Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Znak. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

"Kora. Się żyje. Biografia" Katarzyna Kubisiowska




Nigdy nie byłam wielką fanką Kory i Maanamu, oczywiście znałam piosenki, a nawet lubiłam, ale bez przesady. Nie śledziłam jednak ich życia i twórczości. Kora jako jurorka w talent show niespecjalnie mnie interesowała, raczej irytowała swą manierą.
Po biografię sięgnęłam z ciekawości. Na pewno czekałaby na półce znacznie dłużej, gdyby nie atmosfera skandalu (nie wiem, czy to tu nie za duże słowo) wywołana przeprosinami Mateusza Jackowskiego przez wydawcę za opublikowanie nieprawdziwych informacji. Z kolei autorka biografii oznajmiła, że książkę przed publikacją czytała rodzina Kory i zaakceptowała treść. W sumie to nie wiadomo, gdzie jest pies pogrzebany, no ale przez ten "szum' w mediach o książce przypomniano....

Niestety nie jest to biografia, od której nie można się oderwać, odrywałam się bowiem często, porzucając ją na rzecz innych książek (najczęściej audiobooków, w tym autobiograficznej opowieści F. Chajzera, która z kolei wciągała bardzo).
Gdy najpierw kartkowałam tę książkę podczytując fragmenty, wydawała mi się ciekawsza, ale przy konkretnym czytaniu okazała się jakaś sztywna, drętwa, niespójna, drobiazgowa, przeładowana nieistotnymi szczegółami. Zapamiętałam (niezbadane są decyzje naszego mózgu!) np. że Marcin (ojciec Kory), który sporadycznie utrzymywał kontakt z córkami z pierwszego małżeństwa, obdarował jedną z nich siatkami wyplatanymi przez jego żonę, Emilię. Albo powiedzcie, co wnosi do tej biografii podanie zawodów i poglądów rodziców aktorki grającej rolę Kory w spektaklu?

Co my tu znajdziemy? Dużo nazwisk, obraz krakowskiej awangardy, środowiska hipisów, czasy stanu wojennego, kulisy koncertów,wyjazdów, życie prywatne. Dużo materiału, który jednak można by było - moim zdaniem - przekazać w jakiś ciekawszy, żywszy sposób niż tak "encyklopedycznie".
Ogólnie część o rodzinnych korzeniach, koligacjach i relacjach była w miarę w porządku, środkowa część o karierze, koncertach, nagraniach - nudna i chaotyczna. Rozdziały końcowe - o, te chyba najlepiej wypadły; czułam w nich coś, co sprawiało, że chciało się czytać.

Mimo bogatej bibliografii, licznych źródeł, w tym dotąd niepublikowanych,  brakowało mi osadzenia podawanych informacji, skąd one konkretnie pochodzą. Trudno stwierdzić, co jest faktem, co rzekomo nie - przynajmniej ja, ja jako szara czytelniczka bez zaplecza w postaci znajomości innych materiałów (wywiadów, książek itp.) nie jestem w stanie tego ocenić. Z mojego punktu widzenia to bez różnicy kto, z kim, kiedy i czy w ogóle romansował. Nijak to nie wpływa na odbiór twórczości, a ja chciałam przeczytać biografię wokalistki, a nie plotkarskiego "pudelka".

Największą niespodzianką  i radością był dla mnie rozdział "Trzy Maryje" - o spektaklu "Kora. Boska" według scenariusza, w reżyserii i w wykonaniu Kasi Chlebny. Aktorki, którą darzę nie tylko podziwem za talent i pasję, ale i sentymentem, albowiem chodziłyśmy do równoległych klas w tym samym liceum.

Czy udało mi się poznać bliżej i zrozumieć Korę? Właściwie to nie.  Nic ta książka nie zmieniła w moim postrzeganiu tej artystki. Chociaż nie, z takiego neutralnego podejścia zaczęła kiełkować... antypatia.
Odniosłam wrażenie, że autorka skupiła się na negatywnych cechach i sytuacjach, opisywała Korę tak, jakby jej nie lubiła, a musiała "odrobić lekcje" i chciała popisać się dziennikarskimi umiętnościami. I absolutnie nie chodzi o to, że biografia ma być laurką, wręcz przeciwnie, ale zabrakło mi tu pasji biografa. Bywało, że czytałam biografię kogoś naprawdę mało mi bliskiego, nieznanego wręcz, a wrażenia - z poznawania tejże postaci - były rewelacyjne. W tym przypadku - jestem na nie i będę autorkę omijać z daleka.

 

 

 


piątek, 10 lutego 2023

"Nim dojrzeją maliny" Eugenia Kuzniecowa


Jestem tą powieścią zachwycona i oczarowana. Czytając, czułam się tak, jakbym wraz z bohaterkami siedziała przy stole w ogrodzie zarośniętym dzikimi jeżynami, piła z nimi herbatę na zmurszałym tarasie, siała dynie, zbierała jabłka i jeździła do miasteczka na targ po zakupy. Każdy rozdział był jak kolorowy slajd pełen smaków, zapachów i dotykowych wrażeń. Chciałam, aby ta opowieść trwała i trwała… Niestety, nic nie może przecież wiecznie trwać.

Wydawnictwo Znak, premiera: 8.02.2023

Spodziewałam się, że będzie to ładne czytadełko o siostrach, które pojechały na wieś w poszukiwaniu sensu życia, zbudowały domek, zakochały się, a może nawet odnalazły skarb przodków, czy dostały spadek – czyli taka sielska bajeczka jakich wiele. Jakże się myliłam! Okazało się, że pod fioletową okładką kryje się świetna, współczesna, niesztampowa powieść obyczajowa, w dodatku feministyczna. Napisana lekko, ale z mocnym ładunkiem emocjonalnym.


Debiutancka powieść ukraińskiej autorki to ciepła, mądra, subtelna, momentami zabawna, słodko-gorzka historia o rodzinie, domu, jabłoniowym sadzie, o ucieczkach i powrotach, o relacjach, zmianach, życiowych decyzjach, a przede wszystkim o sile kobiet.

