooka/


sobota, 5 grudnia 2015

Dzienniki Osieckiej - 1952

 
















Ilekroć sięgam po tom pamiętników, dzienników czy listów, zastanawiam się, na ile ich autor miał świadomość, że kiedyś trafią one do druku i po wielu latach będą czytane przez szerokie grono osób. Na ile w tekstach tego typu mamy do czynienia z literacką kreacją, a na ile ze szczerym wyznaniem. Przyznam też, nieco dziwne uczucie tak zaglądać „pod podszewkę”, poznawać pisarzy, czy inne znane postaci od prywatnej, często najintymniejszej strony.
We współpracy z Fundacją Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej ukazał się trzeci tom „Dzienników” poetki, pod redakcją dr Karoliny Felberg-Sendeckiej. Obejmuje on siedem zeszytów, zapisanych łącznie od 23X 1951 r. do 5 II 1953 r. pod pseudonimem Bożena Ostoja oraz dwa notesy z tegoż okresu. (....)
Więcej napisałam na stronie: Czytajmy Polskich Autorów.

czwartek, 26 listopada 2015

Wspomnienie o jednej z ulubionych pisarek


„Sol omnibus lucet”,
ale w niedzielę, 22 listopada 2015 r. schowało się za chmurami i uroniło wiele łez. Tego dnia zmarła Monika Szwaja, dziennikarka związana ze szczecińskimi mediami, autorka kilkunastu popularnych i lubianych powieści obyczajowych m.in.:„ Zapiski stanu poważnego”, „Dom na klifie”, „Artystka wędrowna”, „Klub Dziewic Mało Używanych”, „Zupa z ryby fugu”, „Matka wszystkich lalek”. Ostatnią, wydaną w 2013 r. była „Anioł w kapeluszu”.
 (...)
Całość można przeczytać na stronie Życie i pasje.

Tekst napisał mi się niemal sam, po prostu czułam taką wewnętrzną potrzebę, chciałam wyrazić swój smutek i jednocześnie podziw dla wspaniałej osoby, której już nie ma wśród nas. 
To była, w sumie - nadal przecież jest, jedna z moich ulubionych autorek. Choć jeśli ktoś pamięta, albo raczy poszperać na blogu, to nie znajdzie samych "laurek". Nie wszystkie jej książki podobały mi się jednakowo, nad niektórymi nieźle przekładałam uszami. Nie zmieniło to ogólnej sympatii dal całokształtu.
 
Jakie Wy macie wspomnienia związane z  tą pisarką i jej  twórczością?

środa, 9 września 2015

Po prostu Cesaria


Wyd. Marginesy 2015
Bosonoga diva,  królowa morny i coladery, "afrykańska Billie Holliday" - fenomenalna pieśniarka z Zielonego Przylądka, czyli słynna Cesaria Evora śpiewała początkowo w barach za szklaneczkę trunku. Została odkryta "dla świata" już jako dojrzała kobieta, a karierę zrobiła będąc w wieku mocno balzakowskim. Koleje jej życia naznaczone były trudem i  smutkiem, potem chorobą. W dzieciństwie przebywała w sierocińcu. Gdy dorosła, nie miała szczęścia do stałych związków. Nie brakowało jej problemów.  Miała epizod niemal 10 lat muzycznego milczenia, etapy melancholii, jednak zazwyczaj kojarzono ją z pogodnym usposobieniem, poczuciem humoru. Miała swoje nałogi (alkohol, papierosy) i nawyki (stoliczek na scenie,  tradycyjny kabowerdyjski fartuszek, noszenie za nią torebki).  
 "Mówią o mnie Królowa Morny, Cesarzowa, Królowa Cabo Verde, a ja jestem po prostu Cesaria" (s. 139)
Chciała  być sobą, zwykłą Cize. Zawsze skromna, pełna prostoty, trochę "sroka" na błyskotki, uwielbiała ciuchowe zakupy. Nieważne czy to w Paryżu, czy na targu w Lublinie. Ze względów zdrowotnych unikała schodów. Nie była zmanierowaną gwiazdą, miała serce na dłoni, oddałaby bliźniemu ostatni grosz i  własną koszulę. Dbała o swoich przyjaciół, karmiła ich, obdarowywała.Ciut zbyt naiwna, zbyt prostolinijna. Lubiła się "buntować", robić  wszystko po swojemu. Uparta, rogata dusza.
W swych pieśniach przekazywała szczere emocje, potrafiła wyśpiewać smutek i nostalgię.Czyniła to po kreolsku. Autentycznie i celnie - wprost do serc tłumów słuchaczy na całym świecie. Jej najbardziej znane i cenione utwory to "Sodado", "Ausencia", "Besame mucho", "Miss Perfumado".  Zdobycie nagrody Grammy nie przewróciło jej w głowie, zawsze była "po prostu Cesarią.

