Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 kwietnia 2021

“Kleopatra. Królowa, która rzuciła wyzwanie Rzymowi i zdobyła wieczną sławę” Alberto Angela

 


Sięgając po tę książkę, wyszłam nieco z własnego komfortu czytelniczego. Historia starożytna nie leży wśród moich zainteresowań. Zresztą w ogóle bardzo rzadko czytam publikacje historyczne. Tym razem jednak moją ciekawość wzbudziła postać Kleopatry, która  była niezwykle wpływową, inteligentną władczynią, a “gdyby żyła w naszych czasach, również odcisnęłaby wyraźny ślad w polityce albo wielkim biznesie” ( s.9)
Szybko się okazało, że Alberto Angela nie napisał  ani typowej książki historycznej, ani typowej biografii. Włożył ogromną pracę w zebranie  materiału do tej publikacji – zapoznał się z pracami naukowymi, tekstami autorów starożytnych, badaniami archeologicznymi. Na podstawie dostępnych źródeł postarał się odtworzyć tamtą rzeczywistość, zrekonstruować wydarzenia, odmalować tło i oddać emocje towarzyszące bohaterom tamtych dziejów.

całość mojej recenzji:

http://zycieipasje.net/2021/04/szpieg-w-ksiegarni-kleopatra-krolowa-ktora-rzucila-wyzwanie-rzymowi-i-zdobyla-wieczna-slawe-alberto-angela-recenzja/

czwartek, 29 października 2020

"Kobiety z Vardø" Kiran Millwood Hargrave,

Recenzja ukazała się tutaj:
http://zycieipasje.net/2020/10/szpieg-w-ksiegarni-kobiety-z-vardo-kiran-milwood-hargrave-recenzja/

 

wydawnictwo Znak LiteraNova 2020

 Wściekłość i wrzask. Nie chodzi jednak o tytuł powieści W. Faulknera. To najkrótsze podsumowanie moich odczuć po lekturze “Kobiet z Vardø “, książki opartej na faktach, opowiadającej o procesach “czarownic”, jakie miały miejsce na północy Norwegii w XVII wieku. Absurdalność zarzutów postawionych kobietom oraz sposób ich traktowania budzi oburzenie, którego nie sposób wyrazić. Nad tą powieścią nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza, że łatwo dostrzec, iż w pewnych aspektach nic się nie zmieniło nawet przez  czterysta lat.

Kobiety z  Vardø to pierwsza powieść dla dorosłych napisana przez  brytyjską pisarkę i poetkę, Kiran Millwood Hargrave, której Dziewczynka z atramentu i gwiazd została nagrodzona m.in. British Book Award w kategorii literatury dziecięcej, a kolejne powieści dla młodych czytelników również były docenione.

Kanwą utworu są wydarzenia historyczne – akcja dzieje się w latach 1617-1619 na najdalej wysuniętym na północ krańcu Norwegii. Za panowania króla Chrystiana IV w XVII w.  wprowadzono rozporządzenia prawne wymierzone przeciwko  rdzennej ludności, w rzekome “czary”,  sankcjonujące prześladowania. Skazano i spalono na stosie 91 osób. Procesy zostały udokumentowane, pokłosiem prac badawczych są książki  np. “Witchcraft Trials in Finnmark in Northern Norway”  dr Liv Helene Willumsen. Upamiętnia je umieszczona na wyspie Vardø  instalacja P.Zumthora i L. Bourgeois, która zainspirowała Kiran Millwood Hargrave do napisana powieści.
Jak wspomina autorka w posłowiu – książka poświęcona jest nie tyle samym procesom, ile okolicznościom, które mogły do nich doprowadzić. “Pisząc z perspektywy  czterystu lat odnajdywałam wiele podobieństw między tak różnymi epokami jak wiek siedemnasty i nasz” – stwierdza – “Ta opowieść mówi o ludziach i o tym, jak żyli” ( s. 393).