Siostry Lilka i Mijeczka w obliczu życiowych rozterek i konieczności podjęcia trudnych decyzji (o wyjeździe do Australii jedna, a o zamążpójściu – druga) postanowiły zrobić sobie “przerwę od życia” i wyjechać na lato na wieś, do prawie stuletniej babci, do “kryjówki”. Wiadomo, że od problemów nie uciekną, ale chociaż odpoczną, spędzą czas w przyjemnym miejscu, z bliskimi osobami, “naładują baterie”. Przyjeżdża również z Indii dawno niewidziana, tajemnicza kuzynka Marta, która jest w ciąży. Zawita tam preferująca mieszkanie w mieście Marija, matka Lilki i Mijki. Do tego “babińca” dołączy jeszcze mała dziewczynka. Będą pojawiać się goście, sąsiadka, rozmaici fachowcy do prac remontowych, a w finale do stołu zasiądzie bodajże 11 osób, w tym przybysz z Japonii.

Bohaterki rozmawiają, trochę przy tym ironizując, zajmują się pracami domowymi, zakupami, remontem, opieką. Zachowują się trochę tak, jakby nie dzieliły ich na co dzień kilometry, wiek i różne charaktery. Jednoczą siły we wspólnym projekcie hodowania i fotografowania dyń, organizują naprawę drzwi, dachu i tarasu, będą ciągnąć zapałki w ważnej kwestii. Nie użalają się nad swoim losem, nie są skłonne do poświęceń w imię czegokolwiek. Potrzebują czasu, by nabrać wiatru w żagle i wybrać to, co dla nich będzie najlepsze.

Mężczyźni są tu w tle, pomagają, współpracują. Autorka nie przedstawia ich w złym świetle. Lilka przyjaźni się z byłymi mężami, odwiedzają ją w babcinym domostwie. Ustym, z którym spotyka się niezdecydowana Mija, jest nieco zbyt idealny (nawet z wyglądu – mógłby pozować rzymskim posągom). Warto jednak zauważyć, że Kuzniecowa jakby celowo przejaskrawia czasem pewne cechy, czy sytuacje, mrugając do czytelniczek i czytelników, bawiąc się literacką konwencją, bo ta piękna powieść sprytnie ubrała się w letnią sukienkę i udaje “chic lit”.

Moimi ulubienicami są babcia Teja (Teodora) i Marta. Pierwsza – z racji wieku doświadczona i mądra, nieco przekorna i bardzo wyrozumiała, kochająca, dająca wnuczkom przestrzeń i swobodę działania. Skupia jak magnes wszystkich wokół siebie. Druga – jest kobietą, która znalazła się w sytuacji, na jaką nie była gotowa – przynajmniej tak ją odebrałam. “Nie po drodze” jej z ciążą i to bliźniaczą, ucieka od związku, nie zachwycają jej noworodki, “obsługuje” je tak jakoś automatycznie, ale jestem gotowa się założyć, że ta postać będzie wspaniałą matką i najulubieńszą ciocią, która po prostu nie tapla się w lukrowanym macierzyństwie. Najmniej przekonana jestem do Mijeczki, chociaż odgrywa ona kluczową rolę w fabule, jest motorem zmian, próbuje znaleźć swoją drogę, choć momentami sama nie wie, czego ( i kogo) chce, to jednak właśnie ona wypowiada ważne zdanie: “Najgorsze więzienie to ty sama”. Tak, bo to jest także powieść o wolności i o odwadze realizowania własnych planów i marzeń. I wiecie co? Trzymam kciuki za szczęście Mijki.

Ważną rolę w tej powieści odgrywają dom i przyroda.
Stary dom babci Teodory jest rajem z dzieciństwa,  źródłem pięknych wspomnień,  schronieniem  w okresie egzystencjalnych rozterek, bezpiecznym azylem, przystanią dla życiowych rozbitków, czy – cytując tę książkę – “przytułkiem dla nieudaczników” gdzie “każdy, kto jest na skraju załamania mógł tu przeczekać kłopoty”. To miejsce rodzinnych spotkań, powrotów; siedlisko oferujące gościnę, ale wymagające napraw, remontów, nakładu pracy.
Podobnie sprawy mają się z ogrodem, rozległym, bujnym, zdziczałym, ekspansywnym oraz posadzonym przez dziadka jabłoniowym sadem, który właściwie powinno się wykarczować, posadzić nowe drzewka. Coraz trudniej korzystać z darów natury, dosięgnąć owoców z wysokich drzew, krzewy wręcz oplatają domostwo. Przyroda jednocześnie daje schronienie i pożywienie, ale może też zagrażać bezpieczeństwu. Zmiany w domu, ogrodzie i sadzie oznaczają też zmiany w życiu bohaterów

Podobał mi się klimat tej powieści, plastyczność opisów (bez obaw, nie są zbyt rozbudowane), niedopowiedzenia, jej pozorna lekkość i mądry przekaz. Doceniam to, że autorka wiele scen nakreśliła z humorem, ale też nie zabrakło gorzkich prawd i przede wszystkim życiowych sytuacji, ze smutkiem, sentymentem, tęsknotą za tym, co przeminęło.
Specjalne punkty przyznaję za chodzącego własnymi ścieżkami rudego starego kocura oraz nietypową kotkę Julę, a także za hiszpański temperament Nati i kupioną przez nią rzeźbę do ogrodu.

Przyznam, że zupełnie nie czytałam tej książki przez pryzmat wojny, ani w ogóle Ukrainy. Dla mnie była to bardzo uniwersalna historia, której fabuła mogłaby dziać się wszędzie, zwłaszcza, że świat stał przed bohaterkami otworem. Powieść była najgłośniejszą ukraińską książką 2021 roku, zdobyła wyróżnienie Europejskiej Nagrody Literackiej i mam nadzieję, że to nie koniec sukcesów autorki.

Kuzniecowa w pięknym stylu opowiedziała o rodzinie wielopokoleniowej, międzynarodowej i patchworkowej,  w której prym wiodą kobiety – silne, niezależne, odważne, będące w skomplikowanych relacjach uczuciowych, potrzebujące niekiedy “kryjówki”, “przerwy od życia” – po prostu dystansu, czasu na przemyślenie pewnych spraw i podjęcie decyzji.