Opowieść o tej niezwykłej, charyzmatycznej postaci sceny muzycznej snuje jej przyjaciółka, wierna fanka i towarzyszka, Elżbieta Sieradzińska - wokalistka, kompozytorka, tłumaczka i dyrektorka biblioteki. Zebrała bogaty materiał, szereg faktów, danych i wspomnień. Ożywiła dla czytelników portret legendy "world music", zabrała nas do dalekiego Mindelo i w trasę koncertową po całym świecie. Tekst uzupełnia kalendarium oraz dyskografia. Zamieszczono także bibliografię i oczywiście znajdziemy dużo zdjęć, reprodukcji okładek płyt, plakatów.

Być może fragmenty związane z nagraniami, poszczególnymi płytami dla niektórych czytelników okażą się nużące, nie każdy bowiem aż tak wnikliwie studiuje dyskografie artystów i nie ma zacięcia dziennikarza muzycznego. Ale cała reszta związana życiem Cesarii,  jej sposobem bycia,  relacjami z innymi, śpiewaniem - to po prostu wciągająca i fascynująca historia. W dodatku nie napisana "sucho" lecz z lekkością i ikrą, z dialogami i scenami,  dzięki którym postać Cize staje przed nami jak żywa. To nie jest laurka,  bo Sieradzińska opowiada o "grzeszkach", nałogach, wadach swojej mistrzyni i przyjaciółki.  Nie jest to też tak do końca biografia, to również w jakimś stopniu opowieść autobiograficzna dotycząca muzycznych pasji autorki, zbiór wspomnień, opowieść o przyjaźni. 

Przyznam się, że jeśli chodzi o tę wokalistkę/pieśniarkę to do tej pory byłam takim "niedzielnym słuchaczem", można nawet powiedzieć, że dosłownie, albowiem znam ją dzięki muzycznej audycji "Sjesta" Marcina Kydryńskiego, nadawanej właśnie w niedzielne popołudnia.  Choć nie była to wcale jedna z moich ulubionych artystek (kojarzyłam i ceniłam ją tylko), to chętnie jednak poszerzyłam swoją wiedzę na temat Evory  z przyjemnością posłuchałam utworów, tym razem z większą uwagą i świadomością. 

W przypadku tej książki proponuję "czytanie zintegrowane": warto wziąć do ręki atlas geograficzny, odszukać Wyspy Zielonego Przylądka, włączyć nagrania Cesarii Evory i wyruszyć w biograficzno-muzyczną podróż pełną pięknych wrażeń. 
Polecam gorąco.
 

wtorek, 11 sierpnia 2015

Haśka, poetka z krwi i kości

Gdyby przeprowadzić sondę i zapytać przypadkowych przechodniów o Halinę Poświatowską, zapewne padłoby parę haseł: poetka, chora na serce, pisała o miłości i śmierci, miała operację za granicą, zmarła młodo. Może nawet ktoś wspomniałby, że była absolwentką filozofii, może ktoś zacytowałby któryś wiersz.
Ogólniki, podręcznikowe wiadomości, portret rodem z encyklopedii, suche fakty. Tymczasem nie mamy pojęcia, jaka Poświatowska była naprawdę, znamy tylko jej literacki obraz, a przecież była to niezwykła osobowość. Chcąc ją poznać - warto sięgnąć po biografię pióra Kaliny Błażejowskiej pt. "Uparte serce".
Znakomitym uzupełnieniem i przy tym pasjonującą lekturą będzie natomiast tom "Haśka. Poświatowska we wspomnieniach i listach" opracowany przez Mariolę Pryzwan. Tę samą autorkę, która przybliżyła nam postaci Anny German, czy Zbigniewa Cybulskiego.

