Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 października 2021

"Bal szalonych kobiet" Victoria Mas

 


 

 

Pod szyldem wydawnictwa Mova ukazują się nietuzinkowe pozycje. Znajdziemy tu odważną literaturę faktu, reportaże, kryminały i współczesną literaturę piękną, polską i zagraniczną. Tym razem pora na prozę francuską, literacki debiut, który zabierze nas  tym samym kursem do Paryża, do piekła i na bal. Nie spodziewajcie się jednak zabawy, bo tematyka podjęta przez Victorię Mas nie należy do lekkich.

 Witajcie w Paryżu. Tym razem jednak nie będziemy spacerować po malowniczych uliczkach, zaglądać do kawiarenek, cukierni i zielarni, ani poznawać zabytków.  Przeniesiemy się do XIX w. i zajrzymy do szpitala Salpêtrière kierowanego przez profesora Charcota, w którym znajdują się obłąkane (i nie) kobiety o różnym statusie społecznym. Poznamy siostrę oddziałową Geneviève  i pacjentki m.in. Louise, Therese oraz Eugene, która widzi duchy. Trwają przygotowania do słynnego balu w śródpościu. To, co się wydarzy, wpłynie znacząco na dalsze losy postaci i nie pozostawi czytelników obojętnymi.

 Cała moja recenzja pod linkiem:

http://zycieipasje.net/2021/10/szpieg-w-ksiegarni-bal-szalonych-kobiet-victoria-mas-recenzja/

środa, 7 października 2020

"Raport W. Opowieść rotmistrza Pileckiego" G. Nocq ( komiks)

 


Powieść graficzna francuskiego rysownika i malarza Gaetana Nocq została poświęcona postaci rotmistrza Witolda Pileckiego, który pod nazwiskiem Tomasza Serafińskiego dostał się do obozu Auschwitz z misją zorganizowania tam ruchu oporu (ZOW – Związek Organizacji Wojskowej) i rozpoczęcia powstania. Przebywał tam do kwietnia 1943 r., uciekł brawurowo z dwoma współwięźniami.
Pilecki pisał raporty o panujących w obozie warunkach i wydarzeniach. Przekazywał meldunki, wiadomości, na zewnątrz, trafiały do dowództwa AK i na Zachód.

Mamy tu do czynienia z artystycznym przetworzeniem treści, opartym na rzetelnych historycznych podstawach. Podkreślić należy szczególną dbałość o realizm i autentyczność, oraz ogromną wrażliwość autora.
Śledząc kolejne kadry nie tylko poznajemy działalność Pileckiego vel Serafińskiego,  ale z bliska oglądamy obozowe realia i odczuwamy grozę tego miejsca.

Rysunki są proste, realistyczne, minimalistyczne zarówno w formie jak i kolorystyce.  Gwasze i szkice. Dość ciemne, jakby zamglone. Dużo tu granatów, niebieskości, szarości, ale i stonowanej czerwieni/rudości.
Osobiście nie przepadam za takim stylem rysowania, jednak muszę przyznać, że dzieło francuskiego artysty robi wrażenie. Kadry są sugestywne, przekazują znacznie więcej treści i emocji niż dialogi, idealnie dopełniają tekst.

Całość recenzji:
http://zycieipasje.net/2020/10/raport-w-opowiesc-rotmistrza-pileckiego-gaetan-nocq-recenzja-komiksu/

 

Książka pasuje do październikowej Trójki E-pik


 

me, myself and I 

 dwie twarze

ortografia (tytuł z ó/u, ż/rz, ch/h)

 

środa, 6 maja 2020

"Orwell" - komiks


Chciałam zacząć banalnym stwierdzeniem, że George’a Orwella nie trzeba nikomu przedstawiać. Doszłam jednak do wniosku, że tak naprawdę to chociaż nazwisko pisarza jest znane, to o nim samym przeciętny czytelnik wie niewiele, o ile oczywiście nie jest zafiksowanym na jego punkcie pasjonatem. Nota na okładce książki, w podręczniku czy encyklopedii to za mało, by dowiedzieć się dokładnie, co go ukształtowało, co wpłynęło na jego życie i twórczość.  Dzięki  komiksowi francuskich  autorów mamy szansę przyjrzeć bliżej się biografii Orwella, jednocześnie obcując z grafiką na wysokim poziomie artystycznym.
Przyznam, że niekoniecznie sięgnęłabym po typową biografię, a forma komiksu okazała się idealna, by zaspokoić ciekawość.

Cała moja recenzja pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2020/05/06/orwell-p-christin-s-verdier-recenzja-komiksu/

niedziela, 8 marca 2020

"Wilk"Rochette- recenzja komiksu

(...)
Nigdy nie należałam do fanów przygodowych książek Jacka Londona i hemingwayowskich opowieści o zmaganiach człowieka z naturą, ale wydaje mi się to dobry trop, by właśnie obok nich usytuować “Wilka” – powieść graficzną autorstwa znanego francuskiego malarza i  ilustratora. Jean- Marc Rochette dawniej pracował jako górski przewodnik, ale po wypadku zajął się głównie rysowaniem. Zasłynął popularną we Francji serią “Edmond le Cochon” oraz adaptowanym na film komiksem s-f  “Le Transperceneige”, za który otrzymał nagrodę na festiwalu w Angoulême.  Współcześnie ilustruje przeważnie klasykę baśni.
Album “Wilk” z 2019 roku  docenili zarówno czytelnicy jak i krytycy. Znalazł się w oficjalnej selekcji największego europejskiego  festiwalu komiksów  w Angoulême oraz został nominowany do prestiżowej nagrody za najlepszy komiks roku przyznawanej przez sieć FNAC.   Dzięki wydawnictwu Marginesy polscy czytelnicy mogą się zapoznać z tą publikacją w tłumaczeniu Pawła Łapińskiego. Wydaje mi się, że póki co zainteresowanie jest spore, ciekawe, jakie będą odczucia i opinie.
Dla mnie zapoznanie się z “Wilkiem” było ciekawym wyzwaniem, trudnym ze względu na pewne sceny. Niestety, nie można udawać, że nie mają miejsca takie sytuacje ( ale podkreślam, że nie jest to regułą), gdy wilk atakuje stado owiec, a człowiek strzela do drapieżnika i poluje na inne dzikie zwierzęta.  Nadmierna ingerencja człowieka w świat przyrody, utrwalone przez wieki stereotypy i ludzka żądza władzy, dominowania, podporządkowania sobie natury prowadzą do zachwiania równowagi w środowisku.  Czy rzeczywiście nie da  się wypracować formy pokojowej współegzystencji? (...)