O tak, te podobieństwa są zaskakujące. Tym samym powieść nabiera uniwersalnej wymowy. To bowiem nie tylko historia kobiet z rybackiej osady, które po stracie – w wyniku nagłego sztormu – swoich mężów, ojców, synów, braci musiały stawić czoła przeciwnościom losu i z determinacją walczyć o przetrwanie.
To opowieść o tym, do czego może doprowadzić fanatyzm, ślepe poddawanie się zasadom, żądza władzy i sławy, a także zawiść i nienawiść. O tym, jak ważne są solidarność i wzajemne wsparcie  w rodzinie oraz w grupie społecznej. Z przykrością trzeba stwierdzić, że to ich brak przyczynił się w znacznej mierze do tragedii. To jedne kobiety oskarżyły drugie – ten fakt wydaje się szczególnie bolesny. Wszystkie, można powiedzieć, “jechały na tym samym wózku”, ale zazdrość i nienawiść, a także chęć przypodobania się władzom (komisarzowi, szeryfowi) i pastorowi  popchnęła niektóre z nich ku niecnemu postępkowi.
Ponadto bardzo wyraźnie widoczny jest w powieści problem nierówności płci, instrumentalne traktowanie kobiet. Współcześnie noszenie przez kobiety spodni już nie stanowi skandalu, ale nadal bywają one traktowane gorzej niż mężczyźni, spychane do stereotypowych ról, ich zdanie się nie liczy, a prawa nie są szanowane.
To także książka o miłości i śmierci,  odwiecznej walce dobra ze złem, o nieuchronnym konflikcie między narzucanym siłą prawem a opartymi na tradycji zwyczajami.

Wracając do fabuły – choć oparte na historycznej podstawie, to postaci i wydarzenia są fikcyjne. Pierwszoplanową bohaterką jest dwudziestoletnia Maren, świeżo upieczona narzeczona, pełna marzeń i planów.  To z jej perspektywy śledzimy wydarzenia, choć narracja jest trzecioosobowa.
Obserwujemy jej relacje z matką i bratową – z pochodzenia Laponką,  ze starszą przyjaciółką Kristen oraz z innymi kobietami z wioski. Każda inaczej przeżywała żałobę po stracie najbliższych. Zastanawiały się też nad tragedią, wypatrywały znaków, rozważały czy wieloryb, który przygnał ławicę ryb,  został zesłany przez Złego, a może ktoś przyzywał diabła?
Koniecznością było, by w sytuacji, gdy w osadzie zostali tylko starcy i małe dzieci,  to kobiety zakasały rękawy, przejęły męskie obowiązki, podjęły się wyruszania łodzią na połów ryb, hodowania reniferów itp. Powinny też opiekować się sobą nawzajem. Spotykały się co  środę w  dużym domu Fru Olufsdatter, niedoszłej teściowej Maren, na wspólne robótki, rozmowy i posiłek – coś w stylu Koła Gospodyń Wiejskich. Szybko jednak wytworzyły się między nimi animozje. Powstał  – nazwijmy to “obóz kościółkowy”, ze złośliwą, zawistną Toril na czele,  skupiony wokół zboru, nowego pastora (w sumie dość biernego człowieka) oraz nowego komisarza Corneta – wielce bogobojnego, fanatycznego Szkota, słynącego z polowań na osoby parające się czarami.
Należało zapomnieć o runach, tradycyjnych  ludowych figurkach, zaklinaniu pogody, czy zbieraniu ziół,  wszelkie zachowanie odstające od narzuconych norm było podejrzane i osądzanie. Edykt “O czarach” wszedł w życie. Niezależność, samodzielność, zaradność i odwaga stały się dla niektórych mieszkanek Vardo powodem do zguby.
Wraz z komisarzem do Vardo przybyła jego młodziutka żona, Ursa – niedoświadczona i naiwna, wydana za mąż jak towar; samotna, zagubiona. W Maren znajduje pomocnicę, nauczycielkę zajęć domowych, a także więcej niż przyjaciółkę. Z czasem potem rodzi się świadomość uczucia i pożądania..

Wraz z przewracaniem kolejnym kartek tej książki narasta oburzenie zachowaniem postaci takich jak komisarz, szeryf, Toril, matka Maren, rośnie natomiast współczucie dla, Maren, Diinny, Kristen i innych niesłusznie posądzonych i okrutnie potraktowanych. Pod koniec akcja przyspiesza i można rzec, że nabiera rumieńców. Czy można było ocalić uwięzione Norweżki?  Kto i czym zawinił? Czy Dinnie udało się bezpiecznie uciec?  Co się wydarzyło w szopie na łodzie? Jak postąpiła Ursa? Jaką decyzję podjęła Maren?
Trudno tę książkę odłożyć, póki się nie dowiemy.