Marginesy, 2015
Jest to poszerzone i uzupełnione wydanie ""ja minę, ty miniesz...." O Halinie Poświatowskiej. Wspomnienia,listy, wiersze" sprzed 20 lat. W nowej edycji dodano wspomnienia Wisławy Szymborskiej, Magdaleny Samozwaniec  Yasuko Nogami-Suzuki oraz Grażyny Panczenko. Premierowo  opublikowano wspomnienia Ireneusza Morawskiego, któremu poświęcona była "Opowieść dla przyjaciela". Pojawia się mnóstwo reprodukcji i zdjęć z rodzinnego archiwum - udostępnił je brat poetki, Zbigniew Myga. To właśnie jemu oraz jego siostrze Małgorzacie Mariola Pryzwan zadedykowała  publikację.
 
Zbiór zawiera szereg  wspomnień  skrupulatnie zebranych i opracowanych. W wypowiedziach znajomych, przyjaciół, rodziny, profesorów, współpracowników budujących obraz Haśki  pojawiają się czasem pewne nieścisłości, ale biografka  dba o ich "wyprostowanie " np. ktoś wspomina, że coś działo się w 1965 r., a to faktycznie miało miejsce w 1966 r. r., więc zostało zaznaczone w nawiasie.  Do tego dochodzi kalendarium,  spis źródeł, indeks osób, ilustracji. Niezwykle bogaty i uporządkowany materiał świadczy  o tym, że biografka wykonała mrówczą pracę. Nieocenioną skarbnicą wiedzy o legendarnej wręcz poetce są jej listy, przepiękne teksty, jakie pisała  do bliskich osób. Cudne są jej listy do "Śliwiaka Kochanego". Z listów wyłania się właśnie ta postać "z krwi i kości", ze wszystkimi swoimi obawami, lękami, zachwytami, całą paleta uczuć, jakie przeżywała, czy to podczas pobytu w Ameryce, w oczekiwaniu na operację,  czy w trakcie studiów, czy przy wydawaniu kolejnych tomików. Dzięki listom "usłyszeliśmy" głos poetki, która czasem nie przebierała w słowach, szczerze i swobodnie komentując rzeczywistość i własne odczucia.

Jaka była Poświatowska? Niezłomna. Kochająca życie. Radosna i melancholijna. Nieznośna. Ironiczna. Zmysłowa. Uwielbiała muzykę hiszpańską. Pasjonowała się nauką. Niesamowicie inteligentna, pełna samozaparcia, zdeterminowana. W ekspresowym tempie nauczyła się angielskiego. Zapalona filozofka. A przy tym skromna, wrażliwa.  Nie do końca przekonana o własnym talencie.
W liście do I. Morawskiego z września 1958 r. napisała:
"Do dupy są te wiersze, wiesz o tym tak samo, jak ja! Pisanie nie jest na pewno moją najmocniejszą stroną, Na ogół wszyscy  twierdzą, że najładniejsze mam usta, a potem dopiero nogi. Poza tym, szanują mnie za zgryźliwy charakter i bardzo ich dziwi moje  szatańskie poczucie humoru". (s. 131)
Po ukazaniu się pierwszego tomiku "Hymn bałwochwalczy" (w zielonej okładce) w liście do Tadeusza Śliwiaka  ( 26 I 1959) tak oceniła swoją twórczość:
"Abstrahując od różnych obiektywizmów - one mi się podobają, chociaż najchętniej schowałabym głęboko i  nie pokazałabym nikomu. Jakie to śmieszne, że teraz będą się nad tym pastwić, jak nad całkiem rzetelną poezją - a to przecież tylko wierszyki. Chwilki - mogą być nawet zielone - czemu nie." (s. 183)
 Tak, będą się nad nimi pastwić i w szkołach o nich nauczać, ech, pewnie przez myśl poetce to nie przeszło... Ani też, że  jej korespondencja zostanie opublikowana.