cała recenzja pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2020/03/04/szpieg-w-ksiegarni-wilk-rochette-recenzja-komiksu/

środa, 15 stycznia 2020

Komiksy, komiksy... "Tamara Łempicka"

                                                                  Marginesy, 2019

Recenzja pod linkiem:


/http://zycieipasje.net/2020/01/08/szpieg-w-ksiegarni-tamara-lempicka-v-greiner-d-collignon-recenzja-komiksu/




powieść graficzna
"ludzie, których powinieneś znać, bo...", czyli książki o znanych osobach
książka z podręcznej biblioteczki/ z nocnego stolika



czwartek, 25 lipca 2019

Komiksy, komiksy... cz. 3 . "Audubon. Na skrzydłach świata"


Człowiek uczy się całe życie. Nawet na komiksach! Przyznaję, że do tej pory nie miałam okazji dowiedzieć się o tej nietuzinkowej, ciekawej postaci, jaką był John James Audubon, amerykański przyrodnik, ornitolog, malarz, pisarz, jeden z ojców nowożytnej ekologii, prawdziwy pasjonat. Jego dzieło życia to ilustrowany katalog ptaków Ameryki Północnej – księga, której nieliczne zachowane egzemplarze osiągają współcześnie zawrotne sumy.
Dostałam tę książkę przez pomyłkę, ale to był szczęśliwy przypadek. Darowanej książce, a tym bardziej komiksowi, oczywiście zagląda się w kartki. Któż by się powstrzymał, mając w ręku piękne, kolorowe i solidnie wydane dzieło francuskiej sztuki komiksowej, w dodatku podwójnie nominowane do nagrody Eisnera w 2018 r. (w kategoriach najlepszy komiks oparty na faktach i najlepsza zagraniczna powieść graficzna)? Toteż nie opierałam się długo i z dużym zainteresowaniem oraz nie mniejszą przyjemnością zapoznałam się z rysunkami Jeremiego Royera i tekstem Fabiena Grolleau.
(...)
ciąg dalszy nastąpi... czyli reszta pod linkiem:

http://zycieipasje.net/2019/07/17/audubon-na-skrzydlach-swiata-fabien-grolleau-jeremie-royer-komiks-recenzja/

środa, 19 lipca 2017

"Między niebem a Lou" L. Fouchet


Media Rodzina 2017
Piękna, francuska powieść. Brawa za niebanalną okładkę!
Bardzo się namęczyłam próbując o niej napisać tak, by oddać jej klimat i wyrazić swoje odczucia.
Niezbyt mi to wyszło.
Recenzja:
http://zycieipasje.net/2017/07/19/czekolada-z-sola-morska-recenzja-powiesci-miedzy-niebem-a-lou-lorraine-fouchet/

poniedziałek, 30 stycznia 2017

"Noc ognia" Eric-Emmanuel Schmitt

ZNAK 2016
Kolejna książka jednego z moich ulubionych autorów.
Tym razem to opowieść autobiograficzna o wyprawie na pustynię, która przesądziła o wyborze ścieżki życiowej  Erica-Emmanuela Schmitta.
Opowieść o poszukiwaniu samego siebie, o przemianie, nawróceniu.
To taka jakby przypowieść z filozoficzną nutą.
Autor niczego nikomu nie narzuca, dzieli się po prostu swoimi przeżyciami i doświadczeniami.

Eric wraz z  reżyserem Gerardem wyruszyli do Algierii śladami słynnego mistyka Charlesa Foucauld, by zebrać materiały do filmu o nim.
Wzięli udział w  dziesięciodniowej, turystycznej wyprawie na pustynię, przewodnikiem był pochodzący z plemienia Tuaregów Abajdhur, muzułmanin. Ta postać zafascynowała Erica.
Uczestnicy podziwiali widoki, męczyli się trudami wędrówki, dyskutowali ze sobą na  poważne tematy dotyczące np. istnienia Boga, sensu powstania wszechświata itp.
Podczas wyprawy na pewien szczyt,  Eric odłączył się od  towarzyszy. Zgubił się w drodze do obozowiska. Przeżył ekstremalną noc. Doznał wówczas objawienia, które znacząco wpłynęło na jego dalsze życie.  Obudził się w nim drzemiący od dzieciństwa pisarz.


Książka przydała się do styczniowego "Pod hasłem".





piątek, 27 stycznia 2017

"Lektor z pociągu 6.27" Jean-Paul Didierlaurent

W.A.B. 2014
Tę książkę kupiłam kiedyś w Biedronce za 9,99 skuszona nie tylko niską ceną, ale przede wszystkim okładką, opisem, intuicją. To był dobry zakup. Potem zauważyłam, że znakomicie pasuje do styczniowego zadania w zabawie "Pod hasłem" (  imię/nazwisko autora ma zawierać znak<kropkę, kreskę, apostrof>)

Autor Jean-Paul Didierlaurent dwukrotnie zdobył Nagrodę Hemingwaya za swoje opowiadania, a kiedy zadebiutował krótką (niecałe 160 stron) powieścią - odniósł sukces, prawa wydawnicze sprzedano do 25 krajów.
"Lektor z pociągu 6.27" ukazał się w 2014 r. nakładem wydawnictwa W.A.B, w serii "Don Kichot i Sancho Pansa", w tłumaczeniu Beaty Geppert.
To książka z motywem  książek i czytania, a takie są bardzo lubiane przez wiele osób, w tym mnie ;-)
W dodatku ma w sobie coś z klimatu "Amelii" i choć zostawia niedosyt (autor zdecydowanie jest mistrzem krótkich form, niedopowiedzeń, nie rozwija wątków i nie buduje opisów tak jak tego oczekiwalibyśmy po powieści) to sprawia ogromną przyjemność. Kojarzy mi się jeszcze z "Opowieściami o zwyczajnym szaleństwie" w reż. P. Zelenki.