Oryginalny tytuł brzmi “The mercies”. Miłosierdzie? To wręcz oksymoron w odniesieniu do tej historii, wielka ironia dziejów. Według pastora Bóg okazał miłosierdzie  – kobiety ocalały podczas sztormu, przeszły przez trudną próbę. I tu aż prosi się o pytanie, na które nie ma odpowiedzi…. Gdzie był Bóg, gdy płonęły stosy? Czyżby to ludziom zabrakło miłosierdzia?

Proza Kiran Millwood Hargrave jest dość prosta, surowa jak skandynawski klimat, niemniej sugestywna i poruszająca. Opisy warunków życia, zajęć, potraw, ubrań, tamtejszej pogody i krajobrazu są realistyczne. Autorka dba o szczegóły, które obrazują nieraz więcej niż uczyniłyby to długie opisy. Potrafi oddać emocje bohaterów, zbudować napięcie.
Kobiety z Vardo to ciekawa, dobrze opowiedziana historia, z wyrazistymi postaciami, mocno osadzona w realiach historycznych, uniwersalna, ważna i potrzebna,  skłaniająca do refleksji i gorzkiej konstatacji, że polowanie na czarownice nadal w takiej czy innej wersji trwa…

 
Książka wpasowała się z październikowe zdanie wyzwania "Pod hasłem"

 

środa, 24 czerwca 2020

"Długi płatek morza" I. Allende



Długi płatek morza
to opowieść o miłości, przyjaźni, rodzinie, ojczyźnie, emigracji,  o korzeniach, wspomnieniach i szansach na inne, lepsze życie. O determinacji, odwadze i wytrwałości, odpowiedzialności, niezależności, różnicach społecznych, prawach człowieka. O dzielnych kobietach i dzielnych mężczyznach (powtórzenie celowe). O historii i polityce, a także o muzyce i medycynie.  Opowieść smutna, ale piękna. Proza gęsta, konkretna, budząca zainteresowanie i emocje, stanowiąca przyczynek do poszukiwania innych książek o podobnej tematyce, inspirująca do sięgnięcia po poezję Pabla Nerudy. Dla miłośników prozy Isabelle Allende i nie tylko.


Cała moja recenzja pod linkiem:
http://zycieipasje.net/2020/06/24/szpieg-w-ksiegarni-dlugi-platek-morza-isabel-allende/

Książka wpasowała się w czerwcowe zadanie wyzwania "Pod hasłem".

niedziela, 11 października 2015

"Mieszko, Ty wikingu", czyli sposób na naukę historii

Czy Mieszko I był wikingiem? Pierwsze słyszę! Skąd jednak zaczerpnąć wiedzy, czy ta hipoteza jest prawdziwa? Jaką pewność mamy odnośnie faktów sprzed wieków? Znamy je dzięki przekazom, kronikom, ale nie wiemy, czy przypadkiem skryba przepisujący księgę czegoś nie zmienił, nie przekręcił, nie ominął, nie skrócił i niczego nie dodał? A może myszy wygryzły kawałek pergaminu i naprędce wymyślono, co tam mogło być napisane?
Wyobraźnia zaczyna pracować. I nie spocznie nawet na moment podczas lektury „wypasionej” powieści dla dzieci zatytułowanej „Mieszko, ty wikingu!”. (....)
Całość mojej opinii:tutaj

sobota, 29 czerwca 2013

W cieniu tajnego wywiadu...


Wydawnictwo M, 2013
 Przyszła mi niedawno do głowy taka myśl:  literatura kryminalna jest tak popularna  i lubiana, gdyż w pewien sposób realizuje taki baśniowy wątek zwycięstwa dobra nad złem. Po zbrodni następuje kara, triumfuje sprawiedliwość, dzielny detektyw/komisarz czy inny śledczy skrupulatnie bada wszystkie tropy, łączy zaskakujące fakty, bezbłędnie dedukuje, by w końcu rozwiązać zagadkę i  ująć przestępcę. W rzeczywistości wiele kryminalnych spraw pozostaje niewyjaśnionych, brak dowodów, giną akta, są niedopatrzenia, zaniedbania, śledztwa bywają umorzone. Obserwując medialne doniesienia o kolejnych tragicznych zdarzeniach, zabójstwach, samobójstwach, napadach, toczących się latami śledztwach, komisjach, hipotezach, wyrokach sądu itp. zwykły obywatel ma dość. Woli przenieść się do świata kryminalnej literatury tudzież filmu i towarzyszyć Herkulesowi Poirot, Wallanderowi, czy porucznikowi Colombo. Kryminały z życia wzięte bywają równie, a może i bardziej, sensacyjne i zagmatwane, tylko zamiast finalnego poczucia sprawiedliwości i prawdy, niosą niepewność, bezradność, zdziwienie, strach.