Wspaniale, choć nie bez nuty smutku, czytało się ten zbiór listów i wspomnień. Tyle emocji, tyle faktów, westchnień, zachwytów i zadumań!Z pewną satysfakcją stwierdziłam, że mam z nią coś wspólnego - Halina za szybko mówiła, uwielbiała koty. Miło było wędrować od listu od listu, od wspomnienia do wspomnienia, i poznawać jej krótkie, tragiczne, ale jakże piękne, intensywne życie.


 Częstochowa, 2009 r.



niedziela, 21 grudnia 2014

Zaskoczona Zawadzką ("Taka jestem i już!")

Okładka książki Taka jestem i już! 
Gdybym miała wybrać jedno słowo, którym miałabym określić wspomnieniową książkę „Taka jestem i już!” Magdaleny Zawadzkiej, byłoby to: zaskoczenie.

Po pierwsze, zaskoczyło mnie, choć zdaję sobie sprawę z upływu czasu, że słynny Hajduczek, czyli Basia z ekranizacji „Pana Wołodyjowskiego”, obchodziła w tym roku siedemdziesiąte urodziny. Dla niej czas jakby się zatrzymał, zawsze postrzegałam ją jako kobietę w średnim wieku, ale żeby już 70 lat ? Niemożliwe! Elegancja i uroda idą u pani Magdaleny w parze, a swój wygląd zawdzięcza, jak sądzę, w dużej mierze pogodzie ducha, umiarowi i dobrym genom. W książce znajduje się zdjęcie mamy aktorki – Danuty Zawadzkiej w wieku 90 lat, z adnotacją, że bez liftingów i botoksów. Naprawdę, pozostaje tylko pogratulować i podziwiać! I życzyć każdemu, by tak świetnie wyglądał jak ta pani.

Po drugie, zaskoczyło mnie, a raczej zachwyciło, że aktorka w swoich wspomnieniach posługuje się pięknym, literackim językiem, a w dodatku pisze świetne, mądre felietony na różnorodne i uniwersalne tematy. Ostatni tekst ( z 2014 r.) ironicznie odnoszący się do całkiem niedawnych wydarzeń „polityczno-społecznych”, to prawdziwy majstersztyk – naśladujący gwarę, slang i wszelkie możliwe błędy językowe.
Zawadzka to Mistrzyni Słowa. Celowo napisałam to wielką literą. Jeśli dotąd nie znalazła się w gronie Mistrzów Mowy Polskiej, to chyba najwyższa pora, by przyznano jej ten zaszczytny tytuł. Ogromną dbałość o poprawną polszczyznę wyniosła z rodzinnego domu. Rodzice wpoili jej pęd do wiedzy i potrzebę kształcenia się, dali przykład swoją postawą, mieli szerokie zainteresowania i mimo licznych obowiązków i zajęć znajdowali na nie czas. W tym przypadku nauka nie poszła w las, a skorupka nasiąkła tym, co dobre, piękne i mądre.

Po trzecie, nie miałam pojęcia, iż pani Magdalena jest zapaloną podróżniczką, która odwiedziła wiele zakątków świata. Była m. in. w Australii, w Indiach, na Alasce i w południowej Afryce, zjeździła niemal całą Europę. Z każdej z wypraw przywiozła nie tylko zdjęcia i wspomnienia, ale także cenne doświadczenia. Przygoda, kiedy to znalazły się wraz z koleżanką w bluzkach od piżamy, bez paszportu i pieniędzy na dworcu w Rumunii, bo wyskoczyły podczas postoju na zakupy (konkretnie zakup koniaku na prezent), a pociąg odjechał,  dobrze się skończyła( Jak? Przeczytajcie!).  Pokazała, że z sytuacji – wydawało by się - beznadziejnej jest jednak wyjście. To był dla aktorki „chrzest bojowy”, po którym oduczyła się leku przed nieznanym światem.

Po czwarte, nie wiedziałam, że artystka ma w dorobku role szekspirowskie, w tym w spektaklach Teatru Telewizji. Występowała m. in. jako Ofelia, Lady Makbet, czy Katarzyna w „Poskromieniu złośnicy”, grała tytułową rolę w „Beatrix Cenci”. Oprócz tego wcieliła się w mnóstwo innych postaci.
Gdybym miała wskazać role, z którymi najbardziej mi się kojarzy, to z pewnością byłyby to... gwiazda „bigbitu” z „Wojny domowej” oraz... pani Malinowska, stomatolog, matka trójki dzieciaków z filmu „ Mów mi Rockefeller” i „Goodbye Rockefeller”.
Nie zawsze też pamięta się o udziale Zawadzkiej w programach rozrywkowych i występach w kabaretach „Owca”, „Dudek” i '”Pod Egidą”.