Główny bohater, Guylain Vignolles, od dziecka był wyśmiany z powodu tego, jak się nazywa. Jego imię i nazwisko prowokowało go gry słów: Vilain Guignol=wstrętny pajac.
"Po 36 latach życia opanował w końcu umiejętność stawania się niewidzialnym, aby nie wywoływać śmiechu i drwin"
"Nauczył się nie być ani ładny, ani brzydki, ani gruby ani chudy. zaledwie zarys sylwetki gdzieś na skraju pola widzenia. Postanowił zlać się z krajobrazem i wyprzeć samego siebie, stając się zapomnianym przez Boga i ludzi niebytem"
"(...) spędzał czas na najzwyklejszym nieistnieniu" 
(s. 8)
Czy taka szara, chowająca się w cieniu postać może być ciekawa? Zdziwilibyście się.

Obecnie Guylain, trzydziestoparolatek, pracuje w  Przedsiębiorstwie Przetwarzania i Recyklingu Naturalnego, przy maszynie dokonującej przemiału książek i wytwarzania masy papierowej. Do pracy dojeżdża podmiejskim pociągiem, w trakcie podróży czyta  na głos przypadkowe kartki ocalone z "zagłady" we wnętrznościach maszyny, zwanej "On" . Współpasażerowie słuchają z uwagą tych fragmentów, nieważne, co się akurat trafiło (czy kawałek kryminału,  przepis kulinarny, czy urywek poradnika itp)
"Treść nie miała dla Guylaina znaczenia. W jego oczach liczył się tylko sam akt czytania.Wszystkie teksty czytał z równą żarliwością. I za każdym razem magia działała" (s. 11).

Tytułowy lektor wiedzie samotne, skromne, monotonne życie. Ma złotą rybkę. Jest takim "freakiem". Ale nie on jeden...
Koleguje się w pracy z wartownikiem Yvonem, który nie tylko czyta Racine'a i uwielbia teatr klasyczny, ale przemawia wyłącznie aleksandrynem ( dwunastozgłoskowcem).
"Aleksandryn jest prosty jak miecz
Dobrze podany, zawsze sięga celu"

Piękna jest scena, w której ku osłupieniu kierowcy wierszem zwraca mu uwagę, że akurat teraz trwa przerwa w dostawie surowca i powinien grzecznie poczekać.
Drugi kolega to Giuseppe, który w wypadku przy maszynie stracił nogi i usiłuje w bardzo nietypowy sposób je odzyskać. W tym pomaga mu Guylain, jednocześnie podtrzymując w starszym koledze chęć życia.

Pewnego razu bohater znajduje w pociągu pendrajva. Okazuje się, że są na nim aż 72 pliki tekstowe, autorstwa pewnej kobiety, znakomitej obserwatorki ludzi pracującej w dość nietypowym, choć tak "przyziemnym" miejscu ... Vignolles czyta je z coraz większą fascynacją. Chce odnaleźć ich właścicielkę.

Zanim jednak wpadnie na trop autorki - swoją drogą znakomitych - tekstów, czyta je pensjonariuszom domu starców. Tam bowiem od pewnego czasu w soboty udziela się jako lektor, tak samo czytając przypadkowe kartki. Co ciekawe, te fragmenty wzbudzają duże zainteresowanie, słuchacze zadają pytania, zastanawiają się, snują przypuszczenia... To prawdziwa praca z tekstem!
Kim była tajemnicza autorka i jaką rolę odegrał kafelek nr 14718  - tego już nie zdradzę. I choć nie ma tu typowego happy-endu, to szansa na niego została zarysowana.

Powieść opowiada o wartości słowa, książek, czytania, pisania, o ich roli w życiu bohaterów.
Ma niepowtarzalny klimat, urok, jest w niej lekkość, humor, ale i pewna gorycz.
Zawiera świetny opis maszyny (pojmowanej jak "żywy" organizm i zwanej przez G. "Ono") i jej pracy.

Miłośnikom motywów książkowych i sympatycznych dziwaków - polecam.










piątek, 10 czerwca 2016

Szczypta klasyki - "Pustelnia parmeńska"

LOGO MG nowe






(...) Dzieło trąci „telenowelą”, ale czyż nie lubimy czasem takich pooglądać? Znaku równości jednak nie stawiam, bo też tu nieco typu „płaszcza i szpady” można znaleźć. A skoro już operujemy filmowym nazewnictwem, dorzućmy kostiumowy melodramat. Nie przepadacie za takimi? To chociaż zajrzyjcie do książki. Sprawdźcie, dlaczego Stendhal zapisał się na kartach historii literatury, dlaczego jest wydawany i czytany po dzień dzisiejszy? (...)

całość pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2016/05/24/pustelnia-parmenska-stendhala-recenzja-patronacka/


czwartek, 27 listopada 2014

"Ostatnia miłość Edith Piaf" Christie Laume

Wyd. Marginesy 2014

Zapewne każdy wie, kim  była Edith Piaf,  kojarzy jej  charakterystyczny, "wielki" głos oraz utwory, ze słynnym "Je ne regrette rien" na czele. Natomiast chyba mało kto słyszał o Theo Sarapo, o Christie Laume nie wspominając! Ewentualnie dziennikarze muzyczni, specjalizujący się w muzyce francuskiej, bądź pasjonaci tej dziedziny przygotowujący się teleturnieju "Wielka gra"... A tak poza nimi, no proszę, ręka w górę, kto kojarzy te nazwiska? Niestety, lasu rąk nie dostrzegłam, a i ja sama dopiero teraz o nich się dowiedziałam. Dlaczego w ogóle o nich  napomknęłam? Otóż są to postaci zajmujące bardzo ważne miejsce w życiu legendarnej Edith Piaf, czyli: jej ostatni mąż i jego siostra, którzy także próbowali swych sił na piosenkarskiej scenie.

 "Ostatnia miłość Edith Piaf" to przedstawione w fabularyzowanej formie wspomnienia(powieść biograficzna) o rodzinie Lamboukasów, greckich emigrantów osiadłych we Francji, w której cieple mogła się ogrzać boleśnie doświadczona przez los pieśniarka. Christie (póżniej występowała pod pseudonimem: Laume) było dane nie tylko poznać, ale zaprzyjaźnić się z Edith, która zwierzała się jej - siostrze swojego ukochanego, otoczyła ją opiekuńczymi skrzydłami, choć sama była niczym pisklę potrzebujące ogrzania i  troski. 