Takie właśnie sprawy wzięła na publicystyczny warsztat Dorota Kania - dziennikarka z dużym doświadczeniem, absolwentka wydziału filozoficznego, "bojowniczka" o wolność słowa. Podejmuje  tematykę udziału służb specjalnych okresu PRL w życiu publicznym, polityce i biznesie po 1989 roku. Pisze o najnowszej historii, o bieżących wydarzeniach, które znamy z codziennej prasy, ale pokazuje je od innej strony, wnikliwie przyglądając się materiałom zgromadzonym podczas prowadzonych śledztw, aktom, dokumentom.

Podtytuł w formie haseł: Polityczne zabójstwa - Niewyjaśnione samobójstwa - Niepublikowane dokumenty - Nieznane archiwa  mówi sam za siebie i określa obszar zagadnień, w jakim porusza się publicystka. W książce "Cień tajnych służb" znajdziemy 14 rozdziałów, a w nich przeczytamy m.in. o sprawie zabójstwa Alicji i Piotra Jaroszewiczów, o okolicznościach zgonu Marka Papały, Jacka Dębskiego, Ireneusza Sekuły, Andrzeja Leppera, czy Krzysztofa Olewnika, a także kilku osób w jakiś sposób powiązanych z tzw."sprawą smoleńską". Nie ma tu jednak wydumanych wywodów, a suche fakty zaczerpnięte z dokumentacji. Oprócz opisu zamieszczono także skany niektórych materiałów. Dziennikarka zwraca uwagę na udział, czy też rolę funkcjonariuszy służ specjalnych w omawianych przypadkach, wskazuje różne powiązania, kulisy spraw. Zaznacza też szereg niejasności, uchybień i zaniedbań policji i innych służb w prowadzonych śledztwach (np. zatarcie śladów, opóźnienie sekcji zwłok, podejrzany brak kliszy w aparacie fotograficznym podczas szpitalnych oględzin, zagubienie akt itp.). Przypadek, czy celowe działanie? Kto za czym stoi? Dorota Kania stawia pytania, ale nie wprost, pozostawiając czytelnikowi wyciągniecie wniosków z przedstawionych faktów i hipotez.

Nie mam wystarczającej wiedzy i kompetencji, by ocenić merytoryczną zawartość książki - odnieść się do chronologii wydarzeń i orzec, czy wszystko się zgadza. Przyjmuję wiarygodność źródeł. Natomiast mogę wypowiedzieć się odnośnie moich odczuć i refleksji. Nie odebrałam tej książki jako 'spiskowej teorii dziejów', z dużym zainteresowaniem czytałam kolejne rozdziały, gdyż tak naprawdę niewiele wiemy ( chyba, że ktoś pasjonuje się polityką, a ja do nich nie należę) o "bieżącej historii" - pozwolę sobie użyć takiego oksymoronicznego określenia. Nie wiadomo, czy będą uczyć o tym kiedyś w szkołach (przy tendencji do okrajania treści programowych i zawężania wiedzy  - nie sądzę).

"Cień tajnych służb" ma złowieszczą wymowę, wspomniano w niej o wielu tajemniczych śmierciach, przedstawiono zagmatwane sprawy, "dziwne" przypadki, mafijne i polityczne powiązania... Można odnieść wrażenie, że żyjemy w jakimś matrixie, uwikłani w skomplikowane zależności, w sieci, czy matni....

Książkę czyta się wartko, w napięciu przewracając strony krótkich rozdziałów, niekiedy nie dowierzając temu, co się wydarzyło, do czego doszło.... Styl przypomina prasowe artykuły, nie nastręcza trudności w odbiorze, wadą są trafiające się usterki w korekcie.
Okładka przywodzi na myśl kryminał w swej klasycznej odsłonie, niestety, to nie fikcja. Bogusław Wołoszański przedstawiał "Sensacje XX wieku", Dorota Kania prezentuje w tym duchu  ciemne strony polityki XX i XXI wieku'. "Cień tajnych służb" oby nad nami przestał wisieć. Polecam lekturę - ku wiadomości.