Po piąte, Zawadzka przez wiele osób postrzegana jako „żona Gustawa Holoubka” udowadnia, że sama w sobie jest postacią ciekawą, wartościową i godną uwagi. To kobieta z klasą, inteligentna, utalentowana, a przy tym skromna. Pięknie opowiada o swoim dzieciństwie, młodości i późniejszym życiu, dojrzałości, rodzinie, karierze, żałobie. Nie plotkuje, dzieli się swoją historią, doświadczeniem i przemyśleniami.

Taka jestem i już!” to rozszerzone, poprawione i uzupełnione wydanie książki „Kij w mrowisko” z 1999 r., zawiera felietony drukowane w latach 1995 – 1999 w miesięczniku „Kobieta i Styl”, fotografie m.in. Zofii Nasierowskiej i Chrisa Niedenthala oraz reprodukcje okładek czasopism z wizerunkiem Magdaleny Zawadzkiej. Miło się ogląda różne oblicza aktorki na przestrzeni lat.

Muszę przyznać, że do tej pory moja wiedza na temat osoby i znajomość dokonań Zawadzkiej były znikome, teraz – czuję się doprawdy zbudowana i pełna podziwu dla jej wspaniałej osobowości. Polecam zapoznać się również.


Za wartościową lekturę dziękuję Wydawnictwu Marginesy, które zadbało również o pozytywne wrażenia estetyczne, a to za sprawą solidnej i barwnej okładki.
 

czwartek, 27 listopada 2014

"Ostatnia miłość Edith Piaf" Christie Laume

Wyd. Marginesy 2014

Zapewne każdy wie, kim  była Edith Piaf,  kojarzy jej  charakterystyczny, "wielki" głos oraz utwory, ze słynnym "Je ne regrette rien" na czele. Natomiast chyba mało kto słyszał o Theo Sarapo, o Christie Laume nie wspominając! Ewentualnie dziennikarze muzyczni, specjalizujący się w muzyce francuskiej, bądź pasjonaci tej dziedziny przygotowujący się teleturnieju "Wielka gra"... A tak poza nimi, no proszę, ręka w górę, kto kojarzy te nazwiska? Niestety, lasu rąk nie dostrzegłam, a i ja sama dopiero teraz o nich się dowiedziałam. Dlaczego w ogóle o nich  napomknęłam? Otóż są to postaci zajmujące bardzo ważne miejsce w życiu legendarnej Edith Piaf, czyli: jej ostatni mąż i jego siostra, którzy także próbowali swych sił na piosenkarskiej scenie.

 "Ostatnia miłość Edith Piaf" to przedstawione w fabularyzowanej formie wspomnienia(powieść biograficzna) o rodzinie Lamboukasów, greckich emigrantów osiadłych we Francji, w której cieple mogła się ogrzać boleśnie doświadczona przez los pieśniarka. Christie (póżniej występowała pod pseudonimem: Laume) było dane nie tylko poznać, ale zaprzyjaźnić się z Edith, która zwierzała się jej - siostrze swojego ukochanego, otoczyła ją opiekuńczymi skrzydłami, choć sama była niczym pisklę potrzebujące ogrzania i  troski. 

Po pięćdziesięciu latach pani Laume postanowiła opowiedzieć historię miłości swojego brata (znanego jako Theo Sarapo) i gwiazdy francuskiej piosenki. Historię niezwykłą, wręcz trudną do pojęcia, a jednak prawdziwą, taką, która "przypomina trochę sytuację, o której się marzy, myśląc, że nie zdarzy się nigdy". (s. 137). Opierając się na własnych obserwacjach i doświadczeniach, dała szczere, wiarygodne, emocjonalne świadectwo niespotykanego uczucia i przedstawiła obraz paryskich bulwarów i francuskich prowincji w połowie XX w.  przy tym pokazała nieco inne oblicze Edith - kobiety wiecznie młodej duchem, spełnionej,  cieszącej się życiem u szczytu swej sławy. Oprócz epizodu dotyczącego Sarapo i Piaf  mamy zarys dziejów rodziny autorki tej książki, ważną cegiełkę całej tej opowieści.