Po pięćdziesięciu latach pani Laume postanowiła opowiedzieć historię miłości swojego brata (znanego jako Theo Sarapo) i gwiazdy francuskiej piosenki. Historię niezwykłą, wręcz trudną do pojęcia, a jednak prawdziwą, taką, która "przypomina trochę sytuację, o której się marzy, myśląc, że nie zdarzy się nigdy". (s. 137). Opierając się na własnych obserwacjach i doświadczeniach, dała szczere, wiarygodne, emocjonalne świadectwo niespotykanego uczucia i przedstawiła obraz paryskich bulwarów i francuskich prowincji w połowie XX w.  przy tym pokazała nieco inne oblicze Edith - kobiety wiecznie młodej duchem, spełnionej,  cieszącej się życiem u szczytu swej sławy. Oprócz epizodu dotyczącego Sarapo i Piaf  mamy zarys dziejów rodziny autorki tej książki, ważną cegiełkę całej tej opowieści.

Można sobie zadawać wiele pytań, bo trudno przejść obojętnie wobec związku czterdziestoparoletniej kobiety po przejściach, na dobrą sprawę niezbyt urodziwej i schorowanej, z młodszym o dwie dekady przystojniakiem greckiego pochodzenia, przed którym dopiero całe życie. Słynna wokalistka i syn fryzjera. Mezalians? Kaprys damy? Chęć zrobienia kariery i wzbogacenia się?  Nie tędy droga, drodzy czytelnicy. To było zupełnie inaczej. To realny,  choć niepojęty,  ale z życia wzięty,  przykład romantycznego porozumienia dusz, związku opartego na głębokiej więzi, wzajemnym zrozumieniu,  przyjaźni, bezinteresowności. Byli ze sobą nie przez przypadek, kierowała tym jakaś wyższa siła.

Dziś, różnica wieku między partnerami, zwłaszcza, gdy ona jest starsza, już tak nie szokuje, ale nadal spotyka się z brakiem akceptacji społecznej i zrozumienia. W tamtych czasach to też nie było normą. To, co połączyło Theo i Edith było na tyle silne i szczere, że zyskało aprobatę rodziny, mimo ich początkowego dystansu, czy też sceptycznej postawy. Edith przyznała, że "musi kogoś kochać, żeby żyć", była sławna, nie przywiązywała wagi do bogactwa, wiele w życiu wycierpiała, czuła się samotna. Theo wypełnił jej tę pustkę, co więcej, był tym jedynym, wyjątkowym. Wiek i pochodzenie nie miały znaczenia. Liczyła się jego osobowość, charakter. Theo nie planował zostać wokalistą, to Edith go zmotywowała, popchnęła na tę ścieżkę, podobnie jak potem Christie, która im towarzyszyła, zapowiadała koncerty. Ale nie "kupiła" im kariery, wymagała od nich ciężkiej pracy nad głosem, repertuarem, oszlifowała ich zdolności. Może nie byli to szczególnie wybitni wykonawcy, ale słoń im na ucho nie nadepnął. Pomogła im zaistnieć, ale sami musieli włożyć w to wiele wysiłku i starań. Dzięki nim jednak przeżyła ostanie swe lata otoczona miłością, przyjaźnią, troskliwością, rodzinnym ciepłem. Razem tworzyli jedną "drużynę", wzajemnie się wspierając. Współtworzyli legendę... O tym, jak splotły się ich losy, opowiada z osobistej perspektywy uczestniczka tamtych czasów i zdarzeń.


Uważam, że a książka mogłaby być lepiej dopracowana, jeśli chodzi o wydanie. Moim zdaniem zasługuje na dokładniejszy szlif, którego troszkę zabrakło, twardą oprawę i papier pozwalający na wyeksponowanie zdjęć. Pomijając odbiegające od ideału kwestie techniczne, muszę przyznać, że "Ostatnia miłość Edith Piaf" wywarła na mnie duże wrażenie, ujęła i wzruszyła. Już samo spojrzenie na okładkę, na której widnieje fotografia pary pozornie "nie do pary", zaowocowało nurtującym pytaniem, co takiego niezwykłego ich połączyło... Zanim przeczytałam całość od deski do deski - podczytywałam fragmenty, przyglądałam się zdjęciom. I choć tak się dzieje w moim przypadku, to tym razem miałam oczy na mokrym miejscu....

... bo to taka piękna historia, taka piękna historia.... ech....




PS.
Dopiero w tym roku, tak się złożyło, że dopiero na urlopowym wyjeździe, wieczorem, w spokoju  obejrzałam film "Niczego nie żałuję" o Edith Piaf. Jej postać zafascynowała mnie na tyle, że chciałam poszerzyć swą wiedzę lekturą biografii. Traf chciał, że akurat  Marginesy wydały  opowieść o dramatycznym ale jakże pięknym kresie jej życia, uwieńczonym wyjątkową miłością. Znakomite uzupełnienie filmu, ale nadal chętnie bym poczytała więcej.


wtorek, 22 kwietnia 2014

Dwóch panów z Brukseli, nie licząc psa, czyli "Małżeństwo we troje" E.-E. Schmitta


Okładka książki Małżeństwo we trojeNiejednokrotnie już wspominałam, iż Eric-Emmanuel Schmitt należy do moich ulubionych autorów. W miarę możliwości staram się czytać wszystko, co ukaże się spod jego pióra. Lista przeczytanych jest już całkiem spora, zatem mam  porównanie i wiem, że ten francuski pisarz, choć potrafi ująć jak nikt, bywa jednak nierówny. Nie wszystkie jego teksty jednakowo mi się podobają, nie każdy utwór jest na takim samym poziomie. Różna też bywa reakcja czytelników - każdy ma bowiem inne oczekiwania i potrzeby.
Niedawno bardzo pozytywnie odebrałam  "Tajemnicę pani Ming", następnie złowiłam w bibliotece "Małżeństwo we troje". Z tego zbioru opowiadań  też jestem niezwykle zadowolona. Co więcej, udało mi się wychwycić wspólny mianownik tych kilku tekstów, bo trzeba wiedzieć, że wbrew pozorom, mimo swej różnorodności tworzą spójną całość.

"Dwóch panów z Brukseli"  - Genevieve niespodziewanie dostaje w spadku majątek (trochę mi się tu skojarzyła "Lista moich zachcianek" G. Delacourta, również proza francuska). Narrator powoli odkrywa całą historię siegając do dnia, w którym wspomniana kobieta brała ślub, a w katedrze, niejako cichaczem, związek zawarli także dwaj panowie....
Lekcja tolerancji, altruizmu. Zupełnie inne spojrzenie na kontrowersyjne sprawy.