Powieść “Nim dojrzeją maliny” zasługuje na uważną lekturę, dostarczy wielu emocji, otuli jak kocyk, oplącze jak gałęzie dzikich krzewów i niełatwo wypuści ze swojego świata. Polecam zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

Recenzja została opublikowana na stronie Życie i Pasje:
http://zycieipasje.net/2023/02/nim-dojrzeja-maliny-eugenia-kuzniecowa-recenzja/

Wydawnictwo Znak
Autor: Eugenia Kuzmiecowa
Tytuł: Nim dojrzeją maliny
Tłumaczenie: Iwona Boruszkowska
Data wydania: 8.02.2023
Liczba stron: 304
ISBN: 978-83-240-6582-0

środa, 23 czerwca 2021

“Zanim wyznasz mi miłość” Magdalena Kordel – recenzja przedpremierowa


Sięgając po książkę Magdaleny Kordel, można być pewnym, że znajdziemy w niej ciepłą, optymistyczną opowieść z wątkiem uczuciowym, której bohaterowie, choć mają swoje troski, problemy i tajemnice, swoim postępowaniem sprawiają, że powraca wiara w człowieka. W tej powieści też tak jest. Myli się ten, kto sądzi, choćby po tytule, że to będzie słodkie romansidło. Autorka zadbała o zrównoważenie rozmaitych wątków i wykreowanie barwnych postaci.  Zanim przeczytasz “Zanim wyznasz mi miłość”, przygotuj się na wiele uśmiechów i wzruszeń.
PREMIERA: 30.06.2021 r.
 
całość recenzji:

 http://zycieipasje.net/2021/06/szpieg-w-ksiegarni-zanim-wyznasz-mi-milosc-magdalena-kordel-recenzja-przedpremierowa/

sobota, 29 maja 2021

“Supercepcja. Szósty zmysł” Katarzyna Gacek

 


Chyba każdy, będąc dzieckiem, marzył o tym, by mieć jakąś supermoc – być niewidzialnym, czy przenikać przez ściany, albo chociaż umieć przewidzieć pytania na klasówce  Bohaterowie serii Supercepcja obdarzeni są wyjątkowymi cechami – mają nadzwyczajny wzrok, słuch, smak i dotyk. posiadanie superzmysłów, jakże przydatnych w szczególnych okolicznościach,  wiąże się jednak z utrudnieniem codziennego funkcjonowania – noszeniem nauszników, ciemnych okularów czy klamerki na nosie, które chronią przed nadmiarem bodźców.  Przez swoje wyczulone zmysły, dzieci znalazły się w niebezpieczeństwie –  po piętach depczą im nieprzebierający w metodach naukowcy , którzy chcą przeprowadzać na nich badania i wykorzystać do złych celów.

W piątym tomie zatytułowanym Szósty zmysł (który można spokojnie przeczytać bez znajomości poprzednich części – to, co trzeba wiedzieć, jest tu zgrabnie podane) od razu  wpadamy w wir akcji. Trwają poszukiwania porwanego Tymona.  Przeszukanie starej fabryki przez policję skończyło się fiaskiem. Dzielna Julka zaczyna działać na własną rękę. Ale i ona sama wpada w pułapkę. Klara wyjeżdża. Wszystko zostaje więc w rękach Zosi i Janka. Wpadają oni na ciekawy trop, zanosi się na to, że nie tylko oni mają superzmysły i ktoś do nich dołączy… O tym mówi nam już prolog, który rozgrywa się w… Australii.
Więcej nie mogę zdradzić. Powiem krótko – dużo się dzieje, akcja trzyma w napięciu, z każdym rozdziałem rośnie ciekawość, a niebagatelną rolę odgrywa szczur o imieniu Pieprz.

ciąg dalszy recenzji:
http://zycieipasje.net/2021/05/szpieg-w-ksiegarni-supercepcja-szosty-zmysl-katarzyna-gacek-recenzja/#more-13895

niedziela, 31 stycznia 2021

"Sekret mojego męża" Liane Moriarty

 

W powieści australijskiej pisarki w intrygujący sposób splatają się trzy wątki skoncentrowane wokół postaci Cecilii, Tess i Rachel. To  opowieść o stracie, zdradzie, zbrodni, odpowiedzialności, poczuciu winy… i nie tylko. Ważny jest w niej motyw muru berlińskiego, a akcja rozgrywa się przed Wielkanocą. Nie dziwię się, że Liane Moriarty nazywana jest mistrzynią prozy psychologicznej.

Wyobraź sobie, że znajdujesz list, zaadresowany do ciebie, z adnotacją, że masz go otworzyć po śmierci nadawcy. Tymczasem ten nadawca, twój mąż tudzież inna bliska osoba, żyje i ma się świetnie. Co zwycięży: ciekawość czy lojalność?
Z takim dylematem zmierzyła się Cecilia, na co dzień perfekcyjnie zorganizowana żona, matka i pani domu, konsultantka znanej branży pojemników na żywność, aktywna w radzie szkolnej. Czy otworzyła “puszkę Pandory”? Co położyła na szali sprawiedliwości?
Wyobraź sobie, że dwoje bliskich ci osób oznajmia ci coś, co sprawia, że twoje dotychczasowe życie i zaufanie do nich legło w gruzach? Co zrobisz? Tess zabrała syna i przeniosła się do matki, która akurat potrzebowała opieki po wypadku – to jednak przecież tylko tymczasowe i w sumie żadne rozwiązanie, trzeba podjąć konkretne decyzje. Wtedy jednak pojawia się ważna osoba z dawnych czasów i nowa perspektywa.
Jeszcze jedna sytuacja –  twoja najbliższa rodzina (dzieci i wnuki) wyjeżdżają za ocean, zostawiając cię z samotnością, wspomnieniami, rozważaniami – co by  było, gdyby.. Jak się w tym odnajdziesz? Rachel ma naprawdę ciężki orzech do zgryzienia: nigdy nie odetnie się od przeszłości, nie spocznie, póki morderca jej córki nie poniesie kary.
Tymczasem niezbadane są ścieżki losu…
(...)