Z publikacją zapoznałam się dzięki Wydawnictwu M.


czwartek, 11 października 2012

O "Szkicach spod Monte Cassino" M. Wańkowicza

M. Wańkowicz, Szkice spod Monte Cassino,
Wiedza Powszechna 1982 (wydanie VIII)
"Szkice spod Monte Cassino" zostały wydane jako 143 tom serii Biblioteka Wiedzy Współczesnej Omega pod patronatem PAN, stanowią skróconą wersję dzieła "Bitwa o Monte  Cassino" - obszernego reportażu wojennego. Adaptacji dokonał sam autor, i jak podkreśla w przedmowie - skrócił  momenty operacyjne na rzecz ustępów towarzyszących bitwie. Tym sposobem przystosował tekst na potrzeby powszechnego odbiorcy.

Po raz pierwszy spotkałam się z prozą  Melchiora Wańkowicza  i żałuję, że tak późno. Niewielka książeczka przyniosła mi podwójną korzyść - wiedzę historyczną oraz przyjemność czytania płynącą z języka, jakim operuje autor. 
Podręczniki historii zazwyczaj podają suche fakty, daty, miejsca, nazwiska, liczby. Opisują przyczyny, przebieg i skutki wojen. Wańkowicz jako dziennikarz, korespondent wojenny przy II Korpusie Polskim  widział niejako wszystko od kuchni i te kulisy frontu starał się pokazać w swojej relacji. Opisał na przykład jak wyglądało zaopatrywanie wojska w żywność i amunicję w ekstremalnie trudnym górskim terenie, przygotowywanie dróg przez saperów, działania transportowe pod ostrzałem wroga. Nie wyobrażalne, ile kursów, ile kilometrów musiały przebyć ciężarówki, łaziki i głównie muły przenoszące potrzebne rzeczy. Pokazywał ludzki (a zarazem nieludzki) wysiłek, poświęcenie, heroizm, patriotyzm, ogromną wolę przetrwania, dramatyczne cierpienie. Nieraz choćby krótką a dobitną wzmianką uwieczniał na kartach historii nazwisko danego żołnierza.

Nad niektórymi akapitami (typowe działania operacyjne wojska) przemykałam wzrokiem, inne czytałam z zapartym tchem, ze ściskiem w środku. Brutalne, turpistyczne obrazy - cóż, taka jest wojna. Reporter nie unika szczegółów w opisywaniu rannych i ofiar śmiertelnych.
Uwagę zwraca plastyczny, metaforyczny obraz atakowania organizmu przez bakterie dostające się do rany np."Szły esowatymi zagonami łańcuszkowce, szły grupami szturmowymi - po cztery, po sześć, po osiem - paciorkowce. Szły liczne ich szczepy, niektóre współwspierając się, inne współwalcząc ze sobą. Szedł licznym klanem najczęstszy  - gronkowiec złocisty. (...) Gęstym murem przeciwko nim zbiły się tuż za strupem zmobilizowane leukocyty...". Nasunęło mi się skojarzenie z serialem animowanym pt. Było sobie życie.

Sprawozdawca, rzetelny w gromadzeniu danych dotyczących bitwy, np. topografii terenu, czy formacji wojskowych, przybiera czasami maskę poety. Formułuje spostrzeżenia z wyjątkową wrażliwością, poetycko. Dla przykładu:
"Przyszedł maj i ziemia nieuprawna przez wojnę pokryła się makami. Maki czerwienią pokrywały każdy załomek gruntu. Nocą słowiki wydzierały się jak oszalałe. Roje świetlików pokrywały stocza płonącymi nitkami. Wyżej świetlne pociski żłobiły niebo. Trupy i maki, słowiki i wycie nebelwerferów, świetliki i świetlne pociski - tworzyły misterium, w którym nad zaklęśniętymi w głazach, miękkociałymi istnieniami chodziła śmierć." (s.23)
"Jeśli są chochliki dźwięku, to dziwne korowody wyprawiają po tej zatłumionej górami, obszernej dolinie, rwą pasma dźwięku wskrzeszają je na nowo, dźwięk powstały konserwują długo, aż jego goniec- światło dawno przebije czarny jedwab zasłony i zniknie, wówczas przynoszą w czarnych łapiętach dźwięk przed nasze nogi i dźwięk pęka jak kasztan. W górach powstają jakieś hurgotania, szurgoty, przesuwanie mebli, przeprowadzki (...)posuw dźwiękowy wąwozami i drobny werbel w niebie, i głuchy szmer na ziemi, i staccato dział ciężkich, przedzierających się jak dostojnicy przez plebs pohukiwań moździerzowych." (s. 56-57)