"Pies" - piękna opowieść o istocie człowieczeństwa i szlachetności psiego charakteru, łącząca teraźniejszość z wojenną przeszłością.  Sięgniecie po mitologiczną symbolikę (Argos/Ulisses)

"Małżeństwo we troje"  - nieco przewrotna opowieść z epoki. Ona, on i duch Mozarta.

"Serce w popiele" - transplantologia  w islandzkiej scenerii. Wybuch wulkanu. Dwie siostry i ich synowie. Trudne sytuacje, niezrozumiała do końca relacja. Zaskakujące reakcje. Na mnie ten tekst wywarł bardzo duże wrażenie.

"Dziecko upiór" - Nic wspólnego z opowieściami grozy!  Po raz kolejny Schmitt zadaje nam trudne pytania i prezentuje moralne dylematy.


Na końcu zamieszczono posłowie -  "dziennik" pisarza,  w którym poniekąd mamy wyeksplikowane "co autor miał na myśli", co go zainspirowało.
Korzystając zatem z wiarygodnych źródeł podaję, iż dominantę w niniejszym tomie stanowią:
- motyw ukrytej architektury
- konieczna mediacja
- symboliczne wcielenie.
Ponadto wszystkie teksty tak czy owak są o miłości, co też świadczy o spójności zbioru.


E.-E. Schmitt znakomicie snuje swoje "opowieści o niewidzialnym", o "najważniejszym", porusza trudne tematy, stawia pytania, intryguje, wzbudza emocje. Jest wyrafinowany w swej prostocie, subtelnie malując różnobarwny obraz relacji międzyludzkich.


wtorek, 1 kwietnia 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" A. Martin- Lugand

Wyd. Wielka Litera 2014

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", a nieszczęśliwi - topią smutki w strugach deszczu i alkoholu w nieco surowej acz malowniczej scenerii irlandzkiego miasteczka.

To nie jest słodka historyjka o kobiecie po przejściach, która wyjeżdża w świat i  w górach nad jeziorem otwiera wymarzoną cukiernię, księgarnię czy pasmanterię, odnosi sukces, znajduje szczęście, miłość i następuje totalny happy end. To  gorzka  opowieść o długim i skomplikowanym procesie przeżywania żałoby i poczuciu niepowetowanej straty po tragicznym odejściu najbliższych, o (nie)radzeniu sobie z zaistniałą sytuacją, o tkwieniu we wspomnieniach, o trudnym i wręcz niewyobrażalnym powolnym powracaniu do "normalnego" funkcjonowania w społeczeństwie, do codziennych zajęć, pracy zawodowej. O pogrążaniu się w nie do końca może uświadomionej depresji. O tym, że trzeba dać sobie naprawdę dużo czasu, by po takiej traumie otworzyć się na innych i na świat, by pogodzić się ( w takim stopniu na ile to możliwe) z tym, co się stało.

Przeczytałam tę powieść w jeden wieczór, nieomal jednym tchem,  w tym samym dniu, w którym wyjęłam ją ze skrzynki pocztowej. Stopień nieodrywalności od lektury wiele o niej świadczy - coś w niej przykuło  moją uwagę tak, że zapominałam o wszystkim, a sterta prasowania leżała odłogiem. Chciałam od razu poznać historię Diane i przekonać się, jak sobie poradzi. Przyznam, że początkowo skusił mnie tytuł i okładka, ale w moim przypadku - nie żałuję lektury.

Nie twierdzę, że to wyjątkowa i rewelacyjna powieść osadzona w szerokich kontekstach, bo tak nie jest. Tak też chyba nie miało być. Jest to debiut literacki francuskiej psycholog klinicznej, Agnes Martin-Lugand. Nie każda książka, zwłaszcza debiutancka, musi być od razu perłą na miarę Nobla, czy - jako że bliższa  ciału koszula.... - Nagrody Goncourtów. Czytelnicy chcą zwykłych, życiowych, nieprzekombinowanych i emocjonalnych opowieści - taką właśnie napisała francuska autorka i wydała własnym sumptem. Zaryzykowała, spełniła swoje marzenie i odniosła sukces - prawa do publikacji sprzedano do kilkunastu krajów.
Przyznam, że zaskoczyły i zdziwiły mnie nieco niektóre opinie o  "Szczęśliwych ludiach...", a mianowicie, że to powieść zła, słaba, banalna - w moim odczuciu taka nie jest, ale zależy jakie kto ma oczekiwania i do czego porównuje. Czy jest to powieść schematyczna  - można polemizować. Nie da się ukryć, że wystepują tu znane motywy (wyjazd - początkiem zmian, homoseksualny przyjaciel,  "kto się czubi, ten się lubi" itp.).
Dobrze i zajmująco zrealizować schemat też jest sztuką, która nie wszystkim się udaje, według mnie Martin- Lugand się to udało. 
Nie zgadzam się, ze stwierdzeniem, że to "marne romansidło". Nie odczytałam tego jako romans, ale jako opowieść o stracie i próbie pogodzenia się z rzeczywistością,  o powracaniu do "normalności" chociaż już zawsze będzie inaczej...  Przytyk: "w dodatku facet nazywa się Edward" - wydaje mi się bezzasadny, może komuś nie podobać się to imię, czy występować ono w innych utworach, ale w sumie imię jak imię, niejednemu psu Burek, za przeproszeniem.

Nie podzielam zdania,  że tytuł jest zupełnie nie związany z treścią. Nie wszystko przecież musi być  podane wprost, czasem trzeba sobie doczytać "między wierszami". Wolę też dziwaczne, zastanawiające, intrygujące tytuły niż proste i bezpośrednie nazwy, które szybko ulatują z pamięci ( czy to był domek czy dworek nad jeziorem, a może na wzgórzu, na wiśniowym, czy topolowym... itp. itd.)
"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to nazwa widniejąca na drzwiach kawiarni literackiej, którą prowadziła Diane, a od czasu wypadku nie przestąpiła jej progu, gdyż za bardzo kojarzy jej się ona z życiem sprzed tragedii. Nawet dźwięk dzwoneczka u wejścia przypomina jej  małą Klarę. To, co dzieje się z lokalem pod nieobecność szefowej, w pewnym stopniu odpowiada jej stanowi ducha - jest tu pusto i brudno. Bohaterka zmagając się  doświadczeniami losu, owszem, pija kawę i  czyta książki ( m. in. The Good Life Jaya McInerneya, kryminał Arnaldura Indridasona, Kroniki San Francisco Arminsteada Maupina) ale nie czuje się  szczęśliwa, co jest zrozumiałe w  jej przypadku.  Tu pojawia się pytanie  - czy kiedyś uda  się tej kobiecie odzyskać względny spokój i choć namiastkę utraconego szczęścia? Być może. Przed Diane jednak długa droga. I jakby dla niej są akurat słowa piosenki "Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest". Tylko nieraz potrzeba wiele czasu, by nauczyć się to dostrzegać.