Całość mojej recenzji:


http://zycieipasje.net/2021/01/szpieg-w-ksiegarni-sekret-mojego-meza-liane-moriarty-recenzja-przedpremierowa/

środa, 30 grudnia 2020

"Historia amuletu" Edith Nesbit

 


"Historia amuletu" Edith Nesbit, 
tłumaczenie: Irena Tuwim
Podróż sentymentalna do książek z dzieciństwa.
To 3 tom serii, poprzednie "Pięcioro dzieci i"coś"", "Feniks i dywan", kiedyś czytałam, pamiętam też słuchowiska w audycji "Radio Dzieciom".
Londyn, 1905 r., Antea, Robert, Cyryl i Janeczka znów spotykają Piaskoludka (uroczy, ale trochę wredny, bardzo go lubię), znajdują amulet i muszą zdobyć jego drugą część, w tym celu podróżują w czasie i przestrzeni (m.in. do starożytnego Egiptu, Babilonu, na Atlantydę...a także w przyszłość - tu piękna idealistyczna wizja). Fantastyka, przygoda i historia. Dziecięca fantazja, przyjaźń, miłość,życzliwość, rodzina.
Przemiła powieść, pomogła mi przełamać świąteczny impas czytelniczy. Teraz namawiam córkę, ciekawe czy się skusi;-)
 

czwartek, 29 października 2020

"Kobiety z Vardø" Kiran Millwood Hargrave,

Recenzja ukazała się tutaj:
http://zycieipasje.net/2020/10/szpieg-w-ksiegarni-kobiety-z-vardo-kiran-milwood-hargrave-recenzja/

 

wydawnictwo Znak LiteraNova 2020

 Wściekłość i wrzask. Nie chodzi jednak o tytuł powieści W. Faulknera. To najkrótsze podsumowanie moich odczuć po lekturze “Kobiet z Vardø “, książki opartej na faktach, opowiadającej o procesach “czarownic”, jakie miały miejsce na północy Norwegii w XVII wieku. Absurdalność zarzutów postawionych kobietom oraz sposób ich traktowania budzi oburzenie, którego nie sposób wyrazić. Nad tą powieścią nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza, że łatwo dostrzec, iż w pewnych aspektach nic się nie zmieniło nawet przez  czterysta lat.

Kobiety z  Vardø to pierwsza powieść dla dorosłych napisana przez  brytyjską pisarkę i poetkę, Kiran Millwood Hargrave, której Dziewczynka z atramentu i gwiazd została nagrodzona m.in. British Book Award w kategorii literatury dziecięcej, a kolejne powieści dla młodych czytelników również były docenione.

Kanwą utworu są wydarzenia historyczne – akcja dzieje się w latach 1617-1619 na najdalej wysuniętym na północ krańcu Norwegii. Za panowania króla Chrystiana IV w XVII w.  wprowadzono rozporządzenia prawne wymierzone przeciwko  rdzennej ludności, w rzekome “czary”,  sankcjonujące prześladowania. Skazano i spalono na stosie 91 osób. Procesy zostały udokumentowane, pokłosiem prac badawczych są książki  np. “Witchcraft Trials in Finnmark in Northern Norway”  dr Liv Helene Willumsen. Upamiętnia je umieszczona na wyspie Vardø  instalacja P.Zumthora i L. Bourgeois, która zainspirowała Kiran Millwood Hargrave do napisana powieści.
Jak wspomina autorka w posłowiu – książka poświęcona jest nie tyle samym procesom, ile okolicznościom, które mogły do nich doprowadzić. “Pisząc z perspektywy  czterystu lat odnajdywałam wiele podobieństw między tak różnymi epokami jak wiek siedemnasty i nasz” – stwierdza – “Ta opowieść mówi o ludziach i o tym, jak żyli” ( s. 393).

O tak, te podobieństwa są zaskakujące. Tym samym powieść nabiera uniwersalnej wymowy. To bowiem nie tylko historia kobiet z rybackiej osady, które po stracie – w wyniku nagłego sztormu – swoich mężów, ojców, synów, braci musiały stawić czoła przeciwnościom losu i z determinacją walczyć o przetrwanie.
To opowieść o tym, do czego może doprowadzić fanatyzm, ślepe poddawanie się zasadom, żądza władzy i sławy, a także zawiść i nienawiść. O tym, jak ważne są solidarność i wzajemne wsparcie  w rodzinie oraz w grupie społecznej. Z przykrością trzeba stwierdzić, że to ich brak przyczynił się w znacznej mierze do tragedii. To jedne kobiety oskarżyły drugie – ten fakt wydaje się szczególnie bolesny. Wszystkie, można powiedzieć, “jechały na tym samym wózku”, ale zazdrość i nienawiść, a także chęć przypodobania się władzom (komisarzowi, szeryfowi) i pastorowi  popchnęła niektóre z nich ku niecnemu postępkowi.
Ponadto bardzo wyraźnie widoczny jest w powieści problem nierówności płci, instrumentalne traktowanie kobiet. Współcześnie noszenie przez kobiety spodni już nie stanowi skandalu, ale nadal bywają one traktowane gorzej niż mężczyźni, spychane do stereotypowych ról, ich zdanie się nie liczy, a prawa nie są szanowane.
To także książka o miłości i śmierci,  odwiecznej walce dobra ze złem, o nieuchronnym konflikcie między narzucanym siłą prawem a opartymi na tradycji zwyczajami.

Wracając do fabuły – choć oparte na historycznej podstawie, to postaci i wydarzenia są fikcyjne. Pierwszoplanową bohaterką jest dwudziestoletnia Maren, świeżo upieczona narzeczona, pełna marzeń i planów.  To z jej perspektywy śledzimy wydarzenia, choć narracja jest trzecioosobowa.
Obserwujemy jej relacje z matką i bratową – z pochodzenia Laponką,  ze starszą przyjaciółką Kristen oraz z innymi kobietami z wioski. Każda inaczej przeżywała żałobę po stracie najbliższych. Zastanawiały się też nad tragedią, wypatrywały znaków, rozważały czy wieloryb, który przygnał ławicę ryb,  został zesłany przez Złego, a może ktoś przyzywał diabła?
Koniecznością było, by w sytuacji, gdy w osadzie zostali tylko starcy i małe dzieci,  to kobiety zakasały rękawy, przejęły męskie obowiązki, podjęły się wyruszania łodzią na połów ryb, hodowania reniferów itp. Powinny też opiekować się sobą nawzajem. Spotykały się co  środę w  dużym domu Fru Olufsdatter, niedoszłej teściowej Maren, na wspólne robótki, rozmowy i posiłek – coś w stylu Koła Gospodyń Wiejskich. Szybko jednak wytworzyły się między nimi animozje. Powstał  – nazwijmy to “obóz kościółkowy”, ze złośliwą, zawistną Toril na czele,  skupiony wokół zboru, nowego pastora (w sumie dość biernego człowieka) oraz nowego komisarza Corneta – wielce bogobojnego, fanatycznego Szkota, słynącego z polowań na osoby parające się czarami.
Należało zapomnieć o runach, tradycyjnych  ludowych figurkach, zaklinaniu pogody, czy zbieraniu ziół,  wszelkie zachowanie odstające od narzuconych norm było podejrzane i osądzanie. Edykt “O czarach” wszedł w życie. Niezależność, samodzielność, zaradność i odwaga stały się dla niektórych mieszkanek Vardo powodem do zguby.
Wraz z komisarzem do Vardo przybyła jego młodziutka żona, Ursa – niedoświadczona i naiwna, wydana za mąż jak towar; samotna, zagubiona. W Maren znajduje pomocnicę, nauczycielkę zajęć domowych, a także więcej niż przyjaciółkę. Z czasem potem rodzi się świadomość uczucia i pożądania..