Jestem pod  wrażeniem "Szkiców...", nawet bym nie pomyślała, że aż tak mnie wciągnie tematyka historyczno - wojenna.


Do przeczytania  tego tomiku zmotywowało mnie wyzwanie "Jesień i zima z Wańkowiczem" zainicjowane przez Anek7.

wtorek, 17 maja 2011

Pod prąd, Władysław Bartoszewski


Pod prąd. Moje środowisko niepokorne 1945-55, wspomnienia dziennikarza i więźnia, Władysław Bartoszewski, opracował Michał Komar, PWN, Warszawa 2011.

Przyznam, że z początku nie byłam przekonana do tej książki. Nie przepadam za tego typu literaturą faktu, historia nie jest moją pasją. Sądziłam, że przejrzę ją pobieżnie i odstawię na półkę, albo dam dziadkowi, który interesuje się historią. Tak się jednak nie stało, bo zaczęłam czytać i okazało się, że to całkiem ciekawa publikacja.
„Pod prąd” wydano w serii „Na dwa głosy”, którą tworzą- cytuję z okładki-  „rozmowy wybitnych Polaków i znakomitych dziennikarzy. Poruszają sprawy ciekawe, niekiedy trudne, zawsze ważne i pobudzające do myślenia."
Władysława Bartoszewskiego chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. To nietuzinkowy człowiek, który swoim bogatym życiorysem mógłby obdarować kilka osób. Jego doświadczenie, wiedza i pamięć są nieocenione.
W swoich wspomnieniach z okresu powojennego daje świadectwo wydarzeń, przeżyć i losów ludzi, z którymi dane mu było się zetknąć. Ocala od zapomnienia.  Mamy tu 19 historii różnych osób, z różnych środowisk (np. żołnierzy AK, adwokatów, dziennikarzy,  aktorki) Szczególną uwagę zwróciłam na wspomnienie o Kazimierzu Kumanieckim – filologu klasycznym –autorze słownika łacińsko –polskiego, z którego korzystałam na studiach. Pozostałe nazwiska poznałam dopiero dzięki tej publikacji. Dowiedziałam się m. in, o zapomnianym pisarzu Kazimierzu Zenonie Skierskim, autorze opowiadań okupacyjnych, powieści (np. „Barwa świata”- o malarzu Chełmońskim). Cieszę się, że miałam wgląd w historię, której nie uczono mnie w szkole (chyba nadal na historię najnowszą, obejmującą czasy od końca II wojny światowej do dziś, nie ma dostatecznie dużo miejsca w programie nauczania).
Sam Bartoszewski stwierdza, że książka jest dlań eksperymentem, mieści w niej sylwety osób, które wpływały na niego, a może i on  na nich. Nie czuje się sędzią; przyznaje, że może się mylić w swych orzeczeniach i mniemaniach.
 To rzetelna opowieść, podana przystępnym językiem, taka „historia opowiedziana do czytania” (określenie użyte przez W. Bartoszewskiego we wstępie). Narrację przetykają pytania, dookreślenia Michała Komara, fotografie, listy i noty biograficzne.
To nie jest książka do pochłonięcia za jednym zamachem, przynajmniej ja preferuję dawkować sobie co jakiś czas wybrany rozdział.
Myślę, że trafi w gusta pasjonatów historii, ale i zwolenników biografii. Stanowi bogaty zbiór faktów, na szczęście nie suchych, ale ujętych w barwną, żywą opowieść.
Jeszcze nie przeczytałam całości- czynię to sukcesywnie, od czasu do czasu nurkując w historię, do czego szczerze zachęcam. 
Do „Pod prąd.. ”dołączono płytę CD z rozmową autorów o tym, jak powstawała ta książka.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Księgarni MATRAS.

Moja lista blogów