Dla mnie ta książka to prosta opowieść o skomplikowanych sprawach. Romans nie stanowi jej meritum. Diane i Edward to dwoje samotników, zamkniętych w sobie i najeżonych, zatraconych w swym cierpieniu i przeżyciach z przeszłości, zagmatwanych emocjonalnie. Lgną do siebie, oswajają się nawzajem  jak dzikie zwierzątka, nieufne, niepewne siebie. To, co dzieje się między nimi jest w sumie dla nich korzystne, ale czy to zaowocuje w przyszłości? Oboje stawiają krok do przodu, nie ma jednak pewności, co dalej.
Wbrew pozorom nie jest to opowieść smutna,  choć wychodzimy od przygnębiających faktów. Bywa ironicznie, a za sprawą Judith i Feliksa, nawet zabawnie, czy chociaż "uśmiechnięto".
Zakończenie jest dość otwarte, pogodne i optymistyczne, ale nie daje ostatecznej odpowiedzi, pozostawiajac bohaterów i czytelników z nadzieją.

Oczami wyobraźni widzę filmową wersję "Szczęśliwych ludzi..." - W rolach głównych - Meg Ryan jako eteryczna Diane oraz Colin Firth jako gburowaty Edward. Do przebojowej roli Feliksa jeszcze nie mam kandydata. W literackich skojarzeniach ( np. pod względem klimatu, motywu, emocji) przyszły mi na myśl trochę "Wichrowe wzgórza", trochę "Łatwopalni", jakoś też mi pasuje C. Ahern głównie poprzez pryzmat "PS. Kocham Cię.", poniekąd także - pozostając wśród francuskiej literatury - "Lista moich zachcianek" G. Delacourta, a może i nawet opowiadania E. E. Schmitta.

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to, powtórzę, prosta opowieść o skomplikowanych sprawach, taka, którą się  po prostu pochłania. Emocjonalna, niegłupia, kobieca. Pozornie lekka, ale swój ładunek posiada. Podobała mi się o niebo bardziej niż  np."Wiśniowy Klub Książki".
Może nie każdy zapamięta tę lekturę, ale ja tak. Stawiam jej plusa, bo zgadzam się, że:
"W waszym życiu też chyba nie zawsze jest miejsce i czas , żeby czytać Sartre'a w oryginale od tyłu i do góry nogami"   
( D. Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty..., s. 5) 


 ***
PS. A teraz idę czytać Prousta. W oryginale, od tyłu i do góry nogami!
P.A.



środa, 5 marca 2014

Ping, ping! Tajemnica pani Ming!

ZNAK 2014

Już dawno przeczytałam, dawno o tym napisałam, ale dopiero teraz tekst wynurzył się na światło dzienne. I nocne.
Zapraszam do zgłębiania chińskich tajemnic z francuskim filozofem - w Szufladzie.
Pozdrawiam.
A.

środa, 25 września 2013

Francuskie zachcianki


Gregoire Delacourt, Lista moich zachcianek, Wyd. Drzewo Babel 2013.

Krótka notatka:
  • Minipowieść w stylu E.-E. Schmitta,  traktująca o tym, że pieniądze szczęścia nie dają. O tym, co jest naprawdę ważne. Taka "powiastka", ale bez morału podanego na tacy.
  • Historia mieszkającego w niewielkim miasteczku Arras małżeństwa Jocelyne (żona) i Jocelyn (mąż) Guerbette, którym kupon "totolotka" wywrócił  życie (skądinąd nie zawsze sielankowe, wręcz przeciwnie) do góry nogami.
  • O przyjaźni, zaufaniu i jego stracie, o wierności i poświęceniu.
  • O pasji i o tym, jak można "zarazić" nią inne osoby; o tym, jak wielkie znaczenie dla odbiorców może mieć "jakiś tam" blog o szydełkowaniu i tasiemkach.
  • Potrzeby, zachcianki i szaleństwa, czyli co kupić za 18 milionów...
  • Narracja prowadzona  z punktu widzenia Jo - głównej bohaterki prowadzącej pasmanterię oraz blog o tematyce pasmanteryjno-robótkowej (dar2dłoni). Prosty, szczery przekaz.
  • Głos zabiera też "zwykły" narrator opowiadając, co działo się z Jocelynem po jego wyjeździe.
  • Ciekawe, jak trafnie autor "wszedł w buty" kobiety.
  • "Słodko - gorzka" wymowa utworu. Generalnie jest smutno, choć są i zabawne momenty.
  •  Ulubiona książka Jocelyne- "Oblubienica Pana"
  • Odniesienia do współczesnej kultury i sztuki.
  • Niegłupia.
  • Może ująć albo zirytować czytelnika, specyfika współczesnej prozy francuskiej. 
  • Dla mnie - taka sobie, ale o niebo wolę to niż noblistę Le Clezio.
  • "Pisarz rodzinny" - debiut Delacourta.
Książka wpasowała się do jednej z kategorii wrześniowej Trójki E-pik.

czwartek, 8 listopada 2012

Francuski warkocz - "Kobieta w lustrze"

Eric-Emmanuel Schmitt, Kobieta w lustrze, Znak 2012, s. 464.

Powieść - warkocz.
Trzy historie opowiadane na przemian. Trzy wątki, które na końcu się splatają, choć dzieli je przestrzeń i czas. Trzy kobiety, tak od siebie różne, ale mające coś wspólnego.