Wraz z przewracaniem kolejnym kartek tej książki narasta oburzenie zachowaniem postaci takich jak komisarz, szeryf, Toril, matka Maren, rośnie natomiast współczucie dla, Maren, Diinny, Kristen i innych niesłusznie posądzonych i okrutnie potraktowanych. Pod koniec akcja przyspiesza i można rzec, że nabiera rumieńców. Czy można było ocalić uwięzione Norweżki?  Kto i czym zawinił? Czy Dinnie udało się bezpiecznie uciec?  Co się wydarzyło w szopie na łodzie? Jak postąpiła Ursa? Jaką decyzję podjęła Maren?
Trudno tę książkę odłożyć, póki się nie dowiemy.

Oryginalny tytuł brzmi “The mercies”. Miłosierdzie? To wręcz oksymoron w odniesieniu do tej historii, wielka ironia dziejów. Według pastora Bóg okazał miłosierdzie  – kobiety ocalały podczas sztormu, przeszły przez trudną próbę. I tu aż prosi się o pytanie, na które nie ma odpowiedzi…. Gdzie był Bóg, gdy płonęły stosy? Czyżby to ludziom zabrakło miłosierdzia?

Proza Kiran Millwood Hargrave jest dość prosta, surowa jak skandynawski klimat, niemniej sugestywna i poruszająca. Opisy warunków życia, zajęć, potraw, ubrań, tamtejszej pogody i krajobrazu są realistyczne. Autorka dba o szczegóły, które obrazują nieraz więcej niż uczyniłyby to długie opisy. Potrafi oddać emocje bohaterów, zbudować napięcie.
Kobiety z Vardo to ciekawa, dobrze opowiedziana historia, z wyrazistymi postaciami, mocno osadzona w realiach historycznych, uniwersalna, ważna i potrzebna,  skłaniająca do refleksji i gorzkiej konstatacji, że polowanie na czarownice nadal w takiej czy innej wersji trwa…

 
Książka wpasowała się z październikowe zdanie wyzwania "Pod hasłem"

 

środa, 5 lutego 2020

"Motyl i skrzypce" Kristy Cambron - przedpremierowo



wydawnictwo Znak, 2020 r.


Ostatnio ukazało się sporo książek podejmujących motyw Auschwitz. Zwykłemu czytelnikowi często trudno oddzielić ziarno od plew, a po głowie kołacze się nieodparcie myśl, czy "moda i marketing" nie zaczynają przesłaniać wartości. Zanim jednak wszystkie publikacje nie będące literaturą faktu wrzucimy pochopnie do wielkiego wora z hasłem "złe", spróbujmy kilka z nich przeczytać i wyrobić sobie o nich zdanie. 

Z ciekawością, dystansem i w sumie bez szczególnych oczekiwań sięgnęłam po powieść "Motyl i skrzypce".  Szczerze powiem, że nie rozczarowałam się. To nie jest arcydzieło, ale też nic koszmarnego. Według mnie to całkiem przyzwoita powieść, która nie udaje tego, czym nie jest.  To fikcja, ale nie nagina faktów, nie przekłamuje rzeczywistości, nie koloryzuje. Nie skupia się na dramatycznych scenach i drastycznych opisach życia w obozie, pod tym względem wypada dość łagodnie, choć nie brak wymownych szczegółów. Akcent położony został na coś innego. Z góry rozproszę obawy - to nie jest żadna sielanka czy romans w obozowej scenerii. Wiara, nadzieja, miłość, a także piękno i sztuka, muzyka, malarstwo  - to ważne, kluczowe motywy tej powieści.  Na nich głównie skupiłam uwagę, mniej przyglądając się obecnej oczywiście, zapowiadanej na okładce i w opisie, sile kobiet.  

Autorka Kristy L. Cambron nie jest literacką debiutantką, z wykształcenia historyk sztuki, ma w dorobku powieści historyczne i książki z zakresu religii. Zarówno ona, jak i bohaterowie omawianej powieści są osobami głęboko wierzącymi.  Motyw wiary i sztuki odgrywają ważną rolę w "Motylu i skrzypcach". Nie każdemu to w smak, warto jednak poznać poglądy i motywacje innych, nawet jeśli sami kierujemy się czymś innym.

Fabuła obejmuje dwa plany czasowe, które przeplatają się ze sobą, dominująca wydaje się jednak teraźniejszość.
Współczesność - to wątek Sery James, właścicielki galerii sztuki i biznesmena Williama Hanovera, mamy tu poszukiwanie oryginału pewnego tajemniczego obrazu, skomplikowane sprawy spadkowe oraz... uczuciowe.  Ta część skojarzyła mi się z twórczością Nory Roberts, a także z "Dumą i uprzedzenie" Jane Austen, a to głównie za sprawą Wiliama, który nieco przypomina pana Darcy'ego.
Przeszłość - to czasy II wojny światowej i losy młodej, utalentowanej austriackiej skrzypaczki, córki generała Trzeciej Rzeszy, Adele von Bron (postać fikcyjna), która pomagała Żydom i trafiła w ramach "resocjalizacji" do obozu w Auschwitz. Tam przydzielono ją do bloku muzycznego, do pracy w magazynie i gry w obozowej orkiestrze (dyrygentka Alma Rose to postać autentyczna). Ta z pozoru lekka praca, owszem dawała szansę przetrwania, ale była okupiona ogromnym obciążeniem psychicznym -  m.in. świadomością, że się przygrywa marsza robotnikom idącym na śmierć. Tu Adele poznała Omarę, mądrą i odważną kobietę, która wlała w jej serce nadzieję, otuchę i pokazała piękno, jakie może zaistnieć nawet w "przedpieklu" - piękno muzyki, sztuki ocalającej duszę. Siłę, by przetrwać, skrzypaczka czerpała jeszcze z jednego źródła - miłości. Wspomnienia ukochanego Vladimira, który kiedyś  podarował jej spinkę-motylka i nadzieja, że się spotkają po wojnie stanowiły ważną motywację. Czy udało im się przeżyć? Jak ten wątek łączy się z tym współczesnym? Kto namalował obraz poszukiwany od lat przez Serę i w czyim posiadaniu się znajduje?
Opowieść nie jest aż tak przewidywalna jak się wydaje.