Można sobie zadawać wiele pytań, bo trudno przejść obojętnie wobec związku czterdziestoparoletniej kobiety po przejściach, na dobrą sprawę niezbyt urodziwej i schorowanej, z młodszym o dwie dekady przystojniakiem greckiego pochodzenia, przed którym dopiero całe życie. Słynna wokalistka i syn fryzjera. Mezalians? Kaprys damy? Chęć zrobienia kariery i wzbogacenia się?  Nie tędy droga, drodzy czytelnicy. To było zupełnie inaczej. To realny,  choć niepojęty,  ale z życia wzięty,  przykład romantycznego porozumienia dusz, związku opartego na głębokiej więzi, wzajemnym zrozumieniu,  przyjaźni, bezinteresowności. Byli ze sobą nie przez przypadek, kierowała tym jakaś wyższa siła.

Dziś, różnica wieku między partnerami, zwłaszcza, gdy ona jest starsza, już tak nie szokuje, ale nadal spotyka się z brakiem akceptacji społecznej i zrozumienia. W tamtych czasach to też nie było normą. To, co połączyło Theo i Edith było na tyle silne i szczere, że zyskało aprobatę rodziny, mimo ich początkowego dystansu, czy też sceptycznej postawy. Edith przyznała, że "musi kogoś kochać, żeby żyć", była sławna, nie przywiązywała wagi do bogactwa, wiele w życiu wycierpiała, czuła się samotna. Theo wypełnił jej tę pustkę, co więcej, był tym jedynym, wyjątkowym. Wiek i pochodzenie nie miały znaczenia. Liczyła się jego osobowość, charakter. Theo nie planował zostać wokalistą, to Edith go zmotywowała, popchnęła na tę ścieżkę, podobnie jak potem Christie, która im towarzyszyła, zapowiadała koncerty. Ale nie "kupiła" im kariery, wymagała od nich ciężkiej pracy nad głosem, repertuarem, oszlifowała ich zdolności. Może nie byli to szczególnie wybitni wykonawcy, ale słoń im na ucho nie nadepnął. Pomogła im zaistnieć, ale sami musieli włożyć w to wiele wysiłku i starań. Dzięki nim jednak przeżyła ostanie swe lata otoczona miłością, przyjaźnią, troskliwością, rodzinnym ciepłem. Razem tworzyli jedną "drużynę", wzajemnie się wspierając. Współtworzyli legendę... O tym, jak splotły się ich losy, opowiada z osobistej perspektywy uczestniczka tamtych czasów i zdarzeń.


Uważam, że a książka mogłaby być lepiej dopracowana, jeśli chodzi o wydanie. Moim zdaniem zasługuje na dokładniejszy szlif, którego troszkę zabrakło, twardą oprawę i papier pozwalający na wyeksponowanie zdjęć. Pomijając odbiegające od ideału kwestie techniczne, muszę przyznać, że "Ostatnia miłość Edith Piaf" wywarła na mnie duże wrażenie, ujęła i wzruszyła. Już samo spojrzenie na okładkę, na której widnieje fotografia pary pozornie "nie do pary", zaowocowało nurtującym pytaniem, co takiego niezwykłego ich połączyło... Zanim przeczytałam całość od deski do deski - podczytywałam fragmenty, przyglądałam się zdjęciom. I choć tak się dzieje w moim przypadku, to tym razem miałam oczy na mokrym miejscu....

... bo to taka piękna historia, taka piękna historia.... ech....




PS.
Dopiero w tym roku, tak się złożyło, że dopiero na urlopowym wyjeździe, wieczorem, w spokoju  obejrzałam film "Niczego nie żałuję" o Edith Piaf. Jej postać zafascynowała mnie na tyle, że chciałam poszerzyć swą wiedzę lekturą biografii. Traf chciał, że akurat  Marginesy wydały  opowieść o dramatycznym ale jakże pięknym kresie jej życia, uwieńczonym wyjątkową miłością. Znakomite uzupełnienie filmu, ale nadal chętnie bym poczytała więcej.


Moja lista blogów