Anne z Brugii, XVI wiek, marzycielka, mistyczka-heretyczka, kontemplująca przyrodę i dogadująca się z wilkiem niczym sam Święty Franciszek. Ucieka niemal sprzed ołtarza, bo nie chce wieść życia typowej mieszczki jak jej ciotka. Wybiera życie w beginażu, takim świeckim zgromadzeniu kobiet. Czerpie energię z drzew, dotyka Absolutu, układa wiersze. W duchowej drodze wspiera ją mnich Brandoir, dziewczyna zupełnie inaczej pojmuje Boga niż głosi to Kościół. Poświęca się dla podłej kuzyki Idy. Męczennica.

Hanna, Wiedeń pocz. XX wieku, arystokratka z von przed nazwiskiem, małżeństwo jest dla niej eksperymentem, zaś macierzyństwo pragnieniem i lękiem. Kolekcjonuje szklane kule i millefiori. Żyje w ciągłym udawaniu i grze pozorów. Przyjaźni się z ekscentryczną, frywolną ciotką Vivi. Za jej namową podejmuje terapię u jednego z uczniów Freuda. Psychoanaliza przynosi wiele nieoczekiwanych rozwiązań i zmian.
Historia Hanny ukazana jest w formie  epistolograficznej - listy do kuzynki Gretchen.

Anny Lee - współczesna gwiazda holywoodzkiego kina, piękna, młoda i bogata. Jej świat to narkotyki, alkohol, mężczyźni zmieniani jak rękawiczki. Karuzela doznań. Szczyt sławy i upadek w otchłań uzależnień. Wyciąga do niej rękę Ethan, pielęgniarz, ale on sam też dźwiga pewien bagaż. Szansą - nowy scenariusz, którym zafascynowała się aktorka.

Wszystkie kobiety łączy to, że są nieszczęśliwe, niezrozumiane, inne, niepasujące do epoki, w jakiej przyszło im żyć. Przełamują konwenanse, nie godzą się na wciśnięcie w role, jakie im przypisuje społeczeństwo. Każda z nich na swój sposób przekracza granicę świadomości - przez mistycyzm, psychoanalizę z hipnozą, środki chemiczne.

Powieść wciąga po uszy, podsuwając nieraz lustro pod nos i zaglądając w oczy, które są ponoć zwierciadłem duszy...

Czytając, czułam się jak kot nad miską śmietany. Zadowolenia jednak nie okazywałam mruczeniem.

Schmitta jedni lubią, drudzy nie i  mają do tego całkowite prawo. Uważam jednak, że znajomość jednego tylko utworu, czy zakończenie znajomości na "Oskarze...", to za mało by wyrobić sobie o zdanie o jego twórczości. Mam za sobą prawie wszystko, co wyszło spod pióra tego autora i mogę stwierdzić, że jest on dość nierówny - owszem, nieraz zjeżdża do poziomu coelhowskich przypowieści, ale Nagrody Gouncourtów za ładne oczy chyba nie dostał.
Moje ulubione jego książki to "Przypadek Adolfa H.", "Kiedy byłem dziełem sztuki" oraz niedawno przeczytana "Kobieta w lustrze", wysoko też stawiam "Trucicielkę". Najmniej chyba przypadły mi do gustu "Zapasy z życiem".

Mam jeszcze taką uwagę. Schmitt jest  bardzo popularny i często wydawany. Wznowienia są jak najbardziej wskazane, skoro ludzie chcą czytać i poszukują danych tytułów. Bywa jednak tak, że ukazuje się tom, w którym jest kilka opowiadań z jednego, parę z drugiego wcześniejszego tomu. Czyli to samo pod nowym tytułem. Albo zebrane razem opowieści, poprzednio publikowane osobno, plus bonus w postaci dodatkowego tekstu. Trzeba być uważnym, by przez przypadek nie powielić sobie książek, kupując w szale nowości  to samo w innej okładce. Doskonale rozumiem zabieg marketingowy, ale wątpię, by zrozumiał to portfel przeciętnego czytelnika, który pała szczerą sympatią do prozy francuskiego pisarza.







wtorek, 24 lipca 2012

Diabelskie sztuczki po francusku - "Diabeł kulawy" A. R. Lesage

A.R Lesage, Diabeł kulawy, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2003.
Wątki paranormalne nie należą do moich ulubionych, toteż aby zrealizować trzecie zadanie w ramach lipcowej Trójki e-pik, podeszłam do tematu nieco inaczej i sięgnęłam, zgodnie z radami, po klasykę, gdzie czasem także można spotkać postaci i zdarzenia "nie z tego świata".

"Diabeł kulawy" reprezentuje klasykę literatury francuskiej, pochodzi z XVIII wieku. Jego autor Alain Rene Lesage zasłynął powieścią łotrzykowską "Przypadki Idziego Blasa", był też dramatopisarzem. Motyw diabła odkrywającego dachy domów i ujawniającego sekrety ich mieszkańców  zaczerpnął z hiszpańskiego utworu  pióra Guevary, ale na  tym zapożyczeniu poprzestał, samodzielnie konstruując galerię ludzkich typów, jaką nie powstydziłby się i sam Balzac. 

Rzecz dzieje się w Madrycie, ale to literacka przykrywka dla "paryskiego bruku". Don Kleofas Leandro Perez Zambullo, szkolarz z Alkali (dziś byśmy powiedzieli 'student')zostaje przyłapany na amorach z pewną damą  i salwuje się ucieczką. Skacząc po dachach, natrafia na poddaszu na izdebkę uczonego astrologa - czarnoksiężnika. Wśród książek, globusów, kwadranów i fiolek rozlega się głos zamkniętego w buteleczce demona. Okazuje się, że to Asmodeusz, tytułowy Diabeł Kulawy, najbardziej zapracowana persona w całym piekle, które skądinąd nijak ma się do ludzkiego o nim pojęcia. Czym zajmuje się  ów pracuś?
"... klecę pocieszne małżeństwa: kojarzę staruchów z nieletnimi dziewczątkami, panów ze służebnymi, panny bez posagu z tkliwymi kochankami gołymi jak święci tureccy. To ja wprowadziłem na świat zbytek, rozpustę, gry hazardowe i chemię. Jestem wynalazcą turniejów, tańca, muzyki, komedii i wszystkich nowych mód (...)" (s.11)
To on jest bożkiem Kupidynem,  malowanym przez artystów jako złotowłosy cherubinek z łukiem i strzałami, tymczasem jego wygląd przedstawia się dość szpetnie, a ubiór mieni pstrokato. Najosobliwszy jest jednak jego płaszcz - narysowane na nim postaci są żywym obrazem tego, co się dzieje na świcie za sprawą tego diabła.
Wypuszczony na wolność Asmodeusz dzięki swoim mocom zabiera młodzieńca w podróż i odsłania przed nim wnętrza domów, pokazuje, co tam się dzieje, jak postępują ludzie, jakie są ich motywacje, myśli, czyny. snuje też opowieści  np. o romansach hrabiego Belflor. Przed oczami don Kleofasa przesuwa się cała galeria typów. Chciwcy, lichwiarze, oszuści, uwodziciele, kokietki, swawolnicy, fałszerze, manipulanci... Piekło to my, aż chce się powiedzieć, bo czy od wieków, od czasów Lesage'a aż tak bardzo się zmieniliśmy?