Czytelniczki romansów historyczno-obyczajowych będą usatysfakcjonowane tą fabułą. Zwolennicy historycznej rzetelności nie będą narzekać  -  odsyłam tu do krótkiego posłowia autorki oraz bibliografii z ciekawymi odnośnikami.  W dużej mierze to także książka dla miłośników motywu dzieł sztuki. I chociaż to odnosząca się do historii literacka fikcja, to wnosi swoją cegiełkę w dzieło pamięci ofiar tamtych strasznych czasów.

Czy wiedzieliście, że "w ruinach częściowo zburzonych magazynów  oraz starych baraków znaleziono ponad tysiąc sześćset  dzieł sztuki, które przetrwały do dziś, a każde z nich opowiada smutną historię następnym pokoleniom" (s. 372)? Szczerze przyznam, że nie miałam o tym pojęcia. I zapewne nie jestem w tym odosobniona. Nie każdy bowiem aż tak dużo czytał na temat Auschwitz i innych obozów, nie każdy dysponuje szczegółową wiedzą.
Możecie się też dziwić, ale dopiero dzięki tej książce dowiedziałam się o obozowych orkiestrach, działających tam zespołach muzycznych, zaczęłam szukać na ten temat artykułów, sprawdzać, czytać.
I chociażby to uznaję za ogromny walor tej powieści - daje impuls do poszukiwania, pogłębiania wiedzy, sięgania do źródeł.

Ze względu na tematykę, niezręcznie byłoby napisać, że książka jest przyjemna w odbiorze - po prostu  dobrze i dość szybko się ją czyta. Napisana jest przystępnie; nieskomplikowanym językiem, z dużą ilością dialogów.  Fabuła wciąga i budzi wiele emocji. Wzrusza, zasmuca, ale nie przytłacza zbyt mocno.
Postawy bohaterów, ich dylematy i decyzje  dają do myślenia.
Można tu znaleźć wiele tematów do rozważań i dyskusji - na pewno byłyby ciekawe i burzliwe.
"Motyl i skrzypce" to pierwszy tom serii "Ukryte arcydzieła", mam nadzieję, że kolejny ukaże się także i na polskim rynku wydawniczym, chętnie poznam dalsze dzieje Sery i nową, zanurzoną w historii opowieść.  Nie jest to może książka, którą koniecznie trzeba przeczytać, ale też daleka jestem od zniechęcania do niej. Na pewno znajdą się czytelnicy, którym przypadnie do gustu, a jeśli lektura zainspiruje ich do dalszych czytelniczych wędrówek po literaturze - będzie wspaniale!

/recenzja ukazała się również na stronie zycieipasje.net oraz lubimyczytac.pl/

Agnieszka Grabowska

Wydawnictwo Znak
Motyl i skrzypce
Kristy Cambron
przekład:Marcin Sieduszewski
Liczba stron: 384
premiera książki: 12 lutego 2020 r.













wtorek, 20 grudnia 2016

"Anioł do wynajęcia" M. Kordel, czyli nowa, śliczna opowieść wigilijna



Znak 2016
Drodzy Czytelnicy!

Dajcie sobie spokój z Dickensem! Oto pojawiła się nowa "opowieść wigilijna", chwytająca za serce, otulająca kocykiem i podająca kubek cynamonowej herbaty, pomagająca obudzić prawdziwego Ducha Świąt, uwierzyć w miłość, przyjaźń i dobroć. Książka tak piękna, tak świąteczna, że bardziej być nie może!
Urzekła mnie niesamowicie i koniecznie muszę ją Wam polecić.

Magdalena Kordel, autorka  m. in. "Uroczyska" i cyklu "Malownicze" tym razem przeszła samą siebie i sprawiła nam wspaniały prezent - akurat idealny pod choinkę. Napisała współczesną baśń, w której znajdziemy wiele ważnych wartości, o których często zapominamy w codziennym życiu, wśród naszych problemów i trosk.

Główna bohaterka, Michalina to jakby skrzyżowanie Dziewczynki z Zapałkami z Kopciuszkiem. Co prawda pantofelka nie zgubiła, ale na początku całej historii nie ma ciepłej kurtki. Jest bezdomna, a jej sytuacja życiowa - skomplikowana. Na szczęście pojawia się dobra wróżka (florystka Gabrysia) a nawet dwie, choć ta druga (Nela) to raczej "jędza", ale taka o złotym sercu. Jest też zła macocha i przystojny książę (Kotula!). Nic nie dzieje się bez powodu. Wszystko ma swój sens.
Oczywiście wszystko dzieje się we współczesnych realiach, z kwiaciarnią, drewnianymi figurkami ze starej szopki, malowaniem bombek i pieczeniem piernika w tle. 

Akcja toczy się  od ostatniego dnia listopada aż do magicznego wieczoru 24 grudnia, ale nie wszystkie kolejne dni są opisane, tylko te, w których działo się coś ważnego dla bohaterów. Sięgamy też do przeszłości (poznajemy, co doprowadziło Michalinę do desperackiego kroku i dowiadujemy się na kogo i dlaczego czeka Nela).

Nie mogę wyjawić więcej z fabuły, nie chcę odbierać magii czytania. Zapewniam, że będzie to  ciepła, serdeczna, wzruszająca opowieść, znajdziemy tam zarówno gorzkie chwile, jak i zabawne momenty. Oczywiście zakończenie musi być szczęśliwe. Takie książki są jak miód na serce.

"Anioł do wynajęcia" opowiada o ludziach i aniołach, o ziemskich pomocnikach aniołów, o zwykłych cudach,  o tym, jak wiele można uczynić wyciągając dłoń ku osobie w potrzebie, o tym, że całego świata nie zbawimy, ale możemy uszczęśliwić choć jedno istnienie. Powieść daje nadzieję, przywraca wiarę w ludzi, wzbogaca, uszlachetnia, przynosi wiele emocji. Na końcu znajdziemy kilka przepisów na świąteczne specjały. Może ktoś zechce z nich skorzystać. Zapowiadają się apetycznie.

Uroku opowieści dodają powtarzane sformułowania np. "I nastał grudzień, dzień trzynasty", "I nastał grudzień. Dzień czternasty".
 
Dodam jeszcze, że książka ma w sobie coś z klimatu starej dobrej "Jeżycjady" oraz z "Ani z Zielonego Wzgórza". Jeśli ktoś zna Józefa, będzie wiedział, o co chodzi...


 ***
Życzę Wam, aby każdy, gdy znajdzie się w trudnej sytuacji, spotkał swojego anioła, a także, by sam stał się dla kogoś potrzebującego pomocy takim aniołem. Dobrych, pełnych miłości i wzajemnego zrozumienia, zaczytanych Świąt!

środa, 16 września 2015

"Pałac. Biografia intymna" B. Chomątowska

I znów biografia! Ostatnio czytam je na pęczki ;-) Tym razem jednak bohaterem jest słynna, choć nie przez wszystkich lubiana budowla...

Zapraszam na kilka zdań o jednym z symboli naszej stolicy. /LINK/

niedziela, 8 marca 2015

"Śpiewaj ogrody" P. Huelle

Tę książkę otrzymałam w ubiegłym roku na urodziny, w dodatku z dedykacją i autografem. Cóż, długo kazałam jej czekać na półce. Była to wyjątkowa i wyczekiwana lektura. Tym razem będą  o niej tylko hasłowe zapiski.
"Śpiewaj ogrody" to powieść rozbrzmiewająca muzyką Wagnera, poezją Rilkego, kaszubską mową pana Bieszka.
Literacki kontrapunkt.
Ogród nie plewiony, w którym różne wątki kwitną.
Kuferek z opowieściami.
Wspomnienia  chłopca ( jego własna "partytura życia") - przyczynkiem do snucia opowieści. Bohater po przeprowadzce, po paru latach powraca do domu, w którym się wychowywał, mieszkająca tam nadal pani Greta, Niemka -opowiada.
Dzieje małżeństwa Grety z Ernestem Teodorem von Hoffmannem.
Historia odnalezienia opery Wagnera "Szczurołap... i jej rekonstrukcji.  Kompozycja Pieśń dla Grety na podstawie poezji Rilkego.
"Dziennik Francuza" - pamiętniki Francoise'a Venancourta, ongiś zamieszkującego posesję przy Polankach (Dom Hoffmanów); zbrodnie sprzed lat  /ten wątek znacznie ubarwia fabułę/
Sopocka Scena.
Przedwojenne niepokoje i wojenna zawierucha.
Altowiolista Fox.
Ojciec bohatera i pan Bieszke.
Szczury.
Kaszubskie obyczaje.
Wielokulturowość.
Wolne Miasto Gdańsk.
Muzyka. Miłość. Przyjaźń. Pasja. Pamięć.

Proza misterna,  kunsztowna, poważna, trudna, wymagająca skupienia, a mimo to wciągająca. Przenosząca czytelnika w opisywane miejsca i czasy.

Są głosy, że to powieść przegadana, ciężkostrawna, że bigos... Mi akurat smakowało :-)
Tylko okładka jednak nie bardzo mi pasowała... Sama w sobie ładna, ale po przeczytaniu książki, stwierdziłam, że jest zbyt lekka w odniesieniu do treści.

Na pewno nie do każdego trafi taki styl. To jednak coś zupełnie innego niż "Weiser Dawidek" - chyba najbardziej znana i lubiana powieść Huellego.
Przede mną jeszcze "Ostatnia wieczerza" - już ładnych kilka lat okupująca miejsce na regale.

wtorek, 11 listopada 2014

Z ziemi japońskiej do Polski (M. Bruczkowski "Powrót niedoskonały")

Tak jakoś nawet pasuje, że ta recenzja ujrzała światło dzienne akurat  dziś, w dniu święta naszego kraju.
W powieści mowa o powrocie do Ojczyzny, o czuciu się Polakiem, o byciu obcym....
Do tego paru oryginalnych osobników , ludzi pozytywnie zakręconych , pracujących w tajemniczej "Antykowni" ;-)
Specyficzny humor, ironia.

Dla miłośników prozy Gajdzina, ale nie tylko...
Zapraszam tam: /klik/

wtorek, 5 sierpnia 2014

Malowniczo!


Na nasz wakacyjny ( co prawda krótki, ale jak się okazało - bardzo udany!) wyjazd do Rabki chciałam zabrać książkę lekką ( nie w twardej oprawie ;-) i przyjemną, jakąś powieść obyczajową, coś z tzw. "literatury kobiecej". Miałam mały dylemat, ale w końcu padło na... "Malownicze. Wymarzony dom" Magdaleny Kordel,  przesympatycznej autorki, która "za górami, za lasami..." bloguje i wydaje zbiory opowiadań z czytelnikami.  
Moja znajomość twórczości tejże osoby wypada blado. Dawno temu czytałam "48 tygodni", pamiętam kwiatek na okładce i to, że coś mi tam nie grało. Z pewnością tamta powieść to nie było "mistrzostwo świata", ale.... kto pisze, nie błądzi. Zamierzałam sięgnąć jeszcze po coś pióra tej autorki, stąd niedawny zakup i ten wybór.
Co prawda w trakcie pobytu niewiele udało mi się poczytać, ale za to w drodze powrotnej, gdy Elwi spała snem sprawiedliwego, czy raczej wywściekanego i padniętego, porządnie "zaatakowałam" lekturę i już na  niedzielny, późny wieczór zostało mi zaledwie kilkanaście stron. 