Styl Lesage'a jest zwięzły, sam utwór niewielkich rozmiarów, w 21 rozdziałach z podtytułami spisany.  Charakterystyczna dla epoki  dygresyjność jest i tu obecna, choć nieprzesadnie. Niekiedy zdania mają postać aforyzmów, są to najczęściej słowa włożone w usta ( w pysk?) diabła. np. "Podziwiam doprawdy ludzi: własne wady wydają im się błahostką, podczas gdy na błędy innych patrzą przez mikroskop", "Wiem, że istnieją dobre lekarstwa, ale nie wiem,  czy istnieją dobrzy lekarze".  Może i niezbyt odkrywcze, ale jakże prawdziwe...
Widać wyraźny rys satyryczny i zmysł obserwacji.

Nie jest  zaskoczeniem chyba dla nikogo, iż "Diabła kulawego" czytamy w przekładzie Tadeusza Boya- Żeleńskiego, znakomitego tłumacza literatury francuskiej. Książkę tę postawiłabym na półce obok "Niebezpiecznych związków" Laclosa, "Rękopisu znalezionego w Saragossie" J. Potockiego oraz dzieł H. Balzaca. Pasują bowiem do siebie charakterem, epoką, formą. 
Zielona Sowa wydała ten utwór w serii "Arcydzieła literatury światowej", to jednak dla wielu nadal klasyka mniej znana, a nawet nieznana. Warto czasem sięgać dla odmiany po takie perełki. Tylko trzeba mieć na to odpowiedni nastrój.







wtorek, 3 lipca 2012

Niezłe ziółko z tej Klaudyny

Sidonie Gabrielle Colette, Klaudyna w szkole, W.A.B. 2011
Twórczość Colette przeżywa ostatnio prawdziwy renesans, przyczyniło się do tego wznowienie przez   wydawnictwo W.A.B cyklu o Klaudynie ( w serii z miotłą!) oraz opublikowanie innych utworów (Cheri, Czyste, nieczyste). Dużą popularnością cieszą się też starsze wydania. Byłam i ja ciekawa, na czym polega fenomen gwiazdy literatury francuskiej. Gdy nadarzyła się sposobność przeczytać "Klaudynę w szkole", bez wahania z niej skorzystałam.

Cóż, jak już wspominałam, początkowo książka jakoś mi nie szła i bez żalu zarzucałam lekturę. Już oczyma wyobraźni widziałam "oburzenie" fanów Colette, gdy napisałabym, że pamiętniki egzaltowanej pensjonarki nie przypadły mi do gustu, że  to nudne i może sto lat temu tym się gorączkowano, ale teraz to nic wielkiego. Tymczasem gdzieś po około stu stronach  coś zaskoczyło i ruszyło z kopyta, zatem planowana opinia wzięła w łeb.

Odpuszczam opis o czym jest książka, bo jedni wiedzą, a drudzy sobie znajdą, na przykład tutaj. Chętnie zaś podyskutowałabym o tytułowej bohaterce. Doprawdy, niezłe z niej ziółko, a niemal każda jej cecha może być i wadą i zaletą.
Pamiętacie jak Ania Shirley przywaliła Gilbertowi w głowę tabliczką i jaka była z tego afera? Klaudyna  zaś tłucze swoje szkolne koleżanki na porządku dziennym, ba, niektóre to nawet lubią... To ona dzieli i rządzi, rozstawia po kątach całe towarzystwo - urodzona przywódczyni, typ dominujący. W szkole bynajmniej się nie nudzi, choć nauka nie jest jej sensem życia. Ciekawska, wścibska, ma oczy i uszy otwarte, dziwnym trafem zawsze znajduje się tam, gdzie nie powinna... dzięki temu jest zorientowana w wielu sprawach, o których wiedzieć nie musi grzeczna uczennica. Nie zapomina języka w gębie, a ów jęzor ma niewyparzony. Nie da sobie napluć w kaszę, prędzej ona kogoś opluje.. Prymuską ją nazywać nie można ale w rzeczy samej najlepiej zdaje egzaminy. Inteligentna, bystra, śmiała, sprytna, odważna, bezczelna. Nade wszystko kocha wolność, nie sposób ją zamknąć na klucz i do czegokolwiek zmusić. Cieszy się większą swobodą niż koleżanki. Ojciec zaabsorbowany malakologią (zabłysnę jak zapytają o to kiedyś w teleturnieju) pozostawia córce wolną rękę, ale nie musi się o nią martwić. Klaudyna bowiem mimo że świadoma swej urody i nieco próżna (ach te sukienki, wstążki, manipulowanie wyglądem...) nie jest naiwna i nie z tych, co to łapią się na lep czułych słówek. Trudny z niej przeciwnik i w konwersacji i w życiu ( przynajmniej na szkolnej niwie). Takiej postaci nie da się pominąć milczeniem.

Cieszę się, że poznałam Klaudynę oraz jej koleżanki: wielką Anais, Marysię Belhomme, Łusię, nauczycielki pannę Aimee i dyrektorkę  Sergent. Z przyjemnością czytałam o pięknie przyrody prowincjonalnego Montigny oraz o białej kotce Fanszetce, która lubiła spać na półce z książkami między tomami Larousse'a. Z uśmiechem śledziłam figle, psoty i brewerie, jakie wyczyniały dziewczęta. Na pewno kiedyś jeszcze wrócę do twórczości Colette, sprawdzę jak potoczyły się losy Klaudyny, a także chętnie poznam inne utwory pisarki.

Moja lista blogów