Madeleine, czyli Magda w dość nietypowych okolicznościach kupiła kota w worku, a właściwie dom w worku, gdzieś tam w górach. Wyprawa do Malowniczego, bo tam była zlokalizowana zakupiona pod wpływem impulsu nieruchomość, okazała się kluczową w życiu bohaterki. Dom bowiem jakby na nią czekał, choć zaniedbany i pusty, to wspaniały, pełen ciepła i emocji zgromadzonych między starymi ścianami.  Pobyt Magdy zapowiada się na dłużej, oprócz uregulowania swoich spraw i zagospodarowania nowego lokum ma przyjąć pod swe skrzydła swoją rodzoną  siostrę "marnotrawną", która wdała się w złe towarzystwo. Zanim jednak Kaśka do niej dotarła, los postawił na jej drodze całą ferajnę nietuzinkowych postaci:
- Łucję, która swym fotograficznym plenerem przeniosła zaspaną Madzię do XIX wieku,
- Marcysię, kilkuletnią dziewuszkę, która przylgnęła do niej szukając tego, czego nie zaznała w patologicznym domu oraz jej  starszą siostrę Anię;
- Julię, świeżo upieczoną maturzystkę o  agrestowych oczach, która przybyła do Malowniczego, by poznać tajemnicę przeszłości swego ojca Kacpra;
- sąsiadkę Krysię, wypiekającą rogaliki- kłopotki i znającą odpowiedzi na juline pytania;
- panią Leontynę ze sklepiku ze starociami, zakrawającą na czarownicę;
- Marysię (córkę Majki z pensjonatu "Uroczysko"), która swą charyzmą poruszyłaby świat w posadach, a póki co zajmuje się zrekonstruowaniem na podstawie zdjęć ze starego albumu  saloniku pani Janeczki i komenderuje remontem w domu Magdy;
- Jazzmana, majstra tegoż remontu z przejściowymi kłopotami mieszkaniowymi;
- zjawiskowego pana Miecia, rodem z ławeczki w Wilkowyjach ;-D
- proboszcza, niekiedy incognito;
- Pięknego Romana, który w słusznej sprawie narobił jednak bigosu;
- wreszcie Michała na rączym motocyklu, który wraz z bratem bohaterki nie tylko na odsiecz przybył...

Działo się, oj działo... Było i śmiesznie, i smutno, i poważnie, i wesoło, wzruszająco i zabawnie. Po prostu malowniczo! Wyczułam klimat trochę" jeżycjadowy", trochę "szwajowy", trochę "aniozielonowzgórzowy". Dużo wątków: sytuacja dzieci (Marcysi i Ani), tajemnica z przeszłości (zagadkowe powiązania Julka-Kacper- Krysia - Tymek), rodzinne i uczuciowe sprawy Magdy ( w tym problem z siostrą) sprawia, że czytelnik nie może się nudzić. Nie ma też poczucia wyidealizowania, w sielskiej scenerii też zdarzają się tragedie i dramatyczne sytuacje. Powieść mimo poruszania poważnych tematów zachowuje ciepły i optymistyczny klimat, ma w sobie dużo humoru i pogody.

Nie mam pojęcia, gdzie leży pies pogrzebany, bo choć wszystko było "comme il faut", czytało się przyjemnie, to jednak nie czuję się tą książką zaczarowana, zachwycona czy urzeczona. Trudno się tu do czegokolwiek przyczepić, sama więc nie wiem, co spowodowało moje odczucia, a raczej ich brak.
Z pewnością jest to kawał dobrej prozy obyczajowej i warto uwzględnić fikcyjne Malownicze na swojej czytelniczej mapie. Widocznie u mnie ta powieść nie trafiła na swój wymarzony czas.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Dwóch panów z Brukseli, nie licząc psa, czyli "Małżeństwo we troje" E.-E. Schmitta


Okładka książki Małżeństwo we trojeNiejednokrotnie już wspominałam, iż Eric-Emmanuel Schmitt należy do moich ulubionych autorów. W miarę możliwości staram się czytać wszystko, co ukaże się spod jego pióra. Lista przeczytanych jest już całkiem spora, zatem mam  porównanie i wiem, że ten francuski pisarz, choć potrafi ująć jak nikt, bywa jednak nierówny. Nie wszystkie jego teksty jednakowo mi się podobają, nie każdy utwór jest na takim samym poziomie. Różna też bywa reakcja czytelników - każdy ma bowiem inne oczekiwania i potrzeby.
Niedawno bardzo pozytywnie odebrałam  "Tajemnicę pani Ming", następnie złowiłam w bibliotece "Małżeństwo we troje". Z tego zbioru opowiadań  też jestem niezwykle zadowolona. Co więcej, udało mi się wychwycić wspólny mianownik tych kilku tekstów, bo trzeba wiedzieć, że wbrew pozorom, mimo swej różnorodności tworzą spójną całość.

"Dwóch panów z Brukseli"  - Genevieve niespodziewanie dostaje w spadku majątek (trochę mi się tu skojarzyła "Lista moich zachcianek" G. Delacourta, również proza francuska). Narrator powoli odkrywa całą historię siegając do dnia, w którym wspomniana kobieta brała ślub, a w katedrze, niejako cichaczem, związek zawarli także dwaj panowie....
Lekcja tolerancji, altruizmu. Zupełnie inne spojrzenie na kontrowersyjne sprawy.

"Pies" - piękna opowieść o istocie człowieczeństwa i szlachetności psiego charakteru, łącząca teraźniejszość z wojenną przeszłością.  Sięgniecie po mitologiczną symbolikę (Argos/Ulisses)

"Małżeństwo we troje"  - nieco przewrotna opowieść z epoki. Ona, on i duch Mozarta.

"Serce w popiele" - transplantologia  w islandzkiej scenerii. Wybuch wulkanu. Dwie siostry i ich synowie. Trudne sytuacje, niezrozumiała do końca relacja. Zaskakujące reakcje. Na mnie ten tekst wywarł bardzo duże wrażenie.

"Dziecko upiór" - Nic wspólnego z opowieściami grozy!  Po raz kolejny Schmitt zadaje nam trudne pytania i prezentuje moralne dylematy.


Na końcu zamieszczono posłowie -  "dziennik" pisarza,  w którym poniekąd mamy wyeksplikowane "co autor miał na myśli", co go zainspirowało.
Korzystając zatem z wiarygodnych źródeł podaję, iż dominantę w niniejszym tomie stanowią:
- motyw ukrytej architektury
- konieczna mediacja
- symboliczne wcielenie.
Ponadto wszystkie teksty tak czy owak są o miłości, co też świadczy o spójności zbioru.


E.-E. Schmitt znakomicie snuje swoje "opowieści o niewidzialnym", o "najważniejszym", porusza trudne tematy, stawia pytania, intryguje, wzbudza emocje. Jest wyrafinowany w swej prostocie, subtelnie malując różnobarwny obraz relacji międzyludzkich.


środa, 5 marca 2014

Ping, ping! Tajemnica pani Ming!

ZNAK 2014

Już dawno przeczytałam, dawno o tym napisałam, ale dopiero teraz tekst wynurzył się na światło dzienne. I nocne.
Zapraszam do zgłębiania chińskich tajemnic z francuskim filozofem - w Szufladzie.
Pozdrawiam.
A.

Moja lista